Pytajcie mnie o moją historię.
Myślę, że lepiej byłoby spytać najpierw „Czym jest według ciebie przeszłość?”.
Przecież jest tak wiele odpowiedzi na to pytanie. Ono jest ważne. Pomaga
zrozumieć z kim ma się do czynienia i jak podejść do danej osoby. Są przecież
tacy, którzy zabiliby za pytanie o ich pochodzenie czy szczegóły z ich
dotychczasowego życia. Są też tacy którzy bardzo się wstydzą tego czego
dokonali i usiłują zacząć żyć od nowa, a przypominanie im o ich błędach wcale nie
pomaga. Są i tacy którzy bywają bardzo dumni z tego co udało im się osiągnąć.
Jest naprawdę wiele różnych reakcji na pytanie o to czym jest przeszłość danej
osoby. Niektórzy nie chcą o niej mówić zasłaniając się toną wymówek czy
notorycznym zmienianiem tematu. Może boją się wyjawić pewne kłopotliwe fakty, a
może robią to ze zwykłej złośliwości, bądź nie chcą zwracać na siebie zbytniej
uwagi. Zdarzają się tez i tacy którzy przez wzgląd na swoją przeszłość nie chcą
bądź nie lubią wzbudzać litości i dlatego uparcie milczą. Przeszłość bywa
czasem bardzo bolesna. Czasem jest przyczyną ciągłych koszmarów albo główną
przyczyną panicznego strachu. Bywa tak okrutna, że niszczy to czym było się
wcześniej i tworzy coś zupełnie innego. Pełną bólu i nienawiści imitację osoby
którą się było. Zmienia wszystko. Czasami jest już odgórnie spisana i
niezmienna. Jest też przeszłość dobra. Pełna światła, spędzona z rodziną jako najszczęśliwsze
lata życia. Jej wspomnienie nie musi wywoływać łez, lecz szczery uśmiech. Dla niektórych
przeszłość była tak łaskawa, że pragnęli by do niej wrócić. Mogłabym nadal
mnożyć przykłady owych przeszłości. Jest ich tak wiele, że każdy może mieć
własne zdanie o swojej zupełnie inne, a jednak w jakimś stopniu niemal
identyczne z podobnymi sobie. A jednak własne, wyrobione doświadczeniem,
unikalne i całkowicie niepodrabialne zdanie. To właśnie jest takie wyjątkowe w
posiadaniu przeszłości. Jest taka swoja i jedyna. Nie da się jej zmienić, nie
można cofnąć tego co już się zrobiło. Przeszłość ma w sobie błędy i cenną
wiedzę i doświadczenie wynikające z ich popełnienia. Osobisty bagaż każdego z
nas którego nie sposób się ni jak pozbyć. Można próbować uciec, można starać
się zapomnieć. Moim zdaniem to niemożliwe i bezcelowe. Wszyscy którzy tak robią
nieświadomie się okaleczają z jakże ważnej części osobowości.
No dobrze, dość już o przeszłoś
ciach wszystkich istot na około. Pytacie o tę moją własną? Nie mogę narzekać.
Moja przeszłość należała zdecydowanie do tych dobrych. Nie mam sekretów, ani
tajemnic. Nie mam zbyt wielu bolesnych wspomnień, ani zmarnowanych szans. Nie powiem
też by była bardzo ciekawym zlepkiem wydarzeń. Owszem nie raz mnie zaskoczyła,
lecz brak jej pościgów, nagłych zwrotów akcji i innych podobnych zjawisk. To
zwyczajna historia dziewczyny z marzeniem i uporem by je spełnić. Nie jest zbyt
długa. W dwa lata które dzielą mnie od dnia moich narodzin nie było szans by
mogło się stać zbyt dużo.
Moją rodziną jest szczególna
wataha. Żyją w mieście jako ludzie, gdyż lasy tam są zbyt niebezpieczne by dało
się wieść dobre życie. To nie tak, że pochodzę z watahy tchórzy. Nic bardziej
mylnego. To wataha wilków tak inteligentnych, by porzucić życie w niesprzyjającym
środowisku i wmieszać się w zupełnie nowe, obce społeczeństwo tolerując
zwierzchnictwo ludzkiego władcy i jednocześnie podlegając swojej Alphie. Nadal
praktykując nasze zwyczaje, a jednak w tajemnicy przed ludźmi. Moi rodzice
kochali zarówno mnie jak i moje rodzeństwo. Mam brata i siostrę. Jesteśmy
raczej szczęśliwą rodziną. Czasami piszę do nich listy nigdy nie oczekując nic
w zamian. Zbyt wiele podróżuję by mogli odesłać mi list z powrotem i doskonale
o tym wiedzą. List zwrotny otrzymuję dopiero gdy wcześniej zaznaczę we własnym
liście iż zatrzymuję się w jednym miejscu na dłużej. To dobry, działający
system. Wracając jednak do tematu. Miałam dobre dzieciństwo. Niczego mi nie
brakowało, nikt mnie nie zaczepiał. Nawet pomimo tego iż nieco odbiegałam od
tego czego oczekiwano w naszej watasze po dziewczynkach. Od zawsze
nienawidziłam sukienek i spódnic. Nigdy nie przepadałam też za zabawami
typowymi dla kobiet. Walki na kije z bratem za każdym razem wygrywały z zabawą
lalkami z siostrą. Podczas gdy moje rówieśniczki uczyły się prowadzić dom, szyć
bądź gotować ja włóczyłam się po mieście w poszukiwaniu ‘przygód’. Nadal lubię
to robić. To poczucie wolności i kontroli nie zamieniłabym na nic innego.
Moje spacery po mieście pewnego
dnia zaowocowały spotkaniem, które okazało się być najważniejszym spotkaniem w
moim życiu. Do naszego małego miasteczka zawitał bard. Zafascynował mnie ten człowiek.
Zdawał się być naprawdę szczęśliwy gdy z pomocą pieśni przekazywał nam
niesamowite historie. Dobrze pamiętam jak wypytałam go o wszystko gdy tylko
skończył swój program. Miał na imię Bartain i to właśnie on zaraził mnie swoją
pasją. Nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę to tego cały czas mi
brakowało dałam się wciągnąć w niesamowity świat wiecznych podróży, przygód,
nowych ludzi i miejsc. Bezproblemowy świat swobody. Gdybym wtedy z nim poszła w
świat moje marzenie spełniło by się natychmiast. Jednak ja poczułam się w obowiązku
powiedzieć o tym rodzicom. Nie poparli mojego pomysłu. Zabronili mi tłumacząc
się tym, że to tylko kolejny z moich głupich pomysłów i będę żałować kiedy już
przejrzę na oczy. Wiem, że chcieli dla mnie dobrze. Nie zdawali sobie tylko
sprawy w tego, że mnie właśnie to było pisane.
Przez pół roku śniłam o swojej
karierze jako kobieta bard. O wielkim świecie cierpliwie czekającym na mój
debiut. O dalekich krainach gotowych na moje przybycie. O pieśniach które tylko
czekają bym się ich nauczyła i o tych które dopiero ułożę. W tym czasie
nauczyłam się grać na paru instrumentach. Robiłam to ku uciesze rodziców (w
końcu ich córeczka w końcu zajęła się czymś porządnym), lecz nie robiłam tego
dla nich. Robiłam to ze względu na Bartaina i jego słowa jasno mówiące mi, że
każdy dobry bard powinien umieć grać na przynajmniej jednym instrumencie. Na
początku kiepsko mi szło. Nigdy nie umiałam też śpiewać, ale nie przeszkadzało
mi to. Miałam jasny cel i nie poddałam się. Z czasem udało mi się. Nauczyłam
się i grania i śpiewania, wiele się dowiedziałam. Całe pół roku spędziłam
przygotowując się najlepiej jak tylko potrafiłam. A kiedy podrosłam już dość oficjalnie
opuściłam bezpieczny dom i ruszyłam w nieznane.
Zaczął się najwspanialszy okres
mojego życia. Właśnie tego oczekiwałam. Było tak jak w moich snach. Tak jest aż
do teraz. Apokalipsę przeżyłam jak wszyscy mieszkańcy miast. Z trudem, ale
jednak mi się udało. Może dlatego, że jestem wilkiem. Mnie było łatwiej niż
zwykłym ludziom. Chociaż urodziłam się w trakcie jej trwania. Podróżując od
miasta do miasta widziałam ogrom zniszczeń poczynionych przez buntującą się
Matkę Ziemię. Poznałam rośliny i zwierzęta których świat dotychczas nie znał.
To wszystko fascynowało mnie. Było tak inne od znanego wszystkim świata. A
dlaczego dołączyłam teraz do Watahy Apokalipsy mimo tego, że tak uwielbiam
podróże? To dość proste. Miasto leżące niedaleko jest ważnym punktem na szlaku
w tej części świata. Nadal będę mieć informacje i materiał na nowe ballady, a
dobrze by było chodź trochę pomieszkać w jednym miejscu. Znaleźć przyjaciół i
tak dalej... Poza tym w tej części świata nikt jeszcze takiej Caireann nie zna,
więc może pora to zmienić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz