sobota, 22 października 2016

Od Raven'a CD. Lilith

- Mamy chyba zupełnie inne definicje poszukiwań… - mruknąłem, uciskając palcami nasadę nosa i mimo wszystko starając się zachować spokój. – Miałaś przyprowadzić mi kogoś od kogo mógłbym się czegoś dowiedzieć, a nie zaprzyjaźniać się ze znajdą z ulicy.
- Nie miej pretensji! Nie powiedziałeś mi czego chcesz! – oburzyła się dziewczyna – A tak przy okazji… Nie zrób Sarze krzywdy. Nie jej wina, że nie ma domu.
Odetchnąłem głęboko, przecierając twarz dłonią i zmierzyłem kotołaczkę zirytowanym spojrzeniem. Skuliła się nieco. Jej uszy przywarły płasko do rudych włosów, kiedy usiłowała wytrzymać moje spojrzenie.
- W porządku – oznajmiłem po dłuższej chwili zaskakując tym samym i Lilith, i Sarę – Niech zostanie.
Odwróciłem się w stronę kuchni i wyciągnąłem z szafki pierwszy lepszy kubek i herbatę. Nalałem wodę do czajnika i wstawiłem go na niewielką kuchenkę. Krótkim „Ignis” sprawiłem, że pod czajnikiem zapłonął ogień, po czym odwróciłem się do kobiet. Kotołaczka niepewnie rozglądała się po moim mieszkaniu, ewidentnie szukając kłopotów. Lilith natomiast stała niedbale oparta na stole i śledziła na przemian moje i Sary ruchy. Z mojego gardła wydobył się cichy warkot, który zwrócił uwagę obu kobiet.
- Co znowu? – spytała ta bardziej bezczelna, która zdawała się ani trochę mnie nie bać. Kosztowny błąd, bądź skończona głupota.
- Nie mam się ciebie jak pozbyć. – warknąłem – A miałem zamiar zapolować. Głodny bywam jeszcze większym draniem niż zwykle.
- A ktoś ci broni iść do diabła? – spytała zdziwiona.
- Nie ma mowy bym zostawił śmiertelniczkę samą w moim mieszkaniu. Już fakt, iż pozwalam ci korzystać z mojego łóżka świadczy o wręcz anielskiej dobroci serca z mojej strony.
Czajnik głośnym gwizdem oznajmił wszystkim zgromadzonym, iż woda już się zagotowała i jest gotowa do zaparzenia herbaty. Po krótkim namyśle przygotowałem dwa naczynia mocnego, ciemnego naparu i postawiłem je na stole. Sam zająłem miejsce przy którym żadnego kubka nie było.
- Siadajcie. – rozkazałem, opierając przedramiona na stole. Sara znacznie szybciej spełniła to polecenie. Zapewne wyczuwała, że nie jestem miłym człowiekiem i nie powinno się mnie wyprowadzać z równowagi częściej niż to konieczne. Lilith z ociąganiem się zajęła ostatnie wolne miejsce, poprawiła ostentacyjnie włosy i chwyciła w dłonie kubek z miną godną znudzonego pięciolatka. Westchnąłem cicho. Pora przejść do pytań. Jeszcze co prawda nie zdecydowałem co zrobię z Sarą kiedy przestanie mi być potrzebna, ale mogę się założyć, że jeśli Lilith nie będzie się wtrącać to raczej nie będzie nic miłego. Najskuteczniejszym sposobem na to, by kogoś uciszyć jest usunąć go ze świata żywych, czyż nie?
- A więc Saro… - zacząłem spokojnie. Jeszcze nie czas ją straszyć. – Powiedz mi, czy wiesz cokolwiek o skarbie twojej rasy?
Kocica zastrzygła uszami śmiejąc się nerwowo.
- A kto by nie wiedział. Ale nam nie wolno o tym mówić. Nikomu.
- Jesteś pewna? Nikomu ani słowa?
- No… Tak. Raczej tak. Kotołak by nie spytał, a obcym nie możemy o tym wspominać. Sam fakt, że wiesz o co pytasz jest… Ummm… Niepokojący… - wbiła wzrok w powierzchnię herbaty za wszelką cenę unikając mojego spojrzenia. Oparłem głowę na dłoni mrużąc oczy. Jeśli tylko by na mnie spojrzała… Mógłbym wyciągnąć z niej informacje siłą.
- Ty na pewno wiesz o czym mówisz…? Brzmi jakbyś nie była pewna. – próbowałem dalej.
- Oczywiście, że tak. Jestem pewna. – odparła – Proszę. Nie pytaj mnie już więcej.
- Żałuję, ale nie mogę. Muszę się dowiedzieć. Po dobroci lub siłą. – w moim głosie zagrała z lekka ostrzegawcza nutka, jasno świadcząca o tym, iż powoli kończy mi się moja i tak fałszywa cierpliwość.
- Naprawdę nie mogę ci powiedzieć. Zostaw mnie… - niemal wyszeptała. Pochyliłem się nieco bardziej w stronę dziewczyny.
- Powiedz mi póki ładnie proszę. Za chwilę przestanie być tak miło.
Dziewczyna upiła łyk herbaty, czerwieniąc się lekko. I przelotnie spojrzała na mnie. To wystarczyło, żebym pochwycił jej spojrzenie i zmusił ją do tego, by nie była w stanie odwrócić wzroku od moich oczu. Jej źrenice rozszerzyły się, skurczyły i znów rozszerzyły gdy zamknąłem ją w mojej pułapce. Posłałem dziewczynie krótki grymas, oznaczający triumfujący uśmiech.
- Powiedz mi wszystko co wiesz o tym sekrecie. I nie waż się niczego zataić. – zażądałem.
- Mhm… - mruknęła odrobinkę zbyt nieobecnie. Wycofałem nieco czar Perswazji ułatwiając dziewczynie skupienie się, lecz nadal trzymając ją zbyt mocno by mogła mi się wyrwać – Nie wiem wszystkiego na temat skarbu. Nigdy go nie widziałam. Risu wie więcej ode mnie…
- Do rzeczy – pogoniłem ją – Kim jest Risu? Gdzie znajdę skarb? Czym on jest? Kto lub co go strzeże?
- Risu? Risu jest ważny. Ostatnio nagle zniknął. Ma długie, czarne włosy i złote oczy. On wie gdzie jest skarb. Ja nigdy go nie widziałam. Słyszałam tylko, że jest wielki. To jakiś artefakt. Nie wiem co robi, ani jak wygląda.
- Dobrze… - westchnąłem – Wróćmy do Risu. Jak on wygląda?
- Mówiłam już. Złote oczy, czarne włosy, często czesze je w kucyk, tak samo czarne uszy i skóra pokryta sierścią.
- Wobec tego już nigdy nie spotkasz Risu. On nie żyje. – oznajmiłem, krzywiąc się. Byłem blisko, tak bardzo blisko odpowiedzi… - Myśl. Kto jeszcze może coś wiedzieć?
Dziewczyna zmarszczyła brwi usilnie przegrzebując pamięć w poszukiwaniu informacji. Na raz pomiędzy nas spadła dłoń Lilith i z impetem uderzyła w blat stołu. Oboje z Sarą podskoczyliśmy momentalnie przerywając czar. Posłałem srebrnowłosej dziewczynie wściekłe spojrzenie.
- Jak śmiałaś?!
- A jak ty śmiałeś wyciągać od Sary informacje?! – odpowiedziała – Jasno powiedziała ci, że NIE może powiedzieć! – odpowiedziała mi tym samym tonem.
Górną szczękę przeszył mi krótki przebłysk ostrego bólu, kiedy kły gwałtownie wysunęły się z dziąseł.
- Wynoś. Się. Stąd. – wycedziłem błyskając kłami – Zanim cię zabiję.
Dziewczyna prychnęła na mnie i chwyciła za ramię kotołaczkę.
- Chodź Sara. Nie powinno cię tu być. – stwierdziła, wyprowadzając rudą za drzwi. Po czym zatrzasnęła drzwi. Skrzywiłem się słysząc hałas i sam zerwałem się z miejsca. Narzuciłem na ramiona swoją ulubioną skórzaną kurtkę i wyszedłem z mieszkania po raz drugi trzaskając drzwiami. Nie zależało mi na tym by dopaść Lilith czy Sarę. Tych dwóch nie miałem ochoty widzieć na oczy jeszcze przed długi czas. Wypadłem na bruk wprost pod pierwsze krople deszczu i nie zwalniając ruszyłem w stronę rynku miasta. Nie zawracałem sobie głowy tym gdzie podziały się te nieproszone przez nikogo osoby. Liczył się tylko fakt, iż nie widzę ich na oczy.
Zanim dotarłem do rynku zdążyło rozpadać się już na dobre. Ludzie pochowali się po domach i barach, żeby jakoś przeczekać brzydką pogodę. Nie przepadam za deszczem. Na ogół tylko wszystko komplikuje. Przesunąłem językiem po zębach, przystając w cieniu i zastanawiając się co mam teraz zrobić. Szukać nowego źródła informacji, ofiary czy może po prostu zrobić jakieś zamieszanie…?

I wtedy je zobaczyłem. Ruda miała kaptur na głowie, siwowłosa też starała się schować głowę przed deszczem we własnym. Nie wierzę w to… W tym mieście naprawdę nie ma innych osób na które mógłbym przypadkiem wpaść? Niespiesznie zmieniłem postać na mgłę tylko siłą woli powstrzymując się przed wypatroszeniem Lilith.

<Lilith?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz