- Mamy chyba zupełnie inne
definicje poszukiwań… - mruknąłem, uciskając palcami nasadę nosa i mimo
wszystko starając się zachować spokój. – Miałaś przyprowadzić mi kogoś od kogo
mógłbym się czegoś dowiedzieć, a nie zaprzyjaźniać się ze znajdą z ulicy.
- Nie miej pretensji! Nie
powiedziałeś mi czego chcesz! – oburzyła się dziewczyna – A tak przy okazji…
Nie zrób Sarze krzywdy. Nie jej wina, że nie ma domu.
Odetchnąłem głęboko, przecierając
twarz dłonią i zmierzyłem kotołaczkę zirytowanym spojrzeniem. Skuliła się
nieco. Jej uszy przywarły płasko do rudych włosów, kiedy usiłowała wytrzymać
moje spojrzenie.
- W porządku – oznajmiłem po
dłuższej chwili zaskakując tym samym i Lilith, i Sarę – Niech zostanie.
Odwróciłem się w stronę kuchni i
wyciągnąłem z szafki pierwszy lepszy kubek i herbatę. Nalałem wodę do czajnika
i wstawiłem go na niewielką kuchenkę. Krótkim „Ignis” sprawiłem, że pod
czajnikiem zapłonął ogień, po czym odwróciłem się do kobiet. Kotołaczka
niepewnie rozglądała się po moim mieszkaniu, ewidentnie szukając kłopotów.
Lilith natomiast stała niedbale oparta na stole i śledziła na przemian moje i
Sary ruchy. Z mojego gardła wydobył się cichy warkot, który zwrócił uwagę obu
kobiet.
- Co znowu? – spytała ta bardziej
bezczelna, która zdawała się ani trochę mnie nie bać. Kosztowny błąd, bądź
skończona głupota.
- Nie mam się ciebie jak pozbyć.
– warknąłem – A miałem zamiar zapolować. Głodny bywam jeszcze większym draniem
niż zwykle.
- A ktoś ci broni iść do diabła?
– spytała zdziwiona.
- Nie ma mowy bym zostawił
śmiertelniczkę samą w moim mieszkaniu. Już fakt, iż pozwalam ci korzystać z
mojego łóżka świadczy o wręcz anielskiej dobroci serca z mojej strony.
Czajnik głośnym gwizdem oznajmił
wszystkim zgromadzonym, iż woda już się zagotowała i jest gotowa do zaparzenia
herbaty. Po krótkim namyśle przygotowałem dwa naczynia mocnego, ciemnego naparu
i postawiłem je na stole. Sam zająłem miejsce przy którym żadnego kubka nie
było.
- Siadajcie. – rozkazałem,
opierając przedramiona na stole. Sara znacznie szybciej spełniła to polecenie.
Zapewne wyczuwała, że nie jestem miłym człowiekiem i nie powinno się mnie
wyprowadzać z równowagi częściej niż to konieczne. Lilith z ociąganiem się
zajęła ostatnie wolne miejsce, poprawiła ostentacyjnie włosy i chwyciła w
dłonie kubek z miną godną znudzonego pięciolatka. Westchnąłem cicho. Pora
przejść do pytań. Jeszcze co prawda nie zdecydowałem co zrobię z Sarą kiedy
przestanie mi być potrzebna, ale mogę się założyć, że jeśli Lilith nie będzie
się wtrącać to raczej nie będzie nic miłego. Najskuteczniejszym sposobem na to,
by kogoś uciszyć jest usunąć go ze świata żywych, czyż nie?
- A więc Saro… - zacząłem
spokojnie. Jeszcze nie czas ją straszyć. – Powiedz mi, czy wiesz cokolwiek o
skarbie twojej rasy?
Kocica zastrzygła uszami śmiejąc
się nerwowo.
- A kto by nie wiedział. Ale nam
nie wolno o tym mówić. Nikomu.
- Jesteś pewna? Nikomu ani słowa?
- No… Tak. Raczej tak. Kotołak by
nie spytał, a obcym nie możemy o tym wspominać. Sam fakt, że wiesz o co pytasz
jest… Ummm… Niepokojący… - wbiła wzrok w powierzchnię herbaty za wszelką cenę
unikając mojego spojrzenia. Oparłem głowę na dłoni mrużąc oczy. Jeśli tylko by
na mnie spojrzała… Mógłbym wyciągnąć z niej informacje siłą.
- Ty na pewno wiesz o czym
mówisz…? Brzmi jakbyś nie była pewna. – próbowałem dalej.
- Oczywiście, że tak. Jestem
pewna. – odparła – Proszę. Nie pytaj mnie już więcej.
- Żałuję, ale nie mogę. Muszę się
dowiedzieć. Po dobroci lub siłą. – w moim głosie zagrała z lekka ostrzegawcza
nutka, jasno świadcząca o tym, iż powoli kończy mi się moja i tak fałszywa
cierpliwość.
- Naprawdę nie mogę ci
powiedzieć. Zostaw mnie… - niemal wyszeptała. Pochyliłem się nieco bardziej w
stronę dziewczyny.
- Powiedz mi póki ładnie proszę.
Za chwilę przestanie być tak miło.
Dziewczyna upiła łyk herbaty,
czerwieniąc się lekko. I przelotnie spojrzała na mnie. To wystarczyło, żebym
pochwycił jej spojrzenie i zmusił ją do tego, by nie była w stanie odwrócić
wzroku od moich oczu. Jej źrenice rozszerzyły się, skurczyły i znów rozszerzyły
gdy zamknąłem ją w mojej pułapce. Posłałem dziewczynie krótki grymas,
oznaczający triumfujący uśmiech.
- Powiedz mi wszystko co wiesz o
tym sekrecie. I nie waż się niczego zataić. – zażądałem.
- Mhm… - mruknęła odrobinkę zbyt
nieobecnie. Wycofałem nieco czar Perswazji ułatwiając dziewczynie skupienie
się, lecz nadal trzymając ją zbyt mocno by mogła mi się wyrwać – Nie wiem
wszystkiego na temat skarbu. Nigdy go nie widziałam. Risu wie więcej ode mnie…
- Do rzeczy – pogoniłem ją – Kim
jest Risu? Gdzie znajdę skarb? Czym on jest? Kto lub co go strzeże?
- Risu? Risu jest ważny. Ostatnio
nagle zniknął. Ma długie, czarne włosy i złote oczy. On wie gdzie jest skarb.
Ja nigdy go nie widziałam. Słyszałam tylko, że jest wielki. To jakiś artefakt.
Nie wiem co robi, ani jak wygląda.
- Dobrze… - westchnąłem – Wróćmy
do Risu. Jak on wygląda?
- Mówiłam już. Złote oczy, czarne
włosy, często czesze je w kucyk, tak samo czarne uszy i skóra pokryta sierścią.
- Wobec tego już nigdy nie
spotkasz Risu. On nie żyje. – oznajmiłem, krzywiąc się. Byłem blisko, tak
bardzo blisko odpowiedzi… - Myśl. Kto jeszcze może coś wiedzieć?
Dziewczyna zmarszczyła brwi
usilnie przegrzebując pamięć w poszukiwaniu informacji. Na raz pomiędzy nas
spadła dłoń Lilith i z impetem uderzyła w blat stołu. Oboje z Sarą podskoczyliśmy
momentalnie przerywając czar. Posłałem srebrnowłosej dziewczynie wściekłe
spojrzenie.
- Jak śmiałaś?!
- A jak ty śmiałeś wyciągać od
Sary informacje?! – odpowiedziała – Jasno powiedziała ci, że NIE może
powiedzieć! – odpowiedziała mi tym samym tonem.
Górną szczękę przeszył mi krótki
przebłysk ostrego bólu, kiedy kły gwałtownie wysunęły się z dziąseł.
- Wynoś. Się. Stąd. – wycedziłem
błyskając kłami – Zanim cię zabiję.
Dziewczyna prychnęła na mnie i
chwyciła za ramię kotołaczkę.
- Chodź Sara. Nie powinno cię tu
być. – stwierdziła, wyprowadzając rudą za drzwi. Po czym zatrzasnęła drzwi.
Skrzywiłem się słysząc hałas i sam zerwałem się z miejsca. Narzuciłem na
ramiona swoją ulubioną skórzaną kurtkę i wyszedłem z mieszkania po raz drugi
trzaskając drzwiami. Nie zależało mi na tym by dopaść Lilith czy Sarę. Tych
dwóch nie miałem ochoty widzieć na oczy jeszcze przed długi czas. Wypadłem na
bruk wprost pod pierwsze krople deszczu i nie zwalniając ruszyłem w stronę
rynku miasta. Nie zawracałem sobie głowy tym gdzie podziały się te nieproszone
przez nikogo osoby. Liczył się tylko fakt, iż nie widzę ich na oczy.
Zanim dotarłem do rynku zdążyło
rozpadać się już na dobre. Ludzie pochowali się po domach i barach, żeby jakoś
przeczekać brzydką pogodę. Nie przepadam za deszczem. Na ogół tylko wszystko
komplikuje. Przesunąłem językiem po zębach, przystając w cieniu i zastanawiając
się co mam teraz zrobić. Szukać nowego źródła informacji, ofiary czy może po
prostu zrobić jakieś zamieszanie…?
I wtedy je zobaczyłem. Ruda miała
kaptur na głowie, siwowłosa też starała się schować głowę przed deszczem we
własnym. Nie wierzę w to… W tym mieście naprawdę nie ma innych osób na które
mógłbym przypadkiem wpaść? Niespiesznie zmieniłem postać na mgłę tylko siłą
woli powstrzymując się przed wypatroszeniem Lilith.
<Lilith?>