czwartek, 14 lipca 2016

Od Zero CD. Nirvany

Kiedy wstałem Nirvany już przy mnie nie było. Nic dziwnego. Ona zawsze wstaje przede mną. Miejsce obok mnie jednak już zdążyło wystygnąć, więc musiała wstać jakiś czas temu. Przeciągnąłem się patrząc w sufit i ziewnąłem, a potem usiadłem. Przez chwilę słuchałem tylko czy aby przypadkiem ktoś nie chodzi mi po mieszkaniu, a potem nadal lekko nieprzytomnie przesunąłem się na skraj łóżka. Podłoga okazała się dość chłodna. Wstałem znów ziewając, wybrałem pierwsze lepsze ubrania na które trafiłem i powlokłem się do łazienki wziąć zimny prysznic. Rano nigdy nie byłem żywy. Nie rozumiem ludzi, którzy zaraz po przebudzeniu są w stanie w ogóle logicznie myśleć i zrobić cokolwiek. Tak się przecież nie da... Wzdrygnąłem się kiedy lodowata woda zaczęła lać mi się po plecach. Przynajmniej trochę się rozbudziłem. Jeszcze kawa i może coś ze mnie będzie. Wylazłem spod prysznica, wytarłem się do ręcznika i ubrałem nie skupiając się na żadnej z tych czynności. Przeczesałem dłonią jeszcze wilgotne włosy i wyszedłem z łazienki prosto do kuchni.
- Ejj... A gdzie śniadanie? - wymamrotałem zdziwiony. Jak można aż tak mnie opuścić? No jak? Na stole leżała karteczka. Podszedłem do niej siłując się ze słoikiem kawy. Z rana jakoś nigdy nie chce mnie słuchać... "Idę coś upolować, Kocham Cię ~ Nir". No to już wiem gdzie wcięło mi dziewczynę i śniadanie. Nasypałem kawę do kubka i zalałem ją wodą z kranu. A no tak... Mój błąd. Zmrużyłem oczy wbijając wzrok w powierzchnię swojej kawy. Po chwili zagotowała mi się w rękach. Tak lepiej. Upiłem małego łyczka i odstawiłem kawę na stół. Ciekawe co mamy w lodówce. Otworzyłem ją i uważnie przejrzałem zawartość. Bywało już lepiej. Powyciągałem z lodówki wszystko co było według mnie jadalne. Owszem. Jem całkiem sporo. Więcej niż powinienem, a mimo to nigdy nie będę gruby. Taka magia... Dziękuję, Apokalipso. Upiłem kolejnego łyka kawy pochłaniając swoje dość ubogie śniadanie. Kiedy skończyłem już wszystko wyszedłem z jaskini. Po paru krokach zmieniłem się w wilka i przeciągnąłem. Potem już było z górki. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie znaleźć Nir. Okazało się, że z mojego śniadanka nici, bo Nir postanowiła pójść nad rzekę na ryby...
- Idziesz ze mną Zero? - spytała.
- Pewnie - odpowiedziałem w duchu wzruszając ramionami.
 No i poszliśmy rozmawiając ze sobą. Po raz kolejny musiałem ledwo się wlec, by dało się za mną nadążyć. I pomyśleć, że kiedyś byłem całkiem przeciętnego rozmiaru... Po paru minutach dotarliśmy nad rzekę. Padłem na brzeg z łupnięciem charakterystycznym dla dużych, ciężkich przedmiotów spadających z wysokości.
- A tobie co...? - spytała Nir śmiejąc się kiedy odwróciłem się na grzbiet tak, że wszystkie cztery łapy miałem w powietrzu.
- Ja...? Ja zbieram energię - wymyśliłem niezwykle inteligentnie - Wiesz... Jak dla mnie jest jeszcze wcześnie. I nie miałbym nic przeciwko mizianiu mnie - popatrzyłem na nią. Śmiesznie tak widzieć świat do góry nogami.
- Jeszcze jakieś życzenia? - Nir dalej się śmiała.
- Rób co chcesz. Jestem cały twój kobieto. - wyszczerzyłem się do niej.

<Nirvana?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz