sobota, 22 października 2016

Od Raven'a CD. Lilith

- Mamy chyba zupełnie inne definicje poszukiwań… - mruknąłem, uciskając palcami nasadę nosa i mimo wszystko starając się zachować spokój. – Miałaś przyprowadzić mi kogoś od kogo mógłbym się czegoś dowiedzieć, a nie zaprzyjaźniać się ze znajdą z ulicy.
- Nie miej pretensji! Nie powiedziałeś mi czego chcesz! – oburzyła się dziewczyna – A tak przy okazji… Nie zrób Sarze krzywdy. Nie jej wina, że nie ma domu.
Odetchnąłem głęboko, przecierając twarz dłonią i zmierzyłem kotołaczkę zirytowanym spojrzeniem. Skuliła się nieco. Jej uszy przywarły płasko do rudych włosów, kiedy usiłowała wytrzymać moje spojrzenie.
- W porządku – oznajmiłem po dłuższej chwili zaskakując tym samym i Lilith, i Sarę – Niech zostanie.
Odwróciłem się w stronę kuchni i wyciągnąłem z szafki pierwszy lepszy kubek i herbatę. Nalałem wodę do czajnika i wstawiłem go na niewielką kuchenkę. Krótkim „Ignis” sprawiłem, że pod czajnikiem zapłonął ogień, po czym odwróciłem się do kobiet. Kotołaczka niepewnie rozglądała się po moim mieszkaniu, ewidentnie szukając kłopotów. Lilith natomiast stała niedbale oparta na stole i śledziła na przemian moje i Sary ruchy. Z mojego gardła wydobył się cichy warkot, który zwrócił uwagę obu kobiet.
- Co znowu? – spytała ta bardziej bezczelna, która zdawała się ani trochę mnie nie bać. Kosztowny błąd, bądź skończona głupota.
- Nie mam się ciebie jak pozbyć. – warknąłem – A miałem zamiar zapolować. Głodny bywam jeszcze większym draniem niż zwykle.
- A ktoś ci broni iść do diabła? – spytała zdziwiona.
- Nie ma mowy bym zostawił śmiertelniczkę samą w moim mieszkaniu. Już fakt, iż pozwalam ci korzystać z mojego łóżka świadczy o wręcz anielskiej dobroci serca z mojej strony.
Czajnik głośnym gwizdem oznajmił wszystkim zgromadzonym, iż woda już się zagotowała i jest gotowa do zaparzenia herbaty. Po krótkim namyśle przygotowałem dwa naczynia mocnego, ciemnego naparu i postawiłem je na stole. Sam zająłem miejsce przy którym żadnego kubka nie było.
- Siadajcie. – rozkazałem, opierając przedramiona na stole. Sara znacznie szybciej spełniła to polecenie. Zapewne wyczuwała, że nie jestem miłym człowiekiem i nie powinno się mnie wyprowadzać z równowagi częściej niż to konieczne. Lilith z ociąganiem się zajęła ostatnie wolne miejsce, poprawiła ostentacyjnie włosy i chwyciła w dłonie kubek z miną godną znudzonego pięciolatka. Westchnąłem cicho. Pora przejść do pytań. Jeszcze co prawda nie zdecydowałem co zrobię z Sarą kiedy przestanie mi być potrzebna, ale mogę się założyć, że jeśli Lilith nie będzie się wtrącać to raczej nie będzie nic miłego. Najskuteczniejszym sposobem na to, by kogoś uciszyć jest usunąć go ze świata żywych, czyż nie?
- A więc Saro… - zacząłem spokojnie. Jeszcze nie czas ją straszyć. – Powiedz mi, czy wiesz cokolwiek o skarbie twojej rasy?
Kocica zastrzygła uszami śmiejąc się nerwowo.
- A kto by nie wiedział. Ale nam nie wolno o tym mówić. Nikomu.
- Jesteś pewna? Nikomu ani słowa?
- No… Tak. Raczej tak. Kotołak by nie spytał, a obcym nie możemy o tym wspominać. Sam fakt, że wiesz o co pytasz jest… Ummm… Niepokojący… - wbiła wzrok w powierzchnię herbaty za wszelką cenę unikając mojego spojrzenia. Oparłem głowę na dłoni mrużąc oczy. Jeśli tylko by na mnie spojrzała… Mógłbym wyciągnąć z niej informacje siłą.
- Ty na pewno wiesz o czym mówisz…? Brzmi jakbyś nie była pewna. – próbowałem dalej.
- Oczywiście, że tak. Jestem pewna. – odparła – Proszę. Nie pytaj mnie już więcej.
- Żałuję, ale nie mogę. Muszę się dowiedzieć. Po dobroci lub siłą. – w moim głosie zagrała z lekka ostrzegawcza nutka, jasno świadcząca o tym, iż powoli kończy mi się moja i tak fałszywa cierpliwość.
- Naprawdę nie mogę ci powiedzieć. Zostaw mnie… - niemal wyszeptała. Pochyliłem się nieco bardziej w stronę dziewczyny.
- Powiedz mi póki ładnie proszę. Za chwilę przestanie być tak miło.
Dziewczyna upiła łyk herbaty, czerwieniąc się lekko. I przelotnie spojrzała na mnie. To wystarczyło, żebym pochwycił jej spojrzenie i zmusił ją do tego, by nie była w stanie odwrócić wzroku od moich oczu. Jej źrenice rozszerzyły się, skurczyły i znów rozszerzyły gdy zamknąłem ją w mojej pułapce. Posłałem dziewczynie krótki grymas, oznaczający triumfujący uśmiech.
- Powiedz mi wszystko co wiesz o tym sekrecie. I nie waż się niczego zataić. – zażądałem.
- Mhm… - mruknęła odrobinkę zbyt nieobecnie. Wycofałem nieco czar Perswazji ułatwiając dziewczynie skupienie się, lecz nadal trzymając ją zbyt mocno by mogła mi się wyrwać – Nie wiem wszystkiego na temat skarbu. Nigdy go nie widziałam. Risu wie więcej ode mnie…
- Do rzeczy – pogoniłem ją – Kim jest Risu? Gdzie znajdę skarb? Czym on jest? Kto lub co go strzeże?
- Risu? Risu jest ważny. Ostatnio nagle zniknął. Ma długie, czarne włosy i złote oczy. On wie gdzie jest skarb. Ja nigdy go nie widziałam. Słyszałam tylko, że jest wielki. To jakiś artefakt. Nie wiem co robi, ani jak wygląda.
- Dobrze… - westchnąłem – Wróćmy do Risu. Jak on wygląda?
- Mówiłam już. Złote oczy, czarne włosy, często czesze je w kucyk, tak samo czarne uszy i skóra pokryta sierścią.
- Wobec tego już nigdy nie spotkasz Risu. On nie żyje. – oznajmiłem, krzywiąc się. Byłem blisko, tak bardzo blisko odpowiedzi… - Myśl. Kto jeszcze może coś wiedzieć?
Dziewczyna zmarszczyła brwi usilnie przegrzebując pamięć w poszukiwaniu informacji. Na raz pomiędzy nas spadła dłoń Lilith i z impetem uderzyła w blat stołu. Oboje z Sarą podskoczyliśmy momentalnie przerywając czar. Posłałem srebrnowłosej dziewczynie wściekłe spojrzenie.
- Jak śmiałaś?!
- A jak ty śmiałeś wyciągać od Sary informacje?! – odpowiedziała – Jasno powiedziała ci, że NIE może powiedzieć! – odpowiedziała mi tym samym tonem.
Górną szczękę przeszył mi krótki przebłysk ostrego bólu, kiedy kły gwałtownie wysunęły się z dziąseł.
- Wynoś. Się. Stąd. – wycedziłem błyskając kłami – Zanim cię zabiję.
Dziewczyna prychnęła na mnie i chwyciła za ramię kotołaczkę.
- Chodź Sara. Nie powinno cię tu być. – stwierdziła, wyprowadzając rudą za drzwi. Po czym zatrzasnęła drzwi. Skrzywiłem się słysząc hałas i sam zerwałem się z miejsca. Narzuciłem na ramiona swoją ulubioną skórzaną kurtkę i wyszedłem z mieszkania po raz drugi trzaskając drzwiami. Nie zależało mi na tym by dopaść Lilith czy Sarę. Tych dwóch nie miałem ochoty widzieć na oczy jeszcze przed długi czas. Wypadłem na bruk wprost pod pierwsze krople deszczu i nie zwalniając ruszyłem w stronę rynku miasta. Nie zawracałem sobie głowy tym gdzie podziały się te nieproszone przez nikogo osoby. Liczył się tylko fakt, iż nie widzę ich na oczy.
Zanim dotarłem do rynku zdążyło rozpadać się już na dobre. Ludzie pochowali się po domach i barach, żeby jakoś przeczekać brzydką pogodę. Nie przepadam za deszczem. Na ogół tylko wszystko komplikuje. Przesunąłem językiem po zębach, przystając w cieniu i zastanawiając się co mam teraz zrobić. Szukać nowego źródła informacji, ofiary czy może po prostu zrobić jakieś zamieszanie…?

I wtedy je zobaczyłem. Ruda miała kaptur na głowie, siwowłosa też starała się schować głowę przed deszczem we własnym. Nie wierzę w to… W tym mieście naprawdę nie ma innych osób na które mógłbym przypadkiem wpaść? Niespiesznie zmieniłem postać na mgłę tylko siłą woli powstrzymując się przed wypatroszeniem Lilith.

<Lilith?>

niedziela, 16 października 2016

Od Caireann CD. Alissy



Zastanowiłam się poważnie nad tym pytaniem.
- Pewnego dnia do mojego rodzinnego miasta zawitał Bartain… To jest… Bard, który mnie zafascynował. Można powiedzieć, że dzięki jego cierpliwemu odpowiadaniu na moje pytania doszłam tu, gdzie jestem teraz. Dzięki niemu poznałam, że tego cały czas mi brakowało i właśnie to powinnam robić. – oznajmiłam możliwie jak najsprawniej, by Alis mogła zrozumieć co do niej mówię. Mimo iż zapewne nie było trzeba tak mówić.
- Ot, poczułaś, że chcesz wyruszyć w świat i pojechałaś? – spytała, lustrując mnie uważnym spojrzeniem szarych oczu. Nie pytała z uprzejmości. Ona naprawdę chciała wiedzieć. Uśmiechnęłam się miło i odpowiedziałam:
- No, nie do końca tak to było. Rodzice nie chcieli mnie wypuścić w świat. Musiałam poczekać aż dorosnę, by móc samodzielnie zadecydować. Nie chcieli dla mnie źle, dobrze o tym wiem, ale nie potrafili zrozumieć, że moje miejsce jest gdzieś tam na świecie. Na drogach i bezdrożach, między jednym, a drugim miastem.  Na trawiastej równinie oddzielającej ogromne puszcze od lodowatej północy i wśród mieszkańców południa, tam gdzie wschód styka się z zachodem…
- Ale finalnie ci się udało, prawda? – dopytywała dalej. Rozłożyłam ręce w geście mającym na celu zaprezentowanie się dziewczynie.
- A jak sądzisz…? – spytałam śmiejąc się cicho.
 -Udało ci się. – odpowiedziała na swoje własne pytanie. Na chwilę przeniosła wzrok na jezioro intensywnie się nad czymś zastanawiając. Ja też spojrzałam w tym samym kierunku.
Ptaki śpiewały gdzieś za naszymi plecami, a łagodny wiatr marszczył wodę na jeziorze. Słońce grzało przyjemnie mimo rzadkich białych obłoczków przesuwających się po błękicie nieba. W powietrzu unosił się subtelny zapach dzikich kwiatów. Krzewy po lewej od nas zaszeleściły, gdy z lasu wyłonił się wspaniały rogacz. Jeleń przystanął na skraju bezpiecznego lasu i rozejrzał się czujnie, nie zauważywszy jednak zagrożenia ruszył w stronę wody i pochylił łeb, by ugasić pragnienie. Śledziłam jego poczynania z niemałym zainteresowaniem dopóki jeleń nie wrócił do lasu i nie zniknął mi z oczu. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie to, że ja też zostałam takim rogaczem. Cóż poradzić, że w oczach Alis muszę uchodzić za równie fascynujący twór odbiegający od znanej codzienności. Nie mam o to najmniejszych pretensji, a co więcej, nawet mi to schlebia. Przywykłam do zainteresowania wokół mnie.
- Mogę cię o coś zapytać…? – zaczęła dziewczyna.
- Właśnie to zrobiłaś. – odparłam, śmiejąc się, po chwili jednak dodałam – Oczywiście. Pytaj o co chcesz.
- Umm… Skąd masz… - wykonała nieokreślony gest ręką wskazując na moją twarz.
- Bliznę…? Niezbyt miły wpadek w podróży. To była długa i niebezpieczna noc, ale wiele mnie nauczyła. Ta blizna, mimo iż nie wygląda zbyt łanie wiele mnie nauczyła i nigdy się jej nie wstydziłam. – stwierdziłam wstając i otrzepując ręce z drobnych grudek ziemi, piasku i patyczków – Przejdziemy się może?
- Okej. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty. – odparła moja nowa znajoma również podnosząc się z ziemi.
Pochodziłyśmy nieco po terenie watahy. Muszę przyznać, że miło było pozwiedzać okolicę słuchając tego, co Alis miała o opowiedzenia o każdym z miejsc, a jeśli nie mijałyśmy akurat żadnych ważniejszych punktów starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów z tego, co Alissa opowiadała mi o zwyczajach Watahy Apokalipsy. Z uwagą słuchałam też o członkach watahy. W głowie się nie mieści jak wiele różnych, na pozór niczym nie związanych ze sobą istnień może połączyć się w jedną spójną całość. Choć słyszałam, że są tacy, którzy wcale nie chcą się dogadywać z innymi lub zwyczajnie stronią od kogokolwiek. Tereny zamieszkiwane przez watahę też nie należały do typowych. Niewiele było miejsc gdzie las byłby nietknięty, przez znaczną część zwiedzania widziałam ruiny pozostałe po wielkich cywilizacjach, o których dorobek upomniała się natura. Widać wataha mieści się na terenie na którym w latach swojej świetności znajdowało się ludzkie miasto.
- No. To by było na tyle. Nie mam pojęcia gdzie jeszcze mogłybyśmy pójść. – stwierdziła w końcu Alis, zatrzymując się na pełnej kwiatów polanie w pobliżu jaskiń.
- To była wspaniała wycieczka. Dziękuję. – odpowiedziałam.
- Taaak… Tylko co teraz? Do wieczora jeszcze daleko.
- Hmm… - zastanowiłam się, siadając na trawie. Zerwałam kilka stokrotek i zaczęłam splatać je ze sobą. – Umiesz robić wianki…?
- Kiedyś próbowałam, ale to było dawno temu. – dziewczyna usiadła obok mnie i też zerwała kilka kwiatów. Przyjrzała się moim palcom i z nieco mniejszą pewnością powtórzyła moje ruchy.
Niedługo później oba gotowe wianki spoczywały obok nas. Sięgnęłam do torby szukając szczotki. Wydobyłam przedmiot i uśmiechnęłam się miło do Alis.
- Zrobić ci fryzurę?
Szarowłosa potaknęła również się uśmiechając. Już po parunastu minutach jej głowę ozdabiał wianek i kilka wymyślnych warkoczy splecionych ze sobą w niemniej wymyślny sposób. Odsunęłam się podziwiając swoje dzieło.
- No. I gotowe. Wyglądasz jak księżniczka.

<Alis? Babski wieczór? XD>

piątek, 14 października 2016

Od Lilith CD. Raven'a

Kotołaki? Słyszałam o nic… Wyjrzałam przez okno. Było jeszcze ciemno. W sumie chyba mogę się jeszcze chwilę przespać. Stwierdziłam i rozsiadłam się wygodniej na fotelu. Gdy się obudziłam (a raczej zostałam obudzona) było już jasno.
-Wyjazd. Już dzień.-Zostałam poinformowana.
-Idę, już idę… Zaspana zwlokłam się z fotela i ruszyłam w kierunku drzwi. Padał deszcz. Naciągnęłam kaptur na głowę. Tak w ogóle to ciekawe na co mu ten kotołak… Może ma fetysz kotów?? No co!? Czytałam takiego fanfika gdzie jakiś gościu znalazł sobie takowego i zrobił z niego seks-niewolnika…- Stop! Muszę ograniczyć Internety! Zganiłam siebie w myślach. Przeszłam obok kawiarnio-piekarni. Przytknęłam głowę do szyby i zobaczyłam mnóstwo smakowicie wyglądających wypieków. Włożyłam rękę do kieszeni w poszukiwaniu jakiś pieniędzy. Za dużo tego nie było… Ale na bułkę starczy! Weszłam do środka i kupiłam sobie jedzenie. Miła pani zza lady spakowała mi to w taką fajną torbę z babeczka. Z uśmiechem na ustach ruszyłam w dalszą drogę przed siebie. W pewnym momencie zauważyłam, że rozwiązał mi się but więc postawiłam torbę z jedzeniem na murku i schyliłam się by zawiązać niepokorne sznurówki. W tym Momencie prawię nad głową przeleciała mi postać w szarej bluzie z kapturem, i porwała moje śniadanie.
-Hej! Oddawaj! -Krzyknęłam i rzuciłam się w pogoń za złodziejem. Poruszał się nad zwyczajnie szybko… Zamieniłam się w wilka by mieć jakie kolwiek szanse na złapanie go. Goniliśmy się tak z dobre piętnaście minut. Na szczęście większość drogi przez jakieś wąskie uliczki (Ludzie mogli by dziwnie reagować na zakapturzoną postać gonioną przez kolorowego wilka...)Nie wątpliwie próbował mnie zgubić ale marnie mu to szło. Przez chwilę zastanawiałam się czy jednak opłaca się biec przez pół miasta jak głupi tylko po to żeby odzyskać bułkę ale skoro już zaczęłam to go złapię! Tajemniczy nieznajomy chyba się zmęczył i stracił koncentracje bo przez przypadek wleciał w kosz na śmieci. Przewrócił się prosto w resztki zgniłego jedzenia i innych ohydnych rzeczy które się z niego wysypały. Wróciłam do postaci człowieka i podeszłam do niego.
-Widzisz. Nie ładnie kraść.-Zrzuciłam mu kaptur z głowy. Zdziwiłam się bo moim oczom ukazała się dziewczynka (na oko jakieś 14 lat)z krótkimi rudymi włosami i kocimi oczami. Najdziwniejsze było to że z jej głowy sterczała para, również kocich, uszu… Kotołak. Wpatrywała się we mnie ze strachem.
-Byłam głodna… Wymamrotała.-Nie mam domu… Ani jedzenia… Spuściła głowę.
Westchnęłam i spojrzałam na nią z politowaniem.
-To wystarczyło poprosić. Podzieliła bym się! Oszczędziła byś nam tego porannego joggingu.- Wyszczerzyłam się do niej. W sumie to dopiero teraz mnie olśniło. Kotołak! Przecież właśnie ich szukam! Ale jak by ją tu przekonać, żeby za mną poszła….
-Hej, mam pomysł… Dam ci już tą bułkę a ty pójdziesz ze mną w pewne miejsce, co?- Byłam świadoma, że ta propozycja brzmi przynajmniej tak dziwnie jak ‘’Chodź pokaże ci małe kotki w piwnicy” No ale co miałam zrobić!?
Dziewczyna nie wyglądała na zbyt przekonana tą propozycją.
-A-ale nic mi nie zrobisz?- Zapytała po chwili.
Ehh i co ja mam jej teraz odpowiedzieć… W sumie Raven nie zdradził mi żadnych szczegółów tego co zamierza zrobić… Równie dobrze może ją pokroić i wrzucić do małych słoiczków… Nie, żebym miała coś mocno przeciwko mordowaniu niewinnych ludzi ale jakoś tak było mi jej żal…
-Ehh … To nie do końca zależy ode mnie… -Odparłam zgodnie z prawdą .- Wiesz co? Nie ważne, jak nie chcesz, to znajdę kogoś innego…- Stwierdziłam beztrosko. Skoro znalezienie jednego kotołaka poszło tak łatwo to drugiego pewnie też w końcu znajdę!
Dziewczyna wstała. Byłam pewna, zamierza uciec ale jednak nic takiego się nie stało.
-Pójdę z tobą… -Powiedziała cicho- Nie mam dokąd wracać …Nie mam rodziny…. Więc nie mam też nic do stracenia- Uśmiechnęła się smutno.
-Yaay! Nawet nie wiesz jak bardzo ułatwiłaś mi robotę!- Rzuciłam się jej na szyje i po czym pociągnęłam ją za rękę w stronę mieszkania.
-Tak w ogóle to Lily jestem, a ty? Masz jakieś imię?- Wyszczerz wciąż nie znikał z mojej twarzy.
-Sara…
Powłóczyłyśmy się jeszcze z Sarą parę godzin po mieście (Raven raczej by się chyba nie ucieszył gdybym wbiła mu z nią na chatę o 14:00) więc trzeba coś było do wieczoru ze sobą zrobić. Zdążyłyśmy się nawet zakolegować. Gdy zaczęło się ściemniać powoli skierowaliśmy się w stronę docelowego punktu naszej wesołej wycieczki. Gdy dotarliśmy do celu, bezceremonialnie otworzyłam drzwi i pociągnęłam za sobą dziewczynę do środka.
-Nikt cię nie nauczył, że się puka?!-Usłyszałyśmy wkurzony głos Ravena. Sara schowała się lekko za mnie.
-Też, miło cię widzieć. Znalazłam kotołaka! Poznaj Sarę!- Uśmiechnęłam się szeroko.


<Raven? Xd>

niedziela, 9 października 2016

Od Ehrendila CD. Sorrow


Westchnąłem cicho odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Jak to jest, że im niebezpieczniejszy cel tym Sorrow szybciej się do niego przygotowuje? Wziąłem jej talerz i postanowiłem pozmywać. Skoro wyjeżdżamy na dłużej wypadałoby zostawić po sobie porządek. Kiedy już wszystko sprzątnąłem poszedłem się spakować. Wielkie Łowy nigdy nie kończyły się w ciągu tygodnia, a polowanie na Krakena bez wątpienia podchodzi pod Wielkie Łowy.
- Ehreeeeendiiiiiil?! Jesteś gotowy?! – do zbrojowni wpadła uśmiechnięta Sorrow. Odwzajemniłem jej uśmiech.
- Już prawie, kwiatuszku... – chwyciłem ulubiony miecz i przypasałem go, wziąłem kuszę, kilka zwykłych, prostych sztyletów i zabrałem kilka garści bełtów oraz sprawdziłem czy wszystkie potrzebne specyfiki typu Flamma Ferax lub eliksir o zgrabnej nazwie Czarna Krew nadal czekają na użycie w mojej torbie. Zbroi nie zamierzałem zabierać pomimo sporego zagrożenia. Była średnio wygodna i ciężka, a na pełnym morzu zdecydowanie wolałbym nie krepować sobie ruchów. Lekki skórzany pancerz musiał mi wystarczyć. Wyciągnąłem jeszcze puginał i wręczyłem go Sorrow.
– Może ci się przydać.
Dziewczyna z pewnym ociąganiem wzięła broń i schowała ją do swojej torby.
- Możemy już iść?
- Powinniśmy, jeśli nie chcemy się spóźnić.
- A co ze zwierzakami?
- Radziły sobie doskonale nim je przygarnęliśmy, poradzą sobie i teraz. Żałuję, lecz nie możemy ich zabrać. Już z przekonaniem Łowców do twojej obecności mogę mieć znaczne problemy.
Przewiesiłem swoją torbę przez ramię i chwyciłem dziewczynę za rękę, delikatnie głaszcząc kciukiem wierzch jej dłoni. Wyszliśmy z mieszkania i ruszyliśmy w stronę miasta. Po drodze Sorrow spytała mnie jak to będzie wyglądało. Stwierdziłem, że sam nie wiem, bo każde Wielkie Łowy wyglądają inaczej. Mogłem być jednak pewny, że będziemy musieli dostać się do miasta portowego, a razem z nami pojedzie około dziewięćdziesięciu Łowców Potworów. Przy okazji jeszcze raz wspomniałem dziewczynie czym tak właściwie jest Kraken i dlaczego musimy go pokonać oraz wyjaśniłem ten tajemniczo brzmiący zwrot „Wielkie Łowy”. Nie powstrzymałem się od tego, by po raz kolejny oznajmić, że jest to bardzo niebezpieczne, ale Sorrow uciszyła mnie, stwierdzając, że doskonale o tym wie i dlatego chce mi towarzyszyć.
Niedługo później trafiliśmy na rynek przed Księżycem Łowcy. Dziś było wyjątkowo tłoczno. Przed budynkiem kręciło się więcej odzianych na czarno ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. A przynajmniej odkąd pamiętam. Część z nich ostrzyła miecze czy topory, dostrzegłem też paru ludzi analizujących zapiski zapewne dotyczące Krakena. Kilkoro z nich przechadzało się dookoła prezentując większy bądź mniejszy stopień zdenerwowania. Były tam kobiety i mężczyźni. Wszyscy odziani w identyczne do mojego czarne stroje, płaszcze z głębokimi kapturami oraz chusty bądź maski zasłaniające dolną połowę twarzy. Cóż poradzić, że Kodeks narzuca właśnie taki, a nie inny strój kastowy i trzeba bezwzględnie przestrzegać zasad w nim zawartych. Drzwi gospody zaskrzypiały głośno i ze środka wyszedł całkiem potężnie zbudowany mężczyzna z brzydką blizną przecinającą jego brew i powiekę, a potem znikającą pod czarną chustą. Niejaki Ferran Mayderen, jak miałem nieprzyjemność sobie uświadomić. Czołowy Łowca tego regionu oraz prawdopodobnie lider całego przedsięwzięcia. Człowiek, który pozbawił mnie tytułu i korzystając z chwili mojego spadku formy zajął moje miejsce u szczytu rankingu. Mam prawo nie lubić tego człowieka, mimo iż nie życzę mu źle. Jeszcze odzyskam co moje i nie będzie problemu. Wbrew pozorom nie jestem też zazdrosny, zwyczajnie nie mam o co.
Mężczyzna powiódł wzrokiem dookoła i klasnął w dłonie. Plac znieruchomiał, kiedy blisko setka Łowców zastygła w bezruchu ze wzrokiem utkwionym w tymczasowego, samozwańczego przywódcę.
- Słuchajcie! – zagrzmiał Ferran uciszając ostatnie szepty – Większość z was po raz pierwszy bierze udział w Wielkich Łowach. Nie wierzcie w to, że niewielu wraca. Spójrzcie na mnie. Ja wróciłem i wy też wrócicie. Ręczę za to. Jesteśmy wspaniale przygotowani, mamy bezcenne informacje, a w mieście na wschód stąd czekają na nas żaglowce. Udamy się tam powozami stojącymi pod miastem. Pora w drogę. Za kwadrans widzę was wszystkich przy wozach. Kto się spóźni, zostaje.
Mężczyzna skończył swoją krótką przemowę, odwrócił się i odszedł.
- To Ferran Mayderen, czołowy Łowca. Fatalny z niego mówca... Jak i zapewne lider. – oznajmiłem ruszając w stronę celu. Sorrow, która szła obok mnie odpowiedziała mi nieokreślonym pomrukiem.
- Ciekawe czy pozwoli mi jechać...
- Musi. Inaczej pozwolę sobie pomówić z nim na osobności. Z niewielką pomocą Wędrowca oraz miecza. – zaśmiałem się mijając strażników w bramie, którzy patrzyli na mnie jak na ostatnią zarazę. Wyjątkowo nie przejąłem się tym słuchając uroczego śmiechu mojej dziewczyny.
Było dokładnie tak jak zapowiedział to Ferran. Na drodze pod miastem stał szereg wozów, każdy z nich  zaprzężony był w parę koni. Mimo wszystko nie były to jakieś szczególnie luksusowe, ani nawet ładne środki transportu. Wyglądały mi na pożyczone od rolników  razem z końmi, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Na co dzień żyję w niemal spartańskich warunkach i nigdy nie potrzebowałem szczególnych wygód. Mężczyzna opierał się o ostatni z wozów. Odsłonił już toporną, wręcz prymitywną twarz, więc i ja to zrobiłem.
- Co to za jedna? – spytał nawet nie siląc się na uprzejmości i wskazując na Sorrow grubym paluchem.
- Na imię jej Sorrow – odparłem fałszywie uprzejmym głosem – Jest moją partnerką i jestem pewien jej doskonałych umiejętności. Uznałem, że przyda nam się bardziej niż część hołoty, która zgodziła się na pewną śmierć podróżując z tobą.
- Nikt nie umrze. – oświadczył tamten wyraźnie akcentując każde słowo. W jego głosie brzmiała wyraźna pogarda dla mojej osoby, ale cóż, ja też nie darzyłem tego człowieka nawet najsłabszym ciepłym uczuciem – A przynajmniej żaden człowiek. Dopilnuję tego.
- Czyżbyś pragnął mnie przed czymś ostrzec? – spytałem unosząc brwi w geście niedowierzania. Zrozumiałem aluzję i szczerze mnie ona rozbawiła. Kim musiał być ten człowiek, a co ważniejsze jak bardzo bał się inności skoro aż tak bardzo mnie nienawidził?
- Gardzę tobą i podobnymi tobie, odmieńcu – wysyczał tamten mrużąc oczy w grymasie wyrażającym wręcz wściekłość. Odetchnąłem głęboko sam starając się zachować spokój. To przecież nic nowego, że ludzie nie chcą mieć ze mną do czynienia. Rzadko jednak rzucają mi to prosto w twarz.
- Rozumiem to, choć tego nie pojmuję. Nigdy niczym ci nie zawiniłem. Zachowuję się jak wy, mówię waszym językiem i schodzę z oczu podobnym do ciebie. Mimo to bez wyraźnego powodu darzysz mnie nienawiścią. Gdyby sytuacja się odwróciła i to ty trafiłbyś do Królestwa, żaden elf nie zachowywał względem ciebie nawet w połowie tak jak  źle, ty traktujesz mnie.
- Mówisz naszym językiem. Jednak dalej jest to dla ciebie język obcy. – zauważył.
- Doskonale rozumiem każde twoje słowo. Znam ten język znacznie dłużej od ciebie. –odpowiedziałem i uznając, że nie ma sensu dłużej prowadzić tej rozmowy, chwyciłem Sorrow za rękę i poprowadziłem ją w stronę jednego z wozów na czele. Zająłem miejsce na koźle, dziewczyna usadowiła się na wozie za mną.
- Ehrendil...? – zaczęła.
- Tak, kwiatuszku?
- Nie lubię tego człowieka. – prychnęła.
 - Ja też nie, ale nie przejmuj się. Zrobimy co do nas należy i wrócimy do domu. Tylko nie mówmy mu, że nie jesteś człowiekiem.
- To da się załatwić.
Rozsiadłem się wygodniej obojętnie obserwując zbliżających się ludzi. Niektórzy przystawali przy Ferranie rozmawiając z nim krótko, inni mijali go pozdrawiając go jedynie krótkim skinieniem głowy. Wszyscy usadzali się na wozach w większości jednak omijając ten, który zająłem ja. Nie narzekałem. Nie skłamię mówiąc iż niewielu ludzi zdecydowało się mnie tolerować.
Uśmiechnąłem się na widok wysokiego rudego chłopaka, który demonstracyjnie minął lidera nie zaszczycając go nawet krótkim spojrzeniem. Ten sam rudzielec wcisnął się na miejsce obok Sorrow uśmiechając się miło.
- Kaede, miło mi – wyciągnął do dziewczyny dłoń – Chyba jeszcze się nie znamy.
- Sorrow – odparła niepewnie odwzajemniając gest chłopaka.
- Kvetha Fricai – uśmiechnąłem się do naszego nowego towarzysza – Nie przejmuj się Sorrow. To kotołak i w przeciwieństwie do większości zgromadzenia ten, pan nas lubi.
- Dokładnie tak. – przytaknął tamten ze szczerym uśmiechem.
W tym czasie wszyscy zainteresowani pozajmowali już miejsca i cała kolumna wozów ruszyła. Strzeliłem lejcami rzucając tylko krótkie „Ganga” i tym samym dając koniom znak by ruszyły i posłusznie podążyły za wozem przed sobą.
Droga do miasta zajęła nam jakieś 5 czy 6 godzin, przez które nie działo się absolutnie nic. Kaede z Sorrow rozmawiali trochę, ja czasami dorzucałem coś od siebie. W końcu zatrzymałem wóz i zeskoczyłem z kozła rozciągając się po paru godzinach trwania w niemal całkowitym bezruchu.
Dotarliśmy do uroczego portowego miasteczka. Jasne wybrukowane uliczki wiły się między bielonymi domkami krytymi czerwoną dachówką. Miasto zdawało się schodzić wprost do morza, gdzie na łagodnych falach kołysały się przeróżnych rozmiarów żaglowce. Łowcy zbili się w ciasną grupkę dookoła Ferrana, więc i ja nieco się zbliżyłem.
- W porcie czekają na nas trzy statki – usłyszałem mimo iż źródła dźwięku na szczęście nie widziałem na oczy – Altair, Vertis i Tricorne. Na każdym statku przewidziane jest miejsce dla 33 Łowców. Podzielcie się między sobą. Za godzinę ruszamy dalej.
Ludzie pomrukując między sobą rozeszli się po mieście. Ja, razem z Sorrow i kotołakiem ruszyliśmy w dół miasta, by przyjrzeć się okrętom, na których spędzimy najbliższe dni.
- Którego wybieramy? – spytała Sorrow podziwiając potężne fregaty.
- Podoba mi się Altair – stwierdziłem wskazując na złoto-czarny żaglowiec przyozdobiony galionem przedstawiającym feniksa.

<Sorrow? Masz godzinę. Zwiedzamy miasto czy zajmujemy sobie dobrą miejscówkę?>