- 1200 – ogromny mężczyzna o
twarzy oszpeconej sporą blizną wręcz wypluł tę liczbę.
- Tylko...? – spytałem sam
oceniając to co przyniosłem. Na moje oko łup był sporo więcej warty.
- Jak ci się nie podoba to
zabieraj się stąd. – otrzymałem w odpowiedzi. Westchnąłem ciężko.
- Niechaj i tak będzie... – wyciągnąłem rękę po pieniądze. Po chwili
woreczek z zapewne kilka razy przeliczoną sumą spoczywał w mojej dłoni. Wrzuciłem pieniądze do torby i spokojnym
krokiem postanowiłem się przejść po całej piwnicy. Nie po darmo panuje przecież
plotka, że można tu kupić wszystko czego tylko dusza zapragnie. Bełty, pociski,
wszelkiej maści trucizny, broń biała, miotana, palna, miażdżąca, jedzenie,
pancerze... Wszystko tu jest. Rynek Księżyca Łowcy musi być doskonale zaopatrzony,
by blisko setka łowców miała się gdzie zbroić. Jednak dzisiaj jakoś specjalnie
się nie rozglądałem. Nie potrzebowałem niczego. Owszem zarobiłem trochę grosza,
ale nie jestem typem elfa co to wydaje na nikomu niepotrzebne rzeczy.
Po obejściu wszystkich możliwych
stoisk trafiłem pod wielką stojącą w kącie tablicę. Ranking Gildii Łowców. Od
pozycji na tejże tablicy zależy właściwie wszystko. To czy dostaniemy pokój na
piętrze Księżyca Łowców i jaki on będzie, to w jakiej kolejności dostaniemy
jedzenie i cała masa innych rzeczy. Ogarnąłem wzrokiem samą górę tabeli. Kiedyś
właśnie tam byłem. Na pierwszym miejscu gdzie teraz mieści się niejaki „Ferran
Mayderen”. Odszukałem swoje nazwisko. Pozycja 12 z 98. Mogłoby się to wydawać
wspaniałym wynikiem, ale to ranking ludzi. Elfy z założenia są lepsze niż
ludzie pod wieloma fizycznymi względami. Dla mnie numer 12 oznacza tyle, że 11
ludzi jest lepszych ode mnie. Bolesna prawda zważywszy na to, że kiedyś byłem
numerem 1, później trafiłem na niższe pozycje, a potem poznałem Sorrow.
Parsknąłem śmiechem uświadamiając sobie, że dzięki niej musiałem przejść pół
tabeli by trafić na obecne miejsce. Nie mogę o niej nic złego powiedzieć.
Dzielnie mi pomaga zawsze kiedy potrzeba i bardzo stara się nie pogrążać mnie
bardziej, a ja to doceniam. Zwyczajnie brakuje mi po prostu czasu na to by
polować dostatecznie dużo. W końcu dzielę czas między kilkugodzinne treningi, a
spędzanie czasu ze swoją kobietą, logiczne więc, że dużo więcej nie dam rady
zrobić przy dobie trwającej tylko 24 godziny.
Na raz moją uwagę przykuł
człowiek grzebiący w pliku kartek przywieszonych do brzegu tablicy. Czyżby
Wielkie Łowy? Cudowne zjawisko, gdy większość Łowców danego regionu zbiera się
by pokonać bestię zbyt potężną do zwalczenia w pojedynkę. Oczywiście jest to
dobrze punktowane w rankingu i idealnie wygląda w spisie. Mam już na koncie z
trzy udziały w Wielkich Łowach i chętnie wpisałbym się na kolejne. Nieważne
czego by dotyczyły. Mężczyzna ewidentnie zdobył przydatne informacje na temat
tego, że nie jest mu pisane dołączyć do wydarzenia, bo odszedł z niczym, a ja
spokojnie zająłem jego miejsce przesuwając wzrokiem po niewielkich literkach.
To jednak nie Wielkie Łowy, a jedynie drobne zlecenie. Nie powinno zająć zbyt
wiele czasu, a dodatkowe punkty rankingowe zawsze są mile widziane.
Przekartkowałem plik. Trzech numerków brakowało, na kolejnym widniał wielki
czerwony napis „REZERWACJA”, pozostałe jako tako wyglądały. Zdarzało mi się
polować na dużo gorsze bestie. W końcu wybrałem swojego przeciwnika. Padło na
numer 4. Wydawało się, że niewielu zwróciło na niego uwagę. Kartka wyglądała na
nową w porównaniu z resztą. Wyrwałem ją z pliku i jeszcze raz przestudiowałem.
Niech będzie. Wcisnąłem kartkę do kieszeni i wyszedłem z piwnicy po drodze
żegnając się z Becky. Przeszedłem przez
miasto znosząc kolejne fale niezbyt przychylnych spojrzeń i rzucanych ukradkiem
uwag i wydostałem się poza mury miejskie. Tam czekał już na mnie wezwany
wcześniej Wędrowiec. Biały jeleń stojąc w niemal idealnym bezruchu na skraju
lasu zdążył ściągnąć na siebie uwagę niewielkiego tłumku bawiących się
niedaleko dzieci. Wiadomo... Nie codziennie widzi się taką istotę. Skórę mojego
towarzysza pokrywały srebrzyste podobne do roślin wzory, rozłożyste poroże
wyglądało niemal jak złoto. Od całej postaci zwierzęcia biła wręcz duma, która
sprawiła, że dzieci mimo iż zbite w ciasną grupkę trzymały się na stosowną
odległość. Zagwizdałem cicho zwracając uwagę swojego jakże nietypowego
wierzchowca. Wędrowiec ruszył więc w moją stronę, a dzieci rozstąpiły się na
boki niczym biblijne Morze Czerwone. Na każdej twarzy bez wyjątku malowały się
w różnym stopniu zachwyt i fascynacja. Wyciągnąłem dłoń w stronę jelenia
czekając aż podejdzie na dobrą odległość.
- Witaj przyjacielu – uśmiechnąłem
się gładząc krótką sierść na pysku swojego towarzysza. Prychnął cicho trącając
nosem moją dłoń. Całą tę scenę podziwiała oczywiście banda dzieci, ale były tak
cichutko, że trudno było pamiętać o ich obecności. Przeszedłem pod porożem
jelenia, oparłem dłonie na jego grzbiecie i podciągnąłem się sadowiąc się na
nim. Żadnej uzdy czy siodła nie potrzebowałem. Ktoś kto w wieku 10 lat jeździł
konno lepiej niż zawodowi jeźdźcy nie musi się martwić podobnymi rzeczami.
Zresztą od tamtego czasu minęło równo 236 lat, więc miałem szansę jeszcze
udoskonalić tę zdolność. Szturchnąłem łydkami boki wierzchowca by ruszył z
miejsca a potem poprowadziłem go w stronę Złych Ziemi – największego terenu
łowieckiego w tej części świata. Pozdrowiłem dzieci unosząc dłoń do góry i
pogoniłem Wędrowca do biegu. Dziecięca ciekawość zawsze wywoływała uśmiech na
mojej twarzy. No chyba, że dziecko było wścibskie i złośliwe. W takiej sytuacji
bachora z miłą chęcią bym wypatroszył. Jednak te dzieci który podziwiały
Wędrowca nie były wścibskie. Nie podchodziły do niego za blisko i nie dotykały
go, nie zadawały mi pytań, nic z tych rzeczy. Po prostu chłonęły zjawisko ze
świadomością, że być może więcej już nie zobaczą niczego podobnego mojemu
białemu jeleniowi. Na świecie nie istnieje inny taki sam przypadek. Więź
zaufania – yawë jak zwykł określać
takie przypadki złączenia zwierzęcia z elfem mój lud – za każdym razem działa
inaczej. Odmienia wygląd zwierzęcia, wzmacnia go i obdarza życiem tak długim
jak długo żył będzie złączony więzią elf, a co ważniejsze przypisuje mu
obdarzone pradawną mocą imię. Yawë nie oddaje zwierzęcia na własność. To
bardziej obustronny pakt wymagający wzajemnego szacunku, zaufania i pomocy. Ja
otaczam swą opieką Wędrowca on w zamian będzie mnie bronić i użyczać mi swego
grzbietu oraz będzie słuchać moich słów. Jesteśmy złączeni trwałą,
nierozerwalną więzią. Dwa umysły połączone nicią zrozumienia głębszego niż
wszystkie znane ludziom relacje. Doskonale wiem jak czuje się mój towarzysz
nawet nie będąc blisko niego, a on w podobny sposób wyczuwa moje emocje i
intencje. Dlatego teraz lekko pochylony dla równowagi nad szyją Wędrowca
zupełnie nie muszę się przejmować kierunkiem jazdy. On doskonale wie gdzie ma
się udać.
Tak jak mówiłem Wędrowiec wiedział. Przekraczając granicę Złych Ziemi
zwolnił i niespiesznym krokiem ruszył przed siebie umożliwiając mi tym samym
rozglądanie się dookoła w poszukiwaniu tropu. Jednak nie podobało mu się to
miejsce. Złe Ziemie otaczała złowroga aura bólu i śmierci. Nic dobrego stąd nie
wyjdzie. Logicznym więc, że Wędrowcowi się nie podoba. Nie zamierzam go zmuszać
do przebywania tu.
- Letta – rzuciłem krótko i nie czekając aż mój towarzysz się zatrzyma
zeskoczyłem na ziemię. Pogładziłem szyję jelenia w niemym podziękowaniu, a
potem wskazałem mu drogę powrotną. Wolałbym, żeby nic mu się nie stało. I tak
sporo zaoszczędziłem na czasie, nie potrzeba mi od niego więcej. Odprowadziłem
wzrokiem oddalającego się jelenia dopóki ten nie zniknął mi z oczu, a potem
odwróciłem się w stronę martwej krainy i ostrożnym krokiem ruszyłem przed
siebie. Owszem, bywam tu często i wiem co może mnie tu spotkać. Moja ostrożność
jest motywowana raczej świadomością i doświadczeniem niż strachem przed
nieznanym czy przed istotami zamieszkującymi tę ziemię. Łowca Potworów który się ich boi?
Niedoczekanie ludzkie. Strach jest dobry, to oczywiście prawda. W odpowiednich
ilościach przynosi więcej dobrego niż złego. Pomaga ocenić zagrożenie,
podpowiada czy to co próbuje się osiągnąć nie jest błędem... Strach towarzyszy
zawsze niezależnie od tego kim się jest. Ale oprócz tego jest też odwaga. I
tutaj jak ulał pasuje pewien cytat: „Odwaga to panowanie nad
strachem, a nie brak strachu.” niejakiego pana Twaina. Miał człowiek
całkiem sporo racji.
Cicho i sprawnie na lekko
ugiętych nogach przemierzałem wypaloną słońcem i smaganą gorącym wiatrem równinę.
Ziemia była sucha i spękana w niepokojącym brunatnym kolorze gdzieniegdzie
usłana większymi, bądź mniejszymi kamieniami. Po całej równinie rozrzucone były
głazy, od czasu do czasu widziałem zwęglony kikut drzewa sterczącego pionowo w
górę. Czarne włócznie wymierzone w ciężkie, krwawe niebo. Przeskoczyłem nad
jedną z wielu szczelin. Niektóre z nich były wąskie, inne wymagały ode mnie
oddania naprawdę długiego skoku, jedne płytkie nie miały przede mną tajemnic,
kolejne wrzynały się w ziemię, a ich dna ginęły w nieprzeniknionej ciemności.
Gdzieś niedaleko leżało martwe ciało. Było na wpół zjedzone i zbyt okaleczone
bym mógł chociaż spróbować się domyślić czym owe truchło było gdy jeszcze żyło.
Po równinie po raz kolejny przetoczył się ostry, niosący kurz i drobne kamyczki
wiatr. Szarpnął połami mojego płaszcza, zdmuchnął na twarz luźne srebrne
kosmyki włosów, zagwizdał w uszach, sypnął piaskiem w oczy i ruszył w dalszą
wędrówkę poprzez opustoszałą krainę. Zatrzymałem się odruchowo odgarniając
włosy z twarzy. Przerzuciłem warkocz przez ramię i osłoniłem nos i usta chustką.
Poruszyłem ramionami poprawiając ułożenie kuszy na moich plecach, sprawdziłem
miecz przypięty do mojego pasa, upewniłem się, że sztylety sprytnie poukrywane
w różnych miejscach mojego stroju same z siebie nie wypadną i rozejrzałem się
dookoła. Chciałbym wiedzieć gdzie mam iść. Ziemia jest zbyt sucha na to bym
zadawał sobie trud szukania śladów. W okolicy nie było nic takiego czego
mógłbym użyć na swoją korzyść. Tylko świst wiatru dzwoniący mi w uszach.
Zamknąłem oczy wsłuchując się w niego. Wiatr może mi być sprzymierzeńcem.
Odpowie na moje pytanie jeśli zechce. „Gdzie jesteś Czwórko?”. Wiatr zamilkł zostawiając
mnie samego. Zmarszczyłem brwi czekając na dalszy rozwój wypadków. Już miałem się
poddać, przestać słuchać i zwyczajnie pobiec dalej licząc na szczęście, gdy dotarło
do mnie słabe echo zirytowanego warknięcia. Odwróciłem się w odpowiednią stronę
i kierowany ledwie słyszalnymi powarkiwaniami ruszyłem przed siebie.
A oto i on. Zatrzymałem się i położyłem
na ziemi podpełzając do krawędzi skalnej wyrwy w ziemi. W dziurze pode mną
leniwie kołysząc zakończonym kolcem jadowym ogonem przechadzał się mój cel.
Wykorzystałem chwilową przewagę by dokładniej się przyjrzeć. Bestia nie
grzeszyła rozmiarami i idę o zakład, że była szybka. Zwinna pewnie też, lecz to
tylko domysły. Miała dwie identyczne głowy, które zdawały się znacznie
poszerzać jej kąt widzenia. Na każdej niemal okrągłej czaszce błyszczały po dwa
czerwone ślepia, z dolnej szczęki wystawały dość okazałe zęby. Łapy potwora był
nadzwyczajnie chude i przypominały raczej kości obleczone skórą niż kończyny
zdolne utrzymać żywe stworzenie lecz po sposobie w jaki bestia stawiała kroki jasno
widziałem, że pozory mylą. Potwór przystosowany był do skoków i szybkości.
Świadczył o tym długi, silny ogon zakończony ostrym końcem. Podobne do ogona
dwa kolce wyrastały z łopatek potwora. Poza tym grzbiet bestii pokrywał kostne
wypustki i coś co do złudzenia przypominało kamienie. Dokładnie na środku
grzbietu i po bokach potwór miał coś na wzór dziury przez którą widziałem jego
wnętrze. Ciekawe... Sięgnąłem do pleców i zdjąłem kuszę. Nałożyłem bełt,
precyzyjnie wymierzyłem i strzeliłem. Bełt z cichym świstem przeciął powietrze
i zagłębił się w boku bestii w nieprzyjemnym plaśnięciem. Ta zaskoczona zawyła
obracając się. Zapewne usiłowała namierzyć tego, który ma czelność zakłócać jej
spokój. Powinna zaraz paść... Wychyliłem głowę z uwagą obserwując potwora. Coś
mi się nie zgadzało. Czy piekielny pomiot nie powinien krwawić? Bestia znów się
odwróciła. Tam gdzie był mój bełt nie było nawet śladu po tym co utkwiło w
potworze. Zupełnie jakby się rozpuściło... Tak nie powinno się stać.
Przekrzywiłem głowę zastanawiając się. Dlaczego bełt się rozpuścił? I to w
ciele? Bestia rozbiła jeszcze kilka obrotów znacząc ziemię czarnym śladem.
Niebezpieczny dotyk. Potwór musi być pokryty swego rodzaju kwasem, zapewne jest
też jadowity. Zapowiada się nader interesująca potyczka. Dla pewności wystrzeliłem
jeszcze raz znów celując w potencjalnie najsłabszy punkt potwora. Poderwałem
się z ziemi i przeniosłem się na drugą stronę wyrwy. Bestia mnie zauważyła i
ruszyła w moją stronę rozpędzając się, a potem skacząc na ścianę dziury. Na
moje szczęście zawisła uczepiona przednimi łapami krawędzi. Dwa kolce na
łopatkach poruszyły się gotowe do ataku. Posłałem potworze drwiący uśmieszek i
wyciągnąłem miecz. Zamachnąłem się celując w łapy i odrąbałem całe przypominające
krótkie szpony palce. Dopiero teraz ziemię splamiła czarna, dymiąca krew.
Spojrzałem na swój miecz sprawdzając czy aby nie zaczął się rozpuszczać. Na
szczęście był cały. W końcu nie jest zwykłym mieczem. Pochodzi jeszcze z kuźni
Królestwa. Wiecznie ostry, tak samo trwały jak w dniu wykucia oręż z elfie stali
wzmocnionej dodatkowo siatką czarów. Nie ma prawa ulec żadnemu przeciwnikowi
prócz samej Matki Natury. Okrążyłem dziurę nie spuszczając wzroku z rannego
potwora. Czwórka obracał się wolniej niż ja rozlewając dookoła coraz to więcej
krwi która z sykiem natychmiast wnikała w ziemię. Znów strzeliłem do bestii.
Może jej to nie zrani, ale na pewno rozproszy. Rozwścieczy na tyle, by znów
mimo ran zaatakowała. Taki jest mój plan. Wykończę ją cierpliwością. Nie
zeskoczę do dziury ryzykując życiem. Zaczekam aż nadarzy się okazja i znów ją
okaleczę. Aż do skutku. Nikt nie powiedział, że walka ma przypominać starcie
tytanów. Nikt nie określił, że mam się z wrzaskiem rzucać na wroga na oślep
krojąc mieczem. Ten pojedynek wygra strategia. Spokojna, jasna myśl będąca
znacznie potężniejszą bronią niż niektórzy są w stanie przypuścić. Nie każdą
potyczkę wygrywa się siłą, czasem klucz do sukcesu kryje się w umiejętności myślenia.
Wystrzeliłem ponownie tym razem obierając za cel jedno z oczu. Udało się je
trwale uszkodzić mimo iż bełt po dosłownie paru sekundach przestał istnieć. Teraz
już potwór krwawił także z pustego oczodołu jednej z głów. Wszystko idzie ku
dobremu. Potwór przestał chodzić. Widocznie okaleczone kończyny musiały
sprawiać mu ból potęgowany dodatkowo urazem głowy. Wydobyłem z kieszeni sztylet
ważąc go w dłoni. Gdybym jakimś cudem znalazł się tuż nad nim tak by móc trafić
w górę czaszki dokładnie tam gdzie zauważyłem coś jakby dziurę podobną do tej
którą oddychają delfiny... Mniej więcej określiłem szerokość dziury. Nieco za
daleko bym mógł to przeskoczyć, ale może znajdę sobie węższy punkt. Po raz
któryś przemierzyłem teren dookoła dziury, ale niestety aż takiego szczęścia
nie miałem. Chociaż może uda się zmusić bestię do podejścia. Zagwizdałem zwracając
jej uwagę. Potwór zawarczał nisko wbijając we mnie wściekłe spojrzenie trzech
oczu. Podrzuciłem sztylet i złapałem go szykując się do rzutu. Pochyliłem się
lekko nad krawędzią znów gwiżdżąc. Nie podobał mu się ten wysoki dźwięk. Ruszył
się po raz kolejny nacierając na ścianę. Rzuciłem sztyletem chybiając o włos.
Sztylet musnął czaszkę rozpędzonej bestii i utknął między wypustkami na jej
kręgosłupie. Westchnąłem żegnając się ze stratą. Potworowi jakoś udało się
uczepić ściany i pomagając sobie kolcami wspiął się po ścianie, a potem
wydostał się na zewnątrz. Czyli wtedy zwyczajnie źle wymierzył... Odskoczyłem
przed ciosem ogona, który prawdopodobnie zwaliłby mnie z nóg i znów strzeliłem
do bestii. Wszystkie bełty zmarnuję zanim coś osiągnę. Ten potwór nie miał w
zwyczaju ryczeć. Przez cały czas tylko warczał. Nawet teraz stojąc bokiem do
mnie i uderzając ogonem na lewo i prawo z jego gardła wydobywał się ten sam
jednostajny, grzmiący dźwięk. Chwyciłem miecz. Potwór jakoś nie palił się do
bezpośredniego ataku. Ranny czy nie nadal sprawiał wrażenie przyczajonego
zabójcy czekającego na dogodny moment do ataku. Pewnie już byłoby po wszystkim,
gdyby nie fakt, że nie wolno mi zaryzykować dotknięcia skóry bestii. Nagle
bestia zerwała się do szarży na mnie szybciej niż byłbym w stanie ją o to
posądzić. Kolce wysunięte do przodu zabłysnęły groźnie gdy bardziej wiedziony
impulsem niż logiką wyskoczyłem w powietrze. Ledwie mi się udało przeskoczyć
nad nią. Było blisko. Bardzo blisko. Czwórka też to wiedział gdyż zamiast
warknięcia wydał z siebie coś bardziej przypominającego mruknięcie. Obydwoje
jesteśmy szybcy i doskonale o tym wiemy. Oboje wiemy, też, że wyścigu na
dystans z pewnością bym nie wygrał. Więc trzeba tę walkę zakończyć szybko.
Potwór znów natarł. Tym razem tylko zszedłem mu z drogi mieczem rozpłatując
cały bok potwora. Ogon bestii niemal musnął czubek mojej głowy. Znów za blisko.
Wyprostowałem się patrząc jak bestia z żałosnym skowytem przewraca się na
zdrowy bok. Znów spróbowała wstać, lecz wbiłem miecz w ranę przyszpilając
potwora do ziemi. Tym razem naprawdę zaryczał niemal wstrząsając ziemią i
niebem. Leżący przeciwnik to martwy przeciwnik. Wygrzebałem z torby buteleczkę
z Flamma Ferax i wyszarpnąłem miecz z potwora. Cisnąłem buteleczkę, która
roztrzaskała się o bok natychmiast podpalając bestię. Cała równina słyszała
ostatnie wrzaski płonącej Czwórki. Dlaczego nie użyłem tego magicznego ognia
już wcześniej? Flamma Ferax ma wiele zastosowań. By użyć go w taki sposób
potrzebowałem sporo krwi. Gaz zamknięty w buteleczce wszedł w reakcję z krwią
bestii błyskawicznie przenosząc ogień z butelki na żywe ciało. Bestia płonęła
cała. Nie tylko z zewnątrz. Ogień trawił również jej wnętrzności. Tak oto
zakończyłem tę walkę. Nie była ani długa, ani spektakularna. Niby po co miałbym
walczyć na pokaz skoro i tak nikt nie widział tej potyczki? Jaki byłby sens popisywać się umiejętnościami przed skazanym na porażkę przeciwnikiem? Nonsens.
Nie każdej mojej walce muszą towarzyszyć fajerwerki, ani wybuchy. Nie musi
ciągnąć się w nieskończoność, nie potrzeba mi gradu ciosów. Walka może być też
taka jak ta – całkiem nijaka. Ważny jest tylko wynik. Znów wygrałem. Z ciała
potwora zostały tylko prochy powoli roznoszone przez wiatr, płytki niegdyś
sterczące z jego kręgosłupa i mój na wpół rozpuszczony sztylet. Lubię zbierać
pamiątki. Prochy zebrałem do niewielkiej buteleczki i porządnie ją zakorkowałem,
parę do złudzenia przypominających kamień płytek zawinąłem w kawałek materiału
i schowałem wszystko do torby. To już koniec polowania. Mogę wracać. Po drodze
wstąpię jeszcze tylko do Księżyca Łowcy po to co mi się należy, a potem na
spokojnie mogę iść z Sorrow na spacer. Uśmiechnąłem się do swoich planów i nie
spiesząc się zbytnio ruszyłem w drogę powrotną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz