- Na litość aniołów, co znowu? –
mruknąłem wymijając dziewczynę. Wcisnąłem dłonie w kieszenie spodni i ruszyłem
prosto do swojego mieszkania. Nie wiedzieć czemu Lilith cały czas za mną
chodzi? Czyżby sławna „karma” postanowiła wrócić? Kara za stulecia krzywd i
śmierci ściśnięta do rozmiarów tej jednej dziewczyny... Jednym słowem
„przerąbane”. Swoją drogą nie raz bywało gorzej.
- Ymmm... Coś bardzo, bardzo
ważnego. – Lilith pozbierała się z ziemi i podążyła za mną. Zacisnąłem dłonie w
pięści powstrzymując się od skręcenia dziewczynie karku. Aż takim potworem
nigdy nie byłem, żeby mnie od razu szczuć wariatką.
- Lepiej od razu mi powiedz czego
chcesz – warknąłem przez ramię.
- Zgubiłam tabletki. Mogą być u
ciebie – wyjaśniła pospiesznie zrównując się ze mną – No i tak jakby nie mam
gdzie nocy spędzić...
- Czy ja ci wyglądam na dobrą
wróżkę?!
- Um... Nie do końca... Aleeee...
Jak na razie pomogłeś mi ze wszystkim, więc... No wiesz...
- I to był mój największy błąd
tej dekady. Nie powinienem był pozwolić ci, byś za mną łaziła. Bo się ciebie
już nie pozbędę do końca twojego marnego, niewiele wartego życia.
Resztę tej krótkiej drogi
pokonaliśmy w nienaturalnym milczeniu. Znaczy się... Dla mnie milczenie było
całkowicie na miejscu. Mimo to tak bardzo nie pasowało do mojej przymusowej
towarzyszki, że zdziwiło mnie to jak dobrze sobie radziła wytrzymując ciszę.
Mamrotała coś pod nosem. Wyglądało na to, że prowadzi niezwykle interesującą
konwersację z czymś lub kimś, co było dla mnie nieosiągalne. Nie wyczuwałem
niczyjej obecności w bezpośrednim towarzystwie dziewczyny, więc dusze, demony
czy cokolwiek innego z całą pewnością nie były w to zamieszane. Wobec tego
głosy w głowie, rozdwojenie jaźni, szaleństwo, nuda bądź dziwne przyzwyczajenie.
Jedyne sensowne wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Nie potrafiłem jednak
zdecydować które, a nie miałem dość czasu zbadać tego dokładniej.
Otworzyłem drzwi mieszkania i puściłem
dziewczynę przodem. Nie znoszę jej, to fakt, ale wychowano mnie w poczuciu, że
nic nie jest na tyle ważne by móc zrobić sobie przerwę od przestrzegania
etykiety. Osobiste relacje to jedno, nienaganne maniery to inna sprawa. Mam
prawo nie cierpieć tej kobiety, a mimo to mam obowiązek przepuszczać ją w
drzwiach. Tak jak każdy wysoko urodzony arystokrata, który ma dość rozumu by
wiedzieć, że poza przywilejami wynikającymi ze szlachetnego urodzenia trzeba
też spełniać ustalone oczekiwania płynące z posiadanego tytułu. Oparłem się o
futrynę drzwi i skrzyżowałem ręce na piersi czekając aż dziewczyna skończy
krzątać się po całym mieszkaniu. Chyba znalazła to, czego szukała, bo schowała
coś do kieszeni. A może po prostu mnie okradła? Mam tu kilka wręcz bezcennych
pamiątek, których wolałbym nie tracić. Współczuję każdemu potencjalnemu
złodziejowi któremu spodoba się którykolwiek z moich skarbów.
- Nie mogę tu zostać...? Dopóki
nie znajdę sobie nowego domu? – spytała wlepiając we mnie spojrzenie którym nie
pogardziłby błagający szczeniaczek. Nie lubię psów.
- Jak długo?
- Kilka dni. Może tydzień.
Westchnąłem. Wypadałby jeszcze
oddać jej swoje łóżko. Na całe szczęście mamy zupełnie różne pory snu.
- Pod jednym warunkiem – zacząłem
– No... Może pod dwoma.
- Jakimi? – dziewczyna spojrzała
na mnie zaskoczona.
- Masz prawo tu być tylko w nocy.
Wyśpisz się i won, jasne? A po drugie: poszukasz dla mnie kogoś.
- Umh... Kogo?
- Dowolnego kotołaka. Żywego i w
jednym kawałku. Jak znajdziesz przyprowadzisz tutaj. Wszystko jasne?
- Tak, tak... Tylko po co?
- Nie musisz wiedzieć.
Usiadłem sobie na kanapie i
sięgnąłem po lezącą na niewielkim stoliczku książkę. „Boska Komedia” Dantego gdyby
ktoś był zainteresowany. Otworzyłem książkę na stronie na której ostatnio
skończyłem i zacząłem czytać ignorując swojego gościa. Lilith nie potrzeba się
zajmować. Jakiegoś ciasta czy coś i tak nie miałbym jak jej zaproponować. Nie trzymam
w domu potencjalnej trucizny. Kawę może zrobić sobie sama, bo wszystko co
potrzebne leży na widoku. A co zrobi to już mnie nie obchodzi.
<Lilith?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz