niedziela, 31 lipca 2016

Od Raven'a CD. Alissy

Hades... Mam szczęście co do koni. Bez dwóch zdań. To nie mógł być żaden Książę, Tornado czy cokolwiek innego. To musiał być Hades. W dodatku czarny jak sama noc i zapewne o iście piekielnym charakterze. Nie mniej byłem pewny, że łypiący na mnie z góry ogier nie dorasta do pięt mieszkańcom prawdziwego Hadesu. Do władcy Tartaru i całego świata podziemia też było mu daleko. Arkanem też nie był. W sumie był w tej stajni koń podobny memu przyjacielowi z dawnych lat, lecz nie pozwoliłem sobie nawet mu się dokładniej przyjrzeć. Czułbym się po tym trochę tak jakbym zdradził swojego białego ogiera. Wbrew pozorom są w tym pustym, szarym świecie osoby i rzeczy które się dla mnie liczą. W większości należą jednak już do przeszłości, a mimo to ja nadal pamiętam. Muszę pamiętać. Nie darowałbym sobie gdybym zapomniał. Wtedy nie miałbym już nic. Często tęsknię za Arkanem. Był moim przyjacielem. Dorastaliśmy razem i byliśmy nie rozłączni. Do czasu gdy nieznany mi demon pozbawił głowy mojego konia. Na moich oczach, bo byłem zbyt słaby by móc zrobić cokolwiek. To nie ma prawa się już powtórzyć. Nigdy nie będę już na tyle słabym, by nie móc zadbać o te ważne dla mnie rzeczy.
Alissa nie miała bladego pojęcia o koniach. Zauważyłem to już wtedy, gdy rozglądała się w poszukiwaniu swojego wierzchowca. W końcu wybrała kuca. Nie jestem pewien czy kierowała się czymkolwiek poza wyglądem Tancerza. Mnie tam charakter i wygląd konia średnio obchodził. Szukałem silnego ogiera, więc takiego wybrałem. Reszta nie miała żadnego znaczenia. Owszem koń parskał i usiłował mnie ugryźć, ale jak dla mnie to nic. Całe lata spędziłem na opiece nad końmi w rodzinnym domu. Czymże wobec tego jest jeden uparty koń? Absolutnym niczym. Osiodłanie go może i stanowiło drobny problem, ale i z tym sobie poradziłem. Alis natomiast mimo iż jej kuc stał spokojnie i nie robił problemów kompletnie nie miała pojęcia co robić. Musiałem jej pomóc.
- Ty to się chyba średnio na tym znasz, prawda? - mruknąłem sprawnie zapinając popręg i upewniając się, że kuc nie zgubi po drodze siodła. 
- Ummm... Tak. - mruknęła dziewczyna spuszczając wzrok. Już po chwili Tancerz był w pełni osiodłany i czekał na jeźdźca. Odsunąłem się obserwując dziewczynę z niemałym rozbawieniem. Gdyby poprosiła mnie o pomoc z pewnością bym nie odmówił. Nie wypada odmówić damie w potrzebie. Jednak skoro chciała sama podołać wyzwaniu, niech się pomęczy. Ja przynajmniej się pośmieję, chociaż i to średnio wypada.
Dziewczyna zachowała się dokładnie tak jak to przewidziałem i wylądowała na ziemi. Parsknąłem śmiechem podchodząc do niej. Pomogłem jej wstać i zaczekałem aż otrzepie się z kurzu.
- Może mam ci pomóc? - spytałem nadal szczerze rozbawiony. Dziewczyna mruknęła coś pod nosem i skinęła głową - A więc tak... Stań przy koniu i złap się siodła. Podrzucę cię i wsiądziesz. - stwierdziłem sam też się ustawiając się na swoim miejscu. Już po chwili dziewczyna siedziała bezpiecznie w siodle. Poprawiłem strzemiona, by były dobrej długości i udzieliłem jej paru wskazówek. Później zostało już tylko, żebym i ja dostał się na Hadesa i mogliśmy ruszyć na przejażdżkę po lesie.

<Alissa?>

piątek, 29 lipca 2016

Od Alissy CD. Raven'a

Weszłam za chłopakiem do stajni. Było w niej sporo całkiem ładnych, zadbanych koni. Te odważniejsze podchodziły do nas, niektóre nawet dawały się pogłaskać. Raven dokładnie wszystkie oglądał. W końcu wybrał sporego, karego ogiera. Prychnął, gdy spojrzał na tabliczkę zawieszoną na bramce boksu. Podeszłam bliżej, by przeczytać napis. Koń nosił imię Hades. Zwierzę patrzyło spode łba i parskało niespokojnie podczas wyprowadzania.
-A tobie wpadł któryś w oko?- Hmm… Nie znam się na tym. Nigdy nie jeździłam konno, ale nikt nie musi o tym wiedzieć, prawda? To przecież nie może być takie trudne!
-Umm… Ten- wskazałam ślicznego, białego kucyka z czarną plamką na czole. Nazywał się Tancerz i wyglądał na bardziej pokojowo nastawionego niż Hades.
-W ogóle, nie będziemy mieć przypadkiem kłopotów jak właściciele zauważą ich zniknięcie?

-Nie bój się, nie zauważą.-  Zaprowadziliśmy konie do siodlarni. Oczywiście moje próby samodzielnego osiodłania Tancerza poszły marnie, i potrzebowałam pomocy. No cóż, mój kucyk przynajmniej nie protestował, natomiast kary ogier ewidentnie nie miał ochoty na przejażdżkę. Ravenowi jednak udało się jakoś go uspokoić. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że koń i jeździec mają podobne charakterki. Jakimś cudem udało mi się nie roześmiać na tę myśl. Potem przyszedł czas, by wsiąść na konie. Nie wiem, co zrobiłam źle, ale Tancerz postanowił ruszyć beze mnie i poleciałam na ziemię. Ałć. No dobra, może to jednak nie jest takie łatwe…
<Ravi?>

czwartek, 28 lipca 2016

Od Vestarii CD. Azazel'a


- I nie jestem żadną „panienką”. – dodałam po chwili.
- Jak tam sobie chcesz, panienko. – stwierdził mój rozmówca z wrednym uśmieszkiem tańczącym na ustach. Przewróciłam oczami. Kolejna łajza do kompletu. Ja naprawdę nie umiem trafić na kogoś w miarę normalnego?! Znaczy... Sama normalna nie jestem. Dlatego liczyłam na kogoś kto tę moją nienormalność z lekka naprostuje, żeby wydawało się, że jednak wszystko ze mną w porządku. A zamiast tego trafiam wyłącznie na głupszych od siebie, bądź takich pokroju zjeba naprzeciwko mnie. I jakże ambitny plan poszedł się pieprzyć zanim zdążyłam w ogóle wprowadzić go w życie. Westchnęłam cicho i wyminęłam Azazel’a poprawiając kaptur, żeby deszcz nie padał mi na twarz. Mimo iż mężczyzna się nie odezwał wyraźnie czułam, że idzie za mną. Odwróciłam głowę w bok by na niego spojrzeć raczej symbolicznie, ponieważ kaptur i tak zasłaniał mi widok.
- Dlaczego...? – spytałam tylko obojętnie. Odpowiedziała mi chwila ciszy.
- Co dlaczego...?
- Dlaczego za mną leziesz łajzo...
- Głównie dlatego, że okrutnie się nudzę – padła odpowiedź wypowiedziana tym samym ironicznym i drwiącym tonem co cała reszta. Pewnie ludzi to wkurzało... Mnie niezbyt. Można by powiedzieć, że przywykłam do tego mieszkając ledwie pryczę niżej niż Cato. On też taki był. Tylko, że w przeciwieństwie do Azazel’a wyglądał na miłego faceta. Tym bardziej pozory myliły. Chociaż... Czy miły facet gnił by w Mordowni? Szczerze wątpię. W każdym bądź razie to mogłoby się zdarzyć, ale tacy raczej zbyt długo tam nie żyli. A Caton z całą pewnością przetrwał znacznie więcej niż inni budzący podobne wrażenie. No i był mordercą.
Deszcz jeszcze się wzmógł, a niebo przeszył piorun. Po krótkiej chwili po błyskawicy nad miastem przetoczył się grzmot. Zbliżała się burza, co tak szczerze, ani trochę mi się nie podobało. Zwłaszcza, że miałam sprawę tu w mieście, a noc musiałam spędzić na ulicach.
- Ależ masz zdołowaną minę panienko... – zaśmiał się mój pseudo-towarzysz zrównując się ze mną.
- A co się dziwisz...? Leje mi na łeb, idzie burza, a jakby tego było mało łazisz za mną jeszcze ty – warknęłam tylko garbiąc się lekko. Odpowiedział mi tylko drwiący śmiech. Odetchnęłam głęboko starając się jakimś cudem znaleźć w sobie choć odrobinkę cierpliwości i odgarnęłam z twarzy mokre czerwone kosmyki – Wkurzasz mnie.
- Taki już mój urok, panienko – odparł mężczyzna obok mnie. Wydawało mi się, że całkiem mu obecna sytuacja pasowała. Deszcz miał głęboko w dupie, burza różnicy mu nie robiła, irytowanie mnie postawił sobie za co najmniej tymczasowe hobby. Normalnie żyć nie umierać.
- Nie... Serio mnie wkurzasz. Ostrzegam. To się dobrze nie skończy – rzuciłam.
- Trochę za niska jesteś. Nie umiem wziąć cię na poważnie – odpowiedział tym samym tonem co zwykle.
- Jeszcze weźmiesz mnie na poważnie... – mruknęłam cicho bardziej do siebie niż do niego i nagle skręciłam w boczną uliczkę. Idąc dalej tą główną drogą dotarłabym tam, gdzie bardzo nie chciałam być. Znów do siedliska zła przez które musiałam dzisiaj uciekać. Błysnęło i zagrzmiało niemal na raz na sekundę oświetlając wąski zaułek ze studzienką na końcu. Burz była już tuż, tuż.
- Jeśli chcesz się mnie pozbyć musisz wysilić się bardziej... – usłyszałam za sobą. Puściłam słowa Azazel’a mimo uszu podchodząc do studzienki. Tuż obok niej leżał łom. Nie był co prawda pierwszej nowości, ale i tak świetnie pełnił swoją rolę. Nadal ignorując mężczyznę chwyciłam za narzędzie i z jego pomocą otworzyłam studzienkę.
- Ty chyba nie... – zaczął, ale nie dałam mu dokończyć. Usiadłam na brzegu i zeskoczyłam w ciemny otwór. Jeżeli ktokolwiek myślał, że wyląduję w ściekach do pasa, niestety musi się rozczarować. Wnętrze tunelu było całkiem suche, jeśli nie liczyć przecieków w kilku miejscach. Nie śmierdziało niczym poza wilgocią i odrobinką pleśni. To  nawet nie był kanał, a jedynie półokrągły tunel, którego oba końce ginęły w nieprzeniknionej ciemności.
- Złazisz na dół zjebie czy się cykasz?! – spytałam pozwalając sobie na złośliwy uśmieszek, który z pewnością odbił się w tonie mojego głosu. Po chwili ciemny kształt zeskoczył z góry i wylądował tuż obok mnie.
- Nie chciałem wylądować w miejskich ściekach, to wszystko. – stwierdził tylko – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- Na końcu świata w krainie tęczy i różowych jednorożców – odpowiedziałam ciągnąc za niemal niewidzialną linkę, która zamknęła za nami wejście. Nastała kompletna ciemność, a odgłos deszczu zagłuszał niemal wszystko. Znów zagrzmiał. – Chodź łajzo... Pokażę ci to cholerne Podziemie skoro ty najwyraźniej niczego nie ogarniasz – pociągnęłam za sobą Azazel’a i natychmiast go puściłam. Cholernie boję się dotykać obcych... Jak zawsze wszystko to wina Mordowni. Zupełnie inna sprawa, że ten tu facet nigdy nie był w Podziemiu. Mnie znają tu wszyscy pod wielce wymownym pseudonimem „Mała Zadymiara”. I Maggie, która żywi mieszkańców tunelu i Bane, który dorobił się funkcji sędzi (o ile w tym tunelu zamieszkanym przez zbiegów można mówić o jakiejkolwiek sprawiedliwości...) i Anays, „mamusia” tego przybytku. No i cała reszta. Może i nie wpadam tu za często, fakt, ale przynajmniej się staram. I za każdym razem coś ze sobą mam.
Odrzuciłam kaptur swojej peleryny i poprawiłam mokrego, rudego kucyka. W pewnym momencie tunel zrobił się jaśniejszy, a odgłosy burzy odeszły do niebytu zastąpione powolnym kapaniem wody. Przed nami wyraźnie rysował się zakręt tunelu. Kiedy tylko go pokonaliśmy naszym oczom ukazały się rzędy wyżłobionych w ścianach tunelu nisz. Każda miała swojego właściciela, choć nie wszystkie były zajęte o tak późnej porze. Niektórzy zapewne szukali przygód bądź byli zajęci utrzymaniem Podziemia. Ewentualnie może ktoś już nigdy tu nie wróci. Tak też się zdarzało.
- Vestaria...! – usłyszałam syk, który pewnie miał być okrzykiem, gdyby nie fakt, że pół tunelu już śpi. Odwróciłam się w stronę dźwięku i uśmiechnęłam się na widok starej, ubranej w szmaty kobiety. A o to i sama Anays. Podeszłam do kobiety i kucnęłam przy niej. Azazel oczywiście podążył za mną przyglądając się wszystkiemu.
- Cześć Anays – przywitałam się wyciągając spod peleryny drewnianą szkatułkę i otworzyłam ją ukazując kilkadziesiąt pereł – Patrz co mam.
- Trudno było? – spytała kobieta uśmiechając się do zawartości szkatułki.
- Dzisiaj zorientowali się wyjątkowo szybko – westchnęłam – Czasem się zastanawiam czemu ja jeszcze nie rzuciłam tej roboty.
- Może dlatego? – wepchnęła mi w dłoń trzy perły.
- Faktycznie to może być powód...
- A twój kolega zasłużył?
- To nie jest mój kolega – prychnęłam – To zjeb. Nic nie zrobił. Nie dawaj mu nagrody za łażenie ze mną.
- No dobrze, dobrze... Idź cholernico przebrzydła do siebie –odgoniła mnie. Odchodząc usłyszałam jeszcze, że kobieta spytała łajzę o imię i o to czy zostanie na noc, bo burza. I tak szczerze, wcale nie obchodziła mnie odpowiedź zjeba.

<Azazel? Okazało się, że nie bardzo wiem w którą stronę pociągnąć xD Później będzie lepiej.>

wtorek, 26 lipca 2016

Od Azazel'a CD. Vestarii

Świat spowiła głęboka czerń. Na granatowym, nocnym niebie zaczęły pojawiać się pierwsze, jasne lecz zimne promienie gwiazd. Jeszcze zaledwie kilka godzin temu nieboskłon przybierał barwę zachodzącego słońca. Na górze dominowały wszelkie odcienie ognistej czerwieni, mieszających się z głębokim fioletem i różem. Teraz świat, który jeszcze tak niedawno spowijały ciepłe kolory, dające sercu i duszy ukojenie, pomagające znaleźć umysłowi spokój, zniknęły bez śladu, zdawałoby się nawet, że nieodwołalnie. 
Zaułki spowiła mgła. Gęsta, mleczna zasłona, nadająca nocnemu krajobrazowi tajemniczy klimat. Tamtej nocy na niebie świeciły tylko nieliczne gwiazdy- księżyc przysłoniły szare, burzowe chmury. Zbierało się na deszcz.
Zaledwie niecałą minutę później, dało się usłyszeć chlupot pierwszych kropli, leniwie opadających na kostki brukowanego chodnika. Z początku spadały one rzadko, od razu wysychając lub wsiąkając w ziemię. Zaledwie kilkanaście minut później mała i niegroźna mżawka przekształciła się w ulewę. Ludzie uciekli z dworu, do swoich mieszkań, lub pobliskiego baru, by móc spokojnie przeczekać burzę w towarzystwie swego najlepszego przyjaciela- pełnego kufla. W ciągu zaledwie dwudziestu minut obszar wesołej, tętniącej życiem mieściny zmienił się w odludzie… opustoszałe miasto widmo, w którym nie sposób było dostrzec oznak życia nawet pojedynczej osoby. Hałas, dobiegający z karczmy został zagłuszony przez głośne i bezlitosne uderzenia setek kropli o ziemię, dachy, płoty… Nawet psy nie szczekały, kiedy ich świecące ślepia pomknęły w moją stronę, odprowadzając mnie nieufnym wzrokiem. 
Do mych uszu dotarł szczęk łańcuchów i pojedyncze sapanie czworonogów, kiedy garstka z nich postanowiła potruchtać moimi śladami na tyle, na ile pozwalały im przeszkody w postaci ogrodzenia, oddzielającego podwórko właściciela od reszty miasta i metalowego łańcucha, jednym końcem uwiązanego do obroży, a drugim do psiej budy. 
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy do głowy przyszła mi pewna, dość osobliwa myśl. Psy i wilki… zdawałoby się, że tak niewiele nas różni, a w rzeczywistości między nami rozciąga się (i zawsze rozciągała) ogromna przepaść. Mówi się, że psy pochodzą od wilków, oswojonych przez człowieka tysiące lat temu, mamy więc wspólne korzenie, takich samych przodków. A jednak, po mimo dzielenia się drzewem genealogicznym, domowe czworonogi nigdy nie potrafiły dorównać pierwotnej rasie. Bo kiedy my kroczymy dumnie przed siebie, raz w wilczej, a raz w ludzkiej postaci, w tym czasie psy spędzają przeznaczone im lata życia na szczekaniu, jedzeniu i bezsensownemu merdaniu ogonem. Za każdym razem, gdy przechodzę obok uwiązanego kundla, zastanawiam się, jak to możliwe, że mamy wspólnych przodków. Jakim cudem część wilków dała się kiedyś poskromić? Pozwoliła się związać i być trzymana w domu, jak maskotki pozbawione dawnej wolności. Pozbawione mowy, myśli i zależne od człowieka zdawały się… słabe, owszem, ale to, co czułem za każdym razem, myśląc o obroży, uwiązanej wokół szyi, to była bezgraniczna pustka, w jakiej żyły domowe czworonogi. 
Jak to leciało? „Nie uczyniłeś go lepszym, ani silniejszym. Nauczyłeś go kochać, przez co go osłabiłeś.” Możliwe, że pomieszałem kilka słów, jednak uważam, że końcówka owego cytatu jest dość adekwatna do sytuacji, w jakiej znaleźli się nasi dalecy krewni. Ale czy im to przeszkadza? A skądże znowu! Co by się nie działo, psy i tak pozostaną wpatrzone w swojego pana, będą merdały ogonem nie zależnie do tego, kim by był, albo co by im robił. To właśnie w takich momentach, kiedy sobie przypominam o oddaniu domowych czworonogów, współczucie, jakie powinienem im okazywać, zostaje zastąpione przez silniejsze i szczersze uczucie, jakim jest zwykła pogarda. Mam wrażenie, że nawet gdybym przedostał się po ogrodzeniu na drugą stronę i uwolnił gromadę kundli z metalowych więzów, te wolałyby zostać, niż cieszyć się daną im wolnością. Takie przynajmniej odnosiłem wrażenie, kiedy kilka kudłatych łbów odwróciło się w moją stronę, a ja kątem oka dostrzegłem, jak odprowadzają mnie wzrokiem i śledzą swymi pustymi oczami moją drogę donikąd.
Z rezygnacją włożyłem ręce do kieszeni ciemnych spodni, kiedy majstrowanie przy setkach pasków i klamer na ubraniu przestało być dostatecznie interesujące, by zabić nadmiar wolnego czasu. Rozejrzałem się dookoła, mijając kolejne, jak się okazało, puste zaułki. O podobnej porze dnia, ta mieścina przypominało prawdziwe miasto widmo, a paskudna pogoda na pewno nie służyła nocnym spacerom. Mimo wszystko, wciąż wiłem się między uliczkami, choć w dalszym ciągu nie miałem pojęcia dokąd tym razem zaprowadzi mnie intuicja. Poczułem, jak pojedyncze krople padają mi na twarz, podczas, gdy czarny, nasiąknięty wodą płaszcz zbierał je w tysiącach. 
To właśnie wtedy ją ujrzałem, choć z początku usłyszałem jedynie kilka głosów, zagłuszanych przez narastającą ulewę. 
Stałem, opierając się o ceglaną ścianę jednego z zaułków, kiedy zaledwie kilka metrów ode mnie przebiegł drobny cień, rozchlapując mijane kałuże na wszystkie strony. Obca postać najwyraźniej była zbyt skupiona na biegu, by zwrócić na mnie uwagę, jednak nim zdążyłem wyjrzeć zza ściany, w poszukiwaniu ofiary, którą mogłaby gonić nieznajoma postać, doszły do mnie grupowe krzyki. W ostatniej chwili z powrotem schowałem się w mroku, przytulając plecy do ściany, kiedy grupa uzbrojonych policjantów pognała za cieniem. Wyszedłem z zaułku dopiero kilka chwil później, pewien, że gliny również nie zwróciły na mnie uwagi, po czym odprowadziłem wzrokiem ostatnich z grupy biegnących. 
Ciekawe… a więc ten drobny cień nikogo nie ścigał- sam był ścigany i to przez całkiem liczną grupę policjantów. Kim zatem musiał być, aby tak zaleźć za skórę stróżom prawa? 
Poczułem, jak na usta wkrada mi się złośliwy uśmiech, a sam nie wiem, w którym momencie wiedziony niezdrową ciekawością zdecydowałem się podążyć za biegnącymi. Nie obawiałem się tego, że strażnicy mnie zauważą. Zdecydowanie bardziej intrygował mnie uciekający cień, którego na pewien czas straciłem z oczu. Mimo to, wciąż przemieszczałem się wśród ulic miejskiego labiryntu, zdając się na intuicję, oraz odgłosy butów, rozchlapujących wodę na chodniku. Co jakiś czas towarzyszyły im krzyki „jesteś aresztowana!” i „zatrzymaj się!”, które przez zagłuszającą ulewę, zdawały się dobiegać z bardzo daleka. Przestałem biec dopiero, kiedy głośne „tu jest!” rozbrzmiało dostatecznie wyraźnie, bym wiedział, że od poszukiwanej grupy dzieli mnie zaledwie jeden zakręt. Ostrożnie wychyliłem się zza muru, raczej z przyzwyczajenia, niż jakiejkolwiek obawy. W tamtym momencie moi starzy, uzbrojeni znajomi byli zdecydowanie bardziej pochłonięci wbieganiem w ślepy zaułek, niż tym, co znajdowało się za ich plecami. Równie dobrze mogłem stanąć na środku drogi, i tak nikt nie zwróciłby na mnie uwagi.
Zauważyłem, jak nieznajoma (byłem niemalże całkowicie pewien, że zakapturzona postać jest dziewczyną) wdrapuje się na mur, a chwilę później grupa zdezorientowanych policjantów podążą w jej ślady.
Uniosłem brwi, szczerze zaskoczony. Pierwszy raz widziałem, by tak drobna i stosunkowo niska osoba wspinała się po mokrym murze… a już na pewno nie zrobiłaby tego w tak błyskawicznym tempie. Wszystko wyjaśniło się dopiero, kiedy ostatni policjant zniknął za ceglaną ścianą, zaś owy ścigany cień wyłonił się z kąta. Obserwowałem z rozbawieniem, jak nieznajoma wybiega ze ślepego zaułku… postać, która wspięła się po murze była albo iluzją, albo wytworem czarów, jednak nie zależnie od sposobu stworzenia, najwyraźniej dała zamierzony efekt.
- Niezła akcja.- zauważyłem, kiedy czerwono włosy cień skręcił w sąsiednią uliczkę.
Dziewczyna podskoczyła na dźwięk mojego głosu, najwyraźniej wciąg obawiając się ogonów. Jej postawa zmieniła się całkowicie, kiedy chwilowy strach ulotnił się w mgnieniu oka, ustępując miejsca agresji.
- Nosz k*rwa!- obca warknęła w moją stronę.- Czego mnie straszysz, zjebie?
Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo była niska. Owszem, kiedy uciekała, zauważyłem, że wygląda na drobną osobę, ale nie sądziłem, że będzie tak bardzo… niepozorna? To chyba właściwe słowo. Aż dziwne, że taka osoba była ścigana… 
Szczerze powiedziawszy, wygląda na taką, która powinna gonić innych.
- Nie wyglądasz na taką, która boi się byle obcego.- było to raczej stwierdzenie faktu, niż złośliwa docinka, jednak przez ironiczny grymas, który bez przerwy tańczył na moich ustach, można było odebrać to w różnoraki sposób. A czerwono włosa najwyraźniej nie podzielała mojej opinii, gdyż w odpowiedzi posłała mi wrogie spojrzenie, spod przymrużonych powiek.
- Nie, racja…- zaraz jednak odwzajemniła uśmiech.- Ale ty chyba nie jesteś byle wilkiem, prawda?
- Cóż, sądząc po liczbie goniących Cię psów, jest nas dwójka.
Nieznajoma parsknęła cicho, jakby rozbawiły ją własne myśli.
- Uroczo.- mruknęła jednoznacznym tonem.- A zaraz mi powiesz, że jestem najwspanialszą istotą, jaką kiedykolwiek poznałeś, co?
Na to uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Aż trudno było uwierzyć, że zaledwie kilkanaście minut temu bez celu szwendałem się po mieście, umierając z nudów i desperacko szukając jakiegoś zajęcia. A wystarczyło tylko przez chwilę podpierać ścianę, by zajęcie przyszło do mnie.
- Nie licząc tych rzadkich momentów, gdy patrzę w lustro.- rzuciłem niby mimochodem. 
Nieznajoma parsknęła, kręcąc głową z niedowierzania, jakby zastanawiała się z której choinki urywają się wszyscy, znani jej aroganci. Kiedy spojrzenie dziewczyny znów powędrowało w moją stronę, zaczęła wpatrywać się we mnie z rękami założonymi na biodrach, przygryzając dolną wargę, jakby usilnie próbowała sobie przypomnieć jedną z pierwszych lekcji historii, na której na pewno była, jednak za nic nie potrafiła odszukać w pamięci jej treści.
- Zdaje mi się, że już kiedyś widziałam podobnego popaprańca.- powiedziała ściszonym głosem, jakby do samej siebie.- Imię?
- Złodziej, Powtórka, Pomyłka, Przeklęty, Zmora, Wąż, Zdradnica, Przypadek…- zacząłem recytować, odgarniając przy okazji pojedynczy, mokry kosmyk białych włosów, który bez przerwy zasłaniał mi prawe oko.
- I które mam teraz wybrać?- nieznajoma zadarła głowę do góry, w udawanym geście bezradności.
-Może mnie panienka nazywać, jak tylko jej się podoba.- odparłem ironicznie uprzejmym tonem. 
Ciężko powiedzieć, czy to przez to, czy też może przez użycie wobec niej zwrotu „panienka”, nieznajoma zaczęła wyliczać na głos przekleństwa i wszelkie obelgi, jakie tylko można byłoby mi przypasować. Kiedy tylko wyczerpała zasoby krótszych wyzwisk, przerzuciła się na te barwniejsze, o znacznie większej ilości sylab. Skończyła, uśmiechając się wrednie, niczym złośliwy, zadowolony z siebie chochlik.
Uniosłem odrobinę brwi, bez skutków powstrzymując parsknięcie.
- No proszę…- zacząłem naśladować wcześniejszy ton wypowiedzi nieznajomej.- I które ja mam teraz wybrać?- czerwono włosa w odpowiedzi leniwie wzruszyła ramionami.
- Najtrafniejsze?
- Azazel.- kiedy się przedstawiałem, uśmiech wciąż nie schodził mi z twarzy. Właściwie to nie pamiętam, by kiedykolwiek przybierał wygląd, różniący się od ironicznego grymasu.- A kim jest panienka, którą miałem przyjemność przestraszyć?
Nieznajoma dziewczyna posłała mi spojrzenie, które przy odrobinie szczęścia mogłoby powalić jej wcześniejszy pościg. Już miałem to skomentować, kiedy obca odezwała się, wywracając teatralnie oczami.
- Vest, zjebie.

Vestaria? Nie ma nudy, nie ma kolejnej apokalipsy :P

niedziela, 17 lipca 2016

Od Caireann DO Kogoś

Sir Eglamore rycerstwa kwiat
fa la lanki dołn dilłi
Przepasał miecz, na konia wsiadł.
fa la lanki dołn dilłi ,
Jechał przez góry, rzeki w bród
w kolczudze swej od stóp do głów.
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

W starej, zadymionej karczmie rozbrzmiała pieśń. Z początku cicha i nieśmiała przeznaczona wyłącznie dla ciasnej grupki dzieci stłoczonej wokół jej źródła, później śmielsza, gotowa zwrócić na siebie uwagę kobiet i mężczyzn rozrzuconych po całej sali. Miły dla ucha dźwięk i słowa pieśni skutecznie zwracały ich uwagę tak, że wiedzieni ciekawością zbliżali się w stronę ciężkiego drewnianego stołu w kącie pomieszczenia – miejsca skąd owe melodyjne dźwięki dochodziły. Przystawali, słuchali, kołysali się w rytm melodii, uśmiechali się miło, ci co bardziej hojni wrzucali monety do torby nagradzając tym samym autorkę pieśni. Ballada o wielkim rycerzu dotarła już do okna i wydostała się na ulicę, by na równi z ptakami móc krążyć nad karczmą. Zaglądała w zaułki, wabiła ludzi do środka, buszowała w rabatkach przy oknach, a potem odchodziła by znów zaczepić kogoś innego. Ludzie zbierali się w karczmie coraz tłumniej, ulegli melodii bądź dość znudzeni by szukać sobie zajęcia.

Smok wypełzł z podłej nory, gdzie
fa la lanki dołn dilłi
Ile dusz zgubił? Bóg to wie.
fa la lanki dołn dilłi
Gdy Eglamore'a ujrzał gad,
tak ryknął, że aż rycerz zbladł!
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Kolejne gorsze spłynęły do torby. Dzieci uważnie śledziły każdy ruch drobnych dłoni tańczących na strunach instrumentu. Na tym właśnie polega zajęcie barda. Na przyciągnięciu do siebie tłumu. No bo kto nie lubi od czasu do czasu posłuchać o dzielnych rycerzach walczących ze smokami? Bądź o dalekich krainach czy niesamowitych podróżach w nieznane. Ballady mogą nieść przestrogę bądź radę. Są w stanie uczyć i bawić. Wielu już zafascynowały i wielu pewnie jeszcze ulegnie urokowi pieśni bardów. Dlatego tak bardzo kocham swoje życie. Zwłaszcza w momentach takich jak teraz, kiedy to ja jestem źródłem muzyki i głównym obiektem zainteresowania tłumu. Słowa mojej pierwszej pieśni, tej której nauczyłam się jeszcze w rodzinnym mieście i którą powtarzam przy każdej nadarzającej się okazji, same formowały się w moich ustach, by wyjść do ludzi. Palce nauczone wesołej melodii skakały po stronach gitary. Znam tę balladę tak samo jak swoje imię. Całkowicie na pamięć. Mogę ją odtworzyć zawsze, o każdej porze dnia i nocy niezależnie od warunków.

Zatrzęsły w grozie drzewa się,
fa la lanki dołn dilłi
Koń dęba stanał, ponieść chce,
fa la lanki dołn dilłi
Zamilkły ptaki, zastygł wiatr
i mroźny strach na wszystko padł.
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Kolejna zwrotka zawirowała wśród ludzi. Powiodłam wzrokiem po ich twarzach. Zachwycone dzieci siedzące zaledwie na wyciągnięcie ręki ode mnie. Szczere uśmiechy mężczyzn, pełne aprobaty spojrzenia kobiet. Właściciel karczmy kiwający głową w rytm muzyki za ladą i jego żona oparta o futrynę drzwi z uczuciem patrzącą na niego. Nowe twarze pojawiające się w coraz gęstszym tłumie. Zasłuchanych ludzi czekających na ciąg dalszy opowiadanej przeze mnie historii. Widziałam burego kota wygrzewającego się w słońcu na parapecie i drobinki kurzu widoczne w świetle wlewającym się do wnętrza karczmy przez okno. Czułam zapach jedzenia mieszający się z rzadkim dymem wypełniającym całe pomieszczenie. I uśmiechałam się do wszystkich razem i każdego z osobna.

Już nie ma czasu lękać się.
fa la lanki dołn dilłi
Jak dwa niedźwiedzie - zwarli się
fa la lanki dołn dilłi
I cały dzień, i całą noc
zadają sobie ciosów moc!
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Część ludzi zaczęło nucić moje „fa la lanki dołn dilłi” wywołując u mnie jeszcze szczęśliwszy uśmiech. Udało mi się wciągnąć ich w tę prostą melodię. Cudownie. Przewidywalne i identyczne słowa z powodzeniem rekompensowały brak jakiegokolwiek refrenu, którego mogliby nauczyć się ludzie, więc nauczyli się tego czego byli w stanie. To dobrze. Bardzo dobrze wręcz. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Później będziemy rozmawiać. Jak zawsze. Zawsze o tym marzyłam. To moje życie i jest dokładnie takie jak tego chciałam. Wystarczyło tylko nigdy się nie poddawać i ze wszystkich sił dążyć do swojego celu. No i się udało.

W straszliwej paszczy zębów rząd
fa la lanki dołn dilłi
Wyszczerzył smok - i to był błąd!
fa la lanki dołn dilłi
Rozdziawił pysk, chciał kłapnąć, lecz
język mu przebił ostry miecz!
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Kilkoro dzieci nieznacznie się wzdrygnęło słysząc o biednym smoku z przebitym językiem. Nie dziwię im się. To w końcu dzieci. Niewinne istotki tak bardzo przejmujące się losem wszystkich żywych stworzeń. To nawet urocze. Jedno dziecko porwało z parapetu burego kota i mocno go przytulając podeszło do mnie. Mała dziewczynka o oczach koloru czekolady i tylko nieco ciemniejszych włoskach ubrana w jasnoniebieską sukieneczkę. Posłałam jej rozbawione spojrzenie nawet na sekundę nie przerywając pieśni. Dziewczynka zawstydziła się tym, że zwróciła moją uwagę, wypuściła kotka i schowała się za jakimś dorosłym. Kot uciekł gdzie pieprz rośnie.

Ogon podwinął, biedny smok.
fa la lanki dołn dilłi
Do swej jaskini, zrobił skok!
fa la lanki dołn dilłi
Sepleniąc skamlał, piszczał, wył,
rycerz przepraszał, w pierś się bił!

Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa

Historia dobiegła końca tak samo jak i muzyka. Zsunęłam się ze stołu na podłogę nadal uśmiechając się do ludzi.
- Dziękuję za takie ciepłe przyjęcie! – powiedziałam wesoło odpowiednio głośno by wszyscy usłyszeli. Parę osób zaczęło bić brawo, kilka innych zagwizdało.
- Jak się nazywasz? – spojrzałam w dół prosto na autora pytania. Mały chłopczyk o włosach koloru zboża i niebieskich oczkach przyglądał mi się z pod jasnobrązowego kapelusika.
- Jestem Caireann – kucnęłam by mieć twarz na poziomie jego twarzyczki i wyciągnęłam w jego stronę rękę. – A ty?
- Ernst – odpowiedział ściskając moją dłoń drobną rączką – Zaśpiewasz coś jeszcze?
- Za niedługo będę musiała już iść, ale jeśli będziesz cierpliwy znowu się tutaj spotkamy, dobrze? – mrugnęłam do chłopczyka, a ten kiwnął głową na znak, że zrozumiał. A potem odwrócił się i w podskokach wybiegł z karczmy. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Caireann? – usłyszałam niepewność w głosie kolejnej zaczepiającej mnie osoby. Zupełnie jakby mężczyzna za mną bał się, że nie wychwycił mojego imienia i zrobił jakiś błąd. Odwróciłam się w jego stronę. Czarna, gęsta broda zasłaniała mu pół twarzy.
- To ja. O co chodzi? – spytałam miło.
- Ładnie ci wyszło. Co właściwie śpiewałaś? – spytał nadal odrobinę niepewnie. Może zaczepianie obcych nie należało do jego ulubionych czynności.
- „Sir Eglamore”. Dziękuję za komplement – po raz kolejny tego dnia uśmiechnęłam się ciepło. W tym czasie podeszły do mnie dwie kobiety.
- Skąd masz tę bliznę? – spytała otwarcie jedna z nich. W tym czasie mężczyzna z brodą zdążył się już oddalić.
- Och… To pamiątka. – nieświadomie dotknęłam blizny na twarzy wspominając pewną noc – Niezbyt miła, ale nauczyła mnie całkiem sporo.
- Współczuję… To musi być straszne, mieć takie coś na twarzy.
- Nie jest źle jeśli nie zwracasz na to uwagi – wzruszyłam ramionami.
Jeszcze przed dłuższy czas ludzie do mnie podchodzili, pytali i gratulowali. A ja z uśmiechem na ustach starałam się każdemu odpowiedzieć i z każdym zamienić słówko bądź dwa. Później, kiedy już wszyscy stracili zainteresowanie bardem z blizną na twarzy w spokoju wyszłam z karczmy. Nic tam po mnie, przynajmniej na razie. Moją uwagę przyciągnął tłum na rynku. Dzisiaj targ! Ruszyłam w tamtą stronę licząc pieniądze które ktoś hojnie zostawił mi w torbie. Dużą sumą nazwać się tego nie dało, ale w zupełności wystarczyło mi na kupienie sobie jeszcze ciepłych słodkich bułeczek i czekolady w papierowym kubku. Tak zaopatrzona pokręciłam się jeszcze między stoiskami i straganami. Nic nie kupiłam, bo i tak mało mi zostało pieniędzy. A potem wróciłam do watahy szukać zajęcia. Jest lato i jest gorąco. Można by tak kogoś znaleźć i iść nad jezioro albo coś. Ewentualnie popatrzeć w chmury czy pogadać. A to znaczy, że trzeba się trochę pokręcić po terenach watahy i być może znaleźć sobie towarzystwo… I właśnie wtedy do moich uszu dotarł odgłos stawianych cicho kroków. Nie wiele myśląc ruszyłam, więc w tamtą stronę po drodze zmieniając postać z  ludzkiej na tę wilczą.

<Ktoś? Coś?>

piątek, 15 lipca 2016

Od Caireann - Historia



Pytajcie mnie o moją historię. Myślę, że lepiej byłoby spytać najpierw „Czym jest według ciebie przeszłość?”. Przecież jest tak wiele odpowiedzi na to pytanie. Ono jest ważne. Pomaga zrozumieć z kim ma się do czynienia i jak podejść do danej osoby. Są przecież tacy, którzy zabiliby za pytanie o ich pochodzenie czy szczegóły z ich dotychczasowego życia. Są też tacy którzy bardzo się wstydzą tego czego dokonali i usiłują zacząć żyć od nowa, a przypominanie im o ich błędach wcale nie pomaga. Są i tacy którzy bywają bardzo dumni z tego co udało im się osiągnąć. Jest naprawdę wiele różnych reakcji na pytanie o to czym jest przeszłość danej osoby. Niektórzy nie chcą o niej mówić zasłaniając się toną wymówek czy notorycznym zmienianiem tematu. Może boją się wyjawić pewne kłopotliwe fakty, a może robią to ze zwykłej złośliwości, bądź nie chcą zwracać na siebie zbytniej uwagi. Zdarzają się tez i tacy którzy przez wzgląd na swoją przeszłość nie chcą bądź nie lubią wzbudzać litości i dlatego uparcie milczą. Przeszłość bywa czasem bardzo bolesna. Czasem jest przyczyną ciągłych koszmarów albo główną przyczyną panicznego strachu. Bywa tak okrutna, że niszczy to czym było się wcześniej i tworzy coś zupełnie innego. Pełną bólu i nienawiści imitację osoby którą się było. Zmienia wszystko. Czasami jest już odgórnie spisana i niezmienna. Jest też przeszłość dobra. Pełna światła, spędzona z rodziną jako najszczęśliwsze lata życia. Jej wspomnienie nie musi wywoływać łez, lecz szczery uśmiech. Dla niektórych przeszłość była tak łaskawa, że pragnęli by do niej wrócić. Mogłabym nadal mnożyć przykłady owych przeszłości. Jest ich tak wiele, że każdy może mieć własne zdanie o swojej zupełnie inne, a jednak w jakimś stopniu niemal identyczne z podobnymi sobie. A jednak własne, wyrobione doświadczeniem, unikalne i całkowicie niepodrabialne zdanie. To właśnie jest takie wyjątkowe w posiadaniu przeszłości. Jest taka swoja i jedyna. Nie da się jej zmienić, nie można cofnąć tego co już się zrobiło. Przeszłość ma w sobie błędy i cenną wiedzę i doświadczenie wynikające z ich popełnienia. Osobisty bagaż każdego z nas którego nie sposób się ni jak pozbyć. Można próbować uciec, można starać się zapomnieć. Moim zdaniem to niemożliwe i bezcelowe. Wszyscy którzy tak robią nieświadomie się okaleczają z jakże ważnej części osobowości.
No dobrze, dość już o przeszłoś ciach wszystkich istot na około. Pytacie o tę moją własną? Nie mogę narzekać. Moja przeszłość należała zdecydowanie do tych dobrych. Nie mam sekretów, ani tajemnic. Nie mam zbyt wielu bolesnych wspomnień, ani zmarnowanych szans. Nie powiem też by była bardzo ciekawym zlepkiem wydarzeń. Owszem nie raz mnie zaskoczyła, lecz brak jej pościgów, nagłych zwrotów akcji i innych podobnych zjawisk. To zwyczajna historia dziewczyny z marzeniem i uporem by je spełnić. Nie jest zbyt długa. W dwa lata które dzielą mnie od dnia moich narodzin nie było szans by mogło się stać zbyt dużo.
Moją rodziną jest szczególna wataha. Żyją w mieście jako ludzie, gdyż lasy tam są zbyt niebezpieczne by dało się wieść dobre życie. To nie tak, że pochodzę z watahy tchórzy. Nic bardziej mylnego. To wataha wilków tak inteligentnych, by porzucić życie w niesprzyjającym środowisku i wmieszać się w zupełnie nowe, obce społeczeństwo tolerując zwierzchnictwo ludzkiego władcy i jednocześnie podlegając swojej Alphie. Nadal praktykując nasze zwyczaje, a jednak w tajemnicy przed ludźmi. Moi rodzice kochali zarówno mnie jak i moje rodzeństwo. Mam brata i siostrę. Jesteśmy raczej szczęśliwą rodziną. Czasami piszę do nich listy nigdy nie oczekując nic w zamian. Zbyt wiele podróżuję by mogli odesłać mi list z powrotem i doskonale o tym wiedzą. List zwrotny otrzymuję dopiero gdy wcześniej zaznaczę we własnym liście iż zatrzymuję się w jednym miejscu na dłużej. To dobry, działający system. Wracając jednak do tematu. Miałam dobre dzieciństwo. Niczego mi nie brakowało, nikt mnie nie zaczepiał. Nawet pomimo tego iż nieco odbiegałam od tego czego oczekiwano w naszej watasze po dziewczynkach. Od zawsze nienawidziłam sukienek i spódnic. Nigdy nie przepadałam też za zabawami typowymi dla kobiet. Walki na kije z bratem za każdym razem wygrywały z zabawą lalkami z siostrą. Podczas gdy moje rówieśniczki uczyły się prowadzić dom, szyć bądź gotować ja włóczyłam się po mieście w poszukiwaniu ‘przygód’. Nadal lubię to robić. To poczucie wolności i kontroli nie zamieniłabym na nic innego.
Moje spacery po mieście pewnego dnia zaowocowały spotkaniem, które okazało się być najważniejszym spotkaniem w moim życiu. Do naszego małego miasteczka zawitał bard. Zafascynował mnie ten człowiek. Zdawał się być naprawdę szczęśliwy gdy z pomocą pieśni przekazywał nam niesamowite historie. Dobrze pamiętam jak wypytałam go o wszystko gdy tylko skończył swój program. Miał na imię Bartain i to właśnie on zaraził mnie swoją pasją. Nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę to tego cały czas mi brakowało dałam się wciągnąć w niesamowity świat wiecznych podróży, przygód, nowych ludzi i miejsc. Bezproblemowy świat swobody. Gdybym wtedy z nim poszła w świat moje marzenie spełniło by się natychmiast. Jednak ja poczułam się w obowiązku powiedzieć o tym rodzicom. Nie poparli mojego pomysłu. Zabronili mi tłumacząc się tym, że to tylko kolejny z moich głupich pomysłów i będę żałować kiedy już przejrzę na oczy. Wiem, że chcieli dla mnie dobrze. Nie zdawali sobie tylko sprawy w tego, że mnie właśnie to było pisane.
Przez pół roku śniłam o swojej karierze jako kobieta bard. O wielkim świecie cierpliwie czekającym na mój debiut. O dalekich krainach gotowych na moje przybycie. O pieśniach które tylko czekają bym się ich nauczyła i o tych które dopiero ułożę. W tym czasie nauczyłam się grać na paru instrumentach. Robiłam to ku uciesze rodziców (w końcu ich córeczka w końcu zajęła się czymś porządnym), lecz nie robiłam tego dla nich. Robiłam to ze względu na Bartaina i jego słowa jasno mówiące mi, że każdy dobry bard powinien umieć grać na przynajmniej jednym instrumencie. Na początku kiepsko mi szło. Nigdy nie umiałam też śpiewać, ale nie przeszkadzało mi to. Miałam jasny cel i nie poddałam się. Z czasem udało mi się. Nauczyłam się i grania i śpiewania, wiele się dowiedziałam. Całe pół roku spędziłam przygotowując się najlepiej jak tylko potrafiłam. A kiedy podrosłam już dość oficjalnie opuściłam bezpieczny dom i ruszyłam w nieznane.
Zaczął się najwspanialszy okres mojego życia. Właśnie tego oczekiwałam. Było tak jak w moich snach. Tak jest aż do teraz. Apokalipsę przeżyłam jak wszyscy mieszkańcy miast. Z trudem, ale jednak mi się udało. Może dlatego, że jestem wilkiem. Mnie było łatwiej niż zwykłym ludziom. Chociaż urodziłam się w trakcie jej trwania. Podróżując od miasta do miasta widziałam ogrom zniszczeń poczynionych przez buntującą się Matkę Ziemię. Poznałam rośliny i zwierzęta których świat dotychczas nie znał. To wszystko fascynowało mnie. Było tak inne od znanego wszystkim świata. A dlaczego dołączyłam teraz do Watahy Apokalipsy mimo tego, że tak uwielbiam podróże? To dość proste. Miasto leżące niedaleko jest ważnym punktem na szlaku w tej części świata. Nadal będę mieć informacje i materiał na nowe ballady, a dobrze by było chodź trochę pomieszkać w jednym miejscu. Znaleźć przyjaciół i tak dalej... Poza tym w tej części świata nikt jeszcze takiej Caireann nie zna, więc może pora to zmienić?

Od Raven'a CD. Lilith

Przycisnąłem do piersi krwawiącą lewą dłoń z furią kopiąc młodego kotołaka wijącego się na bruku pode mną. Chłopak miał kocie zęby, uszy i ogon. Poza tym jego głowa wyglądała na coś pomiędzy ludzką twarzą, a kocim pyszczkiem. Skórę chłopaka pokrywała krótka czarna sierść, włosy miał długie do ramion i zebrane w niedbały kucyk na karku. W ciemności połyskiwały tylko jego złote, kocie oczy wpatrujące się we mnie z mieszaniną wściekłości i bólu. Mógł mnie sukinkot nie gryźć. Nam obu byłoby wtedy milej. Z całej siły nadepnąłem obcasem swojego eleganckiego buta na ogon kotołaka. Wydał z siebie dźwięk którego nie dało się nijak zaklasyfikować. Ni to syczenie kota, ni ludzki krzyk, ni ryk rannej bestii... Coś pomiędzy tym wszystkim. Mam do niego sprawę. Szkoda, że po dobroci nie chciał ze mną współpracować. Kotołak wyszarpnął ogon spod mojego buta i odsunął się na bezpieczną odległość przykucając na bruku. Zawarczałem nisko szczerząc kły. Kotołak rzucił się na mnie. Zamachnąłem się i uderzyłem pięścią w bok przerośniętego kotka posyłając go na ścianę zaułka w którym wylądowaliśmy. Żałośnie... Kot z dziwnym pomrukiem pozbierał się z ziemi i chwiejąc się wstał na nogi. Lewą rękę miał wykrzywioną pod dziwnym kątem, przy każdym jego oddechu słychać było dziwny świst. Niedobrze. Nie mogę go na razie zabić. Podszedłem do niego chwytając go za szyję i podniosłem nad ziemię dla własnej wygody przyciskając kotołaka do ściany.
- Gdzie TO jest?! - warknąłem prosto w twarz swojego przeciwnika.
- Nie... powiem... - odpowiedział z trudem. Głos miał cichy, głęboki, przypominający raczej pomruk niż ludzką mowę.
- Pozwól, że powtórzę... GDZIE TO JEST?! - zacisnąłem palce na szyi kotołaka mocniej niż dotychczas. Póki co jeszcze jestem uprzejmy.
- Zabij. Mnie... I tak... Nie. Powiem - wychrypiał usiłując mi się wyrwać. Kopał nogami, szarpał się, smagał ogonem w te i wewte... Wszystko to na nic. Dla mnie był już trupem i doskonale o tym wiedział.
- Jeśli mi powiesz gdzie jest to czego szukam być może cię oszczędzę - spróbowałem siląc się na miły ton głosu. W odpowiedzi kotołak mnie opluł. Dość tego. Zacisnąłem palce miażdżąc mu krtań. Niech się udusi. Ponoć straszna śmierć. Uśmiechnąłem się do siebie uważnie obserwując jak z kotołaka powoli uchodzi życie. Słuchałem jak rozpaczliwie stara się nabrać powietrza mimo tego, że za każdym razem ponosi porażkę. Widziałem jak błądzi rozbieganym wzrokiem po okolicy wijąc się na ziemi w niemym błaganiu o koniec, jak jego dłonie uzbrojone w pazury młócą powietrze i uderzają w ziemię niczym u tonącego. Czułem subtelny zapach strachu, nie, przerażenia mieszający się z zapachem jaśminu oraz ciężką wonią wilgoci tak charakterystycznej dla tej części miasta. W końcu kotołak przestał się ruszać. Westchnąłem zirytowany. Mam trupa i żadnych odpowiedzi...
- Cudownie... - mruknąłem podnosząc z ziemi jeszcze ciepłe truchło i przerzucając je sobie przez ramię. A potem szybkim krokiem ruszyłem w stronę tych parszywych dzielnic biedoty na obrzeżach miasta. Dzikie psy. Teraz tego mi potrzeba. One pozbędą się ciała raz a dobrze.
Wkrótce potem kucając na dachu jakiegoś brudnego na wpół rozwalonego domu obserwowałem jak zwłoki kotołaka znikają pod stertą skłębionych psich ciał, walczących ze sobą o każdy ochłap. Hałasowały jak diabli. Dlatego gardzę psami. Brak im dyskrecji, są posłuszne i lojalne... Ohydne bestie siejące nieuzasadniony chaos wszędzie gdzie się pojawią. Bez pytania akceptujące każde słowo tego, który ma nad nimi władzę i ślepo za nim podążające. Nigdy nie chciałbym nawet na sekundę mieć psa. Kot to co innego. Mógłbym bez końca zachwycać się jego wyszukanym pięknem, cechami które tak bardzo cenię i całą resztą składającą się na tak lubianą przeze mnie kocią osobowość. Ale do rzeczy. Psy zeżarły ciało i rozeszły się po mieście. Informacje które chciałem mieć na razie przepadły bezpowrotnie. Ważne, tajne informacje nie przeznaczone dla nikogo poza kotołakami. No i mną. Ja także chcę je posiąść. Są mi wręcz niezbędne. Musiałbym się tylko rozejrzeć za kolejnym potencjalnym posiadaczem odpowiedzi na najważniejsze z moich pytań. "Gdzie TO jest?". Nawet nie wiem czym owo "TO" jest. Czy to przedmiot, miejsce czy cokolwiek innego. Pojęcia nie mam i dlatego to jest takie intrygujące. Pragnę posiąść ten zazdrośnie strzeżony sekret rasy tak bliskiej mym ulubionym zwierzętom. Ale teraz jednak nie jestem nawet o centymetr bliżej do rozwiązania niż byłem wcześniej. Irytujące...
Z niezadowolonym grymasem na twarzy zeskoczyłem z dachu wprost na ziemię i ruszyłem w stronę tych lepszych, bogatszych części miasta. Byłem tak pogrążony w myślach, że nie zauważyłem nawet ogromnego wesołego miasteczka, które jaśniało przecież niczym gwiazda. Mieniło się setkami migających barw, oszałamiało zapachem wielu ludzi, popcornu i waty cukrowej. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, gdzie trafiłem było już za późno.
- Raaaaaveeeeeeen!? -usłyszałem. Odwróciłem się by zobaczyć szarżującą na mnie Lilith. Ja wiem... Przystojny, dżentelmen który ma fortunę i te sprawy, no ale żeby aż tak? Odsunąłem się lekko schodząc dziewczynie z drogi tak, że minęła mnie o włos.
- Czego tu znowu chcesz? - spytałem urażony tym, że to ja jestem tym nieszczęśnikiem który musi się z nią męczyć. Jakbym nie miał w życiu już dość pecha...
- Bo facet w budce nie chce mi dać biletuuuuu - zaczęła się skarżyć - Mówi, że mam przyjść z kimś dorosłym... Ty jesteś dorosły, prawda? -popatrzyła na mnie błagalnie.
- Tak... Jestem - mruknąłem. Coś czuję, że będę żałować tych słów.
- Masz dowód?
- Tak. Mam - przewróciłem oczami.
- No to idziemy! - dziewczyna chwyciła mnie za rękaw koszuli i pociągnęła w stronę budki z biletami. Przepchnęła się przez tłum nadal mnie za sobą ciągnąc zupełnie głucha na moje protesty. Oparła się o ladę odzielającą nas od grubego sprzedawcy i posłała mu triumfujący uśmiech.
- Mnie wierzyć nie chciałeś to uwierzysz jemu! - zaśmiała się.
Pochwyciłem spojrzenie ekspedienta. Jego oczy rozszerzyły się i zwężyły tak samo jak moje. Biedakowi wzrok zamgliło.
- Wpuścisz Lilith, jest dorosła, zapłaciła za bilet i nic ci do tego co zrobi.
Mężczyzna jak echo powtórzył moje słowa, po czym z uśmiechem życzył dziewczynie dobrej zabawy i wpuścił ją do środka. Dziewczyna oczywiście dalej ciągnęła mnie ze sobą.
- Znowu to zrobiłeś! - jakaż ona podekscytowana zaistniałą sytuacją... - Super! Załatwisz mi tak wejście na każdą karuzelę!
No i się zaczęło. Błędne koło marnowania mojej energii i czasu. Niby prosta sztuczka, a po 20 razie zaczyna męczyć. Gdzieś po drodze dorobiłem się okropnego bólu głowy. Czekając aż Lilith wróci z kolejnej z wielkich atrakcji na których "musi" być oparłem czoło o chłodny metalowy słup podtrzymujący konstrukcję. Chwilowa ulga. Mam dość. Chciałbym iść do domu i się położyć. Później znów urządzić polowanie na kotołaki. Mam milion rzeczy do zrobienia ciekawszych niż to co właśnie robię. Pozwoliłem Lilith uczynić ze mnie swojego pieska. Tak być nie może. Nie będę niczyim kundlem.
- Raveen...? - moja pancia wróciła nieco szybciej niż planowałem - Blado wyglądasz. To normalne?
Och. Nie jest ślepa. Czasami zauważy, że coś jest nie tak.
- Okropnie boli mnie głowa.  - stwierdziłem nadal dotykając czołem chłodnego metalu.  - To twoja wina.

<Lilith?>

czwartek, 14 lipca 2016

Od Zero CD. Nirvany

Kiedy wstałem Nirvany już przy mnie nie było. Nic dziwnego. Ona zawsze wstaje przede mną. Miejsce obok mnie jednak już zdążyło wystygnąć, więc musiała wstać jakiś czas temu. Przeciągnąłem się patrząc w sufit i ziewnąłem, a potem usiadłem. Przez chwilę słuchałem tylko czy aby przypadkiem ktoś nie chodzi mi po mieszkaniu, a potem nadal lekko nieprzytomnie przesunąłem się na skraj łóżka. Podłoga okazała się dość chłodna. Wstałem znów ziewając, wybrałem pierwsze lepsze ubrania na które trafiłem i powlokłem się do łazienki wziąć zimny prysznic. Rano nigdy nie byłem żywy. Nie rozumiem ludzi, którzy zaraz po przebudzeniu są w stanie w ogóle logicznie myśleć i zrobić cokolwiek. Tak się przecież nie da... Wzdrygnąłem się kiedy lodowata woda zaczęła lać mi się po plecach. Przynajmniej trochę się rozbudziłem. Jeszcze kawa i może coś ze mnie będzie. Wylazłem spod prysznica, wytarłem się do ręcznika i ubrałem nie skupiając się na żadnej z tych czynności. Przeczesałem dłonią jeszcze wilgotne włosy i wyszedłem z łazienki prosto do kuchni.
- Ejj... A gdzie śniadanie? - wymamrotałem zdziwiony. Jak można aż tak mnie opuścić? No jak? Na stole leżała karteczka. Podszedłem do niej siłując się ze słoikiem kawy. Z rana jakoś nigdy nie chce mnie słuchać... "Idę coś upolować, Kocham Cię ~ Nir". No to już wiem gdzie wcięło mi dziewczynę i śniadanie. Nasypałem kawę do kubka i zalałem ją wodą z kranu. A no tak... Mój błąd. Zmrużyłem oczy wbijając wzrok w powierzchnię swojej kawy. Po chwili zagotowała mi się w rękach. Tak lepiej. Upiłem małego łyczka i odstawiłem kawę na stół. Ciekawe co mamy w lodówce. Otworzyłem ją i uważnie przejrzałem zawartość. Bywało już lepiej. Powyciągałem z lodówki wszystko co było według mnie jadalne. Owszem. Jem całkiem sporo. Więcej niż powinienem, a mimo to nigdy nie będę gruby. Taka magia... Dziękuję, Apokalipso. Upiłem kolejnego łyka kawy pochłaniając swoje dość ubogie śniadanie. Kiedy skończyłem już wszystko wyszedłem z jaskini. Po paru krokach zmieniłem się w wilka i przeciągnąłem. Potem już było z górki. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie znaleźć Nir. Okazało się, że z mojego śniadanka nici, bo Nir postanowiła pójść nad rzekę na ryby...
- Idziesz ze mną Zero? - spytała.
- Pewnie - odpowiedziałem w duchu wzruszając ramionami.
 No i poszliśmy rozmawiając ze sobą. Po raz kolejny musiałem ledwo się wlec, by dało się za mną nadążyć. I pomyśleć, że kiedyś byłem całkiem przeciętnego rozmiaru... Po paru minutach dotarliśmy nad rzekę. Padłem na brzeg z łupnięciem charakterystycznym dla dużych, ciężkich przedmiotów spadających z wysokości.
- A tobie co...? - spytała Nir śmiejąc się kiedy odwróciłem się na grzbiet tak, że wszystkie cztery łapy miałem w powietrzu.
- Ja...? Ja zbieram energię - wymyśliłem niezwykle inteligentnie - Wiesz... Jak dla mnie jest jeszcze wcześnie. I nie miałbym nic przeciwko mizianiu mnie - popatrzyłem na nią. Śmiesznie tak widzieć świat do góry nogami.
- Jeszcze jakieś życzenia? - Nir dalej się śmiała.
- Rób co chcesz. Jestem cały twój kobieto. - wyszczerzyłem się do niej.

<Nirvana?>

Od Ehrendila CD. Lizzy

Było całkiem ładnie. Lekki wiatr kołysał liśćmi, a te rzucały rozbiegane cienie na ścieżkę którą szliśmy z Sorrow. Nie było ani chłodno, ani gorąco. Tak idealnie, bym nie musiał się przejmować ewentualnym ugotowaniem w zbroi. W powietrzu dało się wyczuć delikatną woń kwiatów.
- Nie przeszkadza ci to czasami? - spytała Sorrow ni stąd ni zowąd stukając palcami w pancerz na moim torsie.
- Tylko czasem. Na ogół ratuje mi życie. - uśmiechnąłem się lekko.
- Mhm... Lubię ją. - zaśmiała się Sorrow.
- Taaak... Ja również - odpowiedziałem.
Przyciągnąłem dziewczynę do siebie i zamknąłem ją w ramionach.
- Co powiesz na spacer nad rzekę?
- Brzmi dobrze. - dziewczyna wspięła się na palce i pocałowała mnie. Nie miałem nawet najmniejszego powodu by zaprotestować. Niby po co miałbym odmawiać sobie przyjemności? Tak jak jest teraz jest bardzo dobrze.
Cała droga nad rzekę upłynęła nam na miłej rozmowie. Na szczęście Lizzy nigdzie się nie pojawiła, za to padłem ofiarą zemsty pewnej zazdrosnej o Sorrow wiewiórki. Co dziwne Ezreal Sorrow uwielbia. On atakuje mnie tylko wtedy gdy ona jest w pobliżu. Dziewczyna nigdy nie musiała się przejmować złośliwym zwierzątkiem ciągnącym ją za włosy. Nie musiała znosić gradu kamyczków, ani nic z tych rzeczy. Za to jeśli ja tylko spróbuję ją przytulić na oczach wiewiórki... Tak było i tym razem. Chce się spokojnie elf przytulić do swojej dziewczyny, a nie może, bo mu się wiewiórka na głowie rozsiadła i z uporem maniaka ciągnie za włosy. Odgonić jej niczym się nie da, złapać nie idzie, bo to zwinny mały diabełek, ignorowanie jej tylko sprawy pogarsza. Mały zazdrośnik nie zna litości, a Sorrow zawsze się śmieje z tej nierównej walki. Mnie też trudno brać ją na poważnie.
- Hej Ezrealu? - zacząłem odsłaniając przykryte wiewiórczym ogonem oko - A za dwa, nie, trzy orzeszki mi odpuścisz? - ogon powędrował w górę, a mnie w polu widzenia pojawił się węszący pyszczek.Wyciągnąłem dłoń z rzeczonymi orzeszkami i czekałem aż wiewiórka w końcu się zdecyduje. Ten sposób zawsze działa. Już po chwili orzeszki znikały z mojej ręki. Ezreal bardzo zadowolony z siebie wyniósł się na drzewo, żeby w spokoju móc zjeść to co udało mu się ugrać. Westchnąłem z ulgą przenosząc wzrok z Ezreala na Sorrow, a potem w stronę leniwie płynącej rzeki. Sięgnąłem ręką do boku i na oślep odpiąłem paski przytrzymujące kawałki pancerza w jednym miejscu. Już po chwili wszystkie kawałki połyskującej srebrnej zbroi leżały schludnie na brzegu rzeki razem z moją zdobioną, szarą tuniką. Nic nie poradzę na to, że w koszulkach mi źle. Swoją drogą... Ludzie nosili podobne, brzydsze wersje moich ubrań w średniowieczu. Elfom nadal podoba się taka moda mimo iż udoskonaliliśmy sztukę ich tworzenia do tego stopnia, że z brzydkich workowatych szmat zrobiliśmy ubrania piękne. Takie w stylu naszego Królestwa. Zwykli ludzie nie pojmują ich wyjątkowości. Przepaść kulturowa jest zdecydowanie zbyt wielka.
- Sorrow, kwiatuszku... Popływasz ze mną? - spytałem z uśmiechem. Dziewczyna oczywiście się zgodziła i już po paru chwilkach chlapaliśmy się wodą jak małe dzieci. Nigdy nie miałem dzieciństwa. Sorrow też nie. Nie mieliśmy więc nigdy okazji się bawić. Zawsze tylko treningi, nauka, obowiązki i znów treningi. Zawsze pod surowym okiem ojca. Wychowani by być najlepszymi. Szkoleni do posługiwania się wszelaką bronią. Wytrawni mordercy spełniający posłusznie każdy rozkaz. Wszechstronnie rozwinięte umysły o stalowej woli, które nie dadzą się złamać. Silne ciała zdolne do wysiłku większego niż można by założyć. Tego oczekiwali. Tacy mieliśmy być. Nie ma w tym miejsca na zabawę. Nigdy miało nie być. Mój czas wolny składał się w całości ze snu. Po wielogodzinnych treningach i kolejnych spędzonych na nauce nierzadko wręcz padałem na twarz. A jednak następnego dnia trzeba było wstać o świcie. Ćwiczyć mimo bólu rozdzierającego mięśnie. Sorrow miała jeszcze gorzej. Wychowano ją na mężczyznę, miała być mężczyzną. Na szczęście jej ojcu nie wyszło. Nie zasługiwał na to by żyć. Ja natomiast nie chowam urazy do mego ojca. Kochał mnie. Po prostu było mu ciężko gdy umarła moja matka. Mam jej oczy i cień rysów jej twarzy. Dlatego nie chciał mieć zbyt wiele do czynienia ze swoim synem. Patrzenie na mnie sprawiało mu ból. W porządku, rozumiem. Dobrze mnie wychował. Był dobrym ojcem mimo iż nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha czy że jest ze mnie dumny.
- A masz! - w twarz chlusnęła mi chłodna woda. Potrząsnąłem głową mrugając. Sorrow ze śmiechem stała obok mnie ewidentnie dumna z siebie, że udało jej się mnie zaskoczyć.
- Ty niesprawiedliwe! Zamyśliłem się - odwróciłem się z naburmuszoną miną. Sorrow rozchlapując niewielkie kropelki zbliżyła się do mnie. Czas na zemstę. Błyskawicznie się odwróciłem i podciąłem dziewczynę lekko ją popychając. W efekcie dziewczyna z zaskoczonym okrzykiem poleciała na plecy i zniknęła pod powierzchnią wody. Kiedy się wynurzyła nadal nie mogłem przestać się śmiać.
- Helooooooł dzieciiiiii! - usłyszałem z brzegu. Znów Lizzy. No trudno. Skoro ani proźbą, ani groźbą... To może jak się zakolegujemy da nam spokój.
- Chcesz się z nami pobawić Lizzy? - spytałem szczerząc się do niej.
- Ehrendil. Co ty robisz? - spytała Sorrow cicho wyraźnie nie rozumiejąc do czego dążę.
- Próbuję innego podejścia. Zobaczymy  co z tego wyjdzie... - odparłem.

<Lizzy?>