środa, 31 sierpnia 2016

Od Alissy CD. Caireann

Postanowiłam przejść się na spacer. Przybrałam wilczą postać i nagle poczułam, że jestem pieruńsko głodna. Węszyłam chwilę, aż wreszcie wyczułam trop. Jeleń. Ruszyłam w jego stronę. Wreszcie go zobaczyłam. Stał sobie, zupełnie nieświadomy zagrożenia. Gdy podeszłam dostatecznie blisko, wyskoczyłam i wbiłam w niego kły. Po chwili był już martwy, a ja mogłam cieszyć się własnoręcznie upolowanym posiłkiem. Gdy skończyłam, oblizałam się i ruszyłam dalej. Żar lał się z nieba, zamierzałam więc udać się nad jezioro, aby się nieco ochłodzić. Wtem usłyszałam, że ktoś idzie w moją stronę. Podeszłam ostrożnie, starając się pozostać niezauważoną, tak na wszelki wypadek. Tym ktosiem okazała się jakaś wadera, która wyglądała, jakby czegoś nasłuchiwała. Musiała usłyszeć moje kroki. No cóż, nie ma sensu się dłużej ukrywać- pomyślałam i podeszłam do niej.
-Hej! Co tu robisz?- spytałam, patrząc na nią z ciekawością.
-Spaceruję, szukam towarzystwa…
-No to właśnie znalazłaś!- zawołałam radośnie.
-Jestem Alis, a ty?
-Caireann- odparła.
-Umm… A mogę ci mówić Cai?
-Jasne- roześmiała się.
-To co, może masz ochotę wybrać się ze mną nad jezioro?- zaproponowałam. W gruncie rzeczy, fajnie będzie mieć z kim pogadać, a jak na razie Cai wydaje się całkiem miła.
-Z przyjemnością.- Skierowałyśmy się w stronę jeziora. Cień drzew dawał odrobinę chłodu, ale i tak było piekielnie gorąco. Po chwili nie wytrzymałam i zmieniłam się znowu w człowieka. Moja towarzyszka popatrzyła na mnie, po czym zrobiła to samo.
-Za gorąco przez tą sierść- stwierdziłam.
-Masz rację- przytaknęła Cai. W końcu dotarłyśmy do celu. Usiadłyśmy na brzegu i na początku zamoczyłyśmy nogi.
-Jak przyjemnie…
-Wreszcie trochę chłodu…- Przymknęłam oczy i chwilę tak siedziałyśmy w milczeniu.
-To mów, co cię przygnało do tej watahy?- zagadałam wkrótce. Wzruszyła ramionami.
-Zazwyczaj podróżuję, więc pomyślałam że fajnie byłoby pomieszkać trochę w jednym miejscu.
-A więc jesteś z tych, co ich wiatr gania po świecie?- rzuciłam żartobliwie.
-Można tak powiedzieć- odparła ze śmiechem.
-Jestem bardem- dodała z dumą. Zaciekawiła mnie tym.
-Rany… To musi być fascynujące zajęcie!
-Jest- potwierdziła.
-Kocham to robić. Poznaję mnóstwo nowych ludzi i miejsc…  Przeżywam różne przygody… - opowiadała dalej z uśmiechem.
-Zaśpiewaj coś!- poprosiłam. Cai spełniła moją prośbę. Śpiewała przepięknie i z serca. Piosenka była lekka i radosna, a w pewnym momencie nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam śpiewać refren razem z nią. To było niesamowite, jak swoim głosem potrafiła wciągnąć w pieśń. Gdy skończyła zaczęłam klaskać.
-Przepięknie! Masz ogromny talent.
-Dziękuję. Tobie też nie najgorzej szło- rzuciła i puściła do mnie oczko.
-A gdzie tam!- zaprotestowałam ze śmiechem.
-Wiesz… Chyba trochę ci zazdroszczę- przyznałam. Ma odwagę podążać za swoim sercem i wie, czego chce. A ja… Ja nawet tego nie wiem.
-Czego?- zapytała.

-Wiesz, czego chcesz od życia. Spełniasz swoje marzenia. Powiedz, skąd wiedziałaś, że to jest właśnie to, co chcesz robić?

<Caireann?>

Od Alissy CD. Toxic'a

Odetchnęłam głęboko.  Odwróciłam się i spojrzałam na Toxic’a.
-Jak się czujesz?- zapytał.
-Trochę skołowana, ale… poza tym już dobrze- odparłam z uspokajającym uśmiechem. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że ludzie się na nas gapią. Co oni, nigdy nie widzieli mdlejącej dziewczyny? Miałam ochotę im powiedzieć, żeby zainteresowali się własnym życiem, ale ugryzłam się w język. Wstałam i zaczęłam się zastanawiać nad możliwymi powodami mojego omdlenia, ale rozpraszali mnie ci wszyscy szepczący między sobą gapie. Po chwili jednak wszyscy wrócili do swoich zajęć.  Mgliście przypomniałam sobie, że zanim to się stało, patrzyłam na jakiś przedmiot… breloczek. W kształcie połowy serca. Podeszłam do niego i wzięłam go do ręki. Tym razem nic się nie stało.
-Przepraszam, ile pan za to chce?- spytałam sprzedawcę. Mężczyzna podrapał się po gęstym, siwym zaroście. Po chwili machnął ręką.
-I tak nikt go nie chciał, może go sobie panienka wziąć.
-Naprawdę? Dziękuję bardzo! A… czy mogłabym spytać skąd pan to ma?- Sprzedawca zmarszczył brwi.
-Kiedyś przyszedł do mnie taki dziwny starzec… Powiedział, że to bezcenna pamiątka i zażądał bardzo wysokiej ceny. Ubzdurałem sobie, że pewnie jest ze srebra, no więc go kupiłem, ale potem okazało się, że to zwykła stal.- Kiwnęłam głową. Właściwie sama nie wiem, czemu tak mnie zainteresował ten breloczek. Czy to możliwe, żeby miał coś wspólnego z tym co mi się przytrafiło? Nie wiem, ale koniecznie muszę się dowiedzieć.
-Dziękuję za informacje.- Stałam przez chwilę, patrząc na swoją zdobycz. Z zamyślenia wyrwał mnie Toxic.
-Alis…? Idziemy?

-Jasne.- Gdy wychodziliśmy, znowu poczułam na sobie wzrok ciekawskich ludzi.

<Toxic?> 

sobota, 27 sierpnia 2016

Od Raven'a CD. Lilith



- Na litość aniołów, co znowu? – mruknąłem wymijając dziewczynę. Wcisnąłem dłonie w kieszenie spodni i ruszyłem prosto do swojego mieszkania. Nie wiedzieć czemu Lilith cały czas za mną chodzi? Czyżby sławna „karma” postanowiła wrócić? Kara za stulecia krzywd i śmierci ściśnięta do rozmiarów tej jednej dziewczyny... Jednym słowem „przerąbane”. Swoją drogą nie raz bywało gorzej.
- Ymmm... Coś bardzo, bardzo ważnego. – Lilith pozbierała się z ziemi i podążyła za mną. Zacisnąłem dłonie w pięści powstrzymując się od skręcenia dziewczynie karku. Aż takim potworem nigdy nie byłem, żeby mnie od razu szczuć wariatką.
- Lepiej od razu mi powiedz czego chcesz – warknąłem przez ramię.
- Zgubiłam tabletki. Mogą być u ciebie – wyjaśniła pospiesznie zrównując się ze mną – No i tak jakby nie mam gdzie nocy spędzić...
- Czy ja ci wyglądam na dobrą wróżkę?!
- Um... Nie do końca... Aleeee... Jak na razie pomogłeś mi ze wszystkim, więc... No wiesz...
- I to był mój największy błąd tej dekady. Nie powinienem był pozwolić ci, byś za mną łaziła. Bo się ciebie już nie pozbędę do końca twojego marnego, niewiele wartego życia.
Resztę tej krótkiej drogi pokonaliśmy w nienaturalnym milczeniu. Znaczy się... Dla mnie milczenie było całkowicie na miejscu. Mimo to tak bardzo nie pasowało do mojej przymusowej towarzyszki, że zdziwiło mnie to jak dobrze sobie radziła wytrzymując ciszę. Mamrotała coś pod nosem. Wyglądało na to, że prowadzi niezwykle interesującą konwersację z czymś lub kimś, co było dla mnie nieosiągalne. Nie wyczuwałem niczyjej obecności w bezpośrednim towarzystwie dziewczyny, więc dusze, demony czy cokolwiek innego z całą pewnością nie były w to zamieszane. Wobec tego głosy w głowie, rozdwojenie jaźni, szaleństwo, nuda bądź dziwne przyzwyczajenie. Jedyne sensowne wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Nie potrafiłem jednak zdecydować które, a nie miałem dość czasu zbadać tego dokładniej.
Otworzyłem drzwi mieszkania i puściłem dziewczynę przodem. Nie znoszę jej, to fakt, ale wychowano mnie w poczuciu, że nic nie jest na tyle ważne by móc zrobić sobie przerwę od przestrzegania etykiety. Osobiste relacje to jedno, nienaganne maniery to inna sprawa. Mam prawo nie cierpieć tej kobiety, a mimo to mam obowiązek przepuszczać ją w drzwiach. Tak jak każdy wysoko urodzony arystokrata, który ma dość rozumu by wiedzieć, że poza przywilejami wynikającymi ze szlachetnego urodzenia trzeba też spełniać ustalone oczekiwania płynące z posiadanego tytułu. Oparłem się o futrynę drzwi i skrzyżowałem ręce na piersi czekając aż dziewczyna skończy krzątać się po całym mieszkaniu. Chyba znalazła to, czego szukała, bo schowała coś do kieszeni. A może po prostu mnie okradła? Mam tu kilka wręcz bezcennych pamiątek, których wolałbym nie tracić. Współczuję każdemu potencjalnemu złodziejowi któremu spodoba się którykolwiek z moich skarbów.
- Nie mogę tu zostać...? Dopóki nie znajdę sobie nowego domu? – spytała wlepiając we mnie spojrzenie którym nie pogardziłby błagający szczeniaczek. Nie lubię psów.
- Jak długo?
- Kilka dni. Może tydzień.
Westchnąłem. Wypadałby jeszcze oddać jej swoje łóżko. Na całe szczęście mamy zupełnie różne pory snu.
- Pod jednym warunkiem – zacząłem – No... Może pod dwoma.
- Jakimi? – dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona.
- Masz prawo tu być tylko w nocy. Wyśpisz się i won, jasne? A po drugie: poszukasz dla mnie kogoś.
- Umh... Kogo?
- Dowolnego kotołaka. Żywego i w jednym kawałku. Jak znajdziesz przyprowadzisz tutaj. Wszystko jasne?
- Tak, tak... Tylko po co?
- Nie musisz wiedzieć.
Usiadłem sobie na kanapie i sięgnąłem po lezącą na niewielkim stoliczku książkę. „Boska Komedia” Dantego gdyby ktoś był zainteresowany. Otworzyłem książkę na stronie na której ostatnio skończyłem i zacząłem czytać ignorując swojego gościa. Lilith nie potrzeba się zajmować. Jakiegoś ciasta czy coś i tak nie miałbym jak jej zaproponować. Nie trzymam w domu potencjalnej trucizny. Kawę może zrobić sobie sama, bo wszystko co potrzebne leży na widoku. A co zrobi to już mnie nie obchodzi.

<Lilith?>

wtorek, 16 sierpnia 2016

Od Vestarii CD. Maylo

Zmierzyłam dzieciaka morderczym wzrokiem. Takim z serii tych o których zwykło się mawiać „Gdyby spojrzenie mogło zabijać…”.
- Spal, wyrzuć, wypierz w rzece – rzuciłam niechętnie – Mam to w dupie.
- Aha. Dzięki. Miła jesteś – Maylo posłał mi szeroki uśmiech.
- Zejdź mi z oczu gówniarzu – wbiłam wzrok w ekran telefonu i szybko wystukałam wiadomość.
„Zaraz dzieciaka zabiję… Leć po Cato, bo ktoś będzie musiał mnie wyciągnąć z Mordowni.”
Po kilku sekundach przyszła odpowiedź.
„Aż tak ci źle, mała? XD Luzik. Nauczy się jeszcze :P”
Rzuciłam telefon na łóżko nie mając póki co ochoty na niego patrzeć i wstałam. Rozejrzałam się dookoła. Od momentu kiedy się tu wprowadziłam jeszcze nigdy nie było tak czysto. Nie mam czasu, ani ochoty dbać o porządek. Nie byłam dobra w sprzątaniu, więc nawet nie zaczynałam. Przecież spokojnie da się żyć między piętrzącymi się stertami brudnych talerzy i hołdami brudnych ubrań. Ja potrafię sobie poradzić. To temu dzieciakowi zależy na czystości. Wiadomo kto będzie sprzątać.
Chwyciłam za plecak leżący zaraz przy drzwiach i przewiesiłam go sobie przez ramię.
- Gdzie idziesz? – usłyszałam gdy już miałam zamiar opuścić jaskinię.
- Do roboty. Nie interesuj się – warknęłam przez ramię i wyszłam. Cóż… Moją robotę nie nazwałabym ani miłą, ani tym bardziej lekką. Nawet nie pokusiłabym się o nazywanie jej legalną. Była cholernie zła, niebezpieczna i ryzykowna. A więc czym się zajmowałam? To proste. Czymś do czego jestem stworzona. Kradnę, czasami zabijam. Zależy od aktualnych potrzeb. Taki trochę łowca nagród, choć nie do końca. Trudno mi to opisać, ale wcale nie jest to nikomu potrzebne do szczęścia. Po prostu robię złe rzeczy dla raczej niezbyt dobrych ludzi i za nie do końca legalne pieniądze. Lubię tę robotę. Tak po prostu. Opłaca mi się taki styl życia. Uwielbiam adrenalinę i ryzyko. Wygram albo przegram. Przegrana oznacza wycieczkę do Mordowni w trybie natychmiastowy i śmierć bądź dożywocie. Wygrana natomiast skutkuje paroma dniami więcej na wolności, robiąc wyłącznie to na co mam ochotę i kiedy mam na to ochotę. Jeszcze nigdy nie przegrałam, ale nie trzeba być geniuszem by to stwierdzić.
Przedostałam się za bramy miasta i raźnym krokiem ruszyłam w stronę na wpół zrujnowanego domu w dzielnicy biedoty. Na dobrą sprawę lepsze tu warunki niż moje standardy. Plecak obijał się o mnie boleśnie uświadamiając mi, że jego zawartość jest całkiem twarda i nie powinnam nią aż tak kołysać. Mimo to przestałam dopiero przekraczając próg budynku. Przywitałam się ze Starym Rogerem – kolejnym z moich „znajomych”, z którymi kontakt utrzymuję wyłącznie ze względu na korzyści i oboje doskonale o tym wiemy. To on mi płaci.
- Co tam dzisiaj w ofercie, staruszku? – spytałam rzucając plecak pod ladę niewielkiego baru i sama się obsłużyłam zupełnie nie zwracając uwagi na niewiele starszego ode mnie mężczyznę opierającego się o bar. Jego lokal, jego sprawa kogo sobie zaprasza i jak ten ktoś się będzie zachowywać.
- Dzisiaj mamy w planach mały skok.
- Na? – oderwałam wzrok od kolorowego drinka patrząc na Rogera z autentyczną ciekawością.
- Tajemnica. I tak nie bierzesz w tym udziału. Odwrócisz tylko uwagę na odpowiednio długo i 10% łupu twoje.
- 15% - mruknęłam wracając do przygotowywania sobie napoju.
- Wiesz ile nas tam do cholery będzie?!
- 15%. Wiem, że nie masz nikogo wolnego. Tylko ja robię za przynętę. 15% całości albo żegnaj się z planami – mruknęłam obojętnie próbując drinka.
Mój rozmówca bardzo kreatywnie sobie zaklął mierząc mnie zirytowanym spojrzeniem. I tak nie miał wyjścia.
- 12%.
- Nie przejdzie – odparłam.
- 13% i więcej nie dostaniesz.
Szybko przeliczyłam w myślach czy faktycznie mi się to opłaca. To niewiele więcej niż na początku, ale...
- Stoi. Miło mi się robi z tobą interesy. A teraz do rzeczy... Którą część miasta mam wyczyścić?

<Maylo? Tak mi jakoś krótko wyszło...>

sobota, 13 sierpnia 2016

Od Lilith CD. Raven'a

Moja wina? Dlaczego? Nie mam szczerze pojęcia ale chyba nie powinnam pytać. Nie mniej to raczej znaczy, że kolejki górskiej ‘’ognisty tor’’ nie będzie.
-No to… Co robimy?- Zapytałam niepewnie po chwili.
-JA idę do domu, a ty rób z sobą co chcesz-Rzucił, po czym oddalił się w stronę swojego miejsca zamieszkania. 
-Poczekaj chwilę!– Krzyknęłam jeszcze za nim, szczerze nie chciałam zostać tu sama bo nie mam bladego pojęcia co ze sobą zrobić ale on zniknął już tłumie i mnie nie usłyszał, lub po prostu nie chciał słyszeć i zignorował… -[No i widzisz? Poszedł sobie… Zawszę mówiłem że jesteś mistrzynią we wnerwianiu ludzi]…- Zamurowało mnie. Ten głos… Nie słyszałam go już tak dawno…- {Goń go Lila! Chcesz się znowu nudzić?}- Dołączył się drugi. Charlie i Lucy… Przecież dali mi spokój kiedy…- Nagle mnie olśniło. Sięgnęłam ręką do kieszeni aby wyjąć te dziwne tabletki, które kazał mi brać pan w białym garniturku na moje nieszczęście, nie było ich tam! Może zostawiłam je u Ravena! Bo tutaj to nawet nie odpinałam kieszeni bluzy więc nie miały prawa wypaść! Zaczęłam się przepychać przez tłumy w kierunku jakim poszedł chłopak ale iście pod prąd w tym zbiorowisku ludzi było nie możliwe. No, niemożliwe dla człowieka. Po chwili jako kot biegłam po dachach próbując ignorować kłótnie tamtych dwojga. Z góry wszystko było o wiele lepiej widoczne. Wreszcie wypatrzyłam w oddali swój cel! Przyspieszyłam .-[O zobacz! Tam w rogu stoi diler! Może coś kupimy?]- Nie! nie pamiętasz? Pan w białym garniturku zabronił ćpać!- Oznajmiłam.-{To może pizze! Pizza jest doooobra!}- Westchnęłam. Już zdążyłam zapomnieć jacy są irytujący.-[Przecież jedliśmy niedawno pizze...Jak będziemy tyle żreć to zamiast meczów będzie trzeba oglądać Chodakowską]… Cicho! Już go dogania-Przez tę głupią chwilę nieuwagi zapomniałam patrzeć na drogę przede sobą i stanęłam na zardzewiałą rynnę która się urwała… Z hukiem zleciałam na ziemie prosto pod nogi Ravena… Zamieniłam się z powrotem w człowieka.
-Auć.- Jęknęłam rozmasowując bolą rękę. –[Hah! A niby koty zawszę spadają na cztery łapy!] Drwiący ton rozległ się w mojej głowie.-{A może by tak…}- ZAWRZEĆ PASZCZE!!!-Wrzasnęłam na nich a chłopak spojrzał na mnie jak na opętaną. Zaśmiałam się nerwowo.
-Hehe…Bo ja, ten…Chyba zostawiłam u ciebie w domu taką jedną ważną rzecz.


<Raven? Sry że tak długo mi to zajeło i wgl ale nie mam pomysłu xd>

wtorek, 9 sierpnia 2016

Od Sorrow CD. Ehrendila

Przyznam ze spałam dość chwile. Kiedy gdzieś podczas mojego wspaniałego snu poczułam słońce ba twarzy i brak mojego misia obok mnie, postanowiłam przykryć się cała kołdra i zwinąć w kulkę przy okazji. Było mi bardzo wygodnie, tym bardziej ze po jakimś czasie przyszedł do mnie Echo i mogłam się tulić w jego mięciutka i cieplutka sierść. Spałam jeszcze przez kilka godzin które się wydawały chwila, a obudził mnie zapach naleśników. Gdy je poczułam od razu wyjrzałam z poza kołdry co było złym pomysłem. Światło dzienne mnie oślepiło na co się skrzywiłam i znów schowałam.
-Widzę ze w koncu sie obudziłaś
Usłyszałam mi bardzo znajomy głos. Ponownie wyjrzałam poza kołdrę ze zmrożonymi oczami.
-Tylko nie mam na razie zamiaru wstać
Wymamrotałam. Przyznam ze teraz wyglądam jak wielka kulka w raz z Echem. A widać mi tylko oczy bo stwierdziłam gdyż nie warto wypuszczać ciepła z pod kołdry. Niestety elf postanowił wstać z krzesła, odłożyć notesik i długopis po czym podejść do mnie. Jednym zwinnym ruchem pozbył się kołdry. A zimno złapało mnie we swoje szpony. Przeszedł mnie nieprzyjemny drzesz i spojrzałam na Ehrendila w ciąż będąc kulka.
-Czemu to zrobiłeś zuy elfie..?
Poskarżyłam się jak dzieciak.
-Bo musisz w końcu coś zjeść, a nie tylko spać
-Ale nie jestem głodna!
Od razu zaprotestowałam na co świat odwrócił się przeciwko mnie w stylu burczenie brzucha. Ehrendil zaczął się śmiać a ja strzeliłam focha. Wstałam z łóżka i powędrowałam do kuchni. Tam siadłam przy stole na którym były juz gotowe naleśniki. Tak jak mój węch podejrzewał. W ciszy jadłam śniadanie próbując nie zwracać uwagi na to co mówi Ehrendil. Do czasu gdy wleciał do domu Pumpkin z wiadomością. W tedy bardzo zaciekawiona słuchałam co czyta mój partner na głos podczas gdy kończyłam jeść naleśnika.
-To jak idziemy po krakena?
W końcu zapytał po tłumaczeniu mi jakie to niebezpieczne i czym to w ogóle jest.
-To chyba oczywiste!
Stwierdziłam zapominając o doszły i pobiegłam się ubrać odstawiając za sobą brudne naczynia. 

<Ehrendil? Ruszajmy w morska podróż by pokonać krakusia!>

niedziela, 7 sierpnia 2016

Od Maylo CD. Vestarii

Jak by na to nie patrzeć miała leprze wyposażenie mieszkania niż mi się wydawało. Choć większość z szafek, których i tak nie było wiele, była zniszczona lub przypominała śmiecie. A poniektóre meble wyglądały jak znaleziska z ulicy. A naj śmieszniejsze było to ze te wszystkie meble należały do małej kuchenki w rogu mieszkania. Nawet łyżko nie istniało. Postanowiłem wejść głębiej do mojego nowego domu. Dziwnie się z tym faktem czułem ale wszedłem o kilka kroków. Choć były to małe kroki bo nie jestem tak wielki, były wyzwaniem przez porozrzucane rzeczy Vest. Gdzie tylko spojrzałem były jej graty. Od ubrań po talerze które leżały na stertach ubrań i innych gratów. 
-Jak tu brudno..
Westchnąłem komentując pod nosem.
-Jak ci nie pasuje, to sam posprzątaj smarkaczu
-A żebyś wiedziała to to zrobię. I nie bede zwracał uwagi na to ze nie mogę tykać twoich rzeczy. 
Na te słowa dziewczyna przewodnicką oczami coś mamrocząc pod nosem i podeszła do jakiejś sterty kocy, po czym na nią legła. Pomieszczenie wypełniał dźwięk z telefonu Vest oznajamiającym o otrzymanych i wysłanych SMS. Postanowiłem nie czekać o wiele dłużej ze sprzątaniem, bo w końcu tego nie zrobię. Podwinąłem rękawy od mojej długiej bluzy tak by mi nie przeszkadzały. Sprzątanie uznałem za rozpoczęte. Najpierw pozbierałem wszystkie ubrania i podzieliłem na dwa stosy, jeden z czystymi a drugi z brudnymi. Od razu zrobiło wie o wiele więcej miejsca. Choć większość i tak była zabałaganiona innymi przedmiotami. Vestaria co po chwile zaglądała co robie. Pewnie temu bym nie tkną czegoś ale nie zabrał. Nie wiem sam, ale jak by ktoś tykał moje rzeczy to tez bym sprawdzał co ta osoba robi. Nastepnie zacząłem zbierać wszelkie sztućce i naczynia, które zanosiłem do małej kuchni. Tymczasowo leżały obok zlewu, tak bym je mógł przemyć. Niestety nie umyłem ich od razu bo nie miałem czym, a sama woda by nic nie dała w tym przypadku. Zacząłem przeszukiwać resztkę rupieci i szafki aż w końcu znalazłem co szukałem. Płyn do mycia naczyń był nowiutki.. Nie zdziwiłem się tym faktem, lecz sama świadomością ze miała płyn do mycia baczyć a ich nie myła.
-Niby jesteś dorosła rudzielcu a zachowujesz się nie lepiej niż ja
Komentowałem na co ona warkneła. Cos do mnie mówiła ale nie słuchałem bo koncentrowałem się nad tym intensywnym myciem naczyń. Minęło pare chwil jak nie lepiej nim skończyłem i odłożyłem co mokre do oschnięcia. A o co juz zdążyła pachnąć pochowałem do szafek. Rożne rzeczy znalezione wszędzie tez pochowałem gdzie było wolne miejsce i zacząłem się zastanawiać co zrobić ze sterta ubrań.
-A gdzie bym mógł się tego pozbyć...? Bo do kosza się nie zmieści

<Vest? Byłoby więcej ale jeszcze inne opka czekają>