niedziela, 3 lipca 2016

Od Azazela - Historia

„Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać.” Kto powiedział te słowa? Szczerze wątpię, aby wielu znanych ludzi poświęcało aż tyle uwagi pojęciu historii świata, całej ludzkości, tym bardziej pojedynczych jednostek… jednak jestem pewien, że te słowa nie należą do mnie. Musiałem je więc kiedyś gdzieś przeczytać, ewentualnie usłyszeć przypadkiem podobny cytat. Nie, druga opcja nie wchodzi w grę. Żaden z moich znajomych nie ma aż tak nudnego życia, by bawić się w tworzenie cytatów i mott życiowych. 
Kto zatem powiedział te słowa? Czy to był Stephen King? Zdaje mi się, że w powieści „Joyland” wspominał coś o historii… Nie, on mówił, że jest ona zbiorowym i dziedzicznym g*wnem rodzaju ludzkiego. To kto w takim razie… może Winston Churchill? Chyba tak… nie mam aż tak dobrej pamięci do cytatów, a tym bardziej do nazwisk ich autorów. Poprzestańmy jednak na Churchillu i dajmy sobie spokój z tymi podchodami. Po co więc je zacząłem? Cóż, to nie autor jest tutaj ważny, a wypowiedziane przez niego słowa, które akurat bardzo dobrze zapadły mi w pamięci. Dlaczego więc wcześniej zależało mi na przypomnieniu sobie tego jednego nazwiska? Odpowiem pytaniem na pytanie, a dlaczego miałoby mi na tym nie zależeć? Chciałem sobie je przypomnieć, ponieważ taki właśnie miałem kaprys. 
Znacie pewnie takie powiedzenie, że ciekawość jest rzeczą ludzką? Ja co prawda człowiekiem nie jestem i, całe szczęście, prędko się to nie zmieni, ale skoro mówią, że człowiek człowiekowi wilkiem, to czemu ciekawość nie mogłaby być również rzeczą wilczą? Aczkolwiek jest wielu takich, którzy uważają, że do wilka również bardzo mi daleko i odkąd pamiętam, okrzykują mnie demonem, pomiotem diabła, najgorszą zmorą… Nie żeby bardzo mi to przeszkadzało, właściwie to nawet podoba mi się sposób, w jaki jesteśmy w stanie tworzyć przeróżne historie, tylko dzięki własnym, niczym nie potwierdzonym przypuszczeniom. I wyglądowi, oczywiście. Wszyscy uwielbiamy od czasu do czasu ocenić napotkaną książkę po okładce, czyż nie mam racji? Chociaż w moim przypadku taka ocena jest zdecydowanie najtrafniejsza i gdybyście kiedykolwiek wpadli na tak absurdalny pomysł, jak poznanie prawdziwego mnie… cóż, aparycja jest wręcz idealnym odzwierciedleniem charakteru. Dlatego właśnie uważam, że z przysłowiami, jest jak z przykazaniami- nie należy się nimi kierować… a przynajmniej, nie kiedy spotyka się na swej drodze Diabła.
Ten wpis został przeze mnie zatytułowany, jako „historia”, choć szczerze mówiąc, wątpię aby tytuł miał cokolwiek wspólnego z tym, co właśnie opisuję. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami, które jestem skłonny wam wymienić i to nie tylko dla zabicia czasu. Nauczyłem się, że jeżeli dobrowolnie damy ludziom najmniejszy palec, nie powinni prosić o ten większy… a myśl o pochwyceniu ręki nawet im przez głowę nie przejdzie. Prawda jest taka, że nie tylko nie lubię mówić o sobie, ale nawet nie zamierzam podawać nikomu zbyt wielu szczegółów z mojego życia. Dlaczego? Cóż, moja historia nie jest może specjalnie ciekawa, ani długa, dlatego nie widzę sensu, by robić z niej coś wielkiego, jednak sama myśl o pozostaniu tajemniczym wilkiem bez historii, albo jeszcze lepiej- z nieodkrytą przez nikogo historią, ukształtowała się w moim umyśle już jakiś czas temu i muszę przyznać, że całkiem przypadła mi do gustu. Nie jest może najwspanialszym obrazem, jaki kiedykolwiek stworzył mój umysł, ale to zdecydowanie lepsze od podawania gdzie dokładnie się urodziłem, kto się mą zajmował, jak wyglądało moje życie w stadzie i dlaczego mnie z niego wyrzucono. Choć nie… ten fragment mojej historii akurat mogę wam opowiedzieć. Przede wszystkim dla zabicia czasu, jaki nam dano, ale głównie po ty, aby Was ostrzec. Nie jestem empatyczną osobą, jednak na ten drobny gest mogę się zdobyć, jeśli dzięki niemu zrozumiecie i zdacie sobie sprawę z tego, czy chcecie, czy nie chcecie mieć ze mną do czynienia. Nie uważam się za największe zło tego świata, jednak niektórym z Was radziłbym z marszu wybrać tą drugą opcję, choć wybór w ostateczności należy tylko do was i ja nie mam ani uprawnień, ani nawet zamiaru, by maczać w nim palce. Mogę za to z łatwością zadecydować, czy wybrana przez Was opcja będzie dobra, czy zła… i jak bardzo opłakane skutki przyniesie. Jednak, aby Was całkowicie do siebie nie zniechęcić, pragnę napomknąć, że nawet ktoś taki, jak ja potrafi być w miarę możliwości uprzejmy. Właściwie to wszystko zależy od trzech czynników: Mnie samego, Ciebie i tego kim jesteś, oraz od kaprysu Losu, który zawsze jest gotów podłożyć nam pod nogi najokropniejszą z przeszkód. Mimo wszystko, są takie chwile, kiedy nawet Los ma lepsze dni, chociaż mamy w zwyczaju dostrzegać je z lekkim opóźnieniem, zaledwie kilka sekund po tym, aż Niebo z powrotem przepoczwarzy się w Piekło. A je już zdecydowanie trudniej znieść. Poza tym, w męczarniach z reguły najdłużej wyczekujemy cudów.
Urodziłem się… jakiś czas temu w pewnej niewielkiej watasze… Tak, zacząłem opowiadać swoją historię, chociaż wcześniej zarzekałem się, że tego nie zrobię, dokładnie. Mam jednak nadzieję, że pamiętacie pewne słowa, które wcześniej napisałem. Czasem, jeśli dobrowolnie damy komuś palec, osoba ta nie będzie myślała o kolejnych i najzwyczajniej w świecie postanowiłem skorzystać z tej strategii. Poza tym, nie mam zamiaru podawać Wam nazwy watahy, opisywać terenu, który zajmowała, nawet nie podam kierunku, który potrzebny byłby do jej zlokalizowania. Opowiem najmniej, jak jest to możliwe, ale mimo wszystko c o ś jednak opowiem. Na czym to ja skończyłem? Ach tak, już pamiętam…
Stado, do którego przynależałem nie było specjalnie duże. Naszych terenów nie zamieszkiwała nie wiadomo jak liczna ilość członków, jednak nie powiem, by bardzo mi to przeszkadzało. Nawet lubiłem znać pozostałe wilki, jeśli nie z charakteru, to chociażby z imion, lub wyglądu. Nie dorastałem sam, ponieważ oprócz rodziców miałem jeszcze czwórkę rodzeństwa. Nie powiem, że dogadywaliśmy się świetnie, a już na pewno nie byliśmy idealną rodziną z obrazka, jednak dało się z nimi wytrzymać. Niektórzy członkowie rodziny nawet przypadli mi do gustu, choć myślę, że z perspektywy czasu byłoby lepiej, i dla nich i dla mnie, gdybyśmy nie mieli ze sobą nic wspólnego.
Kiedy dokładnie zacząłem interesować się Czarną Magią? Cóż, na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, nawet gdybym bardzo chciał. Po szczerości zdradzę Wam jednak, że nawet, gdybym znał na nie odpowiedź, pewnie i tak bym się nią nie podzielił. Mimo wszystko, to nie data jest tutaj najważniejsza, ale te dwa, wypowiedziane przeze mnie słowa. Czarna Magia. Radzę wam je zapamiętać, bo jeszcze nie raz się tutaj pojawią, a ja co jakiś czas będę do nich wracać. 
Oczywiście nie wyglądało to tak, że zacząłem uprawiać ten rodzaj czarów z dnia na dzień. Nie od razu pchnąłem siebie na złą drogę, o nie! Z początku było dość… normalnie… sztywno… szaro… nudno… Dzień ciągnął się za dniem, a za nim wlókł się kolejny, kolejny i jeszcze następny. Tygodnie, a następnie miesiące powoli zlewały się w jedną, niesamowicie długą całość, a my mieliśmy tego dość. Naprawdę nienawidziliśmy monotonii, a mówiąc „my” mam na myśli mnie, oraz część rodzeństwa. Po prostu postanowiliśmy wyrwać się z rutyny i to chyba w ten najdziwniejszy i najniebezpieczniejszy sposób, stawiając łapy w samym sercu diabelskiej ziemi. Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, oczywiście, choć mój starszy brat zawsze mawiał: „To jest Piekło. Wiem to, ponieważ tu jestem. Wiem to, ponieważ to my jesteśmy Piekłem.”, jednak nigdy nie zdarzyło nam się sprawdzić, czy te słowa są prawdziwe. Choć myślę, że nasza rodzinna wataha bez wahania powiedziałaby, że to, co im uczyniliśmy zasługiwało na miano Tartaru. 
Wracając do tematu, nie byliśmy pierwszymi wilkami w naszej rodzinie, które sięgnęły po zakazane zaklęcia, przemoc i oszustwa. Nie wiem, czy charakter i predyspozycje są w stanie w jakimś stopniu przejść, jeśli nie z pokolenia na pokolenie, to chociaż ukazać się u późniejszych przodków. To, co miało miejsce w mojej rodzinie mogłoby zostać uznane za zwykły przypadek, ot niefortunny zbieg okoliczności. A mimo to, ja i moje rodzeństwo nie byliśmy pierwszymi wśród korzeni naszego drzewa genealogicznego, którzy stali się… t a c y . 
Osobiście uważam, że pewnych cech nabywa się z wiekiem. Wiele naszych obecnych umiejętności zależy przecież od tego gdzie dorastaliśmy, czym się zajmowaliśmy przez większą część naszego życia, a nawet od tego, co nas ciekawiło za szczenięcych lat. Musimy mieć jednak świadomość, że istnieją też pewne cechy, których nie jesteśmy w stanie po prostu posiąść. Dostajemy je w momencie, w którym przychodzimy na świat, a może i jeszcze wcześniej? Rodzimy się z nimi, towarzyszą nam one podczas otwierania oczu, stawiania pierwszych kroków, dorastania i stopniowego odkrywania świata, kawałek po kawałku. Cechą, właściwie cechami, które co jakiś czas przekazywały sobie pokolenia mojej rodziny, była pewna zdolność manipulacji w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie objawiała się ona u każdego, jednak u tych, którzy zostali nią obdarowani, ukazywała się ona pod najrozmaitszymi postaciami. Przykładowo, mój najstarszy brat, Carrick, rozkochał się w wojsku. Od kiedy pamiętam wdawał się w bójki, które z wiekiem były coraz bardziej zajadłe i brutalniejsze. W bardzo szybkim czasie awansował, obecnie prowadzi własne, mordercze treningi… i tutaj właśnie ujawnia się jego zdolność manipulacji. Jest w stanie sprać każdego na kwaśne jabłko, bez chwili wahania wymierzyć własną sprawiedliwość, a jednak potrafi wydawać rozkazy, które nie zależnie od swojego szaleństwa, zawsze zostają wykonane. Moja bliźniaczka, Gwenllian, jako pierwsza ubrudziła się w Czarnej Magii. Ona również potrafiła wymuszać posłuszeństwo, choć w przeciwieństwie do Carrick’a, jej zdolności nie działały na żywych, a na tych, którzy już dawno opuścili ten świat. Potrafiła przywołać najgorsze zmory i kazać zrobić im dosłownie wszystko, o co poprosiła. Owszem, siostra była niezrównoważona, nawet przez myśl by mi nie przeszło, aby temu zaprzeczyć, jednak chyba właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy. Co do pozostałej dwójki z rodzeństwa, starsza Liesel umarła w wieku kilku lat, jako już dorosła wadera, jednak za życia była największą (i bez wątpienia najdoskonalszą) oszustką, jaką kiedykolwiek poznałem. Nie powiem wam czym dokładnie się zajmowała, ona również kochała tajemnice i to jestem w stanie dla niej zrobić, kiedy nie ma już jej wśród nas- sprawić, by stała się sekretem. Musicie jednak wiedzieć, że dzięki staraniom Gwenllian, nasza siostra powróciła do „życia”, pod postacią nocnej mary, która czasem towarzyszy mojej bliźniaczce, to taka ciekawostka. Jeśli chodzi o naszego najmłodszego brata, Lukasa, był on jedynym, którego odtrąciliśmy i jedynym, którego zaakceptowali nasi rodzice, oraz reszta stada. Gardził nie tylko przemocą i magią, ale także ryzykiem, niesubordynacją i rozrywką. Szczerze powiedziawszy, mało mnie obchodzi, co się z nim teraz dzieje. Nie żeby kiedykolwiek miało to dla mnie jakieś znaczenie.Mam nadzieję, że opis mojego rodzeństwa pomoże wam wyobrazić sobie zasadę, o której mówiłem. W naszej rodzinie od pokoleń pojawiali się Czarni Magowie, oszuści, złodzieje i Przeklęci, jednak to, czy się nim stałeś, czy nie, w dużej mierze zależało od predyspozycji. Posiadali ją moi pradziadkowie od strony ojca. Nie mieli jej rodzice matki, ani moi rodzice. U części kuzynostwa pojawiało się pojedynczo. Nie miał ich mój brat. Nasza czwórka, a i owszem.
Jeśli o mnie chodzi, można śmiało powiedzieć, że zdolności manipulacji, jakie odziedziczyłem są bardzo… nieokreślone, choć ja wole używać słowa „wszechstronne”. W przeciwieństwie do starszego brata, ja wolę ranić słowem, niż pięścią, choć talentu do tego drugiego raczej nie można mi odmówić. W końcu to właśnie Carrick mnie uczył, a on z pewnością nie jedno umiał. Potrafię oszukiwać, umiem grać, podobnie, jak bliźniaczka rozkochałem się w Czarnej Magii i bardzo lubię od czasu do czasu używać kilku zaklęć. Te zdolności nie są jednak moim największym umiejętnościami, choć o tych nie mam zamiaru pisać. Jak już wcześniej wspomniałem, lubię tajemnice, podobnie jak nasza Liesel. 
To, co później działo się z nami łatwo można sobie wyobrazić. Wataha się nas bała, po prostu. Nie chodzi tutaj tylko o to, że byliśmy nie godni zaufania, nie odznaczaliśmy się lojalnością, a także poczuciem pewnej hierarchii w stadzie, która wyraźnie nakazywała robienie pewnych rzeczy, zabraniając wykonywanie pozostałych. Z początku owszem, budziliśmy tylko brak zaufania, jednak z czasem zmieniał się od w niepewność, a ta w respekt i pierwszy stopień lęku, który z łatwością wyewoluował w strach. To nie wataha się nas pozbyła, to my ich porzuciliśmy i muszę przyznać, że był to jeden z nielicznych gestów dobroci, na jakie się odważyliśmy. A co było dalej? Rozstaliśmy się ze sobą, choć przez kilkanaście miesięcy wędrowaliśmy razem. Sama Apokalipsa nie dotknęła nas w wielkim stopniu, już i tak byliśmy dostatecznie skażeni. Po jakimś czasie, każde z nas obrało w końcu własną drogę i podąża nią do tej pory. 
Takim oto sposobem trafiłem do Watahy Apokalipsy, cały czas idąc przez siebie, bez konkretnie obranego celu. Nie wiem jeszcze na jak długo tutaj zostanę, choć fakt, że ktoś zdecydował się przyjąć kogoś takiego, jak ja jest doprawdy zadziwiający. 
Myślę, że moja opowieść kończy się w tym miejscu. Dowiedzieliście się o mnie niewiele, a nie mogę zagwarantować, że te fragmenty, które wam podałem nie są zmyślone. Mimo wszystko, w każdej opowieści znajduje się to małe ziarnko prawdy. To, co na pewno nie jest kłamstwem to moja osobowość, umiejętności, a także okrzykiwanie mnie demonem. To nie rodzice, ani rodzeństwo, nie dziadkowie, ani nie przywódcy rodzinnej watahy nadali mi obecne imię. Zrobili to ludzie i wilki. Ci, których nękałem. Ci sami, którzy nazwali mnie Diabłem.
Mam na imię Azazel, to również musicie wiedzieć, a mówią, że to, co ma imię jest mniej straszne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz