- I nie jestem żadną „panienką”. – dodałam po chwili.
- Jak tam sobie chcesz, panienko. – stwierdził mój rozmówca
z wrednym uśmieszkiem tańczącym na ustach. Przewróciłam oczami. Kolejna łajza
do kompletu. Ja naprawdę nie umiem trafić na kogoś w miarę normalnego?!
Znaczy... Sama normalna nie jestem. Dlatego liczyłam na kogoś kto tę moją
nienormalność z lekka naprostuje, żeby wydawało się, że jednak wszystko ze mną
w porządku. A zamiast tego trafiam wyłącznie na głupszych od siebie, bądź
takich pokroju zjeba naprzeciwko mnie. I jakże ambitny plan poszedł się
pieprzyć zanim zdążyłam w ogóle wprowadzić go w życie. Westchnęłam cicho i
wyminęłam Azazel’a poprawiając kaptur, żeby deszcz nie padał mi na twarz. Mimo
iż mężczyzna się nie odezwał wyraźnie czułam, że idzie za mną. Odwróciłam głowę
w bok by na niego spojrzeć raczej symbolicznie, ponieważ kaptur i tak zasłaniał
mi widok.
- Dlaczego...? – spytałam tylko obojętnie. Odpowiedziała mi
chwila ciszy.
- Co dlaczego...?
- Dlaczego za mną leziesz łajzo...
- Głównie dlatego, że okrutnie się nudzę – padła odpowiedź
wypowiedziana tym samym ironicznym i drwiącym tonem co cała reszta. Pewnie
ludzi to wkurzało... Mnie niezbyt. Można by powiedzieć, że przywykłam do tego
mieszkając ledwie pryczę niżej niż Cato. On też taki był. Tylko, że w
przeciwieństwie do Azazel’a wyglądał na miłego faceta. Tym bardziej pozory
myliły. Chociaż... Czy miły facet gnił by w Mordowni? Szczerze wątpię. W każdym
bądź razie to mogłoby się zdarzyć, ale tacy raczej zbyt długo tam nie żyli. A
Caton z całą pewnością przetrwał znacznie więcej niż inni budzący podobne
wrażenie. No i był mordercą.
Deszcz jeszcze się wzmógł, a niebo przeszył piorun. Po
krótkiej chwili po błyskawicy nad miastem przetoczył się grzmot. Zbliżała się
burza, co tak szczerze, ani trochę mi się nie podobało. Zwłaszcza, że miałam
sprawę tu w mieście, a noc musiałam spędzić na ulicach.
- Ależ masz zdołowaną minę panienko... – zaśmiał się mój
pseudo-towarzysz zrównując się ze mną.
- A co się dziwisz...? Leje mi na łeb, idzie burza, a jakby
tego było mało łazisz za mną jeszcze ty – warknęłam tylko garbiąc się lekko.
Odpowiedział mi tylko drwiący śmiech. Odetchnęłam głęboko starając się jakimś
cudem znaleźć w sobie choć odrobinkę cierpliwości i odgarnęłam z twarzy mokre
czerwone kosmyki – Wkurzasz mnie.
- Taki już mój urok, panienko – odparł mężczyzna obok mnie.
Wydawało mi się, że całkiem mu obecna sytuacja pasowała. Deszcz miał głęboko w
dupie, burza różnicy mu nie robiła, irytowanie mnie postawił sobie za co
najmniej tymczasowe hobby. Normalnie żyć nie umierać.
- Nie... Serio mnie wkurzasz. Ostrzegam. To się dobrze nie
skończy – rzuciłam.
- Trochę za niska jesteś. Nie umiem wziąć cię na poważnie –
odpowiedział tym samym tonem co zwykle.
- Jeszcze weźmiesz mnie na poważnie... – mruknęłam cicho
bardziej do siebie niż do niego i nagle skręciłam w boczną uliczkę. Idąc dalej
tą główną drogą dotarłabym tam, gdzie bardzo nie chciałam być. Znów do
siedliska zła przez które musiałam dzisiaj uciekać. Błysnęło i zagrzmiało
niemal na raz na sekundę oświetlając wąski zaułek ze studzienką na końcu. Burz
była już tuż, tuż.
- Jeśli chcesz się mnie pozbyć musisz wysilić się
bardziej... – usłyszałam za sobą. Puściłam słowa Azazel’a mimo uszu podchodząc
do studzienki. Tuż obok niej leżał łom. Nie był co prawda pierwszej nowości,
ale i tak świetnie pełnił swoją rolę. Nadal ignorując mężczyznę chwyciłam za
narzędzie i z jego pomocą otworzyłam studzienkę.
- Ty chyba nie... – zaczął, ale nie dałam mu dokończyć. Usiadłam
na brzegu i zeskoczyłam w ciemny otwór. Jeżeli ktokolwiek myślał, że wyląduję w
ściekach do pasa, niestety musi się rozczarować. Wnętrze tunelu było całkiem
suche, jeśli nie liczyć przecieków w kilku miejscach. Nie śmierdziało niczym
poza wilgocią i odrobinką pleśni. To
nawet nie był kanał, a jedynie półokrągły tunel, którego oba końce
ginęły w nieprzeniknionej ciemności.
- Złazisz na dół zjebie czy się cykasz?! – spytałam
pozwalając sobie na złośliwy uśmieszek, który z pewnością odbił się w tonie mojego
głosu. Po chwili ciemny kształt zeskoczył z góry i wylądował tuż obok mnie.
- Nie chciałem wylądować w miejskich ściekach, to wszystko.
– stwierdził tylko – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- Na końcu świata w krainie tęczy i różowych jednorożców –
odpowiedziałam ciągnąc za niemal niewidzialną linkę, która zamknęła za nami
wejście. Nastała kompletna ciemność, a odgłos deszczu zagłuszał niemal
wszystko. Znów zagrzmiał. – Chodź łajzo... Pokażę ci to cholerne Podziemie
skoro ty najwyraźniej niczego nie ogarniasz – pociągnęłam za sobą Azazel’a i
natychmiast go puściłam. Cholernie boję się dotykać obcych... Jak zawsze
wszystko to wina Mordowni. Zupełnie inna sprawa, że ten tu facet nigdy nie był
w Podziemiu. Mnie znają tu wszyscy pod wielce wymownym pseudonimem „Mała
Zadymiara”. I Maggie, która żywi mieszkańców tunelu i Bane, który dorobił się
funkcji sędzi (o ile w tym tunelu zamieszkanym przez zbiegów można mówić o
jakiejkolwiek sprawiedliwości...) i Anays, „mamusia” tego przybytku. No i cała
reszta. Może i nie wpadam tu za często, fakt, ale przynajmniej się staram. I za
każdym razem coś ze sobą mam.
Odrzuciłam kaptur swojej peleryny i poprawiłam mokrego,
rudego kucyka. W pewnym momencie tunel zrobił się jaśniejszy, a odgłosy burzy
odeszły do niebytu zastąpione powolnym kapaniem wody. Przed nami wyraźnie
rysował się zakręt tunelu. Kiedy tylko go pokonaliśmy naszym oczom ukazały się
rzędy wyżłobionych w ścianach tunelu nisz. Każda miała swojego właściciela,
choć nie wszystkie były zajęte o tak późnej porze. Niektórzy zapewne szukali
przygód bądź byli zajęci utrzymaniem Podziemia. Ewentualnie może ktoś już nigdy
tu nie wróci. Tak też się zdarzało.
- Vestaria...! – usłyszałam syk, który pewnie miał być
okrzykiem, gdyby nie fakt, że pół tunelu już śpi. Odwróciłam się w stronę
dźwięku i uśmiechnęłam się na widok starej, ubranej w szmaty kobiety. A o to i
sama Anays. Podeszłam do kobiety i kucnęłam przy niej. Azazel oczywiście
podążył za mną przyglądając się wszystkiemu.
- Cześć Anays – przywitałam się wyciągając spod peleryny
drewnianą szkatułkę i otworzyłam ją ukazując kilkadziesiąt pereł – Patrz co
mam.
- Trudno było? – spytała kobieta uśmiechając się do
zawartości szkatułki.
- Dzisiaj zorientowali się wyjątkowo szybko – westchnęłam –
Czasem się zastanawiam czemu ja jeszcze nie rzuciłam tej roboty.
- Może dlatego? – wepchnęła mi w dłoń trzy perły.
- Faktycznie to może być powód...
- A twój kolega zasłużył?
- To nie jest mój kolega – prychnęłam – To zjeb. Nic nie
zrobił. Nie dawaj mu nagrody za łażenie ze mną.
- No dobrze, dobrze... Idź cholernico przebrzydła do siebie
–odgoniła mnie. Odchodząc usłyszałam jeszcze, że kobieta spytała łajzę o imię i
o to czy zostanie na noc, bo burza. I tak szczerze, wcale nie obchodziła mnie
odpowiedź zjeba.
<Azazel? Okazało się, że nie bardzo wiem w którą stronę pociągnąć xD Później będzie lepiej.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz