czwartek, 30 czerwca 2016

Od Zero CD. Nirvany

Jeden demon. Nas jest dwóch. Wynik walki był przesądzony, a mimo to nie była to krótka, ani łatwa potyczka podczas której i ja i Toxic zarobiliśmy po kilka siniaków i zadrapań. Niby nic wielkiego. Ot, zarysowanie na skórze, niezbyt głębokie i na pewno niegroźne, a mimo to nieprzyjemnie piekło. Tak czy siak demon został pokonany i rozpłynął się w powietrzu, a Toxic pod pretekstem doprowadzenia się do porządku wrócił do siebie. Wszedłem do domu.
- Już dobrze Nir! - zawołałem. Mój wzrok padł na lustro zawieszone przy wejściu. Potargane włosy, jakaś ciemna, brudna smuga na brodzie i płytkie cięcie na kości policzkowej zdobiły moją twarz. Ręce w sumie też miałem poharatane, ale poza tym nic mi nie było. Od tego się nie umiera. Nagle poczułem lekkie uderzenie. Drobne ręce mojej dziewczyny natychmiast zacisnęły się na mnie kiedy wtuliła się we mnie. Ja też ją objąłem.
- Wszystko dobrze Nir. Nic mi nie jest - zapewniłem uprzedzając jej pytanie - Tylko troszkę się poharatałem...
- Widzę... Idź się umyć, a potem przyjdź do kuchni. Zajmiemy się tym - mruknęła puszczając mnie i odchodząc do kuchni.
Bez słowa poszedłem prosto do łazienki i odkręciłem wodę przez chwilę bezmyślnie patrząc jak spływa do umywalki i znika mi z oczu. A potem wsadziłem obie dłonie pod strumień i pochyliłem się żeby umyć sobie twarz. Syknąłem cicho kiedy rysa na policzku zapiekła nieco bardziej. Zakręciłem wodę, wytarłem się z wody i wyszedłem z łazienki. Ledwo pokonałem drogę do kuchni, a już zostałem niemal siłą przyciągnięty do stołu i posadzony na krześle. Uśmiechnąłem się pod nosem. Lubię kiedy ktoś o mnie dba. Nirvana odpowiedziała na mój uśmiech.
- Pokaż no ten twój policzek - delikatnie odwróciła mi głowę, by się przyjrzeć. A potem bez żadnego ostrzeżenia coś mi tam przyłożyła. Pewnie materiał z wodą utlenioną.
- Au...
- Wiem, że boli... Zaraz przestanie - stwierdziła skupiona na pracy.
- Kocham cię.
Na te słowa dziewczyna się uśmiechnęła. Szybko się ze wszystkim uwinęła i odłożyła rzeczy na swoje miejsce. Wstałem i wyniosłem się na kanapę. Oczywiście Nirvana niedługo po mnie też się tam pojawiła i usadowiła się obok mnie. Objąłem ją ręką.
- Zero? A te demony jeszcze wrócą?
- Na pewno... Ale nie pozwolę im zniszczyć watahy - odpowiedziałem z uśmiechem.

<Nirvana? Nadal nie umiem nic ciekawego wymyślić :x >

środa, 29 czerwca 2016

Od Alissy CD. Raven'a

No nie! A w sumie, czego się spodziewałaś, głupia? Łazisz za nim jak jakiś bachor i wypytujesz o jego przeszłość, na jego miejscu też byś wiała!- skarciłam samą siebie.
-Czekaj!- krzyknęłam. Przeproszę go i dam spokój. Nie wyciągnę od niego informacji na siłę. Zastanawiałam się, czy zaczeka, czy mnie oleje i sobie pójdzie. Jeśli mam być szczera, bardziej liczyłam się z tą drugą opcją. Jednak kiedy już zeszłam z dachu, zauważyłam Raven’a niedbale opierającego się o ścianę budynku.
-Jeśli masz zamiar znowu zadawać mi pytania, uprzedzam…
-Nie, nie!- przerwałam mu.- Chciałam… chciałam cię tylko przeprosić.- Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony.

-To twoje sprawy i nic mi do tego. Nie powinnam być taka wścibska, więc… Przepraszam.- Chyba pierwszy raz przepraszam kogoś za to, że zadaję za dużo pytań. Ale czasem to jest po prostu silniejsze ode mnie! Zaczęłam nerwowo zaciskać palce, czekając na jego reakcję.

<Raven?>

Od Nazgar CD. Kayli

W spokoju dane mi było postawić tylko kilka kroków. Zaraz potem moim oczom ukazał się on - nastoletni duch chłopaka. Z tego skroni powoli płynął niewielki strumyczek krwi, pojedyncze krople skapywały na ziemię tworząc kałużę w trawie. Chłopak swoje lekko kręcone włosy miał brudne, pozlepiane w strąki, które nawiasem mówiąc sterczały na wszystkie strony. Szaro-błękitne oczy patrzyły na mnie z powagą i niewypowiedzianym smutkiem. Dlaczego zmarli tak rzadko patrzą na mnie z nadzieją? Przecież nie jestem winna ich śmierci. Ja tylko pomagam im przejść na drugą stronę. Mogliby choć trochę okazać mi wdzięczność lub chociażby nie wymagać ode mnie bym żyła ich problemami. Wszyscy byliby wtedy bardziej zadowoleni, niestety jednak dusze są uparte i nie przemawia do nich żaden logiczny argument. Dyskretnie zmierzyłam wzrokiem resztę ducha. Podarte ubrania i liczne rany... Musiał troszkę cierpieć przed śmiercią. Pomogę mu, nie mam wyjścia. Inaczej i tak nie da mi spokoju. Chłopak odwrócił się i odszedł, dokładnie w tę samą stronę w którą szłam z Kaylą. Nie wiele myśląc poszłam za nim. Dopóki chłopak idzie w tę samą stronę, w którą ja, mogę bez obaw podążać z nim. Przy odrobinie szczęścia moja towarzyszka nie zauważy żadnej różnicy.
Wsłuchałam się w jakże miły dla uszu śpiew ptaków, delektowałam się przyjemnym uczuciem które wywoływała łaskocząca mnie przy każdym kroku trawa i dotykiem promieni słonecznych na mym grzbiecie. Gdyby nie uporczywa obecność widmowego chłopaka ten spacer mógłby uchodzić za idealny. Jednakże mój  problem nie zniknął nadal uparcie brnąc przed siebie i zupełnie nie zwracając uwagi na to, że gałęzie zwyczajnie przez niego przenikają. Natomiast ja miałam wątpliwą przyjemność stąpania po dość osobliwym szlaku naznaczonym jego krwią. Całe szczęście, że Kayla jej nie widzi... Mogłoby być odrobinkę nieciekawie. Przeniosłam wzrok z pleców młodzieńca na drzewa, a stamtąd na ziemię. Kiedy chłopak przechodził ptaki milkły w pół tonu, a dwie wiewiórki uciekły w popłochu jakby goniło je samo piekło. Nasz marsz nie trwał długo. Chłopak ewidentnie coś sobie przypomniał i gwałtownie się odwrócił szybkim krokiem zmierzając wprost na Kaylę. Otworzyłam szerzej oczy błagając go w myślach, żeby powiedział mi co ma do powiedzenia i sobie poszedł, ale on nie posłuchał. Zatrzymał się tuż przy Kayli. Wiedziałam, że poczuła jego obecność.
~ Nazgar, czy ty tez masz to dziwne uczucie? - spytała mnie rozglądając się niepewnie.
Ja również czułam chłód ducha, lecz dla mnie nie było to dziwnym uczuciem. Często takiego doświadczam, ale jak powiedzieć to waderze tak by się nie wystraszyła? Prawda może okazać się dość straszna. "Nie przejmuj się Kaylo. To tylko zakrwawiony duch młodzieńca stoi za tobą i oczekuje mojej pomocy. Nie odwracaj się i tak go nie zobaczysz." Tak... Ta wersja raczej nie przejdzie.
- Nie jestem pewna... Zależy jak zdefiniujemy słowo "dziwne" - odparłam. Muszę kupić więcej czasu na to, by pomyśleć nad sensowną odpowiedzią. Niech mi wszystko opowie, mimo że sama znam szczegóły.
~ To jest tak... Tak jakby ktoś tu był z nami. Nikogo nie widzę, a jednak czuję wyraźnie obecność czegoś... - mówiła powoli z lekkim wahaniem, tak jakby chciała przekazać mi wszystko jak najdokładniej i potrzebowała chwilki na ubranie tego w słowa - I czuję też dziwny chłód... Coś jakby wiatr, ale nie do końca. Myślisz, że to miejsce może być nawiedzone? - w jej glosie zabrzmiała delikatna nutka strachu.
Właśnie dlatego nie mówi się zwykłym ludziom i wilkom o duchach. W zatrważającej większości dusze wywołują strach, panikę, niepewność... Tylko niewielki odsetek myślących istot czerpie z obecności ducha przyjemność, ale najczęściej są to osoby niespełna rozumu. Mnie dusze są obojętne, tak samo jak każdemu doświadczonemu, obdarzonemu moim darem.
- Nonsens... Alpha raczej uprzedziłby o tym gdyby na terenie watahy było takie miejsce. - oznajmiłam z typową dla siebie obojętnością. Nadal nie miałam pomysłu na to jak wszystko wyjaśnić i zdradzić jak najmniej o sobie.
~ Może... I tak czuję się dziwnie.Wiesz może co to może być?
Przeniosłam wzrok na ścianę drzew podziwiając grę światła i cieni na kołysanych wiatrem liściach. Sprawiałam pewnie wrażenie głęboko zastanawiającej się nad odpowiedzią.
- Wydaje mi się, że to nic szczególnego. Zwyczajna anomalia pozostała po Apokalipsie.
~ Mhm...
Kayla ewidentnie jeszcze nie uspokojona do końca ruszyła przed siebie. Chłopak ruszył krok w krok za nią wyciągając rękę tak, jakby chciał ją pogłaskać. Ciekawe... Szkoda tylko, że wadera nie uwolni się od dziwnego uczucia tak szybko jakby sobie tego życzyła. Wyraźnie widziałam, że chłopak nabrał gdzieś dostatecznie dużo sił by móc zostać dla mnie widzialnym na dłużej niż naturalnie. Trzeba będzie koniecznie zająć się tym przypadkiem najszybciej jak to tylko możliwe. Duch z nieco bardziej zadowoloną niż zwykle miną głaskał Kaylę, która mimo że nie czuła dotyku i tak zdawała się być świadoma tego co się dzieje.
~ Odejdź stąd.duszo - rzuciłam w myślach zastanawiając się czy zrozumie - Odejdź skoro nie masz zamiaru przekazać mi niczego istotnego.
Duch powoli pokręcił głową i przestał męczyć moją towarzyszkę. Och, doprawdy? Więc ma informacje jak sobie pomóc i zamiast mi je przekazać zwyczajnie nie daje mi spokoju... Cudownie wprost. Co z niego za duch? Ja wiem, że niedawno umarł. Wiem, że świat dusz jest dziwny i skomplikowany i że potrzeba czasu by w pełni zrozumieć rządzące nim zasady, ale litości... Który zmarły aż tak się ociąga z tym by w spokoju odejść do lepszego świata? Pokręciłam głową w geście rezygnacji. Duch widząc moją niechęć rozpłynął się w powietrzu. Pewnie zaczeka na dogodny moment by znów zaatakować. Przewróciłam oczami doganiając swoją towarzyszkę. Jest taka jedna rzecz w jej wyglądzie która zdecydowanie nie daje mi spokoju. Kayla ozdabia się piórami. Problem w tym, że nigdy w życiu nie widziałam plemienia Indian który przystrajałby się w taki sposób i takimi właśnie piórami. Zasada jest jedna i bardzo prosta. Plemię nosi ozdoby charakterystycznego zwierzęcia, najczęściej wykorzystywane są ptasie pióra, z danego regionu. Tak jak Ohatikayo noszą pióra orła żyjącego na ich ziemi, tak jak Walkuuja zdobią się w wachlarze kolorowych piór pochodzących od ptaków tak charakterystycznych dla ich terenów. Kayla natomiast nie pasowała mi do żadnego z plemion. Nie wyglądała mi też na Indiankę, co było tym dziwniejsze. Niewiedza... Jakże okropnie mnie męczy ta cicha dręczycielka. Nie cierpię nie wiedzieć. Nie ma dla mnie gorszej tortury niż niewiedza, która w pewnym sensie oznacza głupotę. Nie uważam się za osobę nieinteligentną, więc logicznym jest, że pragnę wiedzy. Brak informacji jest dla mnie nieznośny, ciąży mi niczym brzemię niejednokrotnie nie pozwalając spać spokojnie. Nie mam w zwyczaju zostawiać w spokoju informacji których nie posiadłam. Zwyczajnie nie potrafię się zdobyć na takie poświęcenie. Może się to wydawać dziwne, lecz cenię naukę bardziej niż kontakty towarzyskie. Jednakże muszę się dowiedzieć...
- Wybacz Kaylo, lecz mam pytanie - zaczęłam ni stąd ni zowąd zaczęłam mówić.
~ Tak? - w głowie rozległ mi się telepatyczny głos mojej rozmówczyni.
- Czy ty masz coś wspólnego z Indianami?

<Kayla?>

Od Ramphilli CD. Engel'a

Z reguły tradycja poranków w pewnym jaskrawo niebieskim domku, znajdującym się na obrzeżach miasta, była naprawdę przerażającym doświadczeniem. Chaos rosnący z minuty na minutę, paraliż totalny, poszturchiwania, kolejny do łazienki, oraz przepychanki w kuchni. Zaspani mieszkańcy, robiący hałas z samego rana, budząc tym samym swoich niewyspanych współlokatorów, pomrukiwania i przeklinanie jasnego słońca, oraz braku żaluzji w oknach, narzekanie to na zbyt ciepłą, to na zbyt zimną pogodę, kiedy przychodziło wybrać ubranie na dzisiejszy dzień. Grzanki spalały się w tosterze, czajnik co chwila dawał o sobie znać głośnym gwizdaniem, a zapomniane, podgrzane mleko co chwila stygło, samotnie pozostawione w garnku. Mieszkańcy warczący na siebie nad torebkami herbaty, wkładanymi do kubków, w których były już torebki herbaty, a także kłótnie o to, kto przez przypadek posmarował nie swoją kromkę chleba, lub podwędził komuś talerz.
Najsłynniejsze były jednak wyścigi do stołu, decydowały one bowiem o tym, komu przypadnie dzisiaj zaszczyt jedzenia na krześle, a którzy pechowcy będę musieli zadowolić się kuchennym blatem, parapetem, bądź podpieraniem ściany i śniadaniem na stojąco.
W trakcie posiłku zawsze dzwonił przynajmniej jeden telefon, a wszyscy robiliśmy zakłady, do którego z nas tym razem dobijają się z samego rana. Po kolejnej przepychance w kierunku łazienek, wymienialiśmy się informacjami kto co dzisiaj robi, czy pracuje, o której wraca i którzy z nas zostają w domu, a także najważniejsze- omawialiśmy kwestię kolacji.
Nie wiem, jak reszta zawsze patrzyła na wyścig szczurów, odbywający się w naszym domu każdego dnia, jednak osobiście traktuję je, jak rodzaj konkurencji sportowej. Jest to nasza prywatna szkoła przetrwania, a ja lubię myśleć, że jestem w niej coraz lepsza.
Jednak tego dnia nie musiałam przepychać się w korytarzach, ani biec w kierunku stołu, jak ta wariatka, tocząc zaciętą bitwę o wolne krzesło. Ominęły mnie nie tylko kolejki do lodówki i łazienki, ale przegapiłam też poranne krzyki, jakie towarzyszą nam podczas każdego zakładu, kiedy w godzinach od szóstej, do mniej więcej siódmej trzydzieści dzwonią przypadkowe telefony. Jednak pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła i najbardziej zdziwiła, był fakt, że po raz pierwszy obudziłam się sama z siebie. Żadnego krzyku. Żadnych przekleństw, ani śmiechów. Nic, tylko dzwoniąca w uszach cisza, która powoli zaczęła mnie nie tylko dziwić, ale i niepokoić. Niespotykane było również światło, wpadające przez okno, oświetlające swymi promieniami mój niewielki pokój. Było ciepłe i łagodnie otulało swym delikatnym dotykiem. W niczym nie przypominało tych białych smug porannego słońca, które w każde lato budziło mnie o zbyt wczesnych godzinach, bezlitośnie rażąc w oczy.
Przez jakiś czas leżałam na łóżku w całkowitym bezruchu, wpatrując się w nieokreślony punkt, gdzieś daleko, poza zasięgiem ludzkiego wzroku. Przez uchylone okno wpadał do pokoju zapach farb i skoszonej trawy, co oznaczało, że Laura już zaczęła malować…
Kiedy tak nad tym myślałam, leżąc spokojnie na materacu, powoli dochodziło do mnie ile rzeczy nie pasowało nie tylko do siebie nawzajem, ale przede wszystkim, odstawało od naszych normalnych poranków. Odcień promieni słonecznych mogłam jakoś zignorować. Potrafiłam nawet przymknąć oko na to, że ktoś wpadł na pomysł koszenia trawy przed szóstą, jednak kilka rzeczy bardzo mnie niepokoiło i dalej pozostało bez wyjaśnienia. Nasz dom był na co dzień tak wypełniony ludźmi, że to aż nie możliwe, by nie obudziły mnie krzyki któregoś z nich, nie mówiąc już o tym, że ta panująca wokół cisza była nie tylko nie do zniesienia, ale po prostu dziwnie nie na miejscu. Pozostawała jeszcze kwestia zapachu farby… Laura nie miała w zwyczaju malować wcześniej, niż przed południem, a to oznaczało, że coś się ch*lernie nie zgadzało.
Aby nie wyciągać pochopnych wniosków, wstałam z łóżka i podeszłam do szafy, stojącej na drugim końcu pokoju, odpychając od siebie wszelkie myśli, dotyczące początku dzisiejszego dnia. Otwieraniu drewnianych drzwi, jak zwykle towarzyszyło charakterystyczne skrzypnięcie, przypominające mi po raz kolejny w tym tygodniu, o konieczności naoliwienia zawiasów. Jeśli były zardzewiałe (a na pewno były), to oliwienie było jedynie tymczasowym łagodzeniem objawów, jednak stanowiło zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż wysłuchiwanie jęków starej szafy.
Ponieważ nigdy specjalnie nie przejmowałam się wyglądem, cała sztuka ubierania się polegała właściwie na wyciąganiu przypadkowych ubrań z szafy i zakładaniu na siebie. Kiedyś usłyszałam od koleżanki, z którą od lat dzielę pokój, że jestem idealnym przykładem stylu, który ona określa mianem Artystycznego Nieładu, a ja do tej pory nie wiem, czy miałam odebrać to, jak obelgę, czy komplement. W każdym bądź razie, jeśli o mnie chodzi, równie dobrze mogłabym wyjść z domu w piżamie.
- Lauraaa!- zawołałam, zbiegając po schodach na niższe piętro.
Myślę, że właśnie nastał odpowiedni moment, aby opisać miejsce, w którym mieszkam… albo raczej, mieszkamy, gdyż, jak już się pewnie domyśliliście, nie jestem jedynym z domowników, choć ludzie, z którymi żyję pod jednym dachem w żadnym stopniu nie są ze sobą spokrewnieni. Ja również nie mam nic wspólnego (z genetycznego punktu widzenia) z żadnym z nich, a jednak w pewien sposób udało nam się stworzyć zjednoczone i zżyte ze sobą grono.
Jaskrawo niebieski dom, w którym mieszkamy, składa się z dwóch pięter- pierwsze to parter, zaś wyżej znajduje się pierwsze piętro, pełniące rolę wielkiej sypialni. To właśnie tam znajdują się nasze pokoje, które przez całkiem sporą ilość domowników, niestety nie mogą popisać się zbytnią wielkością. Na górze znajdują się dwie łazienki i sześć maleńkich sypialni, z czego tylko dwie z nich są jednoosobowe, reszta z nas mieszka po dwie osoby w jednym pokoju. Wspomniałam już wcześniej o mojej współlokatorce, jest nią właśnie malująca Laura.
Sam dom, chociaż od zewnątrz już dostatecznie wyróżnia się wśród pozostałych, od środka jest jeszcze bardziej niesamowity. Kiedy po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na remont (a miało to miejsce około miesiąca po przeprowadzce, kiedy udało nam się wspólnymi siłami uzbierać potrzebną sumą pieniędzy), uzgodniliśmy, że każdy z naszej dziesiątki ma dodać coś od siebie. Mógł to być kolor kilku ścian w salonie, kształt stołu w jadalni, firanki na oknach, wygląd kanapy i foteli, albo kolor podłogi na parterze. Dzięki temu pomysłowi, dom stanowi mieszankę sztuki i gustów każdego z nas, będąc kolejnym przykładem Artystycznego Nieładu.
- Laura?- zawołałam, jednak już zupełnie ciszej, kiedy zbiegając na dół nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Omiotłam wzrokiem piętro, po czym zdecydowałam się poszukać na dworze. - Ej, słyszysz? Gdzie jesteś?!- dokładnie w tym momencie odnalazłam wzrokiem jasną postać.
- Tutaj!- długowłosa blondynka pomachała w moją stronę, ani na chwilę nie odrywając wzroku od stojącego przed nią płótna.- Nie musisz cały czas biegać.
- A ty nie musisz cały czas stać w miejscu.- odcięłam się dziewczynie, zaglądając jej przez ramię, by zobaczyć jakie to dzieło tym razem wyjdzie spod jej rąk.
- Zgoda.- Laura przytaknęła spokojnie, prawie że szeptem, po czym znów wróciła do maczania pędzla w farbie.
- Dlaczego mnie nie obudziłaś? Przecież wiesz, że miałam próbę ra…- zaczęłam, jednak współlokatorka przerwała mi w pół słowa, nawiązując ze mną tylko przelotny kontakt wzrokowy.
- Wiem.- kiedy mówiła, była całkowicie skupiona na płótnie, sztaludze, pędzlu, farbach i własnej dłoni.- Około szóstej dzwonił telefon, kazano Cię poinformować, że zaczynacie wieczorem. Poza tym…- dodała, uśmiechając się tryumfalnie.- dzięki temu telefonowi wygrałam zakład.
Parsknęłam śmiechem, słysząc dumę w głosie młodej malarki. Może była spokojna i trochę nieśmiała, ale nie potrafiłabym wyobrazić sobie lepszej współlokatorki. Poza tym, znamy się z Laurą od tylu lat, że dziewczyna w moim towarzystwie wyzbyła się jakiejkolwiek fobii przed ludźmi. Potrafimy sobie dogryzać, a w przypadku Laury jest to coś tak rzadkiego, że powinno być uznawane za cud. Poza tym, oby dwie nie potrafimy utrzymać wokół siebie porządku, więc nieźle się dobrałyśmy.
- No widzisz!- westchnęłam z zadowoleniem.- Ty przekazałaś mi ważne informacje, a ja dałam Ci zarobić. Jesteśmy kwita.- puściłam dziewczynie oczko. W odpowiedzi otrzymałam uśmiech i kolejne kiwnięcie na znak zgody. Znów zerknęłam dziewczynie przez ramię.- Na Twoim miejscu użyłabym tutaj więcej granatowego…
- Tak myślisz?- Laura złapała się za podbródek, wpatrując się w drzewa z farby, szeleszczące nad namalowanym stawem.- A nie będzie zbyt mocno kontrastowało w górą? Choć z drugiej strony…
- Dobra, to ja Ci nie przeszkadzam!- rzuciłam na odchodne, podczas krótkiego sprintu w stronę kuchni. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, ale kątem oka dostrzegłam, jak Laura macza pędzel w ciemnoniebieskiej farbie.

***



Tego wieczoru teatr świecił pustkami, choć nie było to nic nadzwyczajnego. Nie bez powodu nazywaliśmy ten, oraz cały następny tydzień „Okresem Próbnym”. Był to czas, w którym nie wystawialiśmy żadnego, nawet najkrótszego i najmniej wymagającego przedstawienia. Przychodziliśmy do teatru tylko po to, by ćwiczyć swoje role do planowanego spektaklu, a ponieważ zaskoczenie jest jedną z naszych najważniejszych broni, nie było nawet mowy o zapraszaniu gości.
- I sam ty biały, jak chusta. Zimny, jakie zimne dłonie! Tutaj połóż, tu na łonie. Przyciśnij mnie, do ust usta!- krzyknęłam, zwracając się w stronę stojącego obok chłopaka.
W jednej ręce trzymałam scenariusz, jednak zerkałam na niego najrzadziej, jak było to możliwe. Prawdę mówiąc, pamiętałam swoją rolę doskonale, jednak tylko do końca tego tygodnia mogliśmy ćwiczyć z tekstem, dlatego wolałam mieć go przy sobie. Poza tym, jeśli nie ja, to ktoś inny będzie miał z niego użytek.
Stojący naprzeciwko mnie chłopak nie miał w ręku żadnej kartki, jednak on nie potrzebował teksu. Jako duch, grał tak zwaną „rolę niemą”, czyli musiał wyrazić wszystkie emocje za pomocą gestów. Mimo to, chociaż nie musiał uczyć się scenariusza na pamięć, jego rola bez wątpienia była jedną z najtrudniejszych.
- Ach, jak tam zimno musi być w grobie! Umarłeś! Tak, dwa lata! Weź mię, ja umrę przy tobie. Nie lubię świata. Źle mnie w złych ludzi tłumie. Płaczę, a oni szydzą; Mówię, nikt nie rozumie; Widzę, a oni nie widzą!
Myślę, że najlepszym streszczeniem spektaklu, do którego się przygotowywaliśmy, byłyby dwa słowa- dziewczyna i duch. Historia, którą przedstawialiśmy na scenie pokazywała życie zrozpaczonej dziewczyny, która po śmierci ukochanego, wciąż widzi przy sobie jego ducha. Mówi do niego, choć nie otrzymuje odpowiedzi. Tak bardzo tęskni za lubym, że gotowa jest pójść w jego ślady… a co na to tłum ludzi, widzący jej rozmowę z martwym? Jedni się boją, inni przypatrują się jej z zaciekawieniem. Wiejski lud znał dobrze i chłopaka i dziewczynę, dlatego wierzy w to, że duch nawet po śmierci potrafi kochać. Najważniejszym momentem w przedstawieniu, jest jednak wkroczenie uczonego, który powołując się na naukę i własne badania, uznaje, że dziewczyna jest szalona, ponieważ on nie widzi wokół niej żadnego ducha.
Dramat, który ćwiczyliśmy jest wszystkim bardzo dobrze znany i wybraliśmy go właśnie z tego powodu. Dużo osób go czytało, jednak zaskakująco niewielu widziało na scenie. Poza tym, cały urok wystawianej przez nas sztuki polegał na tym, że opisane w „Romantyczności” wydarzenia, pokazaliśmy nie w oryginalnym czasie trwania akcji, tylko w czasach współczesnych.
Kiedy tylko ogłoszono koniec dzisiejszej próby i poinformowano, że mimo dzisiejszego opóźnienia, jutro ćwiczymy z samego rana, dopadłam swoją torbę, pospiesznie wpakowując do niej kilka swoich gratów i wielkim susem zeskoczyłam ze sceny. Po slalomie między rzędami siedzeń, wreszcie trafiłam do wyjścia, rzucając reszcie grupy krótkie „do jutra!”. Odpowiedział mi chórek kilku aktorów, którzy również zaczęli się pakować, powoli szykując się do powrotu do domu. Ja jednak nie miałam czasu na wleczenie się, o nie! Obiecałam przecież, że załatwię Engel’owi pracę przy dekoracjach, a teraz był wręcz odpowiedni moment, by porozmawiać z dyrektorem naszego teatru.
Gdy znalazłam właściwe drzwi, wparowałam z impetem do gabinetu, robiąc swoją wersję „wejścia smoka”. Podbiegłam do dużego biurka, stojącego przy oknie, oraz osoby w garniturze, która siedziała na krześle, czytając papiery o nieznanej mi treści.
- Bry!- rzuciłam, wesoło jak zawsze.
Przez chwilę obserwowałam surowy wyraz twarzy dyrektora. Mężczyzna zmrużył oczy, a między jego brwiami pogłębiła się zmarszczka. Jednak, kiedy tylko oderwał wzrok od dokumentów i zobaczył kto zawitał do jego gabinetu, jego oblicze natychmiast złagodniało, a na twarzy zatańczył uśmiech. Nawet, jeśli nasz dyrektor był zwolennikiem dyscypliny, to znał swoich aktorów, jak własną kieszeń. Skoro zauważył, że osobą, która krzyknęła do niego „bry”, zamiast powiedzieć „dzień dobry, panie Blake”, byłam ja, nie potrafił się zdenerwować. Przecież jestem Ramph, a to znaczy, że mogę bezkarnie mówić „bry!” oraz „doberek” komukolwiek zechcę.
- Ramphilla!- tak, w zamian za to, dyrektor również mógł zapomnieć o moim nazwisku.- Jak tam praca nad „Romantycznością”?- spytał, kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Duch jest wspaniały! Dean naprawdę dobrze wypadł w niemej roli.- zaczęłam opowiadać jak wyglądał przebieg próbnego przedstawienia, a kiedy skończyłam, spotkałam się z aprobata ze strony Pana Blake’a, wyrażoną poprzez skinienie głowy.- Ale zaraz, zaraz, ja przecież nie po to przyszłam!- zauważyłam, w porę przypominając sobie o celu mojej wizyty. Dyrektor uniósł jedną brew, przyglądając mi się z lekkim rozbawieniem.
- Słucham zatem. Czy coś się stało?
- Można tak powiedzieć.- powstrzymałam się od machnięcia ręką, starając się wyglądać najpoważniej, jak tylko było to możliwe. Albo chociaż poważniej, niż zazwyczaj.- Jestem tutaj, by omówić z Panem kwestię scenografii.- zaczęłam, a sam fakt, że zwróciłam się do kogokolwiek per. Pan, sprawił, że dyrektor również potraktował sprawę poważnie.- Wiem, że jeszcze nie wszystko jest gotowe , a ja znam osobę, która świetnie nadałaby się do pomocy.
Na razie nie powiedziałam niczego więcej, nie chciałam, abym brzmiała tak, jakbym się narzucała. Poza tym, dyrektor nie lubił, kiedy ktoś zawalał go na raz potokiem słów, jeśli wcześniej nie prosił o żaden opis, dlatego stałam przed jego biurkiem i cierpliwie czekałam, aż mężczyzna odezwie się pierwszy.
- Ten Twój znajomy… mówiłaś, że jak ma na imię?
Uśmiechnęłam się promiennie, zadowolona z wykonanej roboty.
- Engel, Panie Blake. Ma na imię Engel.

***

Było zbyt późno, bym zdążyła do domu na kolację, dlatego wstąpiłam po drodze do pobliskiej piekarni. Właśnie skończyłam jeść kupioną bułkę, kiedy mój wzrok przykuła pewna postać, jednak z daleka nie byłam pewna, czy to rzeczywiście ciemnooki chłopak.
- Hej, Engel!- zawołałam do niego z drugiej strony ulicy, a kiedy ten odwrócił się na dźwięk swojego imienia, zadowolona podbiegłam ku niemu.
Przebiegłam przez jezdnię, ignorując trąbiący na mnie autobus i przeklinającego kierowcę. Kiedy tylko znalazłam się przy przyjacielu, ten otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak w porę udało mi się go ubiec (co było moją specjalnością).
- Właśnie wróciłam z teatru.- wydusiłam z siebie, trochę sapiąc przez tą ciągłą bieganinę.- Rozmawiałam z dyrektorem.- kiedy uspokoiłam oddech, a serce znów biło mi w normalnym rytmie, wyprostowałam się i spojrzałam na chłopaka, uśmiechając się dumnie.- I wiedz, że właśnie stoję przed kimś, kto będzie pomagać nam w scenografii.

<Engel? >

Od Nariel CD. Erik'a

Przedstawienie dobiegło końca, zmęczona duchotą w namiocie szybkim krokiem wymaszerowałam na zewnątrz. Zimne powietrze owionęło mną natychmiast, sprawiając, że ramiona zaczęły lekko drżeć . Obróciłam się słysząc za sobą kroki. -Zmywasz się już? –Spytał Erik przystając na przeciwko mnie. Spojrzałam w niebo, a lampy dookoła zaczęły gasnąć jedna po drugiej. Kiedy z powrotem zwróciłam na niego wzrok, widoczny był tylko zarys jego sylwetki. -Raczej tak. Chociaż gdybym mogła pozostać w ludzkiej skórze trochę dłużej nie miałabym nic przeciwko. –Wzruszyłam ramionami . –W końcu bycie fretką nie jest ani trochę przyjemne.- Mruknęłam tak aby nie usłyszał. Erik przyjrzał mi się uważniej. Odgadłam sens tego spojrzenia, ocenia czy nie stanowię zagrożenia . Odwracam się do niego tyłem i ruszam przed siebie . Podświadomie wiem, że za mną nie podąży mimo to jednak ta pozytywna część mnie nie chce zostawać sama. Wchodzę coraz głębiej w noc oczy które do tej pory wpatrzone były w ziemie machinalnie kierują się ku księżycowi, czuję jak świadomość ze mnie odpływa, wszystkie uczucia myśli wspomnienia zamykane są w osobnym sejfie, który zatrzaskuje się z hukiem podobnym do wybuchu granatu, nie to nie wybuch granatu ja po prostu dostałam czymś w łeb. Mrużę oczy z bólu.
-Co ty wyrabiasz idiotko tu są ludzie! –Krzyknął ktoś nad moją głową . Przestraszyłam się i poczułam jakbym znowu byłam mała a siostra ganiła mnie za coś, więc po policzkach pociekły mi łzy . Zaczęłam się kurczyć i to w zastraszającym tępię nieznajomy nade mną wygląda na zdziwionego….
-Elik, Elik pobawmy się! –Rzucam się na niego . Unika mnie, jednak po kilku próbach zostaje złapany w uścisk małych rączek.

< Elik <3 ?>

wtorek, 28 czerwca 2016

Od Erika CD. Nariel

No cóż... Wszystko to co dotychczas przedstawił nam cyrk, mówiąc krótko, dupy nie urywa. Co prawda w cyrku ostatnio byłem...hmm.. Dawno, aczkolwiek od tamtego czasu prawie nic sie nie zmieniło. Może tylko zwierzęta są teraz mniej zadbane i bardziej zmęczone tym wszystkim. A ludzi to bawiło... Doprawdy żałosne W miare ciekawie zrobiło sie kiedy na arene wreszcie wjechała wielka klatka na kołach. W środku był oczywiście ów biały tygrys. Wreszcie coś co przykuło moją uwagę. Na pierwszy rzut oka wyglądał zwyczajnie ale jego oczy miały niesamowity, niebieski kolor. Tygrys został wypuszczony chociaż nadal przywiązany długim i grubym łańcuchem. Siedząca obok mnie Nariel poruszyła się, żeby zobaczyć jak wielki kot wykonuje różne skoki przez obręcze i inne takie. Chyba jej się podobało, chociaż kto wie. W tych czasach nikt nie ogarnie kobiet... Tygrys niedługo potem zakończył swój występ i treser batem zapędził go do klatki. -I jak... Podobało sie? - spytałem dziewczyny, chociaż nie dlatego, że mnie to jakoś interesowało. Właśnie w tym momencie postanowiłem być miły... -Całkiem całkiem. Po jakimś czasie na arene wyszło jeszcze kilka wytresowanych zwierząt takich jak małpy przebrane w sukienki, siedzące w małych plastikowych autkach... Było to tak idiotyczne, że nawey nie chciało sie na to patrzeć. Przy okazji zauważyłem wyszczerzoną Lizzy stojącą za kotarą, gdzie znikali wszyscy, którzy występowali. Za chwile jednak zniknęła. Ciekawe co znowu kombinuje... W każdym razie niedługo po tym przedstawienie się skończyło a ludzie długo klaskali. Nariel wyśliznęła sie jednak i wyszła na zewnątrz namiotu. Poszedłem za nią. Było już ciemno i chyba coś po godzinie 23. Wreszcie trochę świeżego powietrza w płucach. Wypatrzyłem Nariel 
-Zmywasz sie już? 

<Nariel? Przepraszam że tak długo x3 >

Od Vestarii CD. Venom'a

Kiedy tylko mnie dotknął poczułam się jakby chwycił mnie paraliż. Przez kilka cennych części sekundy byłam w stanie jedynie wpatrywać się w niego w szoku. Jednak kiedy pierwsze zaskoczenie minęło i już odzyskałam władzę nad swoimi kończynami zaczęłam się wyrywać jeszcze rozpaczliwiej niż wcześniej.
- Puszczaj mnie! PUSZCZAJ! - wrzeszczałam robiąc przy tym możliwie najwięcej hałasu. Żeby ktoś tylko mnie usłyszał... 
Mordownia nie wybiera. Ona zmienia ludzi, niszczy duszę, kreuje nawyki. Jak na przykład ten jakże często przeze mnie wykorzystywany odruch robienia hałasu w chwilach zagrożenia. Hałas zawsze przyciągał strażników, a ci nie ograniczali się w karaniu nas za sianie chaosu. Kreatywni byli, to na pewno. Żeby to raz zdarzyło mi się przewisieć całą nockę powieszona za kostki na placu apelowym, a to i tak była jedna z najłagodniejszych form doprowadzania nas do porządku. Najpopularniejsze poza klasycznym tłuczeniem nas do nieprzytomności było jeszcze przypalanie żelazem czy wybijanie palców, a czasem i całych ramion. Straszliwie lubowali się też w głodzeniu nas nieraz po kilkanaście dni. Rzadko kto przeżywał "dyscyplinarki". Może to i dla tego, że kary odbierały nam wszystkie siły, co w połączeniu z ciągłą ciężką pracą  nikomu nie wychodziło na dobre. Warunki do życia też mieliśmy wesołe. Mieszkając po trzech w ciasnych klitkach, gdzie poza trzypiętrowym łóżkiem nie mieściło się prawie nic poza metalową miską, co noc zmuszani do walczenia z całymi populacjami wszy i pcheł, odganiając od własnego, ciężko zagarniętego żarcia hordy myszy i szczurów, a wreszcie z krótkim, lodowatym prysznicem przysługującym za dobre sprawowanie raz na pół roku raczej nikt nie potrafił zachowywać nadziei. Losy naszej Mordowni nie leżały w interesie nikomu. Grube, obrzydliwie szare mury sięgające wyżej niż sięgaliśmy wzrokiem były jedynym elementem krajobrazu. Sama Mordownia jako jedyny murowany budynek w samym centrum mieściła około 50 000 skazanych i niemal drugie tyle strażników. To jedyne więzienie w którym przetrzymuje się więźniów po to, by powoli ich wykańczać i w ten sposób czynić świat lepszym miejscem. Co ciekawe Mordownia była i nadal jest niezależną twierdzą na wyniszczającym poapokaliptycznym pustkowiu. Wszystko co tam się znajduje, jedzenie, woda, ubrania, narzędzia, nawet broń i wszelkie inne przedmioty bądź meble wyszło z pod naszych rąk. Z pod rąk osadzonych. Tych bitych, głodzonych i zabijanych nieszczęśników, którzy za życie jakie wiedli dostali najgorszą z możliwych kar. Więc tu nasuwa się pytanie. Skoro nie potrafię powiedzieć nawet jednego dobrego słowa o tym cholernym dupsku Szatana, jakim cudem ktoś mojej postury miał prawo przeżyć tam 5 lat? Rekordzista wytrzymał równo 2 dni 4 godziny 36 minut i 12 sekund, z kolei ten po drugiej stronie tabeli żyje tam pewnie po dziś dzień i jak znam starego byka ma się dobrze. Ja wytrwałam tyle z jednego prostego powodu. Nauczyłam się wykorzystywać każdą okazję. Kiedy niepostrzeżenie podkradałam żarcie innym osobą by jakoś napchać swój żołądek, a przypadkiem zostałam przyłapana i groziła mi w najlepszym przypadku śmierć - zaczynałam wrzeszczeć i ganiać po stołówce uciekając przed wszystkim co chce mnie zabić i tym samym ściągając zastępy strażników. Jako winowajca i tak odbywałam karę wraz ze wszystkimi moimi pseudo wspólnikami, ale przynajmniej względnie się najadłam. Inna kwestia, że nie tak prosto mnie złamać. No i miałam Raydeen i Catona,  moich drogich współtowarzyszy niedoli. Razem szeroko znani jako Cudowna Trójka z Mordowni byliśmy nierozerwalną ekipą. Zawsze sobie pomagaliśmy. Tak po prostu wypadało. Ale wracając do chwili obecnej, do Venom'a i jego nieogarniętej chęci stawiania mnie w okropnych sytuacjach i tak dalej...
- Daj mi sobie pomóc - zażądał nadal się ze mną siłując. Kopałam w powietrzu i szarpałam się na boki w rozpaczliwej próbie uwolnienia się.
- NIE! Wypuść mnie! Słyszysz, kurwa?! Puszczaj! - darłam się dalej kompletnie głucha na jego słowa. Nie obchodzi mnie to, że niby che mi pomóc. Nie wierzę mu. Trzecia zasada Mordowni głosi: "Nie ufaj byle komu." To jest dla mnie byle kto. Daleko mu do Rey. Do Cato tym bardziej.
- Dobra! No już, nie szarp się tak. Spokojnie! - odstawił mnie na ziemię.
Porządnie wystraszona zerwałam się z ziemi i potykając się o własne łapy w panice rzuciłam się do ucieczki. Dopiero kiedy znalazłam się w bezpiecznej odległości od Venom'a rzucając mu na przemian wystraszone i pełne groźby spojrzenia warknęłam do niego:
- Nigdy więcej nie waż się mnie dotykać!
Nie. Nie jestem dziwna. Jestem psychopatką po przejściach. Każdy na moim miejscu wyglądałby tak, a nawet gorzej.
- Ty się dobrze czujesz? - spytał zdziwiony. Oczywiście, że nie rozumiał. Trzeba spieprzyć z Mordowni żeby zrozumieć. 
- Nie interesuj się...
Adrenalina. Piękny hormon, który sprawia, że w odpowiedniej chwili robi się rzeczy niemożliwe kiedy indziej. Gorzej kiedy już przestaje być siłą napędową. Moje gardło na nowo ścisnęło się w bólu wywołanym przez tego który niby "chce mi pomóc". Już sobie nie pokrzyczę. Zatrzęsły mi się mięśnie łap i zakręciło mi się w głowie. Widać jeszcze do siebie nie doszłam po tym jakże brutalnym i nagłym odstawieniu tlenu. Chyba jestem cholernie uzależniona. Jak wszyscy.
- Słuchaj. Nie pamiętam co się stało. A widzę po tobie, że coś się zdarzyło. Powiesz mi łaskawie czemu się tak zachowujesz? - spróbował.
Oblizałam się i przełknęłam ślinę krzywiąc się kiedy kolejne mięśnie przełyku poruszyły się pod moją skórą.
- Nie - rzuciłam cicho nie mogąc wydobyć z siebie nic więcej. Nadal obserwowałam swojego dręczyciela szukając w jego gestach sygnału, że pora uciekać. Venom jednak tylko stał nieruchomo przyglądając mi się uważnie. Zupełnie jakby szukał odpowiedzi na swoje pytania w moim płytkim szybkim oddechu, w łapach drżących niczym po ogromnym wysiłku, w dzikim, rozbieganym, choć mimo wszystko czujnym wzroku. Potrząsnęłam skrzydłami i usiadłam zwieszając łeb w dół. Jednym okiem nadal obserwowałam Venom'a, który znów stał się wilkiem. Basior zrobił parę kroków w moją stronę, a ja oczywiście natychmiast się cofnęłam.
- Nie podchodź - wychrypiałam. Nawet mój głos mnie wystawił. Cudownie.
Wilk zrobił zdziwioną minę.
- A może jednak dasz sobie pomóc? Przecież nic ci nie zrobię...
Nie odezwałam się. Po pierwsze z każdym kolejnym słowem gorzej mi się mówiło, po drugie nie widziała sensu strzępić sobie języka na tego niedorozwoja, a po trzecie usiłowałam właśnie wytyczyć w mózgu trasę nad rzekę. Kiedy w końcu po wielu przemyśleniach (taaa... Czasami coś przemyślę) dotyczących najwygodniejszej trasy, przewidywanego czasu trwania podróży, moich teraźniejszych możliwości i problemu z Venom'em wstałam. Basior bezczelnie zmierzył mnie lekko zatroskanym wzrokiem. Gdybym miała teraz palce pozdrowiłabym go tym środkowym. Teraz jednak zadowoliłam się tylko prychnięciem i ruszyłam przed siebie powłócząc łapami.
- Gdzie znów idziesz?
- Byle dalej od ciebie debilu...
Nie odpowiedział mi, ale doskonale słyszałam, że idzie za mną. Przewróciłam oczami. Wprost cudownie. Na szczęście nie powiedział ani słowa przez całą podróż. Nie przyspieszał też, ani nie próbował wciskać się w moją przestrzeń bezpieczeństwa. To chyba jedyna dobra rzecz, którą kiedykolwiek zrobił jak trzeba. W końcu dotarłam nad rzekę, wlazłam do wody tak, że chłodna woda przyjemnie obmywała mi łapy i napiłam się. Moje gardło znów zaprotestowało. Mniej niż wcześniej, co oznaczało, iż jestem na dobrej drodze do odzyskania wcześniejszej sprawności fizycznej i psychicznej. Chociaż to tego drugiego jeszcze dalej niż bliżej. Potem wróciłam na brzeg i położyłam się zwijając się w ciasny kłębek czerwono-czarno-brązowej skrzydlatej sierści. Wbiłam w Venom'a wzrok i uparcie patrzyłam jak powtarza moje ruchy najpierw idąc się napić, a potem jak sadowi się pod drzewem. On też na mnie patrzył. Nie tak ostro jak ja na niego, ale wystarczająco, żeby mnie drażnić. Bardzo chciałam się od niego odwrócić, by już nie mógł wzrokiem wwiercać mi się w moje bursztynowe tęczówki, ale nie potrafiłam się do tego zmusić. Coś mi mówiło żebym mimo wszystko nadal na niego uważała. Poza tym nie zasypia się przy swoim niedoszłym mordercy. Ba! Najlepiej nawet nie spuszczać go z oczu, co w sumie i tak stosuję. Za to cisza która nastała otuliła nas przyprawiając mnie o złudne poczucie spokoju powoli zdawała się dzwonić w uszach. Z każdą chwilą to nieznośnie uczucie się potęgowało.
- Nie odezwiesz się ani słowem? - spytał w końcu Venom. Poczułam ukłucie satysfakcji. Jestem twardsza od niego. Choć niewiele, bo sama ledwo wytrzymałam tę ciszę. Przez chwilę nawet planowałam coś powiedzieć, ale na szczęście się rozmyśliłam. Niech pocierpi. Potrząsnęłam głową przy okazji zrzucając sobie grzywkę na oko i wróciłam do leżenia nieruchomo i w absolutnej ciszy. Bezruch jest dobry. Nie pozwala przeciwnikowi dostrzec twojego stanu. Co za tym idzie może nieprawidłowo cię ocenić, a to przeważnie działa na twoją korzyść. To też zasada Mordowni. Jedna z wielu niezapisanych reguł tego zamkniętego półświatka.
- Vest... Zaczynam się o ciebie martwić... - zaczął tamten, ale prychnęłam na niego.
- Najpierw mnie dusisz, a potem dziwisz się, że nie chcę mówić... - rzuciłam cicho nadal oszczędzając gardło. Pewnie poboli parę dni.
Basior zrobił zdziwioną minę.
- Duszę...? Aaaa... Nie pamiętam tego.
- Nienawidzę cię.
- To już wiemy. Masz mi coś jeszcze do przekazania?
Znowu się zamknęłam. Po co ja w ogóle się odzywałam? Nie powinnam dawać mu tej satysfakcji. Rozciągnęłam skrzydła wprawiając je w niewielkie drgania. Nie wygodnie tak z nimi leżeć, ale nie zamierzam zmieniać pozycji. Poza tym nudziło mnie tępe przyglądanie się basiorowi, który tak właściwie niczego ciekawego nie robił. Przydałoby trochę się pobawić. Znów skupiłam się na umyśle basiora i sięgnęłam do niego swoim. Poczułam się przy tym tak, jakbym wkładała dłoń w wartki strumień. Zanurzyłam się głębiej szukając jego najgorszych lęków. O tak. Chciałam mu zesłać iluzję jego koszmarów. Wartki strumień jego myśli w miarę mojego wnikania coraz głębiej ciemniał i zwalniał. Jeszcze tylko trochę... Jeszcze odrobinę... Przypadkiem trąciłam nie to co trzeba i zamiast kurczowo uczepić się najmroczniejszych myśli mojego prześladowcy zostałam gwałtownie wyrzucona na powierzchnię. Wzdrygnęłam się odruchowo nabierając haust powietrza. Zmarszczyłam brwi. Super... Moja głowa... Potrząsnęłam głową usiłując pozbyć się dzwonienia w uszach, czym dodatkowo pogorszyłam sobie sprawę. Westchnęłam cicho ignorując pytające spojrzenie Venom'a i przeniosłam wzrok na wodę w rzece. Nadal pilnowałam czy aby basior nie spróbuje zrobić mi krzywdy, jednak moją uwagę częściowo przykuła leniwie płynąca rzeka. Jakieś migotliwe, błękitne wodorosty łagodnie falowały unoszone prądem, w pobliżu przepłynęła czterooka rybka w czerwono-złote paski. Pozostałość po Apokalipsie. Ogólnie było bardzo spokojnie. A jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju. Znów się nie udało wywołać koszmaru. Będę musiała zacząć ćwiczyć...

<Venom?>

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Od Raven'a CD. Toxic'a

- Ty to jesteś jakimś geniuszem wpadania w pułapki - zadrwiłem sobie - Ale mnie w to nie wciągniesz.
Rozwinąłem skrzydła i uniosłem się nad ziemię ciężko nimi uderzając. Póki co lawę mam z głowy, teraz tylko trzeba jakoś się wydostać na zewnątrz. Bo bądźmy szczerzy nie uśmiecha mi się zgiąć między ścianami w zwyczajnej prostej pułapce. W dodatku z Toxic'iem. Mam jeszcze sporo do zrobienia w życiu.  Mógłbym na przykład iść na bal w Hadesie albo u jakiegoś wpływowego człowieka tu na ziemi. Mógłbym przeżyć kolejną Apokalipsę, wziąć udział w kolejnej z wojen czy trochę namieszać w historii której uczyć się będą wszyscy. Po raz kolejny zmienię imię będąc ledwie cieniem na skraju pola widzenia. Lecz jakże istotnym cieniem. Cichym zabójcą, drapieżnikiem ukrytym w mroku, mordercą idealnym czekającym na dogodny moment na atak. Przede mną jeszcze lata zabawy. Długie lata wieczności spędzonej tak jak mi się tylko spodoba, no bo czy istnieje ktoś kto mógłby mnie do czegoś zmusić? Wszyscy na których mi kiedykolwiek zależało albo szczerze mnie nienawidzi albo już od dawna nie żyje. Mam tyle możliwości, tyle dróg którymi mogę jeszcze podążyć... I ja, Azeroth Sailence znany wszystkim jako Raven miałbym to wszystko zaprzepaścić? Niedoczekanie. Książęta Ciemności tak nie umierają. Nie żebym znał jakiegoś poza mną. Owszem zdarzyło mi się raz czy dwa porozmawiać z jakimś wyżej postawionym szlachcicem Hadeseu albo istotą posiadającą kawałek piekła na własność... Sam mam tylko willę zajmującą całkiem spory teren z jeszcze większym ogrodem i armią służących. Z tego też nie mógłbym zrezygnować. Jakby się tak zastanowić to w ciągu najbliższych kilku stuleci ginąć nie zamierzam. Czyli na dobrą sprawę powinienem zacząć się zastanawiać nad ucieczką w wielkim stylu.
Rzuciłem okiem na lawę leniwie rozlewającą się po posadzce. Toxic nie ma zbyt wesoło. Zwłaszcza, że coraz bardziej kurczy mu się przestrzeń do uciekania. Zostałbym i popatrzył na jego smutny koniec, lecz gorąc który zaczyna wszechobecnie panować i to, że za niedługo nie będę miał gdzie machać skrzydłami skutecznie odwiódł mnie od tego pomysłu. Rozejrzałem się dookoła analizując otoczenie. Wystarczy mi mała szpara. Tylko tyle, żeby dało się tamtędy zobaczyć pomieszczenie za ścianą... Podleciałem do jednej z dwóch nieruchomych ścian i mobilizując swoje wybitnie wyostrzone zmysły zacząłem poszukiwania.
- Ejj Co robisz? - spytał Toxic. Słyszałem w jego głosie co takiego... Może strach, może niepewność. Sam nie wiem, ale to nieważne.
- Nie zamierzam ginąć razem z tobą. A jak będziesz mieć szczęście może nawet ciebie też ocalę z dobroci serca - odparłem wodząc palcami po ścianie.
No dalej, dalej... Gdzieś ty musi być... A. Jest...
Uśmiechałem się do siebie. Będę żył. Tylko, że szparka jest naprawdę malutka i przeciśnięcie się przez nią zajmie mi zbyt dużo czasu. Nie mam go aż tyle.  Przyłożyłem otwartą dłoń do dziurki.
- Contrito - mruknąłem. Kawałek muru popękał i rozsypał mi się pod dłonią powiększając otwór. Teraz jest dobrze. Zmieniłem postać na mgłę i bez trudu wydostałem się na zewnątrz, a potem na powrót stałem się człowiekiem  Teraz ważne moralne pytanie. Wyciągnąć Toxic'a ze środka czy nie?
- Nie zapomniałeś o kimś?! - usłyszałem ze środka.
- Nie. Wydaje mi się, że wszystko co się dla mnie liczy mam ze sobą. - zaśmiałem się.
- Może łaskawie mnie stąd wyciągniesz, co?!
- Nie opłaca mi się to. Lepiej będzie bez ciebie - odparłem oglądając ścianę z dziurką, Ciekawe czy są tu jakieś ukryte drzwi. Pomieszczenie jest tak ciemne, że nawet ja ledwie widzę.
- RAVEN! Ja ciebie chyba zabiję!
- A zdążysz? - spytałem nadal szukając drzwi. Po chwili zalazłem niewielki przycisk i wcisnąłem go.
Drzwi z cichym trzaskiem wsunęły się w ścianę przy okazji sypiąc dookoła drobnymi kamyczkami i kurzem.
- Proszę ba... - nie dokończyłem widząc lawę płynącą w moją stronę. Z ledwością udało mi się uniknąć bliskiego spotkania z tą iście piekielną materią. Toxic jakoś magicznie sprawił, że lawa w której brodził po kostki przybrała intensywnie zieloną barwę nie czyniąc mu krzywdy. Może kiedyś się dowiem co właściwe to było. Chłopak widząc drogę ucieczki rzucił się w stronę otwartych drzwi. Zdążył w samą porę. Jeszcze z dwie sekundy dłużej, a zostałby tam na zawsze. Po chwili ściany zetknęły się z głuchym łupnięciem, a lawa przestała zalewać kolejne pomieszczenie. Ta której już udało się uciec z pułapki razem z Toxic'iem właśnie spływała głębokimi wyżłobieniami w tylko sobie znaną stronę. Zostawiła po sobie mocny zapach spalenizny i rozgrzaną do czerwoności poprzecinaną bruzdami posadzkę.
- Nie daruję ci tego dziwaku - warknął mój towarzysz.
- Ależ oczywiście. Nie musisz mi dziękować za to, że uratowałem ci życie. Doprawdy to drobiazg - odgryzłem się.
Pstryknąłem palcami i nad moją dłonią pojawiła się niewielka kulka czystej energii zalewająca wszystko jasną, żółtawą poświatą. Dopiero teraz mogłem przyjrzeć się pomieszczeniu. Podłoga wyglądała mi na zrobioną z jakiegoś matowego czarnego kamienia. A może matowa dzięki zalegającemu wszędzie kurzowi... Tak czy siak nie błyszczała. Wszystkie ściany wyłożone zaś były ciemnym drewnem. W równych odstępach czasu wisiały jakieś portrety, a między nimi zawieszone były wygasłe już świece. Dziwny, długi pokój.
- Tylko tym razem niczego nie włącz. - rzuciłem do Toxic'a.

<Toxic?>

Od Lizzy CD. Ehrendila

Po tym jak długouchy i jego panna sobie poszli pozostawiając mnie i rannego łepka postanowiłam spróbować starej sztuczki, która mogłaby naprawić mojego przyjaciela. Skupiłam się na czaszce, która zaczęła się rozmywać i na przemian tracić i odzyskiwać ostrość, po jakichś 4 sekundach łepek był jak nowy. Daaawno nie cofałam czasu w ten sposób, kiedyś było to dużo mniej męczące.
- Wiesz że to była twoja wina, powinnaś iść i przep..- zadowolona szybko wepchnęłam czerep do torby, nie dając mu nawet dokończyć. Jak zwykle, według niego wszystko jest moją winą. Pff... W podskokach ruszyłam za zakochaną parką, wciąż nie mam nic ciekawszego do roboty, poza tym nie wiem jak się nazywają, a skoro ja się już przedstawiłam to oni powinni też, co nie? Oczywiście kiedy tylko długouchy mnie usłyszał zaczął się irytować, jego dziewczyna z resztą też. A ja przecież się ładnie przywitałaaam. Eh, niektórym nie dogodzisz.
- Oj no dajcie spokój, nie cieszycie się na mój widok?
- Ani trochę. - odpowiedziała dziewczyna długouchego
- Tak czy siak, chciałam przekazać że łepek się nie gniewa że go połamałaś, i że ma nadzieję że cie nie uszkodził- wyjaśniłam z uśmiechem, zarówno długouchy jak i jego dziewczyna wyglądali na odrobinkę zbitych z tropu.
- Dzięki... A teraz możesz zostawić nas w spokoju?
- Jeszcze tylko powiedz jak się nazywasz, bo "dziewczyna długouchego" jest trochu przydługie i niewygodne
- Sorrow- padła krótka odpowiedź. A rzeczony długouchy wydawał się niezadowolony ze swojego nowego przezwiska.
- Okej, więc Sorrow, długouchy, życzę miłego dnia- wyszczerzyłam się i poszłam w swoją stronę, chichrając się. Obydwoje byli zaskoczeni że tak łatwo się mnie pozbyli. Przeszłam tak parę metrów, kiedy coś dziwnego zaczęło dziać się z aurą mojego Łepka (tak, łepek też ma emocje, nie wiem skąd i dlaczego, ale je ma).
- Coś nie tak?- spytałam wyciągając go z torby, emocje które go otaczały, zazwyczaj dość jednolite i monotonne, co chwila się zmieniały, w dość dziwny sposób. To może nie mieć sensu dla kogoś kto nie widzi emocji, ale wyglądały tak jakby się cofały i załamywały. Nie dostałam też odpowiedzi na moje pytanie, poczułam tylko jakby Łepek wysysał z okolicy całe ciepło, a po sekundzie niewidzialna siła posłała mnie z powrotem te kilka metrów w tył, razem z falą zassanego ciepła. Przetoczyłam się po ziemi, na szczęście nie trafiając na żadne drzewo, gdy po kilku kolejnych sekundach nic niepokojącego się nie stało wróciłam do miejsca gdzie został Łepek. I zamiast mojej czaszki znalazłam zwłoki. Konkretniej ciało wilka, w dość zaawansowanym stadium rozkładu, pozbawione już oczu, z płatami gnijącego mięsa odpadającymi od połamanych żeber, resztki skóry i futra- które kiedyś chyba było ciemnofioletowe- wyglądały jakby ktoś je stopił, podobnie jak tylne łapy, które bardziej niż cokolwiek przypominały zastygniętą kałużę, z wystającymi tu i ówdzie kawałkami kości. Na pierwszy rzut oka widać że ten wilk umarł w strasznych męczarniach, nawet jeszcze unosiły się nad nim resztki bólu i cierpienia które czół zanim zmarł, to tylko malutka cząstka tego co czół a i tak przyprawiała mnie o zawroty głowy. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się cofnąć czegoś w czasie aż tak daleko. Jak można się domyślić to jest Łepek z czasów zanim został moim Łepkiem. Cofnął się prawie aż do masakry.
- CO TO JEST?!- usłyszałam krzyk Sorrow, która razem z długouchym dopiero co wyłoniła się z pomiędzy drzew, pewnie ta fala ciepła ich zaintrygowała, albo coś...
- A jak myślisz głuptasku. Zwłoki - odparłam ze śmiechem

<Długouchy? :3>

Od Ehrendila CD. Lizzy

- To chyba nie jest mój problem - rzuciłem oschle nie patrząc na dziewczynę - Twoja wina. Za głupotę się płaci.
- Auć. Jesteś taki złośliwy... - zaśmiała się tamta. Ewidentnie jest niespełna rozumu. Tylko dlaczego to ja mam cały czas na nią wpadać?
- Czy ty nie myślisz? - spytała Sorrow z wyrzutem. Ona chyba także ma dość Lizzy...
- Ymmmm... Myślę! Czaaaasaaaaami... - odpowiedziała Lizzy nadal oglądając czaszkę ze wszystkich stron - A teraz myślę, że wisicie mi nowego Łebka.
- O czym ty mówisz? My przecież nic nie zrobiliśmy - pokręciłem z niedowierzaniem głową.
- Ciii... No i co z tego? - spytała - To wasza wina, że akurat teraz tędy przechodziliście.
- Nie. Mam dość - warknąłem łapiąc Sorrow za rękę - Idziemy stąd.
Niemal ciągnąc za sobą swoją dziewczynę ruszyłem w przeciwną do Lizzy stronę. Nagle usłyszałem głośny śmiech. Rzuciłem okiem przez ramię żeby sprawdzić co takiego się stało i czy stanowi to zagrożenie. Lizzy z triumfującą miną chowała czaszke do torby. Całą czaszkę...
Zmarszczyłem brwi. Coś ewidentnie tu nie pasowało. Przy tamtej wariatce dzieją się dziwne rzeczy. Tylko co ja jej takiego zrobiłem, że z takim uporem uprzykrza mi życie? Wiele pytań, a odpowiedzi nie mam.
- Ehrendil...? Już dość! Przestań mnie ciągnąć! - zaprotestowała Sorrow. Zwolniłem i puściłem rękę dziewczyny. 
- Wybacz.
- Nie szkodzi. Wiem, że jej nie lubisz - stwierdziła dziewczyna podchodząc do mnie. Przytuliłem ją.
- To mało powiedziane, że jej nie lubię - powiedziałem cicho.
- No czeeeeeeeść gołąbeczki! Tęskniliście za mną? - wzdrygnąłem się słysząc irytujący głos Lizzy. Znowu ona...


<Lizzy?>

niedziela, 26 czerwca 2016

Od Nirvany CD. Zero

Zaniepokojona postanowiłam jednak nie być uparta i zostać na wzgórzu.
Fakt, faktem, że Toxic zepsuł nam wspólne spędzanie czasu jednak dobro watahy jest najważniejsze.
Siedząc tak i rozmyślając po dłuższej chwili postanowiłam wstać i udać się w nieco bezpieczniejsze miejsce - naszej jaskini.
Usiadłam na kanapie i postanowiłam zrelaksować się czytając wspaniałą powieść, jednocześnie wciąż gorączkowo martwić się o Zera.
Wstałam z kanapy na chwilę odkładając książkę na stolik po czym włączyłam czajnik elektryczny. Na chwilę przycupnęłam na taboreciku czekając aż woda się zagotuje. Zalałam kawę i postanowiłam, że poczekam aż ostygnie, czekając tak zauważyłam jak do domu wpada Zero.
Podbiegłam do niego :
- Zero? Co się tam dzieje? - zapytałam zaniepokojona
- T...to demony... - wykrztusił gorączkowo po czym wstał i prostym gestem kazał mi się schować. Posłuchałam go,nie miałam wyjścia.
Po chwili wpadł za nim Toxic i wspólnie próbowali unicestwić tę mroczną istotę.

<Zero?>

Od Ehrendila CD. Sorrow

- Kakao tak? - spytałem szukając potwierdzenia. Zawsze lepiej dopytać drugi raz niż popełnić błąd.
- Poproszę - odpowiedziała Sorrow uśmiechając się uroczo.
- A nie powinnaś czasem wypić jakiejś herbaty z miodem i cytryną? To zrobiłoby ci lepiej niż kakao.
- Chcę kakałka.
- No dobrze, już dobrze - zaśmiałem się - Za drugim razem usłyszałem... Zaraz ci przyniosę.
Ledwo wypowiedziałem te słowa gdy do moich uczu dotarł odgłos małych pazurków uderzających w drewniany parkiet i drugi, takich nieco większych pazurów. Rozejrzałem się w poszukiwaniu źródła owych dźwięków. Jednak ono znalazło mnie pierwsze i przybrało postać wiewiórki wspinającej się po nogawce moich spodni. Po krótkiej chwili wiewiórka zajmowała już miejsce na moim ramieniu wtulając pyszczek w mój policzek. Pod nogami natomiast dumnie kołysząc ogonem przechadzał się Echo - nasz wielki kot. Jakby tego było mało do pokoju wleciał jeszcze ptaszek o imieniu Pumpkin, a w oknie pojawił się łeb Wędrowca.
- Zaczekajcie wszyscy. Zajmę się wami po kolei - zarządziłem idąc do kuchi odprowadzony chichotem swojej dziewczyny. Najpierw zajmę się Sorrow. To najważniejsze. Sprawnie rozpaliłem ogień i wstawiłem na niego naczynię z mlekiem. W międzyczasie wyciągnąłem już kubek i wszystko co było mi potrzebne do przygotowania napoju. Na szczęście weganinem nie jestem. Gdybym był kakao leżałoby poza dostępnymi mi napojami. Jednak ja jestem elfem. Wychodzę z założenia, że zwierzęta, w zamian za opiekę oddają nam to co mogą, bez uszczerbku na zdrowiu. Czyli wystarczy nie marnować jedzenia i doceniać każdy posiłek. Nic trudnego. Tymczasem mleko zdążyło już się zagrzać. Zgoniłem wiewiórkę ze stołu i wlałem mleko do przygotowanego kubka. Zaniosłem kakao Sorrow.
- Proszę, kwiatuszku. -postawiłem na stoliku obok łóżka kubek i nachyliłem się do dziewczyny poprawiając na niej kołdrę. Pocałowałem ją w czoło.
- Gdybyś czegoś potrzebowała koniecznie daj mi znać - poprosiłem prostując się. Wróciłem do kuchni po garść mieszanki orzechów i kawałków owoców, które już wcześniej przygotowałem dla Ezreala. Teraz tylko nasypałem trochę do niewielkiej miseczki i zostawiłem ją na stole razem z bardzo zadowoloną wiewiórką. Pogłaskałem Echo po głowie i podrapałem go za uchem, a potem pod brodą. Wielki kot postanowił jednak wcisnąć się pod przykrycie razem z Sorrow, więc dałem mu spokój. Pumpkin w tym czasie zdążył już podkraść wiewiórce kilka orzechów, co oczywiście nie wywołało nic dobrego. Tak że wiewiórkę musiałem złapać w powietrzu, posadzić ją na stole i dosypać jej jedzenia, a potem wygonić ptaszka za okno. Został mi tylko Wędrowiec. Otworzyłem drzwi wpuszczając majestatyczne stworzenie do domu. Tak jak się spodziewałem biały jeleń zajął miejsce między łóżkiem, a stołem i położył się. Wziąłem koc i nakryłem nim grzbiet zwierzęcia. Upewniłem się dwa razy, że już nikt nic ode mnie nie chce. Doniosłem Sorrow więcej kakaa i wyniosłem się do sali treningowej. Ćwiczyłem tak samo jak zawsze. Jeden utarty ciąg ćwiczeń, który po kolei rozciąga i wzmacnia każde partie mięśni. Porzucałem jeszcze nożami do celu z typową mi precyzją i urządziłem sobie mały sparring z workiem treningowym.
Zanim się obejrzałem minęło kilka godzin. Wróciłem do pokoju w którym wszystkich zostawiłem. Zastałem tam uroczy widok. Wędrowiec nadal leżał na ziemi, a obok niego zwinięty w kłębek spał Echo, na którym z kolei spał nie kto inny jak Ezreal. Uśmiechnąłem się przenosząc wzrok na Sorrow. Na co mi dzieci? Mam taką rozczulającą bandę zwierzaków, które kocham i za którą w ogień bym wskoczył.
- Ehrendil...? Położysz się tu ze mną? - spytała Sorrow.
- Ćwiczyłem - zauważyłem - Najpierw chciałbym się umyć. Będzie przyjemniej.
- Mhm... Tylko nie za długo.
- Naiher el nun...
Zabrałem ręcznik, czyste ubrania i ruszyłem do łazienki. W miarę szybko zmyłem z siebie pot. Z myciem włosów zawsze mi dłużej schodzi... Bądźmy szczerzy. Z włosami sięgającymi do kolan kiedyś miałem pseudonim "Roszpunek". Nienawidziłem go i lepiej, żeby został on nadal w przeszłości. Wyszedłem spod prysznica i ubrałem ha siebie lużne spodnie. Całkiem na boso wyszedłem z łazienki i udałem się prosto do dziewczyny po drodze jeszcze znajdując chwilkę na przytulenie do siebie Wędrowca. W końcu usiadłem na łóżku obok dziewczyny niedbale machając grzebieniem.
- Pomożesz mi? - spytałem.
- Jasne. -dziewczyna wyjęła mi z ręki grzebień. Po nieco dłuższej chwili moje włosy były już rozczesane i zaplecione w pojedynczy długi warkocz. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością do dziewczyny i ułożyłem na łóżku obok niej. Objąłem ją tak, jakbym własnym ciałem starał się osłonić ją przed wszystkim co może jej zagrozić, a ona wtuliła się w moją nagą pierś. Uścisnąłem ją jeszcze lekko.
- Może chodźmy spać? - zaproponowałem.
- Okej - ziewnęła i zamknęła oczy nieświadomie bawiąc się końcówką mojego warkocza. Uśmiechnąłem się również zamykając oczy. Bądź co bądź wstaję przecież o świcie...

<Sorrow?>

sobota, 25 czerwca 2016

Od Kayli CD. Nazgar

-Nic nie szkodzi
Odpadłam z uśmiechem. Cisza jest nawet dobra, pozwala ci się skoncentrować nad otoczeniem a nie tylko osobami z którymi gadasz. Z reszta nie jest to zdecydowane ze każda osoba musi lubić rozmawiać z innymi. Jeżeli nie chce to trzeba zaakceptować jej decyzje a nie zmuszać do czynu przeciwnego. W naszym spacerze w którym wędrowałam u boku Nazgar, towarzyszył nam pośpiew ptaków które latały i także siedziały na gałęziach drzew, i trawie. Słońce nas grzało i w ogóle było dosc przyjemnie. Można było czy jak pogoda zmienia sie z wiosny na lato. Kiedy tak wędrowałam dostrzegłam ze Nazgar szła tak jak by wiedziała gdzie. Choć przed chwila mówiła ze za bardzo terenu nie zna. Było to bardzo podejrzane. Jeszcze dziwniej sie zrobiło kiedy poczułam chłód obok mnie. Na początku myślałam ze to wiatr, ale po chwili było to dziwne uczucie jak by tam cos było.
-Nazgar, czy ty tez masz to dziwne uczucie?
Wiem ze nie przepada za rozmowami i pytaniami ale to co tu się działo ani troche mnie się nie podobało. Tak jak by to miejsce było nawiedzone. Moje myśli były pełne pytań i rozmyśleń co to, ale postanowiły poczekać na to co Nazgar ma do powiedzenia. 

<Nazgar?>

Od Venom'a CD. Vestarii

Nie miałem żadnego pojęcia co właśnie się stało. Znaczy, nie wiedziałem co zrobiłem. Bo pewne było to że się zmieniłem. Smutny jest fakt ze po fakcie nic nie pamiętam. Ale czasami się nawet z tego powodu ciesze. Mój wzrok skierował się w stronę Vest. Która nie wygląda najlepiej. Wlekła się dość powoli gdzieś, nie za bardzo mogłem określić gdzie bo terenu za bardzo nie znam. Ale jeżeli się nie mylę to tam rzeka była.
-Gdzie leziesz?
Zapytałem powoli podchodząc do dziewczyny na co ta parzyła na mnie morderczo. I powoli się oddalała.
-Odwal się ode mnie do cholery!
Warknęła przez ramie nie zatrzymując się. Jakoś dziwnie mi było patrzeć jak Vest która przed chwila była tak pewna siebie. Teraz się wlekła nie wiadomo gdzie.
-Zabije mnie
Mamrotałem pod nosem po czym podeszłam do dziewczyny. W brew jej woli pomogłem jej. Ta zaś wszystko robiła by ja puściłem ale próbowałem to zróżnicować.
-Weź przestań i powiedz gdzie idziesz, to pomogę
-Ta jasne, a potem kurwa mnie zabijesz! Dostaw mnie pojebie!
Przewróciłem oczami i wciąż próbując pomóc dziewczynę westchnąłem.

<Vest? Sry ze nonsens xd>

czwartek, 23 czerwca 2016

Od Engel'a CD. Ramphilli

Zerknąłem na kartkę i zacisnąłem dłoń.
- Tak... Dzięki. No to ten... Do wieczora - wymamrotałem nieco nie wyraźnie.
Myślami byłem już zbyt daleko, by być w stanie skupić się na obecnej chwili.
- Pewnie. Cześć! - odpowiedziała Ramphilla.
Zaraz potem zgodnie się odwróciliśmy i pomaszerowaliśmy w swoje strony. Nie mam pojęcia gdzie taka osóbka może mieszkać, ale prawdę powiedziawszy nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Dużo bardziej interesujący okazał się mój cień tańczący na chodniku i drzewa w niewielkim parku przez który musiałem przejść. Latarnie nie dawały już tak dużo światła i były rozmieszczone bez porównania rzadziej niż te przy głównej ulicy. Przechodziłem tędy niezliczoną ilość razy o różnych porach dnia i nocy, więc nieco mroczna atmosfera wcale mi nie przeszkadzała. Nie miałem też wrogów, których miałbym się obawiać. Fanów tym bardziej bym się nie spodziewał. Tym bardziej, że takowych nigdy nie posiadłem. Jestem tym typem artysty, który mimo tego, że robi dużo właściwie nigdy nie został doceniony czymś więcej niż tylko wsparciem pieniężnym w najmniejszej możliwej kwocie. Więc przez całe 10 minut mojej drogi do niewielkiego mieszkania w dość uroczej kamienicy nie działo się zupełnie nic. Gdy wspinałem się na trzecie piętro po schodach starając się nie zabić w ciemnościach i nie pobudzić przy tym wszystkich sąsiadów też nic się nie działo. Może poza tym, że naprawdę nie chciałem obudzić pani Byrenie, która mieszkała na przeciwko. Już i tak jej przeszkadza fakt, iż czasami musi słuchać jak gram w środku nocy szykując się do kolejnego występu. Nie chciałbym by znienawidziła mnie jeszcze bardziej. Tak cicho jak tylko było to możliwe wsunąłem klucz do zamka i przekręciłem go. Wszedłem do swojego mieszkania odruchowo zapalając światło. Cicho zamknąłem drzwi i ogarnąłem wzrokiem niewielki korytarz. Gitara stała w kącie tak jak ją zostawiłem gdy wychodziłem. Na szafce nadal leżała teczka z szkicami, na której niedbale rzucone było kilka ołówków i gumka do ścierania. Ogólnie nie jestem zbyt dobry w utrzymywaniu porządku, więc idąc dalej pewnie natknął bym się coraz to nowe rzeczy porzucone w przypadkowych miejscach. Taki już mój urok. Rzuciłem karteczkę z numerem dziewczyny na teczkę ze szkicami i poszedłem do łazienki wziąć szybki prysznic. Rano pewnie nie miałbym na to czasu, a wypadałoby wyglądać jak najlepiej kiedy już stanę przed człowiekiem który zadecyduje o tym czy dostanę pieniądze czy nie. Bądź co bądź rachunki bezlitośnie gonią zupełnie nieczułe na to jak aktualnie mi się powodzi, a ja szczerze powiedziawszy nie mam ochoty wylądować na ulicy z całym dobytkiem. Nie potrzeba mi więcej kłopotów niż już mam. Wychodząc z łazienki zahaczyłem jeszcze o kuchnię. Z szklanką wody w dłoni usiadłem na łóżku wolną ręką zrzucając wszystko co na nim było na ziemię. Kiedyś to być może sprzątnę. Z naciskiem na słowa "być może". Upiłem łyk wody skacząc wzrokiem po wygniecionym, podartym i niezliczoną ilość razy pozginanym ogłoszeniu. Znałem jego treść już niemal na pamięć, więc kolejne czytanie całości zajęło mi aż kilka sekund. Na nowo złożyłem kartkę i odłożyłem ją na szafkę przy łóżku. To już dzisiaj. Jeśli się przyjmę dostanę dobrze opłaconą robotę przy niewielkim pokazie mody. Niby nic takiego, a jednak uważam, że może być ciekawie. No i suma pieniędzy o której mowa w ogłoszeniu skutecznie mnie skusiła. Dawno nie pracowałem w takich warunkach. Przynajmniej jestem prawie pewny, że raczej będę tam osobą z serii "Przynieś, podaj, pozamiataj, zrób to" niż kimś kto po wszystkim zbierze jakieś laury, więc jakkolwiek by to nie było na pewno nie będzie tragicznie. Westchnąłem. Dobrze... Koniec myślenia. Trzeba jeszcze zdążyć się wyspać. Odstawiłem na wpół opróżnioną szklankę na szafkę obok ogłoszenia i położyłem się od razu zagrzebując się w pościeli. Całe moje zasypianie nie trwało jakoś specjalnie długo.

Rano obudził mnie promień światła padający na moją twarz wprost z lekko uchylonego okna. Znów zapomniałem go zasłonić... Przewróciłem się na brzuch naciągając kołdrę na twarz. Jednak zdawało mi się, że zapomniałem o czymś ważnym. Uchyliłem kołdrę jednym okiem patrząc na zegar wiszący na ścianie. 9:45. Zerknąłem po raz kolejny upewniając się, że się nie pomyliłem. A potem jak poparzony wyskoczyłem z łóżka i potykając się na walających się wszędzie rzeczach popędziłem do łazienki. Za 15 minut muszę być już na rozmowie! Nie zdążę...! Zwinąłem po drodze pierwsze lepsze pasujące do siebie ubrania. Padło na czarne, nieco sprane, wytarte jeans'y i intensywnie zielony lekko na mnie opięty T-shirt z wiele mówiącym czarno-białym napisem "Zaufaj mi, jestem artystą" na plecach. Taki śmieszny prezent dostałem kiedyś od przyjaciela z Neo-bohemy. Wpadłem do łazienki w biegu zmieniając koszulkę w której spałem na tę w której mam wyjść i wciągając na tyłek spodnie. Mam już opracowane metody skutecznego wychodzenia z domu pod presją czasu. Nagminnie mi się do zdarza. Odkręciłem kran i przemyłem twarz zimną wodą, żeby się do końca obudzić. Kilkoma wyćwiczonymi ruchami nadałem swoim włosom akceptowane przeze mnie ułożenie, czy raczej jego kompletny brak. Zaraz potem z siłą i prędkością huraganu przebyłem drogę od łazienki, przez pokój do drzwi wyjściowych po drodze wrzucając do torby wszystko co potrzebne. Ubierając swoje nieco już podniszczone trampki rzuciłem okiem na zegar. 9:50. Niezły czas, ale nadal jestem spóźniony. Wyszedłem z domu, zamknąłem drzwi i skacząc po dwa schody zbiegłem na dół.
- Dzień dobry pani Byrenie! - rzuciłem wesoło przeciskając się w drzwiach obok staruszki.
- Uważaj chłopaczku! - rzuciła do moich pleców kiedy lawirując między ludźmi biegłem na przystanek ścigając się z nadjeżdżającym autobusem. Te po Apokalipsie są jakieś dziwne... Nikt nie ma samochodu, bo żadne paliwo nie działa już na silniki. A kilka autobusów po mieście kursuje. Tak jakby zupełnie nic sobie nie robiły z tego, że działają wbrew wszelkiej logice. Chociaż na rękę mi to. W ostatniej chwili wskoczyłem do dusznego autobusu. Tuż za mną drzwi zamknęły się do końca. Rozejrzałem się po autobusie szukając wolnego miejsca. Jedyne takie pozostało obok dziewczyny która chyba chciała zlać się z otoczeniem. A przynajmniej, sądząc z jej czarnego jak noc ubioru, włosach i makijażu w takim samym kolorze i całej masie różnych "mrocznych" dodatków, zdecydowanie nie szukała towarzystwa. Mimo to usiadłem obok od razu wbijając wzrok w ulicę za szybą. Czas goni. Jeszcze tylko... obrzuciłem wzrokiem zegar na przodzie autobusu i wróciłem do wpatrywania się za szybę. 9:52. Mam aż 8 minut i jeszcze nie zjadłem śniadania. Szkoda trochę... Autobus leiwie toczył się przez kolejne ulice nieczuły na to, że mi się spieszy. W pewnym momencie towarzyszka mojej podróży z pogardą zmierzyła moją dłoń, którą nerwowo wybijałem na udzie rytm. Kiedy w końcu trafił się mój przystanek była już 9:58. Wyskoczyłem z autobusu jak poparzony (co i tak jest najłagodniejszym określeniem) i niemal biegiem ruszyłem w stronę dużego budynku po drugiej stronie ulicy.
- Zdążę... - mruknąłem z rozmachem otwierając drzwi. Poprawiłem swój wygląd. Może z przyzwyczajenia, może z poczucia, że każdy szczegół ma teraz znaczenie. Tuż przed samymi drzwiami do gabinetu mojego być może przyszłego pracodawcy przystanąłem i odetchnąłem. To tylko kolejna z wielu takich rozmów. Dam sobie radę... Zapukałem i otworzyłem drzwi. Wewnątrz za wielkim drewnianym biurkiem siedział łysy mężczyzna w garniturze. Pierwszy minus dla mojej osoby za strój... Spojrzałem na zegar na ścianie. 10:01. Nie zdążyłem. Mężczyzna spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem.
- Spóźniłeś się...
- Engel. Jestem Engel - przedstawiłem się. Zapisał to na kartce - To tylko minuta proszę pana...
- Każda minuta ma znaczenie - odparł tamten gromiąc mnie spojrzeniem. Kolejny minus a moje konto... Już nie mam tej roboty.
- Co masz mi do zaoferowania? - spytał niechętnie potwierdzając moje przypuszczenia. Sięgnąłem do torby.
- Mam do pokazania całkiem sporo, proszę pana.

<Ramphilla? Polsatowskie cięcie musiało być xd W następnym odcinku dowiemy się czy mam tę robotę>

Od Toxic'a CD. Raven'a

Miałem wielką ochotę by zrobić cokolwiek byle by ten piekieł poczuł ból. Niestety sobie odpuściłem.
-To ze niby jesteś 'perfekcyjny' nie oznacza ze wszystko dostaniesz
Przecedziłam przez żeby, w tym samym czasie co odwróciłem się plecami do czerwono-okiego. Kontynuowałem podróż tym tunelem, ciagle powstrzymując moje zmysły od reagowania na okoliczności w których byliśmy. Idąc przed siebie robiłem wszystko by tylko ignorować słowa 'aniołka', tylko po to by w końcu musz znaleść wyjście. To była chyba najdłuższa podróż która kiedykolwiek przeżyłem. Dość ze ten chciał mi rozwalić nerwy do reszty, to jeszcze musiałem się powstrzymywać zmysł węchu z większości od reagowania na te straszne okoliczności w których w tym monecie byłem. Kiedy juz minęło jakies pare minut. Zaczęło się przejście powietrza aż stało się pokojem. Zapach zgnilizny i grzyba nie był juz tak intensywny. Tutaj pachniało prędzej dymem, co mnie lekko zdziwiło. Do czasu gdy znów miałem szczęście uruchomić machinie tego co sobie zamieszkał w tym domku lata temu. Ku mojemu zdziwieniu otwarł się sofie prosto przede mną. Następnie ujrzałem ławę wypływająca z tego otwarcia na co odskoczyłam od zagrożenia prawie wpadając na Raven'a. A żeby tego było mało dostrzegłem jak ściany powoli zaczęły się przesuwać w środek pomieszczenia mając w narzut nas zmiażdżyć.

<Raven? Postanowiłam napisać wszystkie opka zaległe dziś. Wiec sry ze krótkie>

Od Sorrow CD. Ehrendila

W drodze powrotnej nie napotkaliśmy żadnych przeszkód. Przemierzaliśmy las w dość cieplej pójdzie. Niestety moja odpornośc nie jest wiele warta, wiec tak czy siak juz mam przeziębienie. Przez JEDEN zimny prysznic. Zaczynało mnie o męczyć. Na szczęście tym razem miałam kogoś kto by o mnie zadbał. Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam na partnera. Wyglądał lekko zaniepokojony i rozbawiony w tym samym czasie.
-Nie mogę się doczekać aż wyzdrowieje i pójdziemy po pływać
Powiedziałam zadowolona wiedząc ze jezioro będzie niedługo wystarczajaco ciepłe by można było w nim pływać. Niestety po tym pięknym zdaniu musiało mnie odwiedzić następne kichnięcie w towarzystwie kszypania. 
-Lepiej wyzdrowiej, a potem myśl o zabawie
Powiedział lekko rozbawiony Ehrendil patrząc na mnie jak na niewinne stworzonko. Jak juz dotarliśmy do celu od razu pozbyłam się zbędnych ubrań i w koszulce i bieliźnie powędrowałam do łóżka.
-Ehreendiil~ a możesz zrobić kakauko?
Zapytałam przykryta po brodę, robiąc szczenięce oczka.

<Ehrendil? Sry ze bez sensu i ze tak późno. Postaram sie powrócić z nieaktywności.>

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Od Ramphilli CD. Engel'a

Kiedy pokaz fajerwerków dobiegł końca, oboje wstaliśmy z trawy, otrzepując dłonie z drobnych grudek ziemi. Cóż, szczerze powiedziawszy to brud nigdy bardzo mi nie przeszkadzał, dlatego bez zbędnych ceregieli wytarłam się o spodnie i rąbek bluzki. No dobra, właściwie to Engel wstał pierwszy, wspominając coś o rozmowie o zleceniu. Ja podniosłam się zaraz po tym, co odrobinę zdziwiło chłopaka. A przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Lekko uniesione brwi mogły oznaczać nie tylko pytanie, ale równie drobne rozbawienie stanem, do jakiego doprowadziłam swój wygląd poprzez wcieranie ziemi w ubranie.
- Też już idziesz?- zagaił chłopak. Odpowiedziałam energicznym kiwnięciem głowy, dodając wesołe „achaa!”. Kiedy obrzuciłam przelotnym spojrzeniem zawartość swojej torby, upewniając się, czy aby na pewno wszystko jest na swoim miejscu i przewiesiłam cały swój dobytek przez ramię, Engel dodał.- Wiesz, nie musisz tego robić ze względu na mnie.
Machnęłam bezceremonialnie ręką, posyłając chłopakowi wyszczerz zadowolonego sześciolatka. Nawet nie zauważyłam w którym momencie ruszyliśmy przed siebie, opuszczając polanę i tym samym, kończąc nasze Święto Wiosny.
- E tam, nie ma sprawy.- odpowiedziałam, dopiero wtedy, gdy już znaleźliśmy się poza miejscem imprezy.- Wiesz, bez Ciebie i tak nie miałabym tam zbyt wiele do roboty.- rzuciłam, wzruszając ramionami.
- Poważnie?- szatyn uniósł jedną brew, uśmiechając się dumnie.- Czuję się zaszczycony.
Przewróciłam teatralnie oczami, parskając śmiechem. Otworzyłam usta, szybko układając w myślach złośliwy komentarz, jednak w ostatniej chwili dotarło do mnie, że o późniejszej porze chyba kończy mi się wena na docinki. Dlatego też ograniczyłam się do pokręcenia głową, z udawanym niedowierzaniem.
- Ej, Engel?- ponownie zagaiłam do chłopaka, na co ten zaśmiał się rozbawiony.
- Ty chyba nie umiesz zbyt długo wytrzymać w ciszy, co?
Pokręciłam przecząco głową. Poczułam, jak kąciki moich ust ponownie unoszą się ku górze, tym samym, zdobiąc twarz uśmiechem. Zupełnie, jakby stwierdzenie tak oczywistego faktu, jak „nie umiesz się zamknąć” było dla mnie komplementem. Właściwie to… nazwijcie mnie wariatką, ale zrobiło mi się dziwnie miło. Chyba faktycznie odebrałam to jako komplement. 
- Nie, nie umiem!- odparłam dumnie.- A teraz lepiej powiedz, jak daleko?- Chłopak spojrzał na mnie badawczo, więc szybko dodałam.- Do Twojego domu. Odprowadzę Cię.
Engel posłał mi zdezorientowane spojrzenie, nie kryjąc przy tym zdziwienia. Zrobił przy tym zabawną minę, jednak kiedy tylko otrząsną się z krótkiego transu, parsknął, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- O ile dobrze pamiętam, zwykle to właśnie chłopak odprowadza dziewczynę, nie na odw…- nie skończył zdania, gdyż bez uprzedzenia przyłożyłam mu rękę do ust.
- Ciii, w pobliżu mogą czaić się świrnięte feministki! Jeszcze któraś Cię usłyszy.- rzuciłam żartem. Zaraz puściłam Engel’a, odkładając również swoją rękę na miejsce. Oboje zaśmialiśmy się, jednak już nie tak energicznie, jak kilka godzin temu. Dopiero ten fakt uświadomił mi, jak bardzo zrobiło się późno. Może wydać wam się to dziwne, jednak właśnie w tym momencie dotarł do mnie charakterystyczny, nocny chłód, jakże typowy dla tej pory dnia. Włożyłam jedną rękę do kieszeni, drugą wciąż trzymałam pluszowego misia, przez co było mi całkiem ciepło.
Moje niebieskie oczy w ułamku sekundy wyłapała przebiegłe spojrzenie przyjaciela.
- To nie ja jestem tutaj najgłośniejszy…- zauważył Engel, rzucając z pozoru najzwyklejszą w świecie uwagę. W rzeczywistości była to tylko kolejna zaczepka, gdyż, całe szczęście, daleko było temu do niemiłej sugestii.
To stwierdzenie zapoczątkowało kolejną, długą rozmowę, która w mgnieniu oka przemieniła się w kłótnię. Jednak nie taką prawdziwą, po której dwójka ludzi nie tylko przestaje się do siebie odzywać, ale nawet przechodzi na drugą stronę ulicy, unikając wzroku dawnego towarzysza. Nic z tych rzeczy! Był to kolejny przykład żartobliwej i udawanej sprzeczki, jakże typowej dla znajomych, którzy potrafią znaleźć wspólny język.
Szliśmy tak jeszcze kilkanaście minut, najpierw rozmawiając ze sobą, a zaraz potem zgodnie milcząc. Co ciekawe, cisza, która czasem między nami nastawała nie była ani trochę niezręczna, a osoby, w których towarzystwie kiedykolwiek doznałam podobnego wrażenia, mogę policzyć na palcach jednej dłoni. 
Snując się przez miasto, jak twe dwa cienie, mijaliśmy kolejne skrzyżowania, ulice i łączące się z nimi małe uliczki, wyglądające niczym dopływy, wpadające do większych rzek. Cały czas rozglądałam się dookoła, przyglądając się uważnie każdemu sklepikowi, każdemu domu, każdemu drzewu i każdej ławce, jakbym po raz pierwszy znalazła się w tych okolicach. Zapewne wyglądałam przy tym, jak zagubiona turystka, ale przecież byłam tutaj wiele razy i nie jeden raz przyszło mi oglądać te wszystkie rzeczy, które teraz ponownie przykuwały mój wzrok. Prawda jest taka, że bardzo lubię przyglądać się znajomym kształtom w świetle księżyca, bo kiedy zachodzi słońce, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Tak było również tym razem, kiedy obserwowany przeze mnie krajobraz zdawała się tak dobrze znajomy i niepokojąco obcy zarazem. 
Nasze cienie wędrowały przy nas, leniwie czołgając się po chodniku. Co chwila zmieniały długość i kierunek. Raz długie wędrowały daleko przed nami, jakby myślały o oderwaniu się od własnych właścicieli, a zaraz potem wracały w mgnieniu oka i niewielkie, posłusznie podążały przy naszych stopach. A wszystko to za sprawą rzędów miejskich latarni, które stoją w równych odległościach od siebie przy każdym bardziej uczęszczanym chodniku. Zarówno rzucane przez nie światło, jak i nasz ciągły ruch, sprawiały, że cienie płatały nam figle.
Engel zatrzymał się niespodziewanie przy skrzyżowaniu, a ja o mały włos na niego nie wpadłam. 
- Tutaj chyba się pożegnamy.- odparł chłopak, zapewne studiując w myślach dalszą drogę do domu i czas, jaki zajmie jej pokonanie.- Dalej dojdę sam, a ty też zapewne musisz jut… dziś wcześniej wstawać.- poprawił się, choć ja wciąż nie wierzyłam, że za niecałe sześć godzin będę musiała wstawać i iść na próbę do teatru. Ale co począć? Przedstawienie tuż tuż, dlatego musimy zrobić co w naszej mocy, by wyszło jak najlepiej!
- Jasne! W takim razie… do jutra, tak?- zabrzmiało to bardziej jak pytanie, niż stwierdzenie, gdyż szczerze powiedziawszy, nie miałam pewności, czy jutro znów na siebie wpadniemy. Całe szczęście, Engel rozwiał moje obawy jednym skinieniem głowy.
Takim oto akcentem, zakończyliśmy dzisiejszy dzień i każde z nas ruszyło w swoja stronę. Nie uszłam jednak więcej, niż kilka kroków. Coś nie dawało mi spokoju. Bez przerwy nękało mnie to dziwne uczucie, świadomość, że nie zrobiło się tego, co powinno. Tylko o czym mogłam zapomnieć… no oczywiście!
- Engel!- zawołałam do chłopaka, a nim ten zdążył się odwrócić i zapytać co się stało, biegiem znalazłam się u jego boku z kawałkiem kartki w jednej dłoni i ołówkiem w drugiej. Całe szczęście, że zawsze noszę przy sobie przybory do pisania, inaczej mielibyśmy problem.
- Co robisz?- spytał w końcu, kiedy już prawie kończyłam wypisywać numery na kartce, używając kolana jak podkładki. Pokazałam świstek chłopakowi, a ten odrobinę zmarszczył brwi, przyglądając się wygrawerowanym symbolom.- Numer.- przez ledwo wyczuwalną niepewność w głosie, brzmiało to bardziej, jak pytanie.
- Acha.- przytaknęłam z uśmiechem.- Może na taką nie wyglądam, ale nawet ja noszę przy sobie starą cegiełkę. Zadzwoń jutro wieczorem, do tego czasu dowiem się, czy potrzebujemy pomocy przy scenografii i co ewentualnie miałbyś tam robić.- wyjaśniłam.
Ciemnooki przyglądał się kartce z numerem, a następnie mnie. Zaraz jednak jego wzrok znów przeniósł się na zapisany papier, później na niebieskowłosą, znów na papier, a na koniec spoczął na mnie. Być może to przez późną porę, ale też przez perspektywę, że za kila godzin będzie musiał iść na przesłuchanie, nie skojarzył o czym mówiłam. Zaraz jednak zamrugał kilka razy, kiedy przypomniał sobie naszą, de facto wczorajszą, rozmowę o pracy i teatrze.
- No więc… trzymaj.- i z tymi słowami wcisnęłam mu pogięty kawałek kartki do ręki.

<Engel?>

Od Lizzy CD. Ehrendila

No cóż.... Nie dostałam tego czego chciałam. Hmm.... Może trochę źle się do tego zabrałam? Naaah, nie zrobiłam nic złego. Nikt nie zginął ani nawet nie został ranny i nawet nie zepsułam drzwi do tej głupiej szopy. A jedna broń mniej czy więcej... co mu za różnica. Chętnie położyłabym swoje lepkie łapki na tym nożyku do masła którym mnie straszył. Wyglądał baardzo interesująco, niewykluczone że byłby w sam raz do mojej misji! Hihihi. No ale to nie jest jakoś super istotne w tym momencie. Mam czas hehe. Hmmm.... Słoneczko już zdążyło wyjść, oh jakże ten czas leci! Pora znaleźć sobie zajęcie. Poooomyślmyyy..... O! Wiem! Wyjęłam z torby mojego starego druha- Łepka, żeby sobie z nim pogadać
- No cześć mordko! Co u ciebie?- spytałam radośnie wilczą czaszkę, którą oczywiście musiałam trzymać, bo niestety ten idiota nie mógł sobie znaleźć reszty ciała.
- W końcu świeże powietrze! Jak mogłaś trzymać mnie w tej zapyziałej torbie przez tyle czasu! Obiecałaś mi nową! Nie będę żyć w takich warunkach!- krzyczał mój pustogłowy przyjaciel tym jego śmiesznym, sztucznie niskim głosem, kłapiąc szczęką
- Spokojnie, bo ci się śrubki obluzują, załatwię ci tą głupią torbę okej? - westchnęłam- co ja mam teraz zrobić Łepek? Głupi długouchy nie chce mi dać ŻADNEJ broni, a wiesz że jej potrzebuję!
- Oh, a więc to tak. Nie mam zamiaru ci pomagać dopóki nie dostanę mojej torby! I już ci mówiłem że masz zapomnieć o tej sprawie. Kiedy to było? 93 życia temu! DZIEWIĘĆDZIESIĄT TRZ.. - nie zdążył dokończyć bo rzuciłam nim gdzieś między drzewa.
- Auć! Co do... - rozległ się głos- zdecydowanie nie Łepkowy. Najwyraźniej ktoś oberwał od tego pustego czerepa! Haha! Chociaż do czegoś się przydał! Podniosłam się z ziemi, otrzepując się z trawy i reszty brudu i ruszyłam w stronę z której dochodził głos. Okazało się że ofiarą tego jakże niefortunnego zbiegu wydarzeń była dziewczyna długouchego, który swoją drogą właśnie stał obok niej, najwyraźniej pytając czy nic jej nie jest. Na mój widok oczywiście natychmiastowo spochmurniał (lekko mówiąc)
- Znowu ty? - ah, ten chłód w jego głosie. Zignorowałam dość oczywiste pytanie, ruszając do Łepka, który leżał w krzakach, nie chciałam nim trafić w coś tak twardego, mogło mu się coś stać.
- Przepraszam mordko, wiesz że nie wolno ci mówić o TYM. Nie gniewaj się ok? Dostaniesz swoją nową torbę - moja biedna mordka nie odpowiedziała, patrząc na mnie oczodołami z lekkim wyrzutem, miał połamaną szczękę. Odwróciłam się do parki, która była odpowiedzialna za popsucie Łepka - I coście narobili?! Łepek nie może mówić! I jak ja mam to naprawić?!

<Ehrendil? Sorrow? Sorry że długo i trochę bez sensu, no ale wersja nr 1 przepadła bezpowrotnie>

sobota, 18 czerwca 2016

Od Raven'a CD. Lilith

- Odwal się. Ja nawet nie mam telewizora - rzuciłem zamykając drzwi. Jednak dziewczyna przytrzymała je.
- A wiesz kto może ma? Proszę! Ja muszę ten mecz obejrzeć!
- Pytaj gospodarza tej gospody. Andre być może ci pomoże. Jak nie to powiedz, że Ravi bardzo prosi o to, by ci pomóc. Być może wtedy dasz mi w końcu spokój.
- Wykluczone. Za fajnie się ciebie wkurza - zaśmiała się - Ale dzięki za pomoc!
Odwróciła się i w podskokach rzuciła się na dół schodów. Pokręciłem głową zirytowany i zatrzasnąłem drzwi. Zamknąłem je na klucz na wypadek gdyby Lilith jednak wróciła. Tylko co by tu teraz porobić... Nie znoszę się nudzić...
Westchnąłem podchodząc do drzwi. Otworzyłem je, wyszedłem na korytarz i znów je zamknąłem zabierając ze sobą klucz. Po cichu zszedłem po schodach w dół odruchowo przeczesując wzrokiem towarzystwo. Andre jednak telewizor posiadał. Pomiędzy paroma ludźmi podskakując radośnie i jedząc pizzę siedziała wgapiona w telewizor Lilith. Reszta ludzi zdawała się nie wykazywać aż takiego entuzjazmu od czasu do czasu zerkając na dziewczynę z pewnym niepokojem. Czyli wszystko gra... Gospodarz pozdrowił mnie skinieniem głowy na co ja bez wahania mu odpowiedziałem. I on i Esmee traktują mnie jak własnego syna i nigdy o nic nie pytają. Jedyni ludzie których szanuję w tym chorym świecie.Teraz jednak cicho przeszedłem przez salę i wyszedłem na zewnątrz. Było chłodno, lecz nie zimno.Wiał delikatny wiaterek, a w powietrzu unosiła się woń kwiatów z pobliskiego parku. Wcisnąłem ręce w kieszenie spodni i poszedłem sobie w dół ulicy. Zobaczmy jakie niespodzianki przygotowało dla mnie miasto tej nocy...

<Lilith? Mistrzunio szukania kłopotów w akcji xD>

czwartek, 16 czerwca 2016

Od Lilith CD. Raven'a

No i co tu teraz robić… Nie no, nie będę bezczynnie siedzieć i czekać aż on się obudzi! Ruszę się gdzieś! W tej części miasta jeszcze nie byłam więc trzeba pozwiedzać! Po cichu wyszłam z jego mieszkania i ruszyłam przed siebie. Zapach jedzenia wydobywający się z tych wszystkich budek od razu poprawił mi humor. Jestem osobą, która nie ma w zwyczaju zbyt długo przejmować się jedną rzeczą, więc już po chwili biegania między jednym stoiskiem z lodami a drugim totalnie zapomniałam o zdarzeniach poprzedniej nocy. Pół dnia łaziłam po mieście oglądając różne rzeczy. Zbliżał się wieczór. Już miałam zawracać gdy zauważyłam tłum ludzi i usłyszałam krzyki dochodzące z baru. Podeszłam sprawdzić co jest przyczyną tej całej radości. A no tak! Ale jestem głupia! Przecież dzisiaj jest mecz! I to ważny! Nie za bardzo uśmiechało mi się jednak stać w tym tłumie pomiędzy pijanymi starymi dziadami, jednak pozycja mecz wydała mi się obowiązkowa… Tyle, że ja nie mam telewizora… I o kur-! Nagle przypomniało mi się, że właścicielka domu, u której wynajmowałam pokój wróciła wczoraj z wakacji… A ja zapomniałam płacić czynszu za prąd, wodę, wyprowadzać jej psa i zostawiłam tam niezły bałagan… Ojć… No to domu nie mam już również! Ale przecież! Mogę wrócić do Ravena!!! Jeszcze oficjalnie mnie nie wywalił więc… Może się uda! Ruszyłam w stronę domu chłopaka, po drodze olśniło mnie jeszcze by capnąć pizze na film. Na dworze było już ciemno. Stanęłam pod jego drzwiami i zapukałam. Po chwili otworzył i popatrzył na mnie z żądzą mordu.
-No cześć! Bo wiesz, dzisiaj jest ten mecz i w ogóle, a ja mam pizze! I mogłabym obejrzeć to u ciebie?? Plis! Popatrzyłam na niego wzrokiem szczeniaka.

<Raven? To całe Euro uderzyło mi do głowy xd>

wtorek, 14 czerwca 2016

Od Vestarii CD. Maylo

- Dokładnie to co usłyszeliście. - odparł Zero.
- Ale ja świetnie sobie sam poradzę! - zaprotestowało to małe coś.
- Ja mam ciekawsze rzeczy do roboty niż niańczenie bachorów! - dodałam - Sam se go adoptuj, a nie mi dzieciaka sprzedajesz.
- Uważaj na język Vest. Zapominasz kto tu rządzi. - upomniał mnie Zero. W odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec.
- Wal się dupku. - odwróciłam się i odeszłam. Mam w dupie to, że Alpha i tak dalej. Może sobie mnie nawet wywalić. Nie dbam o to. Za sobą usłyszałam szybkie kroki dzieciaka.
- Czego smarkaczu? - rzuciłam przez ramię.
- Zwolnij, bo nie nadążam - zarządał - Jestem Maylo. A Zero powiedział, że mam za tobą iść.
- Sukinsyn... - wymamrotałam - Nie chce mieć z tobą nic do czynienia, jasne?! Nie dotykasz moich rzeczy, nie szlajasz sie mi po domu, nie gadasz bez sensu, nie zawracasz mi głowy głupotami, nie bawisz się moimi zabawkami i nic ode mnie nie chcesz, jasne? - spytałam wściekła.
- Dobrze, dobrze... Czyli jednak pozwolisz mi u siebie mieszkać?
- Cholera jasna... Już łamiesz zasady. Niby co mam innego zrobić, co?! No co?!
- Nie wiem...
Korzystając z faktu, iż posiadałam ręce wyciągnęłam telefon i wysłałam do Rey bardzo 'łzawego' SMS'a opisującego jak bardzo nie chcę być niańką. Potem schowałam telefon do kieszeni.
- Fajny numer. Skąd go masz? - zamrugałam starając się ogarnąć o co pyta bachor.
- O czym pieprzysz?
- O tym. - wskazał mój nadgarstek. Przycisnęłam rękę do uda ukrywając tatuaż przed wzrokiem.
- Nie interesuj się dzieciaku. - rzuciłam oschle.
- Jak chcesz 24601.
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Nigdy tak do mnie nie mów! - warknęłam na Maylo. Chłopak podniósł do góry ręce.
- Wyluzuj...
- Nie.
- Bo?
- Bo nie.
Tymczasem dotarłam do swojej zasyfionej jaskini. Wlazłam do środka i rozejrzałam się. Wszędzie walały się moje ubrania, resztki jedzenia, papiery i ogólny syf.
- Tak mieszkamy? - spytał chłopak.
- A co? Wille byś chciał?!
<Maylo?>

Od Maylo DO Vestarii

Błąkałem się po lesie. A skoro jeszcze nie mam za wiele wzrostu, to wszystko co widziałem wydawało się dość wielkie. Jednak wiedziałem ze mi się tak tylko wydaje. Wędrowałem bez sensu przez te puszczę, aż zobaczyłem motyla. Skrzydła miał czerwone a na nich znajdywały się rożne zielone wzroki. Od razu gdy przeleciał mi przed nosem zacząłem go gonić. Była to zacięta walka, przyznam że bardzo dobrze unikał mych ataków ziemnych i powietrznych. Ganiałem go tak przez dłuższa chwile, aż w końcu znajdywał się pod moimi łapami przygnieciony do ziemi. Wybuchałem śmiechem, brzmiał pewnie trochu szalenie. Co następnie musiało dziwienie wyglądać, bo mam dość jasny dziecięcy głos. Ledwo teraz zwróciłem uwagę na to ze jakaś osoba przede mną stoi. Dostrzegłem to za pomocą cienia padającego przed moimi łapami. Spojrzałem na postać. Był to dość wysoki, umięśniony mężczyzna. Puściłem motyla wolno, gdy to dostrzegł zaczną kaleczenie odlatywać. Moje uszy położyły się do tyłu, i sierść na karku została zjeżona. Można było słyszeć lekkie powarkiwania dochodzące z mojego pyszczka. Mężczyzna uśmiechnął się tylko, widząc jak zareagowałem.
-Co cie tu sprowadza mały?
Usłyszałem głos człowieka. Ustąpiłem warczenie, ale w ciąż nie czułem że mogę mu zaufać.
-A co cie?
Próbowałem chociaż trochę brzmieć groźnie. Najwyraźniej mi nie wyszło, bo słyszałem jak on się zaczął chichrać.
-Bo jesteś na terenach mojej watachy, wilków apokalipsy. Wiec albo dołączasz, albo musisz opuścić to miejsce.
Słyszałem juz to kilka razy sprzymierzając przez tereny innych watach. Ale nazwa tej mnie się spodobała więc zgodziłem się na dołączenie, przez przytakniecie na propozycje.
-Wiec witam cie w Watasze Apokalipsy!
Wystawił rękę do mnie by się przywitać. Widząc to zmieniłem sie w człowieka i ledwo teraz dostrzegłem jaki on był wielki. Ale nie reagując na to wielkie fizycznie odwzajemniłem jego gest.
-Nazywam się Maylo
Dodałem na co on się uśmiechnął i dodał:
-Jestem Zero
Kiedy tak sobie obok niego stałem to byłem co najmniej 50cm niższy. Na mój wiek i tak nie jestem wysoki, ale on?! To jest coś.
-Byłoby to nie bardzo odpowiedzialne..
Usłyszałem tylko urywek tego co on, chyba Zero, mamrotał pod nosem. Następnie się odwrócił w bok. Nic nie zrozumiałem. Widząc to co on z jego punktu widzenia dostrzegłem jakaś postać.
-Ej Vest! Weź tu podejdź!
-Czego zaś chcesz?!
Usłyszałem zdrażniony głos dziewczyny która wbrew własnej woli zbliżała się w naszym kierunku.
-Masz się zając tym dzieckiem
-Ze co?!
Prawie ze krzyknęliśmy obojga. A juz myślałem ze docenia fakt ze jestem samodzielny. Spojrzałem na ruda dziewczynę która spoglądała na mnie z nienawiedzeniem. Z tego co widzę to czeka mnie ciekawe życie.

<Vest?>

Maylo


Imię: Maylo
Skróty: May
Ksywka: Na razie żadnej nie ma, ale nie ma pojęcia co przyniesie przyszłość
Płeć: Basior
Wiek: 1 rok
Charakter: Jest do dziecko jak wiele innych, czyli jest dziecinny. Choć Maylo często się zachowuje arogancko to nie odmówi zabawie. Chce korzystać z dzieciństwa ile tylko może. Częścią tego jest możliwość robienia czego tylko dusza zapragnie, oczywiście wie co się opłaca a co nie. Choć jest szczeniakiem to może być dobrym logikiem. Lubi kiedy osoby robią jak on tylko chce, i nienawidzi kiedy Jet na odwrót. Czyli on się musi słuchać. Jest to samouczek i uczy się z większości przez obserwacje i możliwość wypróbowania rożnych żeczy samemu. May jest tez samowystarczalny i samodzielny, wszystko to było mu potrzebne by przetrwać bez rodziców. Jak i tez w ciąż to praktykuje. Ten oto chłopiec też uwielbia mieć korzyść ze wszystkiego co robi, i jest egoistą co często daje z siebie znak. W brew pozorom jest on dość ostrożny w swoich czynach, choć to się zmienia podczas walki.
Status: Omega
Funkcja w przyszłości: Zastanawia się czy nie wybrać stanowiska wojownik
Partnerka: Za młody
Rodzina: -
Przyjaciele: Nie wie czy współlokatorkę może tak nazwać
Rasa: Wilk Wojny
Żywioł: Nieodkryty
Moce: Nieodkryte ale daje oznaki umiejętności elektrycznych.
Przedmioty: Dwa niebieskie pióra które na sobie nosi
Inne:
-Nie rozstaje się ze swoimi dwoma piórami które dekorują jego sierść
-Często drażni się nad jego nie potrzebnie długim ogonem
-Kiedy dorośnie chce być najsilniejszym ze wszystkich
-Może po jego zachowaniu tego nie widać, to w głębi duszy tęskni za swoimi rodzicami
Lubi:
-Kiedy istoty żywe go słuchają lub coś od nich otrzymuje
-Jak ma zysk i korzyść z jakiegoś czynu
-Herbatę, a zwłaszcza owocową
-Kiedy się może bawić
-Odkrywać nowe umiejętności
Nie lubi:
-Gdy ktoś mu rozkazuje słuchać poleceń których nie chce wypełnić.
-Jak ktoś lub coś zabiera jego rzeczy bez pozwolenia
-Osób które się zachowują głupio lub idiotycznie
-Choć sam jest szczeniakiem to ich nie lubi, uznaje je za bachory
Historia: -
Właściciel: Mini84
Galeria:
Jako dorosły, X, X, X, X, X, X, X, X

Sakwa: 120 ZM
Punkty Awansu: 20 / 200
Upomnienia: 0/3