- Cudownie - uśmiechnąłem się szczerze - No to problem z głowy.
- Chcesz mi powiedzieć, że... - dziewczyna uważnie mi się przyglądała lekko przekrzywiając głowę.
- Że aż do tej pory nie miałem pracy - gładko wszedłem jej w słowo na chwileczkę tracąc dobry humor.
- Nie mogło być tak źle. Opowiadaj - zażądała.
To spotkanie było tragedią jakich mało. Perfekcyjna klęska na każdym z możliwych pól. Jestem wręcz idealnym przykładem tego jak nie powinno się rozmawiać o jakiejkolwiek pracy. Pomijając oczywiście fakt minutowego spóźnienia (za które swoją drogą dostałem niezłą burę, ale to już kompletnie inna historia) i beztroskie zignorowanie dress code'u do którego mój niedoszły szef przykładał taką wagę. Gościu miał chyba obsesję na punkcie savoir-vivre'u. Dam głowę, że wytykanie mi kolejnych błędów w moim zachowaniu sprawiało mu złośliwą satysfakcję. Moje zdjęcia nie wywarły na nim zbytniego wrażenia, gdyż jak to stwierdził "zbyt wielką wagę przykładasz do szczegółu, a nie do całości". Czyż czasem nie o to chodzi w fotografii artystycznej? Przecież zdjęcia raczej powinny pokazywać to co ja uznam, za warte pokazania. Nie jestem jakimś prostym szarym człowieczkiem, który pstryka fotki wszystkiemu nie patrząc na nic. Właśnie takie zdjęcia, o krzywym kadrze i kompozycji którą można zakwalifikować jako w najlepszym przypadku przypadkową świadczą o niskim poziomie fotografa. A ja nie chciałbym być wrzucany do jednego worka turystami i innymi ludźmi, którzy z pięknej sztuki jaką jest fotografia robią coś tak brzydkiego. Nie mniej pogląd człowieka z którym rozmawiałem znacznie różnił się od mojego i niestety w tym przypadku tylko jego zdanie się liczyło. Szkice w ogóle nie były przydatne, choć skomentował je jako "Ładne" po czym jednym gładkim ruchem zrzucił je z blatu biurka robiąc miejsce na nowe rzeczy do przejrzenia. Ja oczywiście natychmiast rzuciłem się na ziemię by zebrać swój dobytek. Oczywiście to także spotkało się z dezaprobatą. Trudny człowiek z tego faceta, który nawet nie zadał sobie trudu przedstawienia mi się. Prawdopodobnie mój przemiły rozmówca zwyczajnie chciał mi udowodnić, że nie zamierza mnie zatrudniać i marnuję sobie i jemu czas. Wszystko, każda jedna rzecz, którą miałem ze sobą została odrzucona. Powody były różne. Czy to dlatego, że jest kompletnie nieprzydatne, czy też ponieważ nie jest dostatecznie dobre, bądź nie takie jak ma być. Szału można dostać. Zwłaszcza gdy na pożegnanie usłyszałem: "To spotkanie było bezcelowe. Od początku nie spełniał pan minimalnych kryteriów. Proszę już iść." Gdyby nie pukanie do drzwi prawdopodobnie miałbym na sumieniu tego człowieka. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby tak się bawić kosztem innych? Nie mogłem nic zrobić przyczynie swojej irytacji, więc oberwało się drzwiom. Trzasnąłem nimi aż zadzwoniło, a potem szybkim krokiem, by uniknąć ewentualnej kary opuściłem budynek. Później włóczyłem się bez celu po mieście starając się wymyślić co dalej. Pewnie dalej bym nie wiedział, gdyby nie Ramph i jej cudowna informacja. Może mam trochę więcej szczęścia niż zakładałem?
- Ojj... Przykro trochę. - stwierdziła w końcu gdy skończyłem jej relacjonować przebieg tego jakże uroczego spotkania - Ale głowa do góry. Będzie tylko lepiej.
- Musi być - zgodziłem się - Nie zamierzam mieszkać na ulicy.
- Jestem pewna, że ktoś by przygarnął taką osobistość jak ty.
- I wytrzymał ze mną nerwowo góra dwie doby, co? - zaśmiałem się.
- Aż tak źle?
- Nawet gorzej...
Teraz to już śmialiśmy się oboje. Znamy się z Ramph tak krótko, a czuję się jakbym znał ją całe życie. Nie często znajduje się takie osoby. Świat jest wielki, a takie właśnie Ramphille to skarb. Po raz kolejny miałem szczęście. Gdybym trafił na taką osóbkę jak ten mój przemiły pan od pracy nie byłoby zbyt ciekawie.
Nagle wpadł mi do głowy niezły plan.
- Hej Ramph? Idziemy na kawę? - i nie czekając na odpowiedź dziewczyny pociągnąłem ją w stronę niewielkiej budki serwującej różnorakie napoje na ciepło i zimno. Nie wiem kto to wymyślił, ale jest szalenie przydatne. Po krótkiej chwili staliśmy już w krótkiej kolejce zastanawiając się którą pozycję z listy wybrać. Ja miałem swój ulubiony typ. Waniliowe cappuccino. Moją uwagę po raz kolejny przykuł jednak urok tego miejsca. Cztery kobiety w jednakowych biało-czarnych fartuszkach z falbankami krzątały się tylko cudem nie wchodząc sobie w drogę na niewielkiej przestrzeni. Maszyna, która na bieżąco podgrzewała wodę buczała cicho w rytm wesołej melodii dobiegającej gdzieś z tyłu. Na półkach obok maszyny stały słoiki pełne różnorakich rodzajów kaw i herbat, każdy opisany starannym, niemal kaligraficznym pismem. Te półki po drugiej stronie zastawione były tymi napojami które do przygotowania nie wymagały wrzątku. Na ladzie oddzielającej nas, klientelę, od miejsca gdzie pracowały kobiety stał wazon pełen świeżych, czerwonych róż, kilka stosików kolorowych kubków o fantazyjnych wzorkach i pojemniczki z cukrem i łyżeczkami. Nad naszymi głowami cicho łopotały na wietrze kolorowe chorągiewki.
- Co podać? - moją uwagę przyciągnął miły głos. Przeniosłem spojrzenie na uśmiechniętą twarz młodej dziewczyny. Albo tak lubi swoją pracę albo niezła z niej aktorka, bo wygląda mi na przeszczęśliwą.
- Cappuccino. Waniliowe - dodałem ubiegając kobietę - A dla ciebie? - zwróciłem się do Ramphilli.
- Może wezmę to samo...? - to było bardziej pytanie niż twierdzenie, ale już po chwili oboje mieliśmy po własnym kolorowym kubeczku z parującym napojem. Zapłaciłem i odeszliśmy od budki. Upiłem łyka cappuccino.
- Pyszne... - stwierdziłem idąc przed siebie zupełnie bez celu. Ramphilla która spacerowała obok mnie też skosztowała napoju. Z jej miny wywnioskowałem, że raczej nie pożałowała wyboru.
- A teraz do rzeczy. Pomagasz nam przy "Romantyczności" - zaczęła - Masz przyjść jutro na 7. rano do teatru, wtedy dowiemy się czego dokładnie oczekuje od ciebie pan Blake.
- Wprost nie mogę się doczekać - odpowiedziałem - Może w końcu ktoś nie wywali mnie na ulicę tak szybko jak to tylko możliwe.
Odpowiedziało mi skinięcie dziewczyny. A więc "Romantyczność". Brzmi całkiem nieźle. W przedstawieniach na deskach teatru najbardziej uwielbiam próby. Ten chaos z początku gdy połowa nie zna jeszcze tekstu i niewielu wie jak ma się zachować na scenie, gdzie podjeść, co zrobić. Krzyki i śmiechy gdy komuś coś nie wyjdzie czy przekręci słowa swojej roli. Te burze mózgów i zacięte dyskusje dotyczące najlepszego z możliwych rozwiązań problemu. Miliony luźnych pomysłów, czasem dobrych, czasem nie, by wszystko było jak najlepiej. Te postępy, które z próby na próbę pokazują coraz pełniejszy obraz przedstawienia. Idealny przykład tego, jak z chaosu powstaje jedna wspólna całość. Aktorzy rozumiejący się bez słów, a znający każdy nawet najmniejszy gest towarzysza. Rodząca się na scenie harmonia, będąca udziałem wielu osób. Ogromna liczba osób zaangażowanych w spektakl, choć nigdy nie pojawiających się na scenie. Cała atmosfera towarzysząca próbom. To właśnie dla takich wydarzeń robię to co robię. Uwielbiam atmosferę prób. Jeszcze z Neo-bohemmą czasem grałem w naszym zaprzyjaźnionym teatrze. Wtedy oprócz prób kochałem jeszcze zjawisko, które zwykliśmy zwać "zakulisy". Było to nic innego jak wpuszczenie widzów na przyjęcie które odbywało się bezpośrednio na scenie i za nią. Wtedy to uchylaliśmy kurtynę tajemnicy nieco bardziej niż zwykle umożliwiając naszym gościom pobieżne zwiedzenie teatru od kulis i poznanie aktorów oraz właśnie całej obsługi. Pomagaliśmy im doświadczyć tego ile osób wspólnymi siłami pracowało na to, by mogli cieszyć oczy spektaklem. Bardzo dobrze to wychodziło. Wtedy też z reguły wracaliśmy obwieszeni kwiatami, pluszakami i innymi podarunkami hojnych ludzi, którzy w ten właśnie sposób postanowili nagrodzić naszą fatygę. Nie wspominając o tym, że był to wyborny moment na zebranie datków na dalszy rozwój teatru i wypłatę. Jedynym warunkiem udanego zbioru był jednak spektakl tak fantastyczny, by ludzie z chęcią przyczynili się do tego by nasz teatr był coraz to lepszym i wracali do niego znów szukając kontaktu z naszą ekipą. Ale to przecież nic trudnego, gdy ma się do dyspozycji wyłącznie ludzi kochających to co robią całym swoim sercem.
- A gdzie leży ten jakże chwalebny budynek w którym takie gwiazdy jak ty, drogie książątko, występują? - spytałem szczerząc się złośliwie nad kubkiem.
- Jestem pewna, że trafisz. Zdaje mi się, że nie ma w mieście zbyt wielu teatrów - odpowiedziała z tą samą dozą drobnej złośliwości.
- Oboje wiemy, że to nie prawda. W tych czasach teatry rosną jak grzyby po deszczu. Chociaż jeżeli wykreślimy te tak okropne, że samo przejście obok nich wywołuje u mnie dreszcz przerażenia faktycznie może być dość łatwo. Poza tym zawsze pozostaje mi namierzenie twojej komórki i śledzenie cię do upadłego.
- Zrobiłbyś tak? - zaśmiała się - Coś nie chce mi się w to wierzyć.
- To, że nie mam hakerskich zdolności nie oznacza, że nie znajdę kogoś kto to dla mnie zrobi.- pokazałem dziewczynie język i znów napiłem się ze swojego kubka. Nawet nie wiem gdzie zniknęło pół jego zawartości.
- Rób co chcesz. Tak czy siak tu masz adres - podała mi karteczkę.
- Utonę w kartkach od ciebie - zażartowałem zabierając kawałek papieru i chowając go do kieszeni.
- Więc zginiesz zaszczytną śmiercią - odgryzła się dziewczyna. Mimo tego, że nasz dialog w sumie oparł się o wzajemnym dogadywaniu sobie, żadne z nas ani myśli się obrazić. Wiadomo przecież, że takie drobne uszczypliwości nie powinny być brane pod uwagę, bo nie są mówione po to, by zranić.
- Wiesz może gdzie idziemy? - zmieniłem temat i dopiłem swoje cappuccino.
- Nie mam zielonego pojęcia... - odparła.
- No to ja mam pomysł. Skoro mieszkam dość blisko możemy wpaść tam na moment, zwinąć coś dobrego do jedzenia i koc i spędzić wieczór w parku. Piszesz się na to?
Dziewczyna lekko się zamyśliła ewidentnie zastanawiając się nad tym, czy poświęci wieczór na użeranie się ze mną czy nie.
- Mogę zabrać gitarę jeśli to pomoże ci podjąć decyzję. - zasugerowałem śmiejąc się.
<Ramphilla?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz