Przycisnąłem do piersi krwawiącą lewą dłoń z furią kopiąc młodego kotołaka wijącego się na bruku pode mną. Chłopak miał kocie zęby, uszy i ogon. Poza tym jego głowa wyglądała na coś pomiędzy ludzką twarzą, a kocim pyszczkiem. Skórę chłopaka pokrywała krótka czarna sierść, włosy miał długie do ramion i zebrane w niedbały kucyk na karku. W ciemności połyskiwały tylko jego złote, kocie oczy wpatrujące się we mnie z mieszaniną wściekłości i bólu. Mógł mnie sukinkot nie gryźć. Nam obu byłoby wtedy milej. Z całej siły nadepnąłem obcasem swojego eleganckiego buta na ogon kotołaka. Wydał z siebie dźwięk którego nie dało się nijak zaklasyfikować. Ni to syczenie kota, ni ludzki krzyk, ni ryk rannej bestii... Coś pomiędzy tym wszystkim. Mam do niego sprawę. Szkoda, że po dobroci nie chciał ze mną współpracować. Kotołak wyszarpnął ogon spod mojego buta i odsunął się na bezpieczną odległość przykucając na bruku. Zawarczałem nisko szczerząc kły. Kotołak rzucił się na mnie. Zamachnąłem się i uderzyłem pięścią w bok przerośniętego kotka posyłając go na ścianę zaułka w którym wylądowaliśmy. Żałośnie... Kot z dziwnym pomrukiem pozbierał się z ziemi i chwiejąc się wstał na nogi. Lewą rękę miał wykrzywioną pod dziwnym kątem, przy każdym jego oddechu słychać było dziwny świst. Niedobrze. Nie mogę go na razie zabić. Podszedłem do niego chwytając go za szyję i podniosłem nad ziemię dla własnej wygody przyciskając kotołaka do ściany.
- Gdzie TO jest?! - warknąłem prosto w twarz swojego przeciwnika.
- Nie... powiem... - odpowiedział z trudem. Głos miał cichy, głęboki, przypominający raczej pomruk niż ludzką mowę.
- Pozwól, że powtórzę... GDZIE TO JEST?! - zacisnąłem palce na szyi kotołaka mocniej niż dotychczas. Póki co jeszcze jestem uprzejmy.
- Zabij. Mnie... I tak... Nie. Powiem - wychrypiał usiłując mi się wyrwać. Kopał nogami, szarpał się, smagał ogonem w te i wewte... Wszystko to na nic. Dla mnie był już trupem i doskonale o tym wiedział.
- Jeśli mi powiesz gdzie jest to czego szukam być może cię oszczędzę - spróbowałem siląc się na miły ton głosu. W odpowiedzi kotołak mnie opluł. Dość tego. Zacisnąłem palce miażdżąc mu krtań. Niech się udusi. Ponoć straszna śmierć. Uśmiechnąłem się do siebie uważnie obserwując jak z kotołaka powoli uchodzi życie. Słuchałem jak rozpaczliwie stara się nabrać powietrza mimo tego, że za każdym razem ponosi porażkę. Widziałem jak błądzi rozbieganym wzrokiem po okolicy wijąc się na ziemi w niemym błaganiu o koniec, jak jego dłonie uzbrojone w pazury młócą powietrze i uderzają w ziemię niczym u tonącego. Czułem subtelny zapach strachu, nie, przerażenia mieszający się z zapachem jaśminu oraz ciężką wonią wilgoci tak charakterystycznej dla tej części miasta. W końcu kotołak przestał się ruszać. Westchnąłem zirytowany. Mam trupa i żadnych odpowiedzi...
- Cudownie... - mruknąłem podnosząc z ziemi jeszcze ciepłe truchło i przerzucając je sobie przez ramię. A potem szybkim krokiem ruszyłem w stronę tych parszywych dzielnic biedoty na obrzeżach miasta. Dzikie psy. Teraz tego mi potrzeba. One pozbędą się ciała raz a dobrze.
Wkrótce potem kucając na dachu jakiegoś brudnego na wpół rozwalonego domu obserwowałem jak zwłoki kotołaka znikają pod stertą skłębionych psich ciał, walczących ze sobą o każdy ochłap. Hałasowały jak diabli. Dlatego gardzę psami. Brak im dyskrecji, są posłuszne i lojalne... Ohydne bestie siejące nieuzasadniony chaos wszędzie gdzie się pojawią. Bez pytania akceptujące każde słowo tego, który ma nad nimi władzę i ślepo za nim podążające. Nigdy nie chciałbym nawet na sekundę mieć psa. Kot to co innego. Mógłbym bez końca zachwycać się jego wyszukanym pięknem, cechami które tak bardzo cenię i całą resztą składającą się na tak lubianą przeze mnie kocią osobowość. Ale do rzeczy. Psy zeżarły ciało i rozeszły się po mieście. Informacje które chciałem mieć na razie przepadły bezpowrotnie. Ważne, tajne informacje nie przeznaczone dla nikogo poza kotołakami. No i mną. Ja także chcę je posiąść. Są mi wręcz niezbędne. Musiałbym się tylko rozejrzeć za kolejnym potencjalnym posiadaczem odpowiedzi na najważniejsze z moich pytań. "Gdzie TO jest?". Nawet nie wiem czym owo "TO" jest. Czy to przedmiot, miejsce czy cokolwiek innego. Pojęcia nie mam i dlatego to jest takie intrygujące. Pragnę posiąść ten zazdrośnie strzeżony sekret rasy tak bliskiej mym ulubionym zwierzętom. Ale teraz jednak nie jestem nawet o centymetr bliżej do rozwiązania niż byłem wcześniej. Irytujące...
Z niezadowolonym grymasem na twarzy zeskoczyłem z dachu wprost na ziemię i ruszyłem w stronę tych lepszych, bogatszych części miasta. Byłem tak pogrążony w myślach, że nie zauważyłem nawet ogromnego wesołego miasteczka, które jaśniało przecież niczym gwiazda. Mieniło się setkami migających barw, oszałamiało zapachem wielu ludzi, popcornu i waty cukrowej. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, gdzie trafiłem było już za późno.
- Raaaaaveeeeeeen!? -usłyszałem. Odwróciłem się by zobaczyć szarżującą na mnie Lilith. Ja wiem... Przystojny, dżentelmen który ma fortunę i te sprawy, no ale żeby aż tak? Odsunąłem się lekko schodząc dziewczynie z drogi tak, że minęła mnie o włos.
- Czego tu znowu chcesz? - spytałem urażony tym, że to ja jestem tym nieszczęśnikiem który musi się z nią męczyć. Jakbym nie miał w życiu już dość pecha...
- Bo facet w budce nie chce mi dać biletuuuuu - zaczęła się skarżyć - Mówi, że mam przyjść z kimś dorosłym... Ty jesteś dorosły, prawda? -popatrzyła na mnie błagalnie.
- Tak... Jestem - mruknąłem. Coś czuję, że będę żałować tych słów.
- Masz dowód?
- Tak. Mam - przewróciłem oczami.
- No to idziemy! - dziewczyna chwyciła mnie za rękaw koszuli i pociągnęła w stronę budki z biletami. Przepchnęła się przez tłum nadal mnie za sobą ciągnąc zupełnie głucha na moje protesty. Oparła się o ladę odzielającą nas od grubego sprzedawcy i posłała mu triumfujący uśmiech.
- Mnie wierzyć nie chciałeś to uwierzysz jemu! - zaśmiała się.
Pochwyciłem spojrzenie ekspedienta. Jego oczy rozszerzyły się i zwężyły tak samo jak moje. Biedakowi wzrok zamgliło.
- Wpuścisz Lilith, jest dorosła, zapłaciła za bilet i nic ci do tego co zrobi.
Mężczyzna jak echo powtórzył moje słowa, po czym z uśmiechem życzył dziewczynie dobrej zabawy i wpuścił ją do środka. Dziewczyna oczywiście dalej ciągnęła mnie ze sobą.
- Znowu to zrobiłeś! - jakaż ona podekscytowana zaistniałą sytuacją... - Super! Załatwisz mi tak wejście na każdą karuzelę!
No i się zaczęło. Błędne koło marnowania mojej energii i czasu. Niby prosta sztuczka, a po 20 razie zaczyna męczyć. Gdzieś po drodze dorobiłem się okropnego bólu głowy. Czekając aż Lilith wróci z kolejnej z wielkich atrakcji na których "musi" być oparłem czoło o chłodny metalowy słup podtrzymujący konstrukcję. Chwilowa ulga. Mam dość. Chciałbym iść do domu i się położyć. Później znów urządzić polowanie na kotołaki. Mam milion rzeczy do zrobienia ciekawszych niż to co właśnie robię. Pozwoliłem Lilith uczynić ze mnie swojego pieska. Tak być nie może. Nie będę niczyim kundlem.
- Raveen...? - moja pancia wróciła nieco szybciej niż planowałem - Blado wyglądasz. To normalne?
Och. Nie jest ślepa. Czasami zauważy, że coś jest nie tak.
- Okropnie boli mnie głowa. - stwierdziłem nadal dotykając czołem chłodnego metalu. - To twoja wina.
<Lilith?>
Z niezadowolonym grymasem na twarzy zeskoczyłem z dachu wprost na ziemię i ruszyłem w stronę tych lepszych, bogatszych części miasta. Byłem tak pogrążony w myślach, że nie zauważyłem nawet ogromnego wesołego miasteczka, które jaśniało przecież niczym gwiazda. Mieniło się setkami migających barw, oszałamiało zapachem wielu ludzi, popcornu i waty cukrowej. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, gdzie trafiłem było już za późno.
- Raaaaaveeeeeeen!? -usłyszałem. Odwróciłem się by zobaczyć szarżującą na mnie Lilith. Ja wiem... Przystojny, dżentelmen który ma fortunę i te sprawy, no ale żeby aż tak? Odsunąłem się lekko schodząc dziewczynie z drogi tak, że minęła mnie o włos.
- Czego tu znowu chcesz? - spytałem urażony tym, że to ja jestem tym nieszczęśnikiem który musi się z nią męczyć. Jakbym nie miał w życiu już dość pecha...
- Bo facet w budce nie chce mi dać biletuuuuu - zaczęła się skarżyć - Mówi, że mam przyjść z kimś dorosłym... Ty jesteś dorosły, prawda? -popatrzyła na mnie błagalnie.
- Tak... Jestem - mruknąłem. Coś czuję, że będę żałować tych słów.
- Masz dowód?
- Tak. Mam - przewróciłem oczami.
- No to idziemy! - dziewczyna chwyciła mnie za rękaw koszuli i pociągnęła w stronę budki z biletami. Przepchnęła się przez tłum nadal mnie za sobą ciągnąc zupełnie głucha na moje protesty. Oparła się o ladę odzielającą nas od grubego sprzedawcy i posłała mu triumfujący uśmiech.
- Mnie wierzyć nie chciałeś to uwierzysz jemu! - zaśmiała się.
Pochwyciłem spojrzenie ekspedienta. Jego oczy rozszerzyły się i zwężyły tak samo jak moje. Biedakowi wzrok zamgliło.
- Wpuścisz Lilith, jest dorosła, zapłaciła za bilet i nic ci do tego co zrobi.
Mężczyzna jak echo powtórzył moje słowa, po czym z uśmiechem życzył dziewczynie dobrej zabawy i wpuścił ją do środka. Dziewczyna oczywiście dalej ciągnęła mnie ze sobą.
- Znowu to zrobiłeś! - jakaż ona podekscytowana zaistniałą sytuacją... - Super! Załatwisz mi tak wejście na każdą karuzelę!
No i się zaczęło. Błędne koło marnowania mojej energii i czasu. Niby prosta sztuczka, a po 20 razie zaczyna męczyć. Gdzieś po drodze dorobiłem się okropnego bólu głowy. Czekając aż Lilith wróci z kolejnej z wielkich atrakcji na których "musi" być oparłem czoło o chłodny metalowy słup podtrzymujący konstrukcję. Chwilowa ulga. Mam dość. Chciałbym iść do domu i się położyć. Później znów urządzić polowanie na kotołaki. Mam milion rzeczy do zrobienia ciekawszych niż to co właśnie robię. Pozwoliłem Lilith uczynić ze mnie swojego pieska. Tak być nie może. Nie będę niczyim kundlem.
- Raveen...? - moja pancia wróciła nieco szybciej niż planowałem - Blado wyglądasz. To normalne?
Och. Nie jest ślepa. Czasami zauważy, że coś jest nie tak.
- Okropnie boli mnie głowa. - stwierdziłem nadal dotykając czołem chłodnego metalu. - To twoja wina.
<Lilith?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz