Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, które ludzki umysł jest
zdolny do siebie dopuścić. Wręcz przeciwnie! Wszystko wskazuje na to, iż
w miarę jak ciemność rośnie, zatruwając powoli nasze sera i umysły, a
świat dookoła staje się coraz mroczniejszy i złowieszczy, organizm
człowieka jeszcze bardziej upodabnia się do gąbki. Nieświadomie wchłania
te wszystkie toksyny i zarazy, które istnieją wśród nas od zawsze, choć
nauka nigdy nie potrafiła nam ich wyjaśnić, ani zdefiniować. Mówiąc
prościej, im ciemność dookoła staje się coraz głębsza, owa głębia
znajdująca się w nas samych zaczyna rosnąć wykładniczo- Osoba, która raz
została skażana, staje się bardziej podatna na skażone środowisko, przy
okazji wpuszczając mrok nawet w te oświetlone zakamarki świata,
pociągając na dno kolejnych niewinnych. Zaistniałej w nas grozy nie da
się tak po prostu wypędzić, a wydrążona w sercu głębia jest dziurą bez
dna- nie do zasypania, nie do zakrycia, nie do ukrycia przed bystrym
wzrokiem.
To jedno z surowych praw natury, którego ma obowiązek przestrzegać każda z wyznaczonych przez nią istot. Wilki łączą się w watahy, konie biegają w stadach, ryby pływają w ławicach, smoki tworzą gromy, zaś gęsi przemierzają niebo kluczem. I tak, jak wilk bez powodów nie napadnie drugiego wilka, a ryba nie pożre pobratymca z ławicy, tak koszmar będzie współpracować z drugim koszmarem, mnożąc się i dzieląc. A kiedy staje się on dość czarny i głęboki, groza zaczyna rodzić kolejną grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne złe czyny, których część stanowią rozmyślne, a część zupełnie przypadkowe i odruchowe działania. Jednak nie zależnie od źródła, ani intencji, w końcu wszystko pochłonie ciemność.
Najniebezpieczniejszym pytaniem pozostaje jednak ile dokładnie grozy jest w stanie pochłonąć i, co ważniejsze, znieść przeciętny umysł, aby wciąż zachować niezłomną łączność z rzeczywistością. Myślę, że w głowie każdego istnieje pewna granica, elastyczny wyznacznik, do którego zbliżamy się w miarę pochłaniania kolejnych lęków. Bo chociaż same granice grozy nie istnieją w umysłach, to czerwona linia, którą przekraczamy pod wpływem zbyt dużej ilości strachu egzystuje, zmieniając rzeczywistość w absurd. Możliwe, że to właśnie w tej chwili zdrowy umysł zaczyna ratować się przed upadkiem, albo też załamywać i niczym szmaciana lalka, opadać bezwładnie w ciemność. Jeśli zdołasz się podciągnąć i wrócić do rzeczywistości, możliwe, że wygrzebiesz się z bagna, w które wcześniej wlazłeś. Natomiast, jeśli poddasz się całkowicie i dotkniesz dna głębi, wtedy…
… Wtedy tworzą się potwory.
Nie ważne kim wcześniej byłeś- człowiekiem, wilkiem, czy może jeszcze innym gatunkiem, pod wpływem rosnącego chaosu zmieniasz się w bestię. Przestajesz trzeźwo myśleć, działasz ślepo pod wodzą instynktów, a wszystko, co widzisz na swojej drodze wydaje się wytworem szaleńca, choć tak naprawdę jedynym absurdem jesteś ty sam…
Kiedy tak o tym myślę, powraca mi poczucie humoru.
Klęczałem na mokrej ziemi, zewsząd otoczony rozłożystymi koronami drzew. Pochyliłem się nad zakrwawionym mężczyzną, starając się wyciągnąć od niego jak najwięcej, nim Żniwiarz pochwyci go w ramiona.
- Jak on wyglądał?- powtórzyłem nie wiem który już raz z rzędu, starając się brzmieć jak najuprzejmiej, choć powoli trafiłem cierpliwość.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że osobę zaatakowaną przez potwora, którą od śmierci dzielą minuty, może sekundy, mało obchodzi moja udawana uprzejmość, jednak w tamtym momencie wydawała się rozsądniejszym zachowaniem, niż każde inne posunięcie, do którego byłem zdolny.
- Y… gwy…- z gardła zakrwawionego wydobył się pomruk, przypominający bulgoczącą wodę. Nieznajomy poderwał się gwałtownie do góry, a kiedy kaszlał z jego ust wylatywały coraz liczniejsze krople krwi.- Trzy głowy…- powtórzył wyraźniej, zwracając twarz w moją stronę, jakby dopiero teraz naprawdę zdał sobie sprawę z mojej obecności.
Skinąłem głową, przyglądając się powoli konającemu. Znalazłem go leżącego wśród leśnych drzew nie więcej, niż dwie, może trzy minuty temu i od tego momentu jego stan wciąż się pogarszał. Już na samym początku nie było niczego, co mogłem dla niego zrobić, choć i tak zależało mi tylko i wyłącznie na informacjach o potworze, który go zaatakował.
- Skrzydła… jak dwa cienie.- kontynuował mężczyzna, choć ból wykrzywiał mu twarz w okropnym grymasie. Słyszałem, jak jęknął, kiedy kładł głowę z powrotem na ziemi.- I jeszcze… jaaaa…d- dodał, a jego oczy, choć wciąż skierowane były w moją stronę, zdawały się patrzeć gdzieś bardzo daleko.
Kiedy je zamknął, wstałem, wzdychając ze zrezygnowania. Wytarłem dłonie o spodnie, do których poprzylepiały się mokre od deszczu kępy trawy. Ruszyłem przed siebie, ostatni raz oglądając się za siebie, w stronę zaatakowanego. Nie zdołałem jednak zrobić jednego kroku, kiedy poczułem, jak zimna ręka chwyta mnie za kostkę. Nie, „chwyta” to zbyt mocne określenie, jego sine, pozbawione czucia palce zdołały się jedynie otrzeć o nogawkę spodni.
- Pomścij mnie…- wydobyło się z gardła umierającego mężczyzny.- Zabij go… za m.. nieee.
Spojrzałem nieznajomemu głęboko w oczy, a z mojego gardła wydobyło się cyniczne parsknięcie. Pokręciłem przecząco głową, bardziej z niedowierzania, niż w geście sprzeciwu.
- Nie robię tego dla Ciebie.- rzuciłem, uśmiechając się nieprzyjemnie.- Z resztą, tobie i tak nic już nie pomoże.- dodałem, kiedy ranny ponownie zamknął oczy. Tym razem na wieczność.
Kiedy powoli oddalałem się od zmarłego, kątem oka zauważyłem białą, pieniącą się ślinę, wypływającą mu z ust i spływającą po brodzie na strzępy zakrwawionego ubrania.
Przynajmniej nie kłamał w sprawie trucizny.- pomyślałem, zostawiając nieznane mi z imienia zwłoki mężczyzny daleko za sobą.
Skoro został zaatakowany niedawno, bestia wciąż musiała grasować gdzieś w okolicy, a sądząc po ranach na jego ciele, do małych z pewnością nie należała. Wytropienie większej bestii będzie znacznie łatwiejsze, jednak przecież nie miałem zamiaru poprzestać na znalezieniu potwora.
Kiedy otaczające mnie drzewa zaczęły powoli znikać, zatrzymałem się u schyłku niewielkiej polany. Zimny wiatr dmuchnął mi prosto w twarz, odgarniając z czoła srebrno-czarne pasma włosów. Powiew niósł ze sobą silny zapach krwi i zgnilizny. Usłyszałem nad sobą krakanie, a kiedy spojrzałem w górę, moim oczom ukazała się chmara kruków, wron i jeszcze jakiegoś niezidentyfikowanego, czarnego ptactwa, sunąca po bezchmurnym niebie.
Czułem, że byłem już blisko.
I jestem pewien, że on również to czuł.
To jedno z surowych praw natury, którego ma obowiązek przestrzegać każda z wyznaczonych przez nią istot. Wilki łączą się w watahy, konie biegają w stadach, ryby pływają w ławicach, smoki tworzą gromy, zaś gęsi przemierzają niebo kluczem. I tak, jak wilk bez powodów nie napadnie drugiego wilka, a ryba nie pożre pobratymca z ławicy, tak koszmar będzie współpracować z drugim koszmarem, mnożąc się i dzieląc. A kiedy staje się on dość czarny i głęboki, groza zaczyna rodzić kolejną grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne złe czyny, których część stanowią rozmyślne, a część zupełnie przypadkowe i odruchowe działania. Jednak nie zależnie od źródła, ani intencji, w końcu wszystko pochłonie ciemność.
Najniebezpieczniejszym pytaniem pozostaje jednak ile dokładnie grozy jest w stanie pochłonąć i, co ważniejsze, znieść przeciętny umysł, aby wciąż zachować niezłomną łączność z rzeczywistością. Myślę, że w głowie każdego istnieje pewna granica, elastyczny wyznacznik, do którego zbliżamy się w miarę pochłaniania kolejnych lęków. Bo chociaż same granice grozy nie istnieją w umysłach, to czerwona linia, którą przekraczamy pod wpływem zbyt dużej ilości strachu egzystuje, zmieniając rzeczywistość w absurd. Możliwe, że to właśnie w tej chwili zdrowy umysł zaczyna ratować się przed upadkiem, albo też załamywać i niczym szmaciana lalka, opadać bezwładnie w ciemność. Jeśli zdołasz się podciągnąć i wrócić do rzeczywistości, możliwe, że wygrzebiesz się z bagna, w które wcześniej wlazłeś. Natomiast, jeśli poddasz się całkowicie i dotkniesz dna głębi, wtedy…
… Wtedy tworzą się potwory.
Nie ważne kim wcześniej byłeś- człowiekiem, wilkiem, czy może jeszcze innym gatunkiem, pod wpływem rosnącego chaosu zmieniasz się w bestię. Przestajesz trzeźwo myśleć, działasz ślepo pod wodzą instynktów, a wszystko, co widzisz na swojej drodze wydaje się wytworem szaleńca, choć tak naprawdę jedynym absurdem jesteś ty sam…
Kiedy tak o tym myślę, powraca mi poczucie humoru.
Klęczałem na mokrej ziemi, zewsząd otoczony rozłożystymi koronami drzew. Pochyliłem się nad zakrwawionym mężczyzną, starając się wyciągnąć od niego jak najwięcej, nim Żniwiarz pochwyci go w ramiona.
- Jak on wyglądał?- powtórzyłem nie wiem który już raz z rzędu, starając się brzmieć jak najuprzejmiej, choć powoli trafiłem cierpliwość.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że osobę zaatakowaną przez potwora, którą od śmierci dzielą minuty, może sekundy, mało obchodzi moja udawana uprzejmość, jednak w tamtym momencie wydawała się rozsądniejszym zachowaniem, niż każde inne posunięcie, do którego byłem zdolny.
- Y… gwy…- z gardła zakrwawionego wydobył się pomruk, przypominający bulgoczącą wodę. Nieznajomy poderwał się gwałtownie do góry, a kiedy kaszlał z jego ust wylatywały coraz liczniejsze krople krwi.- Trzy głowy…- powtórzył wyraźniej, zwracając twarz w moją stronę, jakby dopiero teraz naprawdę zdał sobie sprawę z mojej obecności.
Skinąłem głową, przyglądając się powoli konającemu. Znalazłem go leżącego wśród leśnych drzew nie więcej, niż dwie, może trzy minuty temu i od tego momentu jego stan wciąż się pogarszał. Już na samym początku nie było niczego, co mogłem dla niego zrobić, choć i tak zależało mi tylko i wyłącznie na informacjach o potworze, który go zaatakował.
- Skrzydła… jak dwa cienie.- kontynuował mężczyzna, choć ból wykrzywiał mu twarz w okropnym grymasie. Słyszałem, jak jęknął, kiedy kładł głowę z powrotem na ziemi.- I jeszcze… jaaaa…d- dodał, a jego oczy, choć wciąż skierowane były w moją stronę, zdawały się patrzeć gdzieś bardzo daleko.
Kiedy je zamknął, wstałem, wzdychając ze zrezygnowania. Wytarłem dłonie o spodnie, do których poprzylepiały się mokre od deszczu kępy trawy. Ruszyłem przed siebie, ostatni raz oglądając się za siebie, w stronę zaatakowanego. Nie zdołałem jednak zrobić jednego kroku, kiedy poczułem, jak zimna ręka chwyta mnie za kostkę. Nie, „chwyta” to zbyt mocne określenie, jego sine, pozbawione czucia palce zdołały się jedynie otrzeć o nogawkę spodni.
- Pomścij mnie…- wydobyło się z gardła umierającego mężczyzny.- Zabij go… za m.. nieee.
Spojrzałem nieznajomemu głęboko w oczy, a z mojego gardła wydobyło się cyniczne parsknięcie. Pokręciłem przecząco głową, bardziej z niedowierzania, niż w geście sprzeciwu.
- Nie robię tego dla Ciebie.- rzuciłem, uśmiechając się nieprzyjemnie.- Z resztą, tobie i tak nic już nie pomoże.- dodałem, kiedy ranny ponownie zamknął oczy. Tym razem na wieczność.
Kiedy powoli oddalałem się od zmarłego, kątem oka zauważyłem białą, pieniącą się ślinę, wypływającą mu z ust i spływającą po brodzie na strzępy zakrwawionego ubrania.
Przynajmniej nie kłamał w sprawie trucizny.- pomyślałem, zostawiając nieznane mi z imienia zwłoki mężczyzny daleko za sobą.
Skoro został zaatakowany niedawno, bestia wciąż musiała grasować gdzieś w okolicy, a sądząc po ranach na jego ciele, do małych z pewnością nie należała. Wytropienie większej bestii będzie znacznie łatwiejsze, jednak przecież nie miałem zamiaru poprzestać na znalezieniu potwora.
Kiedy otaczające mnie drzewa zaczęły powoli znikać, zatrzymałem się u schyłku niewielkiej polany. Zimny wiatr dmuchnął mi prosto w twarz, odgarniając z czoła srebrno-czarne pasma włosów. Powiew niósł ze sobą silny zapach krwi i zgnilizny. Usłyszałem nad sobą krakanie, a kiedy spojrzałem w górę, moim oczom ukazała się chmara kruków, wron i jeszcze jakiegoś niezidentyfikowanego, czarnego ptactwa, sunąca po bezchmurnym niebie.
Czułem, że byłem już blisko.
I jestem pewien, że on również to czuł.
Ciąg dalszy nastąpi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz