niedziela, 17 lipca 2016

Od Caireann DO Kogoś

Sir Eglamore rycerstwa kwiat
fa la lanki dołn dilłi
Przepasał miecz, na konia wsiadł.
fa la lanki dołn dilłi ,
Jechał przez góry, rzeki w bród
w kolczudze swej od stóp do głów.
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

W starej, zadymionej karczmie rozbrzmiała pieśń. Z początku cicha i nieśmiała przeznaczona wyłącznie dla ciasnej grupki dzieci stłoczonej wokół jej źródła, później śmielsza, gotowa zwrócić na siebie uwagę kobiet i mężczyzn rozrzuconych po całej sali. Miły dla ucha dźwięk i słowa pieśni skutecznie zwracały ich uwagę tak, że wiedzieni ciekawością zbliżali się w stronę ciężkiego drewnianego stołu w kącie pomieszczenia – miejsca skąd owe melodyjne dźwięki dochodziły. Przystawali, słuchali, kołysali się w rytm melodii, uśmiechali się miło, ci co bardziej hojni wrzucali monety do torby nagradzając tym samym autorkę pieśni. Ballada o wielkim rycerzu dotarła już do okna i wydostała się na ulicę, by na równi z ptakami móc krążyć nad karczmą. Zaglądała w zaułki, wabiła ludzi do środka, buszowała w rabatkach przy oknach, a potem odchodziła by znów zaczepić kogoś innego. Ludzie zbierali się w karczmie coraz tłumniej, ulegli melodii bądź dość znudzeni by szukać sobie zajęcia.

Smok wypełzł z podłej nory, gdzie
fa la lanki dołn dilłi
Ile dusz zgubił? Bóg to wie.
fa la lanki dołn dilłi
Gdy Eglamore'a ujrzał gad,
tak ryknął, że aż rycerz zbladł!
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Kolejne gorsze spłynęły do torby. Dzieci uważnie śledziły każdy ruch drobnych dłoni tańczących na strunach instrumentu. Na tym właśnie polega zajęcie barda. Na przyciągnięciu do siebie tłumu. No bo kto nie lubi od czasu do czasu posłuchać o dzielnych rycerzach walczących ze smokami? Bądź o dalekich krainach czy niesamowitych podróżach w nieznane. Ballady mogą nieść przestrogę bądź radę. Są w stanie uczyć i bawić. Wielu już zafascynowały i wielu pewnie jeszcze ulegnie urokowi pieśni bardów. Dlatego tak bardzo kocham swoje życie. Zwłaszcza w momentach takich jak teraz, kiedy to ja jestem źródłem muzyki i głównym obiektem zainteresowania tłumu. Słowa mojej pierwszej pieśni, tej której nauczyłam się jeszcze w rodzinnym mieście i którą powtarzam przy każdej nadarzającej się okazji, same formowały się w moich ustach, by wyjść do ludzi. Palce nauczone wesołej melodii skakały po stronach gitary. Znam tę balladę tak samo jak swoje imię. Całkowicie na pamięć. Mogę ją odtworzyć zawsze, o każdej porze dnia i nocy niezależnie od warunków.

Zatrzęsły w grozie drzewa się,
fa la lanki dołn dilłi
Koń dęba stanał, ponieść chce,
fa la lanki dołn dilłi
Zamilkły ptaki, zastygł wiatr
i mroźny strach na wszystko padł.
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Kolejna zwrotka zawirowała wśród ludzi. Powiodłam wzrokiem po ich twarzach. Zachwycone dzieci siedzące zaledwie na wyciągnięcie ręki ode mnie. Szczere uśmiechy mężczyzn, pełne aprobaty spojrzenia kobiet. Właściciel karczmy kiwający głową w rytm muzyki za ladą i jego żona oparta o futrynę drzwi z uczuciem patrzącą na niego. Nowe twarze pojawiające się w coraz gęstszym tłumie. Zasłuchanych ludzi czekających na ciąg dalszy opowiadanej przeze mnie historii. Widziałam burego kota wygrzewającego się w słońcu na parapecie i drobinki kurzu widoczne w świetle wlewającym się do wnętrza karczmy przez okno. Czułam zapach jedzenia mieszający się z rzadkim dymem wypełniającym całe pomieszczenie. I uśmiechałam się do wszystkich razem i każdego z osobna.

Już nie ma czasu lękać się.
fa la lanki dołn dilłi
Jak dwa niedźwiedzie - zwarli się
fa la lanki dołn dilłi
I cały dzień, i całą noc
zadają sobie ciosów moc!
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Część ludzi zaczęło nucić moje „fa la lanki dołn dilłi” wywołując u mnie jeszcze szczęśliwszy uśmiech. Udało mi się wciągnąć ich w tę prostą melodię. Cudownie. Przewidywalne i identyczne słowa z powodzeniem rekompensowały brak jakiegokolwiek refrenu, którego mogliby nauczyć się ludzie, więc nauczyli się tego czego byli w stanie. To dobrze. Bardzo dobrze wręcz. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Później będziemy rozmawiać. Jak zawsze. Zawsze o tym marzyłam. To moje życie i jest dokładnie takie jak tego chciałam. Wystarczyło tylko nigdy się nie poddawać i ze wszystkich sił dążyć do swojego celu. No i się udało.

W straszliwej paszczy zębów rząd
fa la lanki dołn dilłi
Wyszczerzył smok - i to był błąd!
fa la lanki dołn dilłi
Rozdziawił pysk, chciał kłapnąć, lecz
język mu przebił ostry miecz!
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa, lanki dołn dilłi

Kilkoro dzieci nieznacznie się wzdrygnęło słysząc o biednym smoku z przebitym językiem. Nie dziwię im się. To w końcu dzieci. Niewinne istotki tak bardzo przejmujące się losem wszystkich żywych stworzeń. To nawet urocze. Jedno dziecko porwało z parapetu burego kota i mocno go przytulając podeszło do mnie. Mała dziewczynka o oczach koloru czekolady i tylko nieco ciemniejszych włoskach ubrana w jasnoniebieską sukieneczkę. Posłałam jej rozbawione spojrzenie nawet na sekundę nie przerywając pieśni. Dziewczynka zawstydziła się tym, że zwróciła moją uwagę, wypuściła kotka i schowała się za jakimś dorosłym. Kot uciekł gdzie pieprz rośnie.

Ogon podwinął, biedny smok.
fa la lanki dołn dilłi
Do swej jaskini, zrobił skok!
fa la lanki dołn dilłi
Sepleniąc skamlał, piszczał, wył,
rycerz przepraszał, w pierś się bił!

Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa
Fa la la-n-fa, da-n-da da-n-fa

Historia dobiegła końca tak samo jak i muzyka. Zsunęłam się ze stołu na podłogę nadal uśmiechając się do ludzi.
- Dziękuję za takie ciepłe przyjęcie! – powiedziałam wesoło odpowiednio głośno by wszyscy usłyszeli. Parę osób zaczęło bić brawo, kilka innych zagwizdało.
- Jak się nazywasz? – spojrzałam w dół prosto na autora pytania. Mały chłopczyk o włosach koloru zboża i niebieskich oczkach przyglądał mi się z pod jasnobrązowego kapelusika.
- Jestem Caireann – kucnęłam by mieć twarz na poziomie jego twarzyczki i wyciągnęłam w jego stronę rękę. – A ty?
- Ernst – odpowiedział ściskając moją dłoń drobną rączką – Zaśpiewasz coś jeszcze?
- Za niedługo będę musiała już iść, ale jeśli będziesz cierpliwy znowu się tutaj spotkamy, dobrze? – mrugnęłam do chłopczyka, a ten kiwnął głową na znak, że zrozumiał. A potem odwrócił się i w podskokach wybiegł z karczmy. Odprowadziłam go wzrokiem.
- Caireann? – usłyszałam niepewność w głosie kolejnej zaczepiającej mnie osoby. Zupełnie jakby mężczyzna za mną bał się, że nie wychwycił mojego imienia i zrobił jakiś błąd. Odwróciłam się w jego stronę. Czarna, gęsta broda zasłaniała mu pół twarzy.
- To ja. O co chodzi? – spytałam miło.
- Ładnie ci wyszło. Co właściwie śpiewałaś? – spytał nadal odrobinę niepewnie. Może zaczepianie obcych nie należało do jego ulubionych czynności.
- „Sir Eglamore”. Dziękuję za komplement – po raz kolejny tego dnia uśmiechnęłam się ciepło. W tym czasie podeszły do mnie dwie kobiety.
- Skąd masz tę bliznę? – spytała otwarcie jedna z nich. W tym czasie mężczyzna z brodą zdążył się już oddalić.
- Och… To pamiątka. – nieświadomie dotknęłam blizny na twarzy wspominając pewną noc – Niezbyt miła, ale nauczyła mnie całkiem sporo.
- Współczuję… To musi być straszne, mieć takie coś na twarzy.
- Nie jest źle jeśli nie zwracasz na to uwagi – wzruszyłam ramionami.
Jeszcze przed dłuższy czas ludzie do mnie podchodzili, pytali i gratulowali. A ja z uśmiechem na ustach starałam się każdemu odpowiedzieć i z każdym zamienić słówko bądź dwa. Później, kiedy już wszyscy stracili zainteresowanie bardem z blizną na twarzy w spokoju wyszłam z karczmy. Nic tam po mnie, przynajmniej na razie. Moją uwagę przyciągnął tłum na rynku. Dzisiaj targ! Ruszyłam w tamtą stronę licząc pieniądze które ktoś hojnie zostawił mi w torbie. Dużą sumą nazwać się tego nie dało, ale w zupełności wystarczyło mi na kupienie sobie jeszcze ciepłych słodkich bułeczek i czekolady w papierowym kubku. Tak zaopatrzona pokręciłam się jeszcze między stoiskami i straganami. Nic nie kupiłam, bo i tak mało mi zostało pieniędzy. A potem wróciłam do watahy szukać zajęcia. Jest lato i jest gorąco. Można by tak kogoś znaleźć i iść nad jezioro albo coś. Ewentualnie popatrzeć w chmury czy pogadać. A to znaczy, że trzeba się trochę pokręcić po terenach watahy i być może znaleźć sobie towarzystwo… I właśnie wtedy do moich uszu dotarł odgłos stawianych cicho kroków. Nie wiele myśląc ruszyłam, więc w tamtą stronę po drodze zmieniając postać z  ludzkiej na tę wilczą.

<Ktoś? Coś?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz