Westchnąłem cicho odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Jak to jest, że im niebezpieczniejszy cel tym Sorrow szybciej się do niego przygotowuje? Wziąłem jej talerz i postanowiłem pozmywać. Skoro wyjeżdżamy na dłużej wypadałoby zostawić po sobie porządek. Kiedy już wszystko sprzątnąłem poszedłem się spakować. Wielkie Łowy nigdy nie kończyły się w ciągu tygodnia, a polowanie na Krakena bez wątpienia podchodzi pod Wielkie Łowy.
- Ehreeeeendiiiiiil?! Jesteś
gotowy?! – do zbrojowni wpadła uśmiechnięta Sorrow. Odwzajemniłem jej uśmiech.
- Już prawie, kwiatuszku... –
chwyciłem ulubiony miecz i przypasałem go, wziąłem kuszę, kilka zwykłych,
prostych sztyletów i zabrałem kilka garści bełtów oraz sprawdziłem czy
wszystkie potrzebne specyfiki typu Flamma Ferax lub eliksir o zgrabnej nazwie
Czarna Krew nadal czekają na użycie w mojej torbie. Zbroi nie zamierzałem zabierać
pomimo sporego zagrożenia. Była średnio wygodna i ciężka, a na pełnym morzu
zdecydowanie wolałbym nie krepować sobie ruchów. Lekki skórzany pancerz musiał
mi wystarczyć. Wyciągnąłem jeszcze puginał i wręczyłem go Sorrow.
– Może ci się przydać.
Dziewczyna z pewnym ociąganiem
wzięła broń i schowała ją do swojej torby.
- Możemy już iść?
- Powinniśmy, jeśli nie chcemy
się spóźnić.
- A co ze zwierzakami?
- Radziły sobie doskonale nim je
przygarnęliśmy, poradzą sobie i teraz. Żałuję, lecz nie możemy ich zabrać. Już
z przekonaniem Łowców do twojej obecności mogę mieć znaczne problemy.
Przewiesiłem swoją torbę przez
ramię i chwyciłem dziewczynę za rękę, delikatnie głaszcząc kciukiem wierzch jej
dłoni. Wyszliśmy z mieszkania i ruszyliśmy w stronę miasta. Po drodze Sorrow
spytała mnie jak to będzie wyglądało. Stwierdziłem, że sam nie wiem, bo każde
Wielkie Łowy wyglądają inaczej. Mogłem być jednak pewny, że będziemy musieli
dostać się do miasta portowego, a razem z nami pojedzie około
dziewięćdziesięciu Łowców Potworów. Przy okazji jeszcze raz wspomniałem
dziewczynie czym tak właściwie jest Kraken i dlaczego musimy go pokonać oraz
wyjaśniłem ten tajemniczo brzmiący zwrot „Wielkie Łowy”. Nie powstrzymałem się
od tego, by po raz kolejny oznajmić, że jest to bardzo niebezpieczne, ale
Sorrow uciszyła mnie, stwierdzając, że doskonale o tym wie i dlatego chce mi
towarzyszyć.
Niedługo później trafiliśmy na rynek
przed Księżycem Łowcy. Dziś było wyjątkowo tłoczno. Przed budynkiem kręciło się
więcej odzianych na czarno ludzi niż kiedykolwiek wcześniej. A przynajmniej
odkąd pamiętam. Część z nich ostrzyła miecze czy topory, dostrzegłem też paru
ludzi analizujących zapiski zapewne dotyczące Krakena. Kilkoro z nich
przechadzało się dookoła prezentując większy bądź mniejszy stopień
zdenerwowania. Były tam kobiety i mężczyźni. Wszyscy odziani w identyczne do
mojego czarne stroje, płaszcze z głębokimi kapturami oraz chusty bądź maski
zasłaniające dolną połowę twarzy. Cóż poradzić, że Kodeks narzuca właśnie taki,
a nie inny strój kastowy i trzeba bezwzględnie przestrzegać zasad w nim
zawartych. Drzwi gospody zaskrzypiały głośno i ze środka wyszedł całkiem
potężnie zbudowany mężczyzna z brzydką blizną przecinającą jego brew i powiekę,
a potem znikającą pod czarną chustą. Niejaki Ferran Mayderen, jak miałem
nieprzyjemność sobie uświadomić. Czołowy Łowca tego regionu oraz prawdopodobnie
lider całego przedsięwzięcia. Człowiek, który pozbawił mnie tytułu i
korzystając z chwili mojego spadku formy zajął moje miejsce u szczytu rankingu.
Mam prawo nie lubić tego człowieka, mimo iż nie życzę mu źle. Jeszcze odzyskam
co moje i nie będzie problemu. Wbrew pozorom nie jestem też zazdrosny, zwyczajnie
nie mam o co.
Mężczyzna powiódł wzrokiem
dookoła i klasnął w dłonie. Plac znieruchomiał, kiedy blisko setka Łowców
zastygła w bezruchu ze wzrokiem utkwionym w tymczasowego, samozwańczego
przywódcę.
- Słuchajcie! – zagrzmiał Ferran
uciszając ostatnie szepty – Większość z was po raz pierwszy bierze udział w
Wielkich Łowach. Nie wierzcie w to, że niewielu wraca. Spójrzcie na mnie. Ja
wróciłem i wy też wrócicie. Ręczę za to. Jesteśmy wspaniale przygotowani, mamy
bezcenne informacje, a w mieście na wschód stąd czekają na nas żaglowce. Udamy
się tam powozami stojącymi pod miastem. Pora w drogę. Za kwadrans widzę was
wszystkich przy wozach. Kto się spóźni, zostaje.
Mężczyzna skończył swoją krótką
przemowę, odwrócił się i odszedł.
- To Ferran Mayderen, czołowy Łowca.
Fatalny z niego mówca... Jak i zapewne lider. – oznajmiłem ruszając w stronę
celu. Sorrow, która szła obok mnie odpowiedziała mi nieokreślonym pomrukiem.
- Ciekawe czy pozwoli mi
jechać...
- Musi. Inaczej pozwolę sobie
pomówić z nim na osobności. Z niewielką pomocą Wędrowca oraz miecza. –
zaśmiałem się mijając strażników w bramie, którzy patrzyli na mnie jak na
ostatnią zarazę. Wyjątkowo nie przejąłem się tym słuchając uroczego śmiechu
mojej dziewczyny.
Było dokładnie tak jak
zapowiedział to Ferran. Na drodze pod miastem stał szereg wozów, każdy z
nich zaprzężony był w parę koni. Mimo
wszystko nie były to jakieś szczególnie luksusowe, ani nawet ładne środki
transportu. Wyglądały mi na pożyczone od rolników razem z końmi, ale nie miało to najmniejszego
znaczenia. Na co dzień żyję w niemal spartańskich warunkach i nigdy nie
potrzebowałem szczególnych wygód. Mężczyzna opierał się o ostatni z wozów.
Odsłonił już toporną, wręcz prymitywną twarz, więc i ja to zrobiłem.
- Co to za jedna? – spytał nawet
nie siląc się na uprzejmości i wskazując na Sorrow grubym paluchem.
- Na imię jej Sorrow – odparłem
fałszywie uprzejmym głosem – Jest moją partnerką i jestem pewien jej
doskonałych umiejętności. Uznałem, że przyda nam się bardziej niż część hołoty,
która zgodziła się na pewną śmierć podróżując z tobą.
- Nikt nie umrze. – oświadczył
tamten wyraźnie akcentując każde słowo. W jego głosie brzmiała wyraźna pogarda
dla mojej osoby, ale cóż, ja też nie darzyłem tego człowieka nawet najsłabszym
ciepłym uczuciem – A przynajmniej żaden człowiek. Dopilnuję tego.
- Czyżbyś pragnął mnie przed
czymś ostrzec? – spytałem unosząc brwi w geście niedowierzania. Zrozumiałem aluzję
i szczerze mnie ona rozbawiła. Kim musiał być ten człowiek, a co ważniejsze jak
bardzo bał się inności skoro aż tak bardzo mnie nienawidził?
- Gardzę tobą i podobnymi tobie,
odmieńcu – wysyczał tamten mrużąc oczy w grymasie wyrażającym wręcz wściekłość.
Odetchnąłem głęboko sam starając się zachować spokój. To przecież nic nowego,
że ludzie nie chcą mieć ze mną do czynienia. Rzadko jednak rzucają mi to prosto
w twarz.
- Rozumiem to, choć tego nie
pojmuję. Nigdy niczym ci nie zawiniłem. Zachowuję się jak wy, mówię waszym
językiem i schodzę z oczu podobnym do ciebie. Mimo to bez wyraźnego powodu
darzysz mnie nienawiścią. Gdyby sytuacja się odwróciła i to ty trafiłbyś do
Królestwa, żaden elf nie zachowywał względem ciebie nawet w połowie tak jak źle, ty traktujesz mnie.
- Mówisz naszym językiem. Jednak dalej
jest to dla ciebie język obcy. – zauważył.
- Doskonale rozumiem każde twoje
słowo. Znam ten język znacznie dłużej od ciebie. –odpowiedziałem i uznając, że
nie ma sensu dłużej prowadzić tej rozmowy, chwyciłem Sorrow za rękę i poprowadziłem
ją w stronę jednego z wozów na czele. Zająłem miejsce na koźle, dziewczyna
usadowiła się na wozie za mną.
- Ehrendil...? – zaczęła.
- Tak, kwiatuszku?
- Nie lubię tego człowieka. – prychnęła.
- Ja też nie, ale nie przejmuj się. Zrobimy co
do nas należy i wrócimy do domu. Tylko nie mówmy mu, że nie jesteś człowiekiem.
- To da się załatwić.
Rozsiadłem się wygodniej
obojętnie obserwując zbliżających się ludzi. Niektórzy przystawali przy
Ferranie rozmawiając z nim krótko, inni mijali go pozdrawiając go jedynie
krótkim skinieniem głowy. Wszyscy usadzali się na wozach w większości jednak
omijając ten, który zająłem ja. Nie narzekałem. Nie skłamię mówiąc iż niewielu
ludzi zdecydowało się mnie tolerować.
Uśmiechnąłem się na widok wysokiego
rudego chłopaka, który demonstracyjnie minął lidera nie zaszczycając go nawet
krótkim spojrzeniem. Ten sam rudzielec wcisnął się na miejsce obok Sorrow
uśmiechając się miło.
- Kaede, miło mi – wyciągnął do
dziewczyny dłoń – Chyba jeszcze się nie znamy.
- Sorrow – odparła niepewnie odwzajemniając
gest chłopaka.
- Kvetha Fricai – uśmiechnąłem
się do naszego nowego towarzysza – Nie przejmuj się Sorrow. To kotołak i w
przeciwieństwie do większości zgromadzenia ten, pan nas lubi.
- Dokładnie tak. – przytaknął tamten
ze szczerym uśmiechem.
W tym czasie wszyscy
zainteresowani pozajmowali już miejsca i cała kolumna wozów ruszyła. Strzeliłem
lejcami rzucając tylko krótkie „Ganga” i tym samym dając koniom znak by ruszyły
i posłusznie podążyły za wozem przed sobą.
Droga do miasta zajęła nam jakieś
5 czy 6 godzin, przez które nie działo się absolutnie nic. Kaede z Sorrow
rozmawiali trochę, ja czasami dorzucałem coś od siebie. W końcu zatrzymałem wóz
i zeskoczyłem z kozła rozciągając się po paru godzinach trwania w niemal
całkowitym bezruchu.
Dotarliśmy do uroczego portowego
miasteczka. Jasne wybrukowane uliczki wiły się między bielonymi domkami krytymi
czerwoną dachówką. Miasto zdawało się schodzić wprost do morza, gdzie na
łagodnych falach kołysały się przeróżnych rozmiarów żaglowce. Łowcy zbili się w
ciasną grupkę dookoła Ferrana, więc i ja nieco się zbliżyłem.
- W porcie czekają na nas trzy
statki – usłyszałem mimo iż źródła dźwięku na szczęście nie widziałem na oczy –
Altair, Vertis i Tricorne. Na każdym statku przewidziane jest miejsce dla 33
Łowców. Podzielcie się między sobą. Za godzinę ruszamy dalej.
Ludzie pomrukując między sobą
rozeszli się po mieście. Ja, razem z Sorrow i kotołakiem ruszyliśmy w dół miasta,
by przyjrzeć się okrętom, na których spędzimy najbliższe dni.
- Którego wybieramy? – spytała Sorrow
podziwiając potężne fregaty.
- Podoba mi się Altair –
stwierdziłem wskazując na złoto-czarny żaglowiec przyozdobiony galionem przedstawiającym
feniksa.
<Sorrow? Masz godzinę.
Zwiedzamy miasto czy zajmujemy sobie dobrą miejscówkę?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz