czwartek, 7 lipca 2016

Od Ehrendila - "4" (EVENT cz.2)


- 1200 – ogromny mężczyzna o twarzy oszpeconej sporą blizną wręcz wypluł tę liczbę.
- Tylko...? – spytałem sam oceniając to co przyniosłem. Na moje oko łup był sporo więcej warty.
- Jak ci się nie podoba to zabieraj się stąd. – otrzymałem w odpowiedzi. Westchnąłem ciężko.
- Niechaj i tak będzie...  – wyciągnąłem rękę po pieniądze. Po chwili woreczek z zapewne kilka razy przeliczoną sumą spoczywał w mojej dłoni.  Wrzuciłem pieniądze do torby i spokojnym krokiem postanowiłem się przejść po całej piwnicy. Nie po darmo panuje przecież plotka, że można tu kupić wszystko czego tylko dusza zapragnie. Bełty, pociski, wszelkiej maści trucizny, broń biała, miotana, palna, miażdżąca, jedzenie, pancerze... Wszystko tu jest. Rynek Księżyca Łowcy musi być doskonale zaopatrzony, by blisko setka łowców miała się gdzie zbroić. Jednak dzisiaj jakoś specjalnie się nie rozglądałem. Nie potrzebowałem niczego. Owszem zarobiłem trochę grosza, ale nie jestem typem elfa co to wydaje na nikomu niepotrzebne rzeczy.
Po obejściu wszystkich możliwych stoisk trafiłem pod wielką stojącą w kącie tablicę. Ranking Gildii Łowców. Od pozycji na tejże tablicy zależy właściwie wszystko. To czy dostaniemy pokój na piętrze Księżyca Łowców i jaki on będzie, to w jakiej kolejności dostaniemy jedzenie i cała masa innych rzeczy. Ogarnąłem wzrokiem samą górę tabeli. Kiedyś właśnie tam byłem. Na pierwszym miejscu gdzie teraz mieści się niejaki „Ferran Mayderen”. Odszukałem swoje nazwisko. Pozycja 12 z 98. Mogłoby się to wydawać wspaniałym wynikiem, ale to ranking ludzi. Elfy z założenia są lepsze niż ludzie pod wieloma fizycznymi względami. Dla mnie numer 12 oznacza tyle, że 11 ludzi jest lepszych ode mnie. Bolesna prawda zważywszy na to, że kiedyś byłem numerem 1, później trafiłem na niższe pozycje, a potem poznałem Sorrow. Parsknąłem śmiechem uświadamiając sobie, że dzięki niej musiałem przejść pół tabeli by trafić na obecne miejsce. Nie mogę o niej nic złego powiedzieć. Dzielnie mi pomaga zawsze kiedy potrzeba i bardzo stara się nie pogrążać mnie bardziej, a ja to doceniam. Zwyczajnie brakuje mi po prostu czasu na to by polować dostatecznie dużo. W końcu dzielę czas między kilkugodzinne treningi, a spędzanie czasu ze swoją kobietą, logiczne więc, że dużo więcej nie dam rady zrobić przy dobie trwającej tylko 24 godziny.
Na raz moją uwagę przykuł człowiek grzebiący w pliku kartek przywieszonych do brzegu tablicy. Czyżby Wielkie Łowy? Cudowne zjawisko, gdy większość Łowców danego regionu zbiera się by pokonać bestię zbyt potężną do zwalczenia w pojedynkę. Oczywiście jest to dobrze punktowane w rankingu i idealnie wygląda w spisie. Mam już na koncie z trzy udziały w Wielkich Łowach i chętnie wpisałbym się na kolejne. Nieważne czego by dotyczyły. Mężczyzna ewidentnie zdobył przydatne informacje na temat tego, że nie jest mu pisane dołączyć do wydarzenia, bo odszedł z niczym, a ja spokojnie zająłem jego miejsce przesuwając wzrokiem po niewielkich literkach. To jednak nie Wielkie Łowy, a jedynie drobne zlecenie. Nie powinno zająć zbyt wiele czasu, a dodatkowe punkty rankingowe zawsze są mile widziane. Przekartkowałem plik. Trzech numerków brakowało, na kolejnym widniał wielki czerwony napis „REZERWACJA”, pozostałe jako tako wyglądały. Zdarzało mi się polować na dużo gorsze bestie. W końcu wybrałem swojego przeciwnika. Padło na numer 4. Wydawało się, że niewielu zwróciło na niego uwagę. Kartka wyglądała na nową w porównaniu z resztą. Wyrwałem ją z pliku i jeszcze raz przestudiowałem. Niech będzie. Wcisnąłem kartkę do kieszeni i wyszedłem z piwnicy po drodze żegnając się z Becky.  Przeszedłem przez miasto znosząc kolejne fale niezbyt przychylnych spojrzeń i rzucanych ukradkiem uwag i wydostałem się poza mury miejskie. Tam czekał już na mnie wezwany wcześniej Wędrowiec. Biały jeleń stojąc w niemal idealnym bezruchu na skraju lasu zdążył ściągnąć na siebie uwagę niewielkiego tłumku bawiących się niedaleko dzieci. Wiadomo... Nie codziennie widzi się taką istotę. Skórę mojego towarzysza pokrywały srebrzyste podobne do roślin wzory, rozłożyste poroże wyglądało niemal jak złoto. Od całej postaci zwierzęcia biła wręcz duma, która sprawiła, że dzieci mimo iż zbite w ciasną grupkę trzymały się na stosowną odległość. Zagwizdałem cicho zwracając uwagę swojego jakże nietypowego wierzchowca. Wędrowiec ruszył więc w moją stronę, a dzieci rozstąpiły się na boki niczym biblijne Morze Czerwone. Na każdej twarzy bez wyjątku malowały się w różnym stopniu zachwyt i fascynacja. Wyciągnąłem dłoń w stronę jelenia czekając aż podejdzie na dobrą odległość.
- Witaj przyjacielu – uśmiechnąłem się gładząc krótką sierść na pysku swojego towarzysza. Prychnął cicho trącając nosem moją dłoń. Całą tę scenę podziwiała oczywiście banda dzieci, ale były tak cichutko, że trudno było pamiętać o ich obecności. Przeszedłem pod porożem jelenia, oparłem dłonie na jego grzbiecie i podciągnąłem się sadowiąc się na nim. Żadnej uzdy czy siodła nie potrzebowałem. Ktoś kto w wieku 10 lat jeździł konno lepiej niż zawodowi jeźdźcy nie musi się martwić podobnymi rzeczami. Zresztą od tamtego czasu minęło równo 236 lat, więc miałem szansę jeszcze udoskonalić tę zdolność. Szturchnąłem łydkami boki wierzchowca by ruszył z miejsca a potem poprowadziłem go w stronę Złych Ziemi – największego terenu łowieckiego w tej części świata. Pozdrowiłem dzieci unosząc dłoń do góry i pogoniłem Wędrowca do biegu. Dziecięca ciekawość zawsze wywoływała uśmiech na mojej twarzy. No chyba, że dziecko było wścibskie i złośliwe. W takiej sytuacji bachora z miłą chęcią bym wypatroszył. Jednak te dzieci który podziwiały Wędrowca nie były wścibskie. Nie podchodziły do niego za blisko i nie dotykały go, nie zadawały mi pytań, nic z tych rzeczy. Po prostu chłonęły zjawisko ze świadomością, że być może więcej już nie zobaczą niczego podobnego mojemu białemu jeleniowi. Na świecie nie istnieje inny taki sam przypadek. Więź zaufania – yawë jak zwykł określać takie przypadki złączenia zwierzęcia z elfem mój lud – za każdym razem działa inaczej. Odmienia wygląd zwierzęcia, wzmacnia go i obdarza życiem tak długim jak długo żył będzie złączony więzią elf, a co ważniejsze przypisuje mu obdarzone pradawną mocą imię. Yawë nie oddaje zwierzęcia na własność. To bardziej obustronny pakt wymagający wzajemnego szacunku, zaufania i pomocy. Ja otaczam swą opieką Wędrowca on w zamian będzie mnie bronić i użyczać mi swego grzbietu oraz będzie słuchać moich słów. Jesteśmy złączeni trwałą, nierozerwalną więzią. Dwa umysły połączone nicią zrozumienia głębszego niż wszystkie znane ludziom relacje. Doskonale wiem jak czuje się mój towarzysz nawet nie będąc blisko niego, a on w podobny sposób wyczuwa moje emocje i intencje. Dlatego teraz lekko pochylony dla równowagi nad szyją Wędrowca zupełnie nie muszę się przejmować kierunkiem jazdy. On doskonale wie gdzie ma się udać.
Tak jak mówiłem Wędrowiec wiedział. Przekraczając granicę Złych Ziemi zwolnił i niespiesznym krokiem ruszył przed siebie umożliwiając mi tym samym rozglądanie się dookoła w poszukiwaniu tropu. Jednak nie podobało mu się to miejsce. Złe Ziemie otaczała złowroga aura bólu i śmierci. Nic dobrego stąd nie wyjdzie. Logicznym więc, że Wędrowcowi się nie podoba. Nie zamierzam go zmuszać do przebywania tu.
- Letta – rzuciłem krótko i nie czekając aż mój towarzysz się zatrzyma zeskoczyłem na ziemię. Pogładziłem szyję jelenia w niemym podziękowaniu, a potem wskazałem mu drogę powrotną. Wolałbym, żeby nic mu się nie stało. I tak sporo zaoszczędziłem na czasie, nie potrzeba mi od niego więcej. Odprowadziłem wzrokiem oddalającego się jelenia dopóki ten nie zniknął mi z oczu, a potem odwróciłem się w stronę martwej krainy i ostrożnym krokiem ruszyłem przed siebie. Owszem, bywam tu często i wiem co może mnie tu spotkać. Moja ostrożność jest motywowana raczej świadomością i doświadczeniem niż strachem przed nieznanym czy przed istotami zamieszkującymi tę ziemię.  Łowca Potworów który się ich boi? Niedoczekanie ludzkie. Strach jest dobry, to oczywiście prawda. W odpowiednich ilościach przynosi więcej dobrego niż złego. Pomaga ocenić zagrożenie, podpowiada czy to co próbuje się osiągnąć nie jest błędem... Strach towarzyszy zawsze niezależnie od tego kim się jest. Ale oprócz tego jest też odwaga. I tutaj jak ulał pasuje pewien cytat: „Od­wa­ga to pa­nowa­nie nad strachem, a nie brak strachu.” niejakiego pana Twaina. Miał człowiek całkiem sporo racji.
Cicho i sprawnie na lekko ugiętych nogach przemierzałem wypaloną słońcem i smaganą gorącym wiatrem równinę. Ziemia była sucha i spękana w niepokojącym brunatnym kolorze gdzieniegdzie usłana większymi, bądź mniejszymi kamieniami. Po całej równinie rozrzucone były głazy, od czasu do czasu widziałem zwęglony kikut drzewa sterczącego pionowo w górę. Czarne włócznie wymierzone w ciężkie, krwawe niebo. Przeskoczyłem nad jedną z wielu szczelin. Niektóre z nich były wąskie, inne wymagały ode mnie oddania naprawdę długiego skoku, jedne płytkie nie miały przede mną tajemnic, kolejne wrzynały się w ziemię, a ich dna ginęły w nieprzeniknionej ciemności. Gdzieś niedaleko leżało martwe ciało. Było na wpół zjedzone i zbyt okaleczone bym mógł chociaż spróbować się domyślić czym owe truchło było gdy jeszcze żyło. Po równinie po raz kolejny przetoczył się ostry, niosący kurz i drobne kamyczki wiatr. Szarpnął połami mojego płaszcza, zdmuchnął na twarz luźne srebrne kosmyki włosów, zagwizdał w uszach, sypnął piaskiem w oczy i ruszył w dalszą wędrówkę poprzez opustoszałą krainę. Zatrzymałem się odruchowo odgarniając włosy z twarzy. Przerzuciłem warkocz przez ramię i osłoniłem nos i usta chustką. Poruszyłem ramionami poprawiając ułożenie kuszy na moich plecach, sprawdziłem miecz przypięty do mojego pasa, upewniłem się, że sztylety sprytnie poukrywane w różnych miejscach mojego stroju same z siebie nie wypadną i rozejrzałem się dookoła. Chciałbym wiedzieć gdzie mam iść. Ziemia jest zbyt sucha na to bym zadawał sobie trud szukania śladów. W okolicy nie było nic takiego czego mógłbym użyć na swoją korzyść. Tylko świst wiatru dzwoniący mi w uszach. Zamknąłem oczy wsłuchując się w niego. Wiatr może mi być sprzymierzeńcem. Odpowie na moje pytanie jeśli zechce. „Gdzie jesteś Czwórko?”. Wiatr zamilkł zostawiając mnie samego. Zmarszczyłem brwi czekając na dalszy rozwój wypadków. Już miałem się poddać, przestać słuchać i zwyczajnie pobiec dalej licząc na szczęście, gdy dotarło do mnie słabe echo zirytowanego warknięcia. Odwróciłem się w odpowiednią stronę i kierowany ledwie słyszalnymi powarkiwaniami ruszyłem przed siebie.
A oto i on. Zatrzymałem się i położyłem na ziemi podpełzając do krawędzi skalnej wyrwy w ziemi. W dziurze pode mną leniwie kołysząc zakończonym kolcem jadowym ogonem przechadzał się mój cel. Wykorzystałem chwilową przewagę by dokładniej się przyjrzeć. Bestia nie grzeszyła rozmiarami i idę o zakład, że była szybka. Zwinna pewnie też, lecz to tylko domysły. Miała dwie identyczne głowy, które zdawały się znacznie poszerzać jej kąt widzenia. Na każdej niemal okrągłej czaszce błyszczały po dwa czerwone ślepia, z dolnej szczęki wystawały dość okazałe zęby. Łapy potwora był nadzwyczajnie chude i przypominały raczej kości obleczone skórą niż kończyny zdolne utrzymać żywe stworzenie lecz po sposobie w jaki bestia stawiała kroki jasno widziałem, że pozory mylą. Potwór przystosowany był do skoków i szybkości. Świadczył o tym długi, silny ogon zakończony ostrym końcem. Podobne do ogona dwa kolce wyrastały z łopatek potwora. Poza tym grzbiet bestii pokrywał kostne wypustki i coś co do złudzenia przypominało kamienie. Dokładnie na środku grzbietu i po bokach potwór miał coś na wzór dziury przez którą widziałem jego wnętrze. Ciekawe... Sięgnąłem do pleców i zdjąłem kuszę. Nałożyłem bełt, precyzyjnie wymierzyłem i strzeliłem. Bełt z cichym świstem przeciął powietrze i zagłębił się w boku bestii w nieprzyjemnym plaśnięciem. Ta zaskoczona zawyła obracając się. Zapewne usiłowała namierzyć tego, który ma czelność zakłócać jej spokój. Powinna zaraz paść... Wychyliłem głowę z uwagą obserwując potwora. Coś mi się nie zgadzało. Czy piekielny pomiot nie powinien krwawić? Bestia znów się odwróciła. Tam gdzie był mój bełt nie było nawet śladu po tym co utkwiło w potworze. Zupełnie jakby się rozpuściło... Tak nie powinno się stać. Przekrzywiłem głowę zastanawiając się. Dlaczego bełt się rozpuścił? I to w ciele? Bestia rozbiła jeszcze kilka obrotów znacząc ziemię czarnym śladem. Niebezpieczny dotyk. Potwór musi być pokryty swego rodzaju kwasem, zapewne jest też jadowity. Zapowiada się nader interesująca potyczka. Dla pewności wystrzeliłem jeszcze raz znów celując w potencjalnie najsłabszy punkt potwora. Poderwałem się z ziemi i przeniosłem się na drugą stronę wyrwy. Bestia mnie zauważyła i ruszyła w moją stronę rozpędzając się, a potem skacząc na ścianę dziury. Na moje szczęście zawisła uczepiona przednimi łapami krawędzi. Dwa kolce na łopatkach poruszyły się gotowe do ataku. Posłałem potworze drwiący uśmieszek i wyciągnąłem miecz. Zamachnąłem się celując w łapy i odrąbałem całe przypominające krótkie szpony palce. Dopiero teraz ziemię splamiła czarna, dymiąca krew. Spojrzałem na swój miecz sprawdzając czy aby nie zaczął się rozpuszczać. Na szczęście był cały. W końcu nie jest zwykłym mieczem. Pochodzi jeszcze z kuźni Królestwa. Wiecznie ostry, tak samo trwały jak w dniu wykucia oręż z elfie stali wzmocnionej dodatkowo siatką czarów. Nie ma prawa ulec żadnemu przeciwnikowi prócz samej Matki Natury. Okrążyłem dziurę nie spuszczając wzroku z rannego potwora. Czwórka obracał się wolniej niż ja rozlewając dookoła coraz to więcej krwi która z sykiem natychmiast wnikała w ziemię. Znów strzeliłem do bestii. Może jej to nie zrani, ale na pewno rozproszy. Rozwścieczy na tyle, by znów mimo ran zaatakowała. Taki jest mój plan. Wykończę ją cierpliwością. Nie zeskoczę do dziury ryzykując życiem. Zaczekam aż nadarzy się okazja i znów ją okaleczę. Aż do skutku. Nikt nie powiedział, że walka ma przypominać starcie tytanów. Nikt nie określił, że mam się z wrzaskiem rzucać na wroga na oślep krojąc mieczem. Ten pojedynek wygra strategia. Spokojna, jasna myśl będąca znacznie potężniejszą bronią niż niektórzy są w stanie przypuścić. Nie każdą potyczkę wygrywa się siłą, czasem klucz do sukcesu kryje się w umiejętności myślenia. Wystrzeliłem ponownie tym razem obierając za cel jedno z oczu. Udało się je trwale uszkodzić mimo iż bełt po dosłownie paru sekundach przestał istnieć. Teraz już potwór krwawił także z pustego oczodołu jednej z głów. Wszystko idzie ku dobremu. Potwór przestał chodzić. Widocznie okaleczone kończyny musiały sprawiać mu ból potęgowany dodatkowo urazem głowy. Wydobyłem z kieszeni sztylet ważąc go w dłoni. Gdybym jakimś cudem znalazł się tuż nad nim tak by móc trafić w górę czaszki dokładnie tam gdzie zauważyłem coś jakby dziurę podobną do tej którą oddychają delfiny... Mniej więcej określiłem szerokość dziury. Nieco za daleko bym mógł to przeskoczyć, ale może znajdę sobie węższy punkt. Po raz któryś przemierzyłem teren dookoła dziury, ale niestety aż takiego szczęścia nie miałem. Chociaż może uda się zmusić bestię do podejścia. Zagwizdałem zwracając jej uwagę. Potwór zawarczał nisko wbijając we mnie wściekłe spojrzenie trzech oczu. Podrzuciłem sztylet i złapałem go szykując się do rzutu. Pochyliłem się lekko nad krawędzią znów gwiżdżąc. Nie podobał mu się ten wysoki dźwięk. Ruszył się po raz kolejny nacierając na ścianę. Rzuciłem sztyletem chybiając o włos. Sztylet musnął czaszkę rozpędzonej bestii i utknął między wypustkami na jej kręgosłupie. Westchnąłem żegnając się ze stratą. Potworowi jakoś udało się uczepić ściany i pomagając sobie kolcami wspiął się po ścianie, a potem wydostał się na zewnątrz. Czyli wtedy zwyczajnie źle wymierzył... Odskoczyłem przed ciosem ogona, który prawdopodobnie zwaliłby mnie z nóg i znów strzeliłem do bestii. Wszystkie bełty zmarnuję zanim coś osiągnę. Ten potwór nie miał w zwyczaju ryczeć. Przez cały czas tylko warczał. Nawet teraz stojąc bokiem do mnie i uderzając ogonem na lewo i prawo z jego gardła wydobywał się ten sam jednostajny, grzmiący dźwięk. Chwyciłem miecz. Potwór jakoś nie palił się do bezpośredniego ataku. Ranny czy nie nadal sprawiał wrażenie przyczajonego zabójcy czekającego na dogodny moment do ataku. Pewnie już byłoby po wszystkim, gdyby nie fakt, że nie wolno mi zaryzykować dotknięcia skóry bestii. Nagle bestia zerwała się do szarży na mnie szybciej niż byłbym w stanie ją o to posądzić. Kolce wysunięte do przodu zabłysnęły groźnie gdy bardziej wiedziony impulsem niż logiką wyskoczyłem w powietrze. Ledwie mi się udało przeskoczyć nad nią. Było blisko. Bardzo blisko. Czwórka też to wiedział gdyż zamiast warknięcia wydał z siebie coś bardziej przypominającego mruknięcie. Obydwoje jesteśmy szybcy i doskonale o tym wiemy. Oboje wiemy, też, że wyścigu na dystans z pewnością bym nie wygrał. Więc trzeba tę walkę zakończyć szybko. Potwór znów natarł. Tym razem tylko zszedłem mu z drogi mieczem rozpłatując cały bok potwora. Ogon bestii niemal musnął czubek mojej głowy. Znów za blisko. Wyprostowałem się patrząc jak bestia z żałosnym skowytem przewraca się na zdrowy bok. Znów spróbowała wstać, lecz wbiłem miecz w ranę przyszpilając potwora do ziemi. Tym razem naprawdę zaryczał niemal wstrząsając ziemią i niebem. Leżący przeciwnik to martwy przeciwnik. Wygrzebałem z torby buteleczkę z Flamma Ferax i wyszarpnąłem miecz z potwora. Cisnąłem buteleczkę, która roztrzaskała się o bok natychmiast podpalając bestię. Cała równina słyszała ostatnie wrzaski płonącej Czwórki. Dlaczego nie użyłem tego magicznego ognia już wcześniej? Flamma Ferax ma wiele zastosowań. By użyć go w taki sposób potrzebowałem sporo krwi. Gaz zamknięty w buteleczce wszedł w reakcję z krwią bestii błyskawicznie przenosząc ogień z butelki na żywe ciało. Bestia płonęła cała. Nie tylko z zewnątrz. Ogień trawił również jej wnętrzności. Tak oto zakończyłem tę walkę. Nie była ani długa, ani spektakularna. Niby po co miałbym walczyć na pokaz skoro i tak nikt nie widział tej potyczki? Jaki byłby sens popisywać się umiejętnościami przed skazanym na porażkę przeciwnikiem? Nonsens. Nie każdej mojej walce muszą towarzyszyć fajerwerki, ani wybuchy. Nie musi ciągnąć się w nieskończoność, nie potrzeba mi gradu ciosów. Walka może być też taka jak ta – całkiem nijaka. Ważny jest tylko wynik. Znów wygrałem. Z ciała potwora zostały tylko prochy powoli roznoszone przez wiatr, płytki niegdyś sterczące z jego kręgosłupa i mój na wpół rozpuszczony sztylet. Lubię zbierać pamiątki. Prochy zebrałem do niewielkiej buteleczki i porządnie ją zakorkowałem, parę do złudzenia przypominających kamień płytek zawinąłem w kawałek materiału i schowałem wszystko do torby. To już koniec polowania. Mogę wracać. Po drodze wstąpię jeszcze tylko do Księżyca Łowcy po to co mi się należy, a potem na spokojnie mogę iść z Sorrow na spacer. Uśmiechnąłem się do swoich planów i nie spiesząc się zbytnio ruszyłem w drogę powrotną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz