- YYYGH!- wyjęłam zza paska saksę i zaczęłam dziabać te rośliny. W międzyczasie zakochana para zaczęła się oddaliać. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt, że długouchy był baardzo zadowolony z siebie. Heh, taki z niego miłośnik roślinek, a zmusił mnie bym je pocięła. Roślinki też żyją i też mają uczucia (wiem co mówię). Pewnie specjalnie zrobił jakąś śpiewaną magię żeby te durne pnącza były trudne do przecięcia.- A gdzie frajerze byłeś jak trzeba było pochować trupy z masakry co? Teraz takiś sprytny, Łepka pod kupą chwastu schować... No przecież!- palnęłam się w czoło. To są rośliny! Dobra, tego chyba nie zrypię... Położyłam dłoń na roślinie, nie spodoba jej się to...
- Pretensje do długouchego, on was tu postawił- poczułam znajome mrowienie, które towarzyszy cofaniu czasu i pozwoliłam mu przejść przez moją dłoń, prosto do kupy zielska. Wystarczyłoby cofnąć o pół sekundy, ale gdzie w tym fun? Więc cofnęłam się dokładnie o 2 minuty i 28 sekund..
- ...abawy z Łepkiem.- rzucił długouchy odwracając się na pięcie, z uśmiechem obserwowałam jak po sekundzie dociera do niego, że coś jest nie tak. Nie wiem co pierwsze do niego dotarło, czy smród rozkładu, czy może jednak zdążył spostrzec, że z przed chwilą silnych i zdrowych roślinek została teraz zielono-brązowa paćka, trochę jakby niektóre fragmenty rośliny już zaczęły więdnąć, inne przypominały wyglądem świeże pędy, jeszcze inne wyglądały jakby zostały wysuszone na wiór lub zaczęły gnić od namiaru wody. Wygląda to dość... niepokojąco-ciekawie. Tak się zazwyczaj dzieje z żywymi obiektami które próbuję cofnąć w czasie (no, z roślinami. Zwierzęta wyglądają... Zazwyczaj normalnie, ale ich mózg przypomina zapewne taką właśnie paćkę). Bez słowa, i zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać rozpoczęłam proces dekapitacji trupa. Zaschnięta powłoka (będąca kiedyś chyba skórą wilka) wydawała dźwięki drących szmat, a smród stał się jeszcze gorszy. Długouchemu ewidentnie zrobiło się bardzo niedobrze. Słabeusz. Ja tylko zacisnęłam zęby i wciągałam powietrze przez usta, niewiele to pomagało i miałam wrażenie, że ten smród osiada mi się na języku, ale już sobie z tym radziłam. Po chwili z triumfem podniosłam odcięty łeb i pokazałam go parce
- Tadaa! Nieźle co?- wyszczerzyłam się
- Jeśli tak pięknie poradziłaś sobie z pnączami, zapewne możesz się teraz sama pozbyć tego truchła. - stwierdził Ehrendil (naprawdę, prostszego imienia nie mógł sobie sprawić?) bez większego entuzjazmu. - Chodźmy Sorrow- długouchy złapał swoją dziewczynę za rękę i znowu gdzieś pociągnął, jak najdalej ode mnie oczywiście. Pfff, aż taka straszna w tym życiu nie jestem. No ale cóż, później może podrzucę im kawałek zwłok na pamiątkę albo coś, a teraz....
- No, Łepek, trza znaleźć te żuki... Jak ty je tam nazywałeś? Dermestes maculatus, co nie?- nie dostałam odpowiedzi, w zasadzie to nawet dobrze, bo pewnie nieźle Łepkowi teraz wali z pyska.
- Pretensje do długouchego, on was tu postawił- poczułam znajome mrowienie, które towarzyszy cofaniu czasu i pozwoliłam mu przejść przez moją dłoń, prosto do kupy zielska. Wystarczyłoby cofnąć o pół sekundy, ale gdzie w tym fun? Więc cofnęłam się dokładnie o 2 minuty i 28 sekund..
- ...abawy z Łepkiem.- rzucił długouchy odwracając się na pięcie, z uśmiechem obserwowałam jak po sekundzie dociera do niego, że coś jest nie tak. Nie wiem co pierwsze do niego dotarło, czy smród rozkładu, czy może jednak zdążył spostrzec, że z przed chwilą silnych i zdrowych roślinek została teraz zielono-brązowa paćka, trochę jakby niektóre fragmenty rośliny już zaczęły więdnąć, inne przypominały wyglądem świeże pędy, jeszcze inne wyglądały jakby zostały wysuszone na wiór lub zaczęły gnić od namiaru wody. Wygląda to dość... niepokojąco-ciekawie. Tak się zazwyczaj dzieje z żywymi obiektami które próbuję cofnąć w czasie (no, z roślinami. Zwierzęta wyglądają... Zazwyczaj normalnie, ale ich mózg przypomina zapewne taką właśnie paćkę). Bez słowa, i zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać rozpoczęłam proces dekapitacji trupa. Zaschnięta powłoka (będąca kiedyś chyba skórą wilka) wydawała dźwięki drących szmat, a smród stał się jeszcze gorszy. Długouchemu ewidentnie zrobiło się bardzo niedobrze. Słabeusz. Ja tylko zacisnęłam zęby i wciągałam powietrze przez usta, niewiele to pomagało i miałam wrażenie, że ten smród osiada mi się na języku, ale już sobie z tym radziłam. Po chwili z triumfem podniosłam odcięty łeb i pokazałam go parce
- Tadaa! Nieźle co?- wyszczerzyłam się
- Jeśli tak pięknie poradziłaś sobie z pnączami, zapewne możesz się teraz sama pozbyć tego truchła. - stwierdził Ehrendil (naprawdę, prostszego imienia nie mógł sobie sprawić?) bez większego entuzjazmu. - Chodźmy Sorrow- długouchy złapał swoją dziewczynę za rękę i znowu gdzieś pociągnął, jak najdalej ode mnie oczywiście. Pfff, aż taka straszna w tym życiu nie jestem. No ale cóż, później może podrzucę im kawałek zwłok na pamiątkę albo coś, a teraz....
- No, Łepek, trza znaleźć te żuki... Jak ty je tam nazywałeś? Dermestes maculatus, co nie?- nie dostałam odpowiedzi, w zasadzie to nawet dobrze, bo pewnie nieźle Łepkowi teraz wali z pyska.
<Ehrendil? nie maaam pomysłów i wgl... :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz