wtorek, 26 lipca 2016

Od Azazel'a CD. Vestarii

Świat spowiła głęboka czerń. Na granatowym, nocnym niebie zaczęły pojawiać się pierwsze, jasne lecz zimne promienie gwiazd. Jeszcze zaledwie kilka godzin temu nieboskłon przybierał barwę zachodzącego słońca. Na górze dominowały wszelkie odcienie ognistej czerwieni, mieszających się z głębokim fioletem i różem. Teraz świat, który jeszcze tak niedawno spowijały ciepłe kolory, dające sercu i duszy ukojenie, pomagające znaleźć umysłowi spokój, zniknęły bez śladu, zdawałoby się nawet, że nieodwołalnie. 
Zaułki spowiła mgła. Gęsta, mleczna zasłona, nadająca nocnemu krajobrazowi tajemniczy klimat. Tamtej nocy na niebie świeciły tylko nieliczne gwiazdy- księżyc przysłoniły szare, burzowe chmury. Zbierało się na deszcz.
Zaledwie niecałą minutę później, dało się usłyszeć chlupot pierwszych kropli, leniwie opadających na kostki brukowanego chodnika. Z początku spadały one rzadko, od razu wysychając lub wsiąkając w ziemię. Zaledwie kilkanaście minut później mała i niegroźna mżawka przekształciła się w ulewę. Ludzie uciekli z dworu, do swoich mieszkań, lub pobliskiego baru, by móc spokojnie przeczekać burzę w towarzystwie swego najlepszego przyjaciela- pełnego kufla. W ciągu zaledwie dwudziestu minut obszar wesołej, tętniącej życiem mieściny zmienił się w odludzie… opustoszałe miasto widmo, w którym nie sposób było dostrzec oznak życia nawet pojedynczej osoby. Hałas, dobiegający z karczmy został zagłuszony przez głośne i bezlitosne uderzenia setek kropli o ziemię, dachy, płoty… Nawet psy nie szczekały, kiedy ich świecące ślepia pomknęły w moją stronę, odprowadzając mnie nieufnym wzrokiem. 
Do mych uszu dotarł szczęk łańcuchów i pojedyncze sapanie czworonogów, kiedy garstka z nich postanowiła potruchtać moimi śladami na tyle, na ile pozwalały im przeszkody w postaci ogrodzenia, oddzielającego podwórko właściciela od reszty miasta i metalowego łańcucha, jednym końcem uwiązanego do obroży, a drugim do psiej budy. 
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy do głowy przyszła mi pewna, dość osobliwa myśl. Psy i wilki… zdawałoby się, że tak niewiele nas różni, a w rzeczywistości między nami rozciąga się (i zawsze rozciągała) ogromna przepaść. Mówi się, że psy pochodzą od wilków, oswojonych przez człowieka tysiące lat temu, mamy więc wspólne korzenie, takich samych przodków. A jednak, po mimo dzielenia się drzewem genealogicznym, domowe czworonogi nigdy nie potrafiły dorównać pierwotnej rasie. Bo kiedy my kroczymy dumnie przed siebie, raz w wilczej, a raz w ludzkiej postaci, w tym czasie psy spędzają przeznaczone im lata życia na szczekaniu, jedzeniu i bezsensownemu merdaniu ogonem. Za każdym razem, gdy przechodzę obok uwiązanego kundla, zastanawiam się, jak to możliwe, że mamy wspólnych przodków. Jakim cudem część wilków dała się kiedyś poskromić? Pozwoliła się związać i być trzymana w domu, jak maskotki pozbawione dawnej wolności. Pozbawione mowy, myśli i zależne od człowieka zdawały się… słabe, owszem, ale to, co czułem za każdym razem, myśląc o obroży, uwiązanej wokół szyi, to była bezgraniczna pustka, w jakiej żyły domowe czworonogi. 
Jak to leciało? „Nie uczyniłeś go lepszym, ani silniejszym. Nauczyłeś go kochać, przez co go osłabiłeś.” Możliwe, że pomieszałem kilka słów, jednak uważam, że końcówka owego cytatu jest dość adekwatna do sytuacji, w jakiej znaleźli się nasi dalecy krewni. Ale czy im to przeszkadza? A skądże znowu! Co by się nie działo, psy i tak pozostaną wpatrzone w swojego pana, będą merdały ogonem nie zależnie do tego, kim by był, albo co by im robił. To właśnie w takich momentach, kiedy sobie przypominam o oddaniu domowych czworonogów, współczucie, jakie powinienem im okazywać, zostaje zastąpione przez silniejsze i szczersze uczucie, jakim jest zwykła pogarda. Mam wrażenie, że nawet gdybym przedostał się po ogrodzeniu na drugą stronę i uwolnił gromadę kundli z metalowych więzów, te wolałyby zostać, niż cieszyć się daną im wolnością. Takie przynajmniej odnosiłem wrażenie, kiedy kilka kudłatych łbów odwróciło się w moją stronę, a ja kątem oka dostrzegłem, jak odprowadzają mnie wzrokiem i śledzą swymi pustymi oczami moją drogę donikąd.
Z rezygnacją włożyłem ręce do kieszeni ciemnych spodni, kiedy majstrowanie przy setkach pasków i klamer na ubraniu przestało być dostatecznie interesujące, by zabić nadmiar wolnego czasu. Rozejrzałem się dookoła, mijając kolejne, jak się okazało, puste zaułki. O podobnej porze dnia, ta mieścina przypominało prawdziwe miasto widmo, a paskudna pogoda na pewno nie służyła nocnym spacerom. Mimo wszystko, wciąż wiłem się między uliczkami, choć w dalszym ciągu nie miałem pojęcia dokąd tym razem zaprowadzi mnie intuicja. Poczułem, jak pojedyncze krople padają mi na twarz, podczas, gdy czarny, nasiąknięty wodą płaszcz zbierał je w tysiącach. 
To właśnie wtedy ją ujrzałem, choć z początku usłyszałem jedynie kilka głosów, zagłuszanych przez narastającą ulewę. 
Stałem, opierając się o ceglaną ścianę jednego z zaułków, kiedy zaledwie kilka metrów ode mnie przebiegł drobny cień, rozchlapując mijane kałuże na wszystkie strony. Obca postać najwyraźniej była zbyt skupiona na biegu, by zwrócić na mnie uwagę, jednak nim zdążyłem wyjrzeć zza ściany, w poszukiwaniu ofiary, którą mogłaby gonić nieznajoma postać, doszły do mnie grupowe krzyki. W ostatniej chwili z powrotem schowałem się w mroku, przytulając plecy do ściany, kiedy grupa uzbrojonych policjantów pognała za cieniem. Wyszedłem z zaułku dopiero kilka chwil później, pewien, że gliny również nie zwróciły na mnie uwagi, po czym odprowadziłem wzrokiem ostatnich z grupy biegnących. 
Ciekawe… a więc ten drobny cień nikogo nie ścigał- sam był ścigany i to przez całkiem liczną grupę policjantów. Kim zatem musiał być, aby tak zaleźć za skórę stróżom prawa? 
Poczułem, jak na usta wkrada mi się złośliwy uśmiech, a sam nie wiem, w którym momencie wiedziony niezdrową ciekawością zdecydowałem się podążyć za biegnącymi. Nie obawiałem się tego, że strażnicy mnie zauważą. Zdecydowanie bardziej intrygował mnie uciekający cień, którego na pewien czas straciłem z oczu. Mimo to, wciąż przemieszczałem się wśród ulic miejskiego labiryntu, zdając się na intuicję, oraz odgłosy butów, rozchlapujących wodę na chodniku. Co jakiś czas towarzyszyły im krzyki „jesteś aresztowana!” i „zatrzymaj się!”, które przez zagłuszającą ulewę, zdawały się dobiegać z bardzo daleka. Przestałem biec dopiero, kiedy głośne „tu jest!” rozbrzmiało dostatecznie wyraźnie, bym wiedział, że od poszukiwanej grupy dzieli mnie zaledwie jeden zakręt. Ostrożnie wychyliłem się zza muru, raczej z przyzwyczajenia, niż jakiejkolwiek obawy. W tamtym momencie moi starzy, uzbrojeni znajomi byli zdecydowanie bardziej pochłonięci wbieganiem w ślepy zaułek, niż tym, co znajdowało się za ich plecami. Równie dobrze mogłem stanąć na środku drogi, i tak nikt nie zwróciłby na mnie uwagi.
Zauważyłem, jak nieznajoma (byłem niemalże całkowicie pewien, że zakapturzona postać jest dziewczyną) wdrapuje się na mur, a chwilę później grupa zdezorientowanych policjantów podążą w jej ślady.
Uniosłem brwi, szczerze zaskoczony. Pierwszy raz widziałem, by tak drobna i stosunkowo niska osoba wspinała się po mokrym murze… a już na pewno nie zrobiłaby tego w tak błyskawicznym tempie. Wszystko wyjaśniło się dopiero, kiedy ostatni policjant zniknął za ceglaną ścianą, zaś owy ścigany cień wyłonił się z kąta. Obserwowałem z rozbawieniem, jak nieznajoma wybiega ze ślepego zaułku… postać, która wspięła się po murze była albo iluzją, albo wytworem czarów, jednak nie zależnie od sposobu stworzenia, najwyraźniej dała zamierzony efekt.
- Niezła akcja.- zauważyłem, kiedy czerwono włosy cień skręcił w sąsiednią uliczkę.
Dziewczyna podskoczyła na dźwięk mojego głosu, najwyraźniej wciąg obawiając się ogonów. Jej postawa zmieniła się całkowicie, kiedy chwilowy strach ulotnił się w mgnieniu oka, ustępując miejsca agresji.
- Nosz k*rwa!- obca warknęła w moją stronę.- Czego mnie straszysz, zjebie?
Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo była niska. Owszem, kiedy uciekała, zauważyłem, że wygląda na drobną osobę, ale nie sądziłem, że będzie tak bardzo… niepozorna? To chyba właściwe słowo. Aż dziwne, że taka osoba była ścigana… 
Szczerze powiedziawszy, wygląda na taką, która powinna gonić innych.
- Nie wyglądasz na taką, która boi się byle obcego.- było to raczej stwierdzenie faktu, niż złośliwa docinka, jednak przez ironiczny grymas, który bez przerwy tańczył na moich ustach, można było odebrać to w różnoraki sposób. A czerwono włosa najwyraźniej nie podzielała mojej opinii, gdyż w odpowiedzi posłała mi wrogie spojrzenie, spod przymrużonych powiek.
- Nie, racja…- zaraz jednak odwzajemniła uśmiech.- Ale ty chyba nie jesteś byle wilkiem, prawda?
- Cóż, sądząc po liczbie goniących Cię psów, jest nas dwójka.
Nieznajoma parsknęła cicho, jakby rozbawiły ją własne myśli.
- Uroczo.- mruknęła jednoznacznym tonem.- A zaraz mi powiesz, że jestem najwspanialszą istotą, jaką kiedykolwiek poznałeś, co?
Na to uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Aż trudno było uwierzyć, że zaledwie kilkanaście minut temu bez celu szwendałem się po mieście, umierając z nudów i desperacko szukając jakiegoś zajęcia. A wystarczyło tylko przez chwilę podpierać ścianę, by zajęcie przyszło do mnie.
- Nie licząc tych rzadkich momentów, gdy patrzę w lustro.- rzuciłem niby mimochodem. 
Nieznajoma parsknęła, kręcąc głową z niedowierzania, jakby zastanawiała się z której choinki urywają się wszyscy, znani jej aroganci. Kiedy spojrzenie dziewczyny znów powędrowało w moją stronę, zaczęła wpatrywać się we mnie z rękami założonymi na biodrach, przygryzając dolną wargę, jakby usilnie próbowała sobie przypomnieć jedną z pierwszych lekcji historii, na której na pewno była, jednak za nic nie potrafiła odszukać w pamięci jej treści.
- Zdaje mi się, że już kiedyś widziałam podobnego popaprańca.- powiedziała ściszonym głosem, jakby do samej siebie.- Imię?
- Złodziej, Powtórka, Pomyłka, Przeklęty, Zmora, Wąż, Zdradnica, Przypadek…- zacząłem recytować, odgarniając przy okazji pojedynczy, mokry kosmyk białych włosów, który bez przerwy zasłaniał mi prawe oko.
- I które mam teraz wybrać?- nieznajoma zadarła głowę do góry, w udawanym geście bezradności.
-Może mnie panienka nazywać, jak tylko jej się podoba.- odparłem ironicznie uprzejmym tonem. 
Ciężko powiedzieć, czy to przez to, czy też może przez użycie wobec niej zwrotu „panienka”, nieznajoma zaczęła wyliczać na głos przekleństwa i wszelkie obelgi, jakie tylko można byłoby mi przypasować. Kiedy tylko wyczerpała zasoby krótszych wyzwisk, przerzuciła się na te barwniejsze, o znacznie większej ilości sylab. Skończyła, uśmiechając się wrednie, niczym złośliwy, zadowolony z siebie chochlik.
Uniosłem odrobinę brwi, bez skutków powstrzymując parsknięcie.
- No proszę…- zacząłem naśladować wcześniejszy ton wypowiedzi nieznajomej.- I które ja mam teraz wybrać?- czerwono włosa w odpowiedzi leniwie wzruszyła ramionami.
- Najtrafniejsze?
- Azazel.- kiedy się przedstawiałem, uśmiech wciąż nie schodził mi z twarzy. Właściwie to nie pamiętam, by kiedykolwiek przybierał wygląd, różniący się od ironicznego grymasu.- A kim jest panienka, którą miałem przyjemność przestraszyć?
Nieznajoma dziewczyna posłała mi spojrzenie, które przy odrobinie szczęścia mogłoby powalić jej wcześniejszy pościg. Już miałem to skomentować, kiedy obca odezwała się, wywracając teatralnie oczami.
- Vest, zjebie.

Vestaria? Nie ma nudy, nie ma kolejnej apokalipsy :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz