wtorek, 16 sierpnia 2016

Od Vestarii CD. Maylo

Zmierzyłam dzieciaka morderczym wzrokiem. Takim z serii tych o których zwykło się mawiać „Gdyby spojrzenie mogło zabijać…”.
- Spal, wyrzuć, wypierz w rzece – rzuciłam niechętnie – Mam to w dupie.
- Aha. Dzięki. Miła jesteś – Maylo posłał mi szeroki uśmiech.
- Zejdź mi z oczu gówniarzu – wbiłam wzrok w ekran telefonu i szybko wystukałam wiadomość.
„Zaraz dzieciaka zabiję… Leć po Cato, bo ktoś będzie musiał mnie wyciągnąć z Mordowni.”
Po kilku sekundach przyszła odpowiedź.
„Aż tak ci źle, mała? XD Luzik. Nauczy się jeszcze :P”
Rzuciłam telefon na łóżko nie mając póki co ochoty na niego patrzeć i wstałam. Rozejrzałam się dookoła. Od momentu kiedy się tu wprowadziłam jeszcze nigdy nie było tak czysto. Nie mam czasu, ani ochoty dbać o porządek. Nie byłam dobra w sprzątaniu, więc nawet nie zaczynałam. Przecież spokojnie da się żyć między piętrzącymi się stertami brudnych talerzy i hołdami brudnych ubrań. Ja potrafię sobie poradzić. To temu dzieciakowi zależy na czystości. Wiadomo kto będzie sprzątać.
Chwyciłam za plecak leżący zaraz przy drzwiach i przewiesiłam go sobie przez ramię.
- Gdzie idziesz? – usłyszałam gdy już miałam zamiar opuścić jaskinię.
- Do roboty. Nie interesuj się – warknęłam przez ramię i wyszłam. Cóż… Moją robotę nie nazwałabym ani miłą, ani tym bardziej lekką. Nawet nie pokusiłabym się o nazywanie jej legalną. Była cholernie zła, niebezpieczna i ryzykowna. A więc czym się zajmowałam? To proste. Czymś do czego jestem stworzona. Kradnę, czasami zabijam. Zależy od aktualnych potrzeb. Taki trochę łowca nagród, choć nie do końca. Trudno mi to opisać, ale wcale nie jest to nikomu potrzebne do szczęścia. Po prostu robię złe rzeczy dla raczej niezbyt dobrych ludzi i za nie do końca legalne pieniądze. Lubię tę robotę. Tak po prostu. Opłaca mi się taki styl życia. Uwielbiam adrenalinę i ryzyko. Wygram albo przegram. Przegrana oznacza wycieczkę do Mordowni w trybie natychmiastowy i śmierć bądź dożywocie. Wygrana natomiast skutkuje paroma dniami więcej na wolności, robiąc wyłącznie to na co mam ochotę i kiedy mam na to ochotę. Jeszcze nigdy nie przegrałam, ale nie trzeba być geniuszem by to stwierdzić.
Przedostałam się za bramy miasta i raźnym krokiem ruszyłam w stronę na wpół zrujnowanego domu w dzielnicy biedoty. Na dobrą sprawę lepsze tu warunki niż moje standardy. Plecak obijał się o mnie boleśnie uświadamiając mi, że jego zawartość jest całkiem twarda i nie powinnam nią aż tak kołysać. Mimo to przestałam dopiero przekraczając próg budynku. Przywitałam się ze Starym Rogerem – kolejnym z moich „znajomych”, z którymi kontakt utrzymuję wyłącznie ze względu na korzyści i oboje doskonale o tym wiemy. To on mi płaci.
- Co tam dzisiaj w ofercie, staruszku? – spytałam rzucając plecak pod ladę niewielkiego baru i sama się obsłużyłam zupełnie nie zwracając uwagi na niewiele starszego ode mnie mężczyznę opierającego się o bar. Jego lokal, jego sprawa kogo sobie zaprasza i jak ten ktoś się będzie zachowywać.
- Dzisiaj mamy w planach mały skok.
- Na? – oderwałam wzrok od kolorowego drinka patrząc na Rogera z autentyczną ciekawością.
- Tajemnica. I tak nie bierzesz w tym udziału. Odwrócisz tylko uwagę na odpowiednio długo i 10% łupu twoje.
- 15% - mruknęłam wracając do przygotowywania sobie napoju.
- Wiesz ile nas tam do cholery będzie?!
- 15%. Wiem, że nie masz nikogo wolnego. Tylko ja robię za przynętę. 15% całości albo żegnaj się z planami – mruknęłam obojętnie próbując drinka.
Mój rozmówca bardzo kreatywnie sobie zaklął mierząc mnie zirytowanym spojrzeniem. I tak nie miał wyjścia.
- 12%.
- Nie przejdzie – odparłam.
- 13% i więcej nie dostaniesz.
Szybko przeliczyłam w myślach czy faktycznie mi się to opłaca. To niewiele więcej niż na początku, ale...
- Stoi. Miło mi się robi z tobą interesy. A teraz do rzeczy... Którą część miasta mam wyczyścić?

<Maylo? Tak mi jakoś krótko wyszło...>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz