czwartek, 14 lipca 2016

Od Ehrendila CD. Lizzy

Było całkiem ładnie. Lekki wiatr kołysał liśćmi, a te rzucały rozbiegane cienie na ścieżkę którą szliśmy z Sorrow. Nie było ani chłodno, ani gorąco. Tak idealnie, bym nie musiał się przejmować ewentualnym ugotowaniem w zbroi. W powietrzu dało się wyczuć delikatną woń kwiatów.
- Nie przeszkadza ci to czasami? - spytała Sorrow ni stąd ni zowąd stukając palcami w pancerz na moim torsie.
- Tylko czasem. Na ogół ratuje mi życie. - uśmiechnąłem się lekko.
- Mhm... Lubię ją. - zaśmiała się Sorrow.
- Taaak... Ja również - odpowiedziałem.
Przyciągnąłem dziewczynę do siebie i zamknąłem ją w ramionach.
- Co powiesz na spacer nad rzekę?
- Brzmi dobrze. - dziewczyna wspięła się na palce i pocałowała mnie. Nie miałem nawet najmniejszego powodu by zaprotestować. Niby po co miałbym odmawiać sobie przyjemności? Tak jak jest teraz jest bardzo dobrze.
Cała droga nad rzekę upłynęła nam na miłej rozmowie. Na szczęście Lizzy nigdzie się nie pojawiła, za to padłem ofiarą zemsty pewnej zazdrosnej o Sorrow wiewiórki. Co dziwne Ezreal Sorrow uwielbia. On atakuje mnie tylko wtedy gdy ona jest w pobliżu. Dziewczyna nigdy nie musiała się przejmować złośliwym zwierzątkiem ciągnącym ją za włosy. Nie musiała znosić gradu kamyczków, ani nic z tych rzeczy. Za to jeśli ja tylko spróbuję ją przytulić na oczach wiewiórki... Tak było i tym razem. Chce się spokojnie elf przytulić do swojej dziewczyny, a nie może, bo mu się wiewiórka na głowie rozsiadła i z uporem maniaka ciągnie za włosy. Odgonić jej niczym się nie da, złapać nie idzie, bo to zwinny mały diabełek, ignorowanie jej tylko sprawy pogarsza. Mały zazdrośnik nie zna litości, a Sorrow zawsze się śmieje z tej nierównej walki. Mnie też trudno brać ją na poważnie.
- Hej Ezrealu? - zacząłem odsłaniając przykryte wiewiórczym ogonem oko - A za dwa, nie, trzy orzeszki mi odpuścisz? - ogon powędrował w górę, a mnie w polu widzenia pojawił się węszący pyszczek.Wyciągnąłem dłoń z rzeczonymi orzeszkami i czekałem aż wiewiórka w końcu się zdecyduje. Ten sposób zawsze działa. Już po chwili orzeszki znikały z mojej ręki. Ezreal bardzo zadowolony z siebie wyniósł się na drzewo, żeby w spokoju móc zjeść to co udało mu się ugrać. Westchnąłem z ulgą przenosząc wzrok z Ezreala na Sorrow, a potem w stronę leniwie płynącej rzeki. Sięgnąłem ręką do boku i na oślep odpiąłem paski przytrzymujące kawałki pancerza w jednym miejscu. Już po chwili wszystkie kawałki połyskującej srebrnej zbroi leżały schludnie na brzegu rzeki razem z moją zdobioną, szarą tuniką. Nic nie poradzę na to, że w koszulkach mi źle. Swoją drogą... Ludzie nosili podobne, brzydsze wersje moich ubrań w średniowieczu. Elfom nadal podoba się taka moda mimo iż udoskonaliliśmy sztukę ich tworzenia do tego stopnia, że z brzydkich workowatych szmat zrobiliśmy ubrania piękne. Takie w stylu naszego Królestwa. Zwykli ludzie nie pojmują ich wyjątkowości. Przepaść kulturowa jest zdecydowanie zbyt wielka.
- Sorrow, kwiatuszku... Popływasz ze mną? - spytałem z uśmiechem. Dziewczyna oczywiście się zgodziła i już po paru chwilkach chlapaliśmy się wodą jak małe dzieci. Nigdy nie miałem dzieciństwa. Sorrow też nie. Nie mieliśmy więc nigdy okazji się bawić. Zawsze tylko treningi, nauka, obowiązki i znów treningi. Zawsze pod surowym okiem ojca. Wychowani by być najlepszymi. Szkoleni do posługiwania się wszelaką bronią. Wytrawni mordercy spełniający posłusznie każdy rozkaz. Wszechstronnie rozwinięte umysły o stalowej woli, które nie dadzą się złamać. Silne ciała zdolne do wysiłku większego niż można by założyć. Tego oczekiwali. Tacy mieliśmy być. Nie ma w tym miejsca na zabawę. Nigdy miało nie być. Mój czas wolny składał się w całości ze snu. Po wielogodzinnych treningach i kolejnych spędzonych na nauce nierzadko wręcz padałem na twarz. A jednak następnego dnia trzeba było wstać o świcie. Ćwiczyć mimo bólu rozdzierającego mięśnie. Sorrow miała jeszcze gorzej. Wychowano ją na mężczyznę, miała być mężczyzną. Na szczęście jej ojcu nie wyszło. Nie zasługiwał na to by żyć. Ja natomiast nie chowam urazy do mego ojca. Kochał mnie. Po prostu było mu ciężko gdy umarła moja matka. Mam jej oczy i cień rysów jej twarzy. Dlatego nie chciał mieć zbyt wiele do czynienia ze swoim synem. Patrzenie na mnie sprawiało mu ból. W porządku, rozumiem. Dobrze mnie wychował. Był dobrym ojcem mimo iż nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha czy że jest ze mnie dumny.
- A masz! - w twarz chlusnęła mi chłodna woda. Potrząsnąłem głową mrugając. Sorrow ze śmiechem stała obok mnie ewidentnie dumna z siebie, że udało jej się mnie zaskoczyć.
- Ty niesprawiedliwe! Zamyśliłem się - odwróciłem się z naburmuszoną miną. Sorrow rozchlapując niewielkie kropelki zbliżyła się do mnie. Czas na zemstę. Błyskawicznie się odwróciłem i podciąłem dziewczynę lekko ją popychając. W efekcie dziewczyna z zaskoczonym okrzykiem poleciała na plecy i zniknęła pod powierzchnią wody. Kiedy się wynurzyła nadal nie mogłem przestać się śmiać.
- Helooooooł dzieciiiiii! - usłyszałem z brzegu. Znów Lizzy. No trudno. Skoro ani proźbą, ani groźbą... To może jak się zakolegujemy da nam spokój.
- Chcesz się z nami pobawić Lizzy? - spytałem szczerząc się do niej.
- Ehrendil. Co ty robisz? - spytała Sorrow cicho wyraźnie nie rozumiejąc do czego dążę.
- Próbuję innego podejścia. Zobaczymy  co z tego wyjdzie... - odparłem.

<Lizzy?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz