środa, 6 lipca 2016

Od Azazela - "2" (EVENT cz.2)

To właśnie wtedy polanę przeszył ogłuszający ryk. Przypominał wrzask wielu istot, których głosy po jakimś czasie zlały się w jeden groźny warkot, wypełniający pustą, trawiastą przestrzeń dookoła nas.
Wtedy ujrzałem go po raz pierwszy. Stałem u jednego krańca polany, kiedy po jej drugiej stronie zobaczyłem parę ślepi, niczym dwa ogniki iskrzących się w mroku lasu. Nie minęła chwila, a do pierwszej pary dołączyły jeszcze dwie kolejne, choć te, mniejsze i wijące się bez przerwy w ciemnościach, znacznie ciężej było wypatrzyć.
Wyszedłem na otwartą przestrzeń, przyglądając się uważnie zakrwawionym pyskom bestii. Widziałem złotą grzywę, ozdabiającą największą z głów, oraz parę rogów, wijących się na dwóch pomniejszych głowach, o długich, smoczych szyjach. Widziałem też cztery, masywne nogi i parę czarnych, jak smoła skrzydeł. Za bestią, niczym jadowity wąż, wił się długi ogon, zakończony czymś, co z daleka przypominało kolec z trucizną.
Uśmiechnąłem się, kiedy trzy pary płomiennych oczu spoczęły na mnie. Z wszystkich paszczy wydobył się ryk, kiedy potwór ruszył w moją stronę. Widzicie? To było właśnie ślepe działanie pod wpływem instynktów, o którym wcześniej wspominałem.
Odczekałem jeszcze kilka chwil, aby trzygłowa bestia znalazła się dostatecznie blisko, po czym gwałtownie uskoczyłem w bok. Tak wielkie i ciężkie zwierzęta może i były silne, jednak wszystkie miały jeden słaby punkt, jakim była bardzo mała zwinność… albo też jej całkowity brak. Potwór nie był w stanie od razu zawrócić, co dało mi kilkanaście dodatkowych sekund. Kiedy biegłem, poczułem, jak moją skórę powoli porasta sierść, uszy i pysk wydłużają się, zaś zęby stają się coraz ostrzejszymi, wilczymi kłami.
Gdy do mych uszu dotarł rozwścieczony warkot jednej z głów, nie odwracając się za siebie rozłożyłem skrzydła i po kilku uderzeniach łap o mokrą nawierzchnię, oderwałem się od ziemi. Poczułem, jak chłodne, nocne powietrze targa mi futro, jak wiatr świszczy mi w uszach jedną ze swych długich, wysokich melodii. Nie minęła chwila, kiedy zagłuszył go ryk potwora, który za moim przykładem postanowił wzbić się w przestworza.
Być może popełniłem błąd, odrywając się od ziemi. Bestia okazała się świetnym lotnikiem, bo chociaż nie testowałem jego zwinności w przestworzach, to silna i ogromna para skrzydeł zdecydowanie lepiej radziła sobie z prędkością, niż moje opierzone skrzydła nietoperza. Pocieszałem się w duchu, że jestem w stanie nadrobić tą stratę kilkoma sztuczkami, a ponadto…
- K*rwa mać!- warknąłem, kiedy w ostatniej chwili udało mi się uniknąć pokąsania przez trujące żądło potwora.
Mało brakowało, a skończyłbym, jak mój poprzednik.- pomyślałem, a przed oczami ukazał mi się obraz konającego mężczyzny, zapluwającego się spienioną śliną, na przemian kaszlącego krwią. Widziałem, jak jego ciało skręca się i drga, jak tuż przed śmiercią wykazuje ostatnie oznaki życia. Wizja ta, choć wydawała się niesamowicie rzeczywista, w mgnieniu oka została wypędzona z mojego umysłu, kiedy jedna z wężowych głów „Dwójki” pomknęła w moją stronę z rozdziawioną szeroko paszczą.
- A piep**cie się wszyscy!- warknąłem, nurkując gwałtownie w dół.
Ponownie rozłożyłem pierzaste skrzydła, lecz teraz to ja znajdowałem się za lecącą bestią. Działając bardziej pod wpływem impulsu, niż zdrowego rozsądku, wbiłem się kłami w jedną ze smoczych szyi. Odpowiedział mi żałosny ryk pozostałych dwóch głów, gdyż ta zaatakowana nie była już w stanie wydobyć z siebie żadnego, nawet najcichszego dźwięku. Wyglądało to trochę tak, jakby potwór miał trzy życia i stracił dopiero jedno z nich. Zostały więc jeszcze dwa, a mi właśnie przyszedł do głowy pomysł, jak najskuteczniej byłoby się ich pozbyć.
Pomyślałem o sile swojego przeciwnika, o tym jak szarżował w moją stronę na polanie. Przypomniałem sobie również o jego braku zwinności i nie najlepszym radzeniu sobie z ostrymi zakrętami, a także o tym, że jeszcze nie testowałem jego sprawności w przestworzach.
Mimo protestów potwora, który groził mi, bez przerwy wymachując trującym ogonem, zdołałem wgryźć się w jedno z ogromnych skrzydeł. Cienka błona, rozstawiona między kośćmi okazała się mniej wytrzymała, niż sądziłem. Nie minęła chwila, a bestia straciła równowagę i pomknęła w kierunku ziemi. Z dziurawym skrzydłem nie sposób było latać, nawet jeśli to drugie pozostawało sprawne. Poza tym, ciężar stwora zdecydowanie przekreślił jego szanse na dłuższe pozostanie w przestworzach.
Złożyłem skrzydła, a w następnej chwili już pikowałem w dół, podążając za spadającą, trzy… dwugłową bestią. Myślę, że najbardziej makabrycznym widokiem nie było jego nieuniknione spotkanie z twardą nawierzchnią, a wcześniej zaatakowana przeze mnie głowa, która teraz miotała się bezwładnie w te i we w te, niczym flaga na wietrze. Przyznaję, że ten widok okazał się zabawniejszy niż sądziłem i myślę, że gdyby nie okoliczności, parsknąłbym drwiącym śmiechem. Mimo wszystko, poczułem jak na usta wkrada mi się jeden z moich słynnych, złośliwych grymasów, kiedy ogromne cielsko bestii zderzyło się z twardym gruntem.
W ostatniej chwili udało mi się wyrównać lot, a następnie znaleźć się na mokrej trawie, zaledwie kilkanaście kroków od potwora.
- Dolor.- syknąłem, kiedy bestia, mimo bolesnego upadku, próbowała podnieść się i znów stanąć na równe nogi.
W jednej chwili, pod wpływem zaklęcia, całą polanę wstrząsnął ryk bestii. Dźwięk ten był wręcz nieporównywalny do jej wcześniejszego, agresywnego warkotu. Teraz przypominał lament torturowanego szczeniaka, który jedyne, co był w stanie zrobić, to zwijać się z bólu i liczyć na cudzą pomoc.
Jednak dookoła nie było nikogo, tylko nasza dwójka. Ja i bestia. Bestia i ja. Choć w tamtym momencie, to mi było bliżej do potwora.
Jeszcze przez kilka sekund obserwowałem, jak zaklęcie „Ból” wykręca szyje potwora, łamie mu ocalałe po upadku kości i wygina kończyny pod nienaturalnym kontem.
- Satis.- powiedziałem po chwili i chociaż świszczący wiatr porywał każde moje słowo, czar „Dość” zadziałał bezbłędnie, jak samo jak poprzedni.
Kiedy Dwójka przestała się ruszać, podszedłem do jej martwego cielska. Wraz ze zmniejszającym się dystansem między nami, sierść pokrywająca moje wilcze ciało stawała się coraz krótsza, aż w końcu całkowicie zniknęła. Uszy i pysk powróciły do ludzkich kształtów, zniknął ogon, złożyły się czarne skrzydła. Jedynie ostre zęby pozostały podobne do tych wilczych, choć te ludzkie z pewnością nie były tak wielkie i okazałe.
- To chyba koniec naszej wspólnej przygody, co?- rzuciłem do martwego stwora, klepiąc go po lwim pysku.
Posłałem przelotne spojrzenie zmasakrowanej przeze mnie głowie, a w oczy od razu rzucił mi się brak jednego z rogów. Zauważyłem go kilka kroków dalej i bez zastanowienia chwyciłem powykręcaną kość w rękę. Nie żebym był bardzo sentymentalny, ale od czasu do czasu lubiłem zabierać niewielkie „trofea” po dobrze wykonanej robocie. Przypominały mi o tym ilu nic nieznaczących robali pozbyłem się z tego świata.
Chwyciłem róg w jedną rękę i odwróciłem się plecami do bestii. Czułem na sobie jej lepką krew, jednak w tamtym momencie nie przejmowałem się zbytnio swoim wyglądem. Przecież dookoła nie było nikogo, kto mógłby pisnąć, stanąć jak słup soli, albo zemdleć z przerażenia, na mój widok.
Ruszyłem w stronę gąszczu leśnych drzew, zostawiając za sobą cielsko martwego potwora, tak, jak wcześniej zostawiłem zwłoki tamtego mężczyzny. Księżyc, oraz towarzyszące mu gwiazdy- jedyni świadkowie całego zdarzenia, spoglądali na mnie ze stoickim spokojem, oświetlając mi drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz