sobota, 2 lipca 2016

Od Ehrendila CD. Lizzy

- Tyle to widzę - odparła Sorrow - Ale skąd one tu...?
Przekrzywiłem głowę w milczeniu przyglądając się zwłokom. To nie możliwe, aby trup przeleżał tyle na otwartym terenie nie znaleziony przez nikogo. Zwłaszcza, że często tędy przechodzę i raczej żadnych martwych nie widziałem. Coś ewidentnie mi nie pasowało i byłem pewny, że odpowiedzialna za to jest Lizzy. Nie miałem co prawda, żadnych pewnych dowodów na potwierdzenie tego założenia, ale nie trzeba być geniuszem, żeby stwierdzić, że jest w to zamieszana. No bo jeśli nie ona to kto? Tylko w jej otoczeniu dzieją się takie nielogiczne rzeczy.
- Mój Łepek troszeczkę odmłodniał - odparła beztrosko - Czasami tak się dzieje.
- Chcesz powiedzieć, że często ci się to zdarza? - dopytałem. Odmłodniał tak? Ciekawe...
- Nie... To pierwszy raz. - machnęła niedbale ręką bagatelizując sprawę - Przynajmniej jest zabawnie.
- O tak... Bardzo zabawnie - stwierdziła Sorrow. Nie bardzo jej się ta sytuacja podobała. Mnie zresztą też nie.
Nagle wiatr zmienił kierunek i dmuchnął w moją stronę odór rozkładu. Mógłbym porównać to do ciosu w twarz z całkiem przyzwoitą siłą. W każdym bądź razie zachwiałem się rozpaczliwie zasłaniając usta i nos chustką, by chociaż odrobinkę odciąć się od mdlącego zapachu śmierci. Mimo to musiałem się cofnąć. Niech szlag trafi elfie zmysły. Jednak Sorrow też skrzywiła się i lekko cofnęła.
- Ale cuchnie - skomentowałem przenosząc wzrok z trupa na Lizzy - Możesz go łaskawie sprzątnąć tam skąd przyszedł?!
- Przecież nie zmieści do torby - odpowiedziała mi sama ewakuując się na bezpieczną odległość. Czyli ona też nie może tu wytrzymać... Zmrużyłem oczy mamrocząc kilka prostych słów bardzo krótkiej piosenki. Była o wzroście, o słońcu pieszczącym liście, o wietrze, o deszczu, który przynosi życie. Typowa melodia skutkująca nagłym, acz kontrolowanym wzrostem roślin na określonym obszarze. Cicha i czysta, a jakże miła dla ucha. Ziemia wokół truchła poruszyła się. Na powierzchnię wychyliły się wątłe, przywodzące na myśl wijące się węże, roślinki. Jednak w miarę wzrostu wątłe gałązki zmieniały się w masywne, grube pnącza coraz szczelniej zamykające w swoim wnętrzu zwłoki wilka. Lizzy wybuchnęła śmiechem widząc to co robię. Odetchnąłem głęboko. Przecież nie nucę, bo chcę. Inaczej nie zadziała. W końcu żywa mogiła przestała rosnąć, a smród zelżał.
- A jak ja się teraz do Łebka dostanę?! - spytała "właścicielka" owego Łebka.
- Z czasem się dostaniesz... Koniecznie teraz nie musisz - rzuciłem zirytowany. Rany... Dlaczego to ja na nią trafiłem?
- Ale ja może chcę, co długouchy? - spytała podchodząc - Spytałeś mnie czy chcę żebyś schował mi Łebka pod stertą bluszczu?
- Och, litości... Nie długouchy. Mów Ehrendil.
Na twarzy dziewczyny pojawił się bardzo zadowolony z siebie wyraz. Widać, że osiągnęła swój cel i jest z tego tytułu bardzo szczęśliwa. No trudno.
- I tak się nie spytałeś czy możesz - stwierdziła po chwili - W ogóle nie jesteś miły.
- Daj spokój Lizzy... Co ty chcesz osiągnąć? - spytała Sorrow.
- Nic wielkiego - oznajmiła - Nie chcecie się ze mną kolegować?
- No nie bardzo - odpowiedziałem - Mogłabyś już dać mi spokój?
- Ymmmm.... Nie. - zaśmiała się.
Przewróciłem oczami. To akurat było do przewidzenia.
- Ehrendil? - spytała Sorrow - Nie powinniśmy już iść?
- Owszem. Powinniśmy - odpowiedziałem odwracając się.- Bywa Lizzy. Miłej zabawy z Łebkiem.

<Lizzy? Nie umiem w dialogi xd >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz