- Spal, wyrzuć, wypierz w rzece –
rzuciłam niechętnie – Mam to w dupie.
- Aha. Dzięki. Miła jesteś –
Maylo posłał mi szeroki uśmiech.
- Zejdź mi z oczu gówniarzu –
wbiłam wzrok w ekran telefonu i szybko wystukałam wiadomość.
„Zaraz dzieciaka zabiję… Leć po
Cato, bo ktoś będzie musiał mnie wyciągnąć z Mordowni.”
Po kilku sekundach przyszła
odpowiedź.
„Aż tak ci źle, mała? XD Luzik.
Nauczy się jeszcze :P”
Rzuciłam telefon na łóżko nie
mając póki co ochoty na niego patrzeć i wstałam. Rozejrzałam się dookoła. Od
momentu kiedy się tu wprowadziłam jeszcze nigdy nie było tak czysto. Nie mam
czasu, ani ochoty dbać o porządek. Nie byłam dobra w sprzątaniu, więc nawet nie
zaczynałam. Przecież spokojnie da się żyć między piętrzącymi się stertami
brudnych talerzy i hołdami brudnych ubrań. Ja potrafię sobie poradzić. To temu
dzieciakowi zależy na czystości. Wiadomo kto będzie sprzątać.
Chwyciłam za plecak leżący zaraz
przy drzwiach i przewiesiłam go sobie przez ramię.
- Gdzie idziesz? – usłyszałam gdy
już miałam zamiar opuścić jaskinię.
- Do roboty. Nie interesuj się –
warknęłam przez ramię i wyszłam. Cóż… Moją robotę nie nazwałabym ani miłą, ani
tym bardziej lekką. Nawet nie pokusiłabym się o nazywanie jej legalną. Była
cholernie zła, niebezpieczna i ryzykowna. A więc czym się zajmowałam? To
proste. Czymś do czego jestem stworzona. Kradnę, czasami zabijam. Zależy od
aktualnych potrzeb. Taki trochę łowca nagród, choć nie do końca. Trudno mi to
opisać, ale wcale nie jest to nikomu potrzebne do szczęścia. Po prostu robię
złe rzeczy dla raczej niezbyt dobrych ludzi i za nie do końca legalne
pieniądze. Lubię tę robotę. Tak po prostu. Opłaca mi się taki styl życia.
Uwielbiam adrenalinę i ryzyko. Wygram albo przegram. Przegrana oznacza
wycieczkę do Mordowni w trybie natychmiastowy i śmierć bądź dożywocie. Wygrana
natomiast skutkuje paroma dniami więcej na wolności, robiąc wyłącznie to na co
mam ochotę i kiedy mam na to ochotę. Jeszcze nigdy nie przegrałam, ale nie
trzeba być geniuszem by to stwierdzić.
Przedostałam się za bramy miasta
i raźnym krokiem ruszyłam w stronę na wpół zrujnowanego domu w dzielnicy biedoty.
Na dobrą sprawę lepsze tu warunki niż moje standardy. Plecak obijał się o mnie
boleśnie uświadamiając mi, że jego zawartość jest całkiem twarda i nie powinnam
nią aż tak kołysać. Mimo to przestałam dopiero przekraczając próg budynku.
Przywitałam się ze Starym Rogerem – kolejnym z moich „znajomych”, z którymi
kontakt utrzymuję wyłącznie ze względu na korzyści i oboje doskonale o tym
wiemy. To on mi płaci.
- Co tam dzisiaj w ofercie,
staruszku? – spytałam rzucając plecak pod ladę niewielkiego baru i sama się
obsłużyłam zupełnie nie zwracając uwagi na niewiele starszego ode mnie
mężczyznę opierającego się o bar. Jego lokal, jego sprawa kogo sobie zaprasza i
jak ten ktoś się będzie zachowywać.
- Dzisiaj mamy w planach mały
skok.
- Na? – oderwałam wzrok od
kolorowego drinka patrząc na Rogera z autentyczną ciekawością.
- Tajemnica. I tak nie bierzesz w
tym udziału. Odwrócisz tylko uwagę na odpowiednio długo i 10% łupu twoje.
- 15% - mruknęłam wracając do
przygotowywania sobie napoju.
- Wiesz ile nas tam do cholery
będzie?!
- 15%. Wiem, że nie masz nikogo wolnego.
Tylko ja robię za przynętę. 15% całości albo żegnaj się z planami – mruknęłam obojętnie
próbując drinka.
Mój rozmówca bardzo kreatywnie
sobie zaklął mierząc mnie zirytowanym spojrzeniem. I tak nie miał wyjścia.
- 12%.
- Nie przejdzie – odparłam.
- 13% i więcej nie dostaniesz.
Szybko przeliczyłam w myślach czy
faktycznie mi się to opłaca. To niewiele więcej niż na początku, ale...
- Stoi. Miło mi się robi z tobą
interesy. A teraz do rzeczy... Którą część miasta mam wyczyścić?
<Maylo? Tak mi jakoś krótko
wyszło...>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz