niedziela, 9 października 2016

Od Ehrendila CD. Sorrow


Westchnąłem cicho odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Jak to jest, że im niebezpieczniejszy cel tym Sorrow szybciej się do niego przygotowuje? Wziąłem jej talerz i postanowiłem pozmywać. Skoro wyjeżdżamy na dłużej wypadałoby zostawić po sobie porządek. Kiedy już wszystko sprzątnąłem poszedłem się spakować. Wielkie Łowy nigdy nie kończyły się w ciągu tygodnia, a polowanie na Krakena bez wątpienia podchodzi pod Wielkie Łowy.
- Ehreeeeendiiiiiil?! Jesteś gotowy?! – do zbrojowni wpadła uśmiechnięta Sorrow. Odwzajemniłem jej uśmiech.
- Już prawie, kwiatuszku... – chwyciłem ulubiony miecz i przypasałem go, wziąłem kuszę, kilka zwykłych, prostych sztyletów i zabrałem kilka garści bełtów oraz sprawdziłem czy wszystkie potrzebne specyfiki typu Flamma Ferax lub eliksir o zgrabnej nazwie Czarna Krew nadal czekają na użycie w mojej torbie. Zbroi nie zamierzałem zabierać pomimo sporego zagrożenia. Była średnio wygodna i ciężka, a na pełnym morzu zdecydowanie wolałbym nie krepować sobie ruchów. Lekki skórzany pancerz musiał mi wystarczyć. Wyciągnąłem jeszcze puginał i wręczyłem go Sorrow.
– Może ci się przydać.
Dziewczyna z pewnym ociąganiem wzięła broń i schowała ją do swojej torby.
- Możemy już iść?
- Powinniśmy, jeśli nie chcemy się spóźnić.
- A co ze zwierzakami?
- Radziły sobie doskonale nim je przygarnęliśmy, poradzą sobie i teraz. Żałuję, lecz nie możemy ich zabrać. Już z przekonaniem Łowców do twojej obecności mogę mieć znaczne problemy.
Przewiesiłem swoją torbę przez ramię i chwyciłem dziewczynę za rękę, delikatnie głaszcząc kciukiem wierzch jej dłoni. Wyszliśmy z mieszkania i ruszyliśmy w stronę miasta. Po drodze Sorrow spytała mnie jak to będzie wyglądało. Stwierdziłem, że sam nie wiem, bo każde Wielkie Łowy wyglądają inaczej. Mogłem być jednak pewny, że będziemy musieli dostać się do miasta portowego, a razem z nami pojedzie około dziewięćdziesięciu Łowców Potworów. Przy okazji jeszcze raz wspomniałem dziewczynie czym tak właściwie jest Kraken i dlaczego musimy go pokonać oraz wyjaśniłem ten tajemniczo brzmiący zwrot „Wielkie Łowy”. Nie powstrzymałem się od tego, by po raz kolejny oznajmić, że jest to bardzo niebezpieczne, ale Sorrow uciszyła mnie, stwierdzając, że doskonale o tym wie i dlatego chce mi towarzyszyć.
Niedługo później trafiliśmy na rynek przed Księżycem Łowcy. Dziś było wyjątkowo tłoczno. Przed budynkiem kręciło się więcej odzianych na czarno ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. A przynajmniej odkąd pamiętam. Część z nich ostrzyła miecze czy topory, dostrzegłem też paru ludzi analizujących zapiski zapewne dotyczące Krakena. Kilkoro z nich przechadzało się dookoła prezentując większy bądź mniejszy stopień zdenerwowania. Były tam kobiety i mężczyźni. Wszyscy odziani w identyczne do mojego czarne stroje, płaszcze z głębokimi kapturami oraz chusty bądź maski zasłaniające dolną połowę twarzy. Cóż poradzić, że Kodeks narzuca właśnie taki, a nie inny strój kastowy i trzeba bezwzględnie przestrzegać zasad w nim zawartych. Drzwi gospody zaskrzypiały głośno i ze środka wyszedł całkiem potężnie zbudowany mężczyzna z brzydką blizną przecinającą jego brew i powiekę, a potem znikającą pod czarną chustą. Niejaki Ferran Mayderen, jak miałem nieprzyjemność sobie uświadomić. Czołowy Łowca tego regionu oraz prawdopodobnie lider całego przedsięwzięcia. Człowiek, który pozbawił mnie tytułu i korzystając z chwili mojego spadku formy zajął moje miejsce u szczytu rankingu. Mam prawo nie lubić tego człowieka, mimo iż nie życzę mu źle. Jeszcze odzyskam co moje i nie będzie problemu. Wbrew pozorom nie jestem też zazdrosny, zwyczajnie nie mam o co.
Mężczyzna powiódł wzrokiem dookoła i klasnął w dłonie. Plac znieruchomiał, kiedy blisko setka Łowców zastygła w bezruchu ze wzrokiem utkwionym w tymczasowego, samozwańczego przywódcę.
- Słuchajcie! – zagrzmiał Ferran uciszając ostatnie szepty – Większość z was po raz pierwszy bierze udział w Wielkich Łowach. Nie wierzcie w to, że niewielu wraca. Spójrzcie na mnie. Ja wróciłem i wy też wrócicie. Ręczę za to. Jesteśmy wspaniale przygotowani, mamy bezcenne informacje, a w mieście na wschód stąd czekają na nas żaglowce. Udamy się tam powozami stojącymi pod miastem. Pora w drogę. Za kwadrans widzę was wszystkich przy wozach. Kto się spóźni, zostaje.
Mężczyzna skończył swoją krótką przemowę, odwrócił się i odszedł.
- To Ferran Mayderen, czołowy Łowca. Fatalny z niego mówca... Jak i zapewne lider. – oznajmiłem ruszając w stronę celu. Sorrow, która szła obok mnie odpowiedziała mi nieokreślonym pomrukiem.
- Ciekawe czy pozwoli mi jechać...
- Musi. Inaczej pozwolę sobie pomówić z nim na osobności. Z niewielką pomocą Wędrowca oraz miecza. – zaśmiałem się mijając strażników w bramie, którzy patrzyli na mnie jak na ostatnią zarazę. Wyjątkowo nie przejąłem się tym słuchając uroczego śmiechu mojej dziewczyny.
Było dokładnie tak jak zapowiedział to Ferran. Na drodze pod miastem stał szereg wozów, każdy z nich  zaprzężony był w parę koni. Mimo wszystko nie były to jakieś szczególnie luksusowe, ani nawet ładne środki transportu. Wyglądały mi na pożyczone od rolników  razem z końmi, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Na co dzień żyję w niemal spartańskich warunkach i nigdy nie potrzebowałem szczególnych wygód. Mężczyzna opierał się o ostatni z wozów. Odsłonił już toporną, wręcz prymitywną twarz, więc i ja to zrobiłem.
- Co to za jedna? – spytał nawet nie siląc się na uprzejmości i wskazując na Sorrow grubym paluchem.
- Na imię jej Sorrow – odparłem fałszywie uprzejmym głosem – Jest moją partnerką i jestem pewien jej doskonałych umiejętności. Uznałem, że przyda nam się bardziej niż część hołoty, która zgodziła się na pewną śmierć podróżując z tobą.
- Nikt nie umrze. – oświadczył tamten wyraźnie akcentując każde słowo. W jego głosie brzmiała wyraźna pogarda dla mojej osoby, ale cóż, ja też nie darzyłem tego człowieka nawet najsłabszym ciepłym uczuciem – A przynajmniej żaden człowiek. Dopilnuję tego.
- Czyżbyś pragnął mnie przed czymś ostrzec? – spytałem unosząc brwi w geście niedowierzania. Zrozumiałem aluzję i szczerze mnie ona rozbawiła. Kim musiał być ten człowiek, a co ważniejsze jak bardzo bał się inności skoro aż tak bardzo mnie nienawidził?
- Gardzę tobą i podobnymi tobie, odmieńcu – wysyczał tamten mrużąc oczy w grymasie wyrażającym wręcz wściekłość. Odetchnąłem głęboko sam starając się zachować spokój. To przecież nic nowego, że ludzie nie chcą mieć ze mną do czynienia. Rzadko jednak rzucają mi to prosto w twarz.
- Rozumiem to, choć tego nie pojmuję. Nigdy niczym ci nie zawiniłem. Zachowuję się jak wy, mówię waszym językiem i schodzę z oczu podobnym do ciebie. Mimo to bez wyraźnego powodu darzysz mnie nienawiścią. Gdyby sytuacja się odwróciła i to ty trafiłbyś do Królestwa, żaden elf nie zachowywał względem ciebie nawet w połowie tak jak  źle, ty traktujesz mnie.
- Mówisz naszym językiem. Jednak dalej jest to dla ciebie język obcy. – zauważył.
- Doskonale rozumiem każde twoje słowo. Znam ten język znacznie dłużej od ciebie. –odpowiedziałem i uznając, że nie ma sensu dłużej prowadzić tej rozmowy, chwyciłem Sorrow za rękę i poprowadziłem ją w stronę jednego z wozów na czele. Zająłem miejsce na koźle, dziewczyna usadowiła się na wozie za mną.
- Ehrendil...? – zaczęła.
- Tak, kwiatuszku?
- Nie lubię tego człowieka. – prychnęła.
 - Ja też nie, ale nie przejmuj się. Zrobimy co do nas należy i wrócimy do domu. Tylko nie mówmy mu, że nie jesteś człowiekiem.
- To da się załatwić.
Rozsiadłem się wygodniej obojętnie obserwując zbliżających się ludzi. Niektórzy przystawali przy Ferranie rozmawiając z nim krótko, inni mijali go pozdrawiając go jedynie krótkim skinieniem głowy. Wszyscy usadzali się na wozach w większości jednak omijając ten, który zająłem ja. Nie narzekałem. Nie skłamię mówiąc iż niewielu ludzi zdecydowało się mnie tolerować.
Uśmiechnąłem się na widok wysokiego rudego chłopaka, który demonstracyjnie minął lidera nie zaszczycając go nawet krótkim spojrzeniem. Ten sam rudzielec wcisnął się na miejsce obok Sorrow uśmiechając się miło.
- Kaede, miło mi – wyciągnął do dziewczyny dłoń – Chyba jeszcze się nie znamy.
- Sorrow – odparła niepewnie odwzajemniając gest chłopaka.
- Kvetha Fricai – uśmiechnąłem się do naszego nowego towarzysza – Nie przejmuj się Sorrow. To kotołak i w przeciwieństwie do większości zgromadzenia ten, pan nas lubi.
- Dokładnie tak. – przytaknął tamten ze szczerym uśmiechem.
W tym czasie wszyscy zainteresowani pozajmowali już miejsca i cała kolumna wozów ruszyła. Strzeliłem lejcami rzucając tylko krótkie „Ganga” i tym samym dając koniom znak by ruszyły i posłusznie podążyły za wozem przed sobą.
Droga do miasta zajęła nam jakieś 5 czy 6 godzin, przez które nie działo się absolutnie nic. Kaede z Sorrow rozmawiali trochę, ja czasami dorzucałem coś od siebie. W końcu zatrzymałem wóz i zeskoczyłem z kozła rozciągając się po paru godzinach trwania w niemal całkowitym bezruchu.
Dotarliśmy do uroczego portowego miasteczka. Jasne wybrukowane uliczki wiły się między bielonymi domkami krytymi czerwoną dachówką. Miasto zdawało się schodzić wprost do morza, gdzie na łagodnych falach kołysały się przeróżnych rozmiarów żaglowce. Łowcy zbili się w ciasną grupkę dookoła Ferrana, więc i ja nieco się zbliżyłem.
- W porcie czekają na nas trzy statki – usłyszałem mimo iż źródła dźwięku na szczęście nie widziałem na oczy – Altair, Vertis i Tricorne. Na każdym statku przewidziane jest miejsce dla 33 Łowców. Podzielcie się między sobą. Za godzinę ruszamy dalej.
Ludzie pomrukując między sobą rozeszli się po mieście. Ja, razem z Sorrow i kotołakiem ruszyliśmy w dół miasta, by przyjrzeć się okrętom, na których spędzimy najbliższe dni.
- Którego wybieramy? – spytała Sorrow podziwiając potężne fregaty.
- Podoba mi się Altair – stwierdziłem wskazując na złoto-czarny żaglowiec przyozdobiony galionem przedstawiającym feniksa.

<Sorrow? Masz godzinę. Zwiedzamy miasto czy zajmujemy sobie dobrą miejscówkę?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz