czwartek, 30 czerwca 2016
Od Zero CD. Nirvany
środa, 29 czerwca 2016
Od Alissy CD. Raven'a
Od Nazgar CD. Kayli
Wsłuchałam się w jakże miły dla uszu śpiew ptaków, delektowałam się przyjemnym uczuciem które wywoływała łaskocząca mnie przy każdym kroku trawa i dotykiem promieni słonecznych na mym grzbiecie. Gdyby nie uporczywa obecność widmowego chłopaka ten spacer mógłby uchodzić za idealny. Jednakże mój problem nie zniknął nadal uparcie brnąc przed siebie i zupełnie nie zwracając uwagi na to, że gałęzie zwyczajnie przez niego przenikają. Natomiast ja miałam wątpliwą przyjemność stąpania po dość osobliwym szlaku naznaczonym jego krwią. Całe szczęście, że Kayla jej nie widzi... Mogłoby być odrobinkę nieciekawie. Przeniosłam wzrok z pleców młodzieńca na drzewa, a stamtąd na ziemię. Kiedy chłopak przechodził ptaki milkły w pół tonu, a dwie wiewiórki uciekły w popłochu jakby goniło je samo piekło. Nasz marsz nie trwał długo. Chłopak ewidentnie coś sobie przypomniał i gwałtownie się odwrócił szybkim krokiem zmierzając wprost na Kaylę. Otworzyłam szerzej oczy błagając go w myślach, żeby powiedział mi co ma do powiedzenia i sobie poszedł, ale on nie posłuchał. Zatrzymał się tuż przy Kayli. Wiedziałam, że poczuła jego obecność.
~ Nazgar, czy ty tez masz to dziwne uczucie? - spytała mnie rozglądając się niepewnie.
Ja również czułam chłód ducha, lecz dla mnie nie było to dziwnym uczuciem. Często takiego doświadczam, ale jak powiedzieć to waderze tak by się nie wystraszyła? Prawda może okazać się dość straszna. "Nie przejmuj się Kaylo. To tylko zakrwawiony duch młodzieńca stoi za tobą i oczekuje mojej pomocy. Nie odwracaj się i tak go nie zobaczysz." Tak... Ta wersja raczej nie przejdzie.
- Nie jestem pewna... Zależy jak zdefiniujemy słowo "dziwne" - odparłam. Muszę kupić więcej czasu na to, by pomyśleć nad sensowną odpowiedzią. Niech mi wszystko opowie, mimo że sama znam szczegóły.
~ To jest tak... Tak jakby ktoś tu był z nami. Nikogo nie widzę, a jednak czuję wyraźnie obecność czegoś... - mówiła powoli z lekkim wahaniem, tak jakby chciała przekazać mi wszystko jak najdokładniej i potrzebowała chwilki na ubranie tego w słowa - I czuję też dziwny chłód... Coś jakby wiatr, ale nie do końca. Myślisz, że to miejsce może być nawiedzone? - w jej glosie zabrzmiała delikatna nutka strachu.
Właśnie dlatego nie mówi się zwykłym ludziom i wilkom o duchach. W zatrważającej większości dusze wywołują strach, panikę, niepewność... Tylko niewielki odsetek myślących istot czerpie z obecności ducha przyjemność, ale najczęściej są to osoby niespełna rozumu. Mnie dusze są obojętne, tak samo jak każdemu doświadczonemu, obdarzonemu moim darem.
- Nonsens... Alpha raczej uprzedziłby o tym gdyby na terenie watahy było takie miejsce. - oznajmiłam z typową dla siebie obojętnością. Nadal nie miałam pomysłu na to jak wszystko wyjaśnić i zdradzić jak najmniej o sobie.
~ Może... I tak czuję się dziwnie.Wiesz może co to może być?
Przeniosłam wzrok na ścianę drzew podziwiając grę światła i cieni na kołysanych wiatrem liściach. Sprawiałam pewnie wrażenie głęboko zastanawiającej się nad odpowiedzią.
- Wydaje mi się, że to nic szczególnego. Zwyczajna anomalia pozostała po Apokalipsie.
~ Mhm...
Kayla ewidentnie jeszcze nie uspokojona do końca ruszyła przed siebie. Chłopak ruszył krok w krok za nią wyciągając rękę tak, jakby chciał ją pogłaskać. Ciekawe... Szkoda tylko, że wadera nie uwolni się od dziwnego uczucia tak szybko jakby sobie tego życzyła. Wyraźnie widziałam, że chłopak nabrał gdzieś dostatecznie dużo sił by móc zostać dla mnie widzialnym na dłużej niż naturalnie. Trzeba będzie koniecznie zająć się tym przypadkiem najszybciej jak to tylko możliwe. Duch z nieco bardziej zadowoloną niż zwykle miną głaskał Kaylę, która mimo że nie czuła dotyku i tak zdawała się być świadoma tego co się dzieje.
~ Odejdź stąd.duszo - rzuciłam w myślach zastanawiając się czy zrozumie - Odejdź skoro nie masz zamiaru przekazać mi niczego istotnego.
Duch powoli pokręcił głową i przestał męczyć moją towarzyszkę. Och, doprawdy? Więc ma informacje jak sobie pomóc i zamiast mi je przekazać zwyczajnie nie daje mi spokoju... Cudownie wprost. Co z niego za duch? Ja wiem, że niedawno umarł. Wiem, że świat dusz jest dziwny i skomplikowany i że potrzeba czasu by w pełni zrozumieć rządzące nim zasady, ale litości... Który zmarły aż tak się ociąga z tym by w spokoju odejść do lepszego świata? Pokręciłam głową w geście rezygnacji. Duch widząc moją niechęć rozpłynął się w powietrzu. Pewnie zaczeka na dogodny moment by znów zaatakować. Przewróciłam oczami doganiając swoją towarzyszkę. Jest taka jedna rzecz w jej wyglądzie która zdecydowanie nie daje mi spokoju. Kayla ozdabia się piórami. Problem w tym, że nigdy w życiu nie widziałam plemienia Indian który przystrajałby się w taki sposób i takimi właśnie piórami. Zasada jest jedna i bardzo prosta. Plemię nosi ozdoby charakterystycznego zwierzęcia, najczęściej wykorzystywane są ptasie pióra, z danego regionu. Tak jak Ohatikayo noszą pióra orła żyjącego na ich ziemi, tak jak Walkuuja zdobią się w wachlarze kolorowych piór pochodzących od ptaków tak charakterystycznych dla ich terenów. Kayla natomiast nie pasowała mi do żadnego z plemion. Nie wyglądała mi też na Indiankę, co było tym dziwniejsze. Niewiedza... Jakże okropnie mnie męczy ta cicha dręczycielka. Nie cierpię nie wiedzieć. Nie ma dla mnie gorszej tortury niż niewiedza, która w pewnym sensie oznacza głupotę. Nie uważam się za osobę nieinteligentną, więc logicznym jest, że pragnę wiedzy. Brak informacji jest dla mnie nieznośny, ciąży mi niczym brzemię niejednokrotnie nie pozwalając spać spokojnie. Nie mam w zwyczaju zostawiać w spokoju informacji których nie posiadłam. Zwyczajnie nie potrafię się zdobyć na takie poświęcenie. Może się to wydawać dziwne, lecz cenię naukę bardziej niż kontakty towarzyskie. Jednakże muszę się dowiedzieć...
- Wybacz Kaylo, lecz mam pytanie - zaczęłam ni stąd ni zowąd zaczęłam mówić.
~ Tak? - w głowie rozległ mi się telepatyczny głos mojej rozmówczyni.
- Czy ty masz coś wspólnego z Indianami?
Od Ramphilli CD. Engel'a
Najsłynniejsze były jednak wyścigi do stołu, decydowały one bowiem o tym, komu przypadnie dzisiaj zaszczyt jedzenia na krześle, a którzy pechowcy będę musieli zadowolić się kuchennym blatem, parapetem, bądź podpieraniem ściany i śniadaniem na stojąco.
W trakcie posiłku zawsze dzwonił przynajmniej jeden telefon, a wszyscy robiliśmy zakłady, do którego z nas tym razem dobijają się z samego rana. Po kolejnej przepychance w kierunku łazienek, wymienialiśmy się informacjami kto co dzisiaj robi, czy pracuje, o której wraca i którzy z nas zostają w domu, a także najważniejsze- omawialiśmy kwestię kolacji.
Nie wiem, jak reszta zawsze patrzyła na wyścig szczurów, odbywający się w naszym domu każdego dnia, jednak osobiście traktuję je, jak rodzaj konkurencji sportowej. Jest to nasza prywatna szkoła przetrwania, a ja lubię myśleć, że jestem w niej coraz lepsza.
Jednak tego dnia nie musiałam przepychać się w korytarzach, ani biec w kierunku stołu, jak ta wariatka, tocząc zaciętą bitwę o wolne krzesło. Ominęły mnie nie tylko kolejki do lodówki i łazienki, ale przegapiłam też poranne krzyki, jakie towarzyszą nam podczas każdego zakładu, kiedy w godzinach od szóstej, do mniej więcej siódmej trzydzieści dzwonią przypadkowe telefony. Jednak pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła i najbardziej zdziwiła, był fakt, że po raz pierwszy obudziłam się sama z siebie. Żadnego krzyku. Żadnych przekleństw, ani śmiechów. Nic, tylko dzwoniąca w uszach cisza, która powoli zaczęła mnie nie tylko dziwić, ale i niepokoić. Niespotykane było również światło, wpadające przez okno, oświetlające swymi promieniami mój niewielki pokój. Było ciepłe i łagodnie otulało swym delikatnym dotykiem. W niczym nie przypominało tych białych smug porannego słońca, które w każde lato budziło mnie o zbyt wczesnych godzinach, bezlitośnie rażąc w oczy.
Przez jakiś czas leżałam na łóżku w całkowitym bezruchu, wpatrując się w nieokreślony punkt, gdzieś daleko, poza zasięgiem ludzkiego wzroku. Przez uchylone okno wpadał do pokoju zapach farb i skoszonej trawy, co oznaczało, że Laura już zaczęła malować…
Kiedy tak nad tym myślałam, leżąc spokojnie na materacu, powoli dochodziło do mnie ile rzeczy nie pasowało nie tylko do siebie nawzajem, ale przede wszystkim, odstawało od naszych normalnych poranków. Odcień promieni słonecznych mogłam jakoś zignorować. Potrafiłam nawet przymknąć oko na to, że ktoś wpadł na pomysł koszenia trawy przed szóstą, jednak kilka rzeczy bardzo mnie niepokoiło i dalej pozostało bez wyjaśnienia. Nasz dom był na co dzień tak wypełniony ludźmi, że to aż nie możliwe, by nie obudziły mnie krzyki któregoś z nich, nie mówiąc już o tym, że ta panująca wokół cisza była nie tylko nie do zniesienia, ale po prostu dziwnie nie na miejscu. Pozostawała jeszcze kwestia zapachu farby… Laura nie miała w zwyczaju malować wcześniej, niż przed południem, a to oznaczało, że coś się ch*lernie nie zgadzało.
Aby nie wyciągać pochopnych wniosków, wstałam z łóżka i podeszłam do szafy, stojącej na drugim końcu pokoju, odpychając od siebie wszelkie myśli, dotyczące początku dzisiejszego dnia. Otwieraniu drewnianych drzwi, jak zwykle towarzyszyło charakterystyczne skrzypnięcie, przypominające mi po raz kolejny w tym tygodniu, o konieczności naoliwienia zawiasów. Jeśli były zardzewiałe (a na pewno były), to oliwienie było jedynie tymczasowym łagodzeniem objawów, jednak stanowiło zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż wysłuchiwanie jęków starej szafy.
Ponieważ nigdy specjalnie nie przejmowałam się wyglądem, cała sztuka ubierania się polegała właściwie na wyciąganiu przypadkowych ubrań z szafy i zakładaniu na siebie. Kiedyś usłyszałam od koleżanki, z którą od lat dzielę pokój, że jestem idealnym przykładem stylu, który ona określa mianem Artystycznego Nieładu, a ja do tej pory nie wiem, czy miałam odebrać to, jak obelgę, czy komplement. W każdym bądź razie, jeśli o mnie chodzi, równie dobrze mogłabym wyjść z domu w piżamie.
- Lauraaa!- zawołałam, zbiegając po schodach na niższe piętro.
Myślę, że właśnie nastał odpowiedni moment, aby opisać miejsce, w którym mieszkam… albo raczej, mieszkamy, gdyż, jak już się pewnie domyśliliście, nie jestem jedynym z domowników, choć ludzie, z którymi żyję pod jednym dachem w żadnym stopniu nie są ze sobą spokrewnieni. Ja również nie mam nic wspólnego (z genetycznego punktu widzenia) z żadnym z nich, a jednak w pewien sposób udało nam się stworzyć zjednoczone i zżyte ze sobą grono.
Jaskrawo niebieski dom, w którym mieszkamy, składa się z dwóch pięter- pierwsze to parter, zaś wyżej znajduje się pierwsze piętro, pełniące rolę wielkiej sypialni. To właśnie tam znajdują się nasze pokoje, które przez całkiem sporą ilość domowników, niestety nie mogą popisać się zbytnią wielkością. Na górze znajdują się dwie łazienki i sześć maleńkich sypialni, z czego tylko dwie z nich są jednoosobowe, reszta z nas mieszka po dwie osoby w jednym pokoju. Wspomniałam już wcześniej o mojej współlokatorce, jest nią właśnie malująca Laura.
Sam dom, chociaż od zewnątrz już dostatecznie wyróżnia się wśród pozostałych, od środka jest jeszcze bardziej niesamowity. Kiedy po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na remont (a miało to miejsce około miesiąca po przeprowadzce, kiedy udało nam się wspólnymi siłami uzbierać potrzebną sumą pieniędzy), uzgodniliśmy, że każdy z naszej dziesiątki ma dodać coś od siebie. Mógł to być kolor kilku ścian w salonie, kształt stołu w jadalni, firanki na oknach, wygląd kanapy i foteli, albo kolor podłogi na parterze. Dzięki temu pomysłowi, dom stanowi mieszankę sztuki i gustów każdego z nas, będąc kolejnym przykładem Artystycznego Nieładu.
- Laura?- zawołałam, jednak już zupełnie ciszej, kiedy zbiegając na dół nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Omiotłam wzrokiem piętro, po czym zdecydowałam się poszukać na dworze. - Ej, słyszysz? Gdzie jesteś?!- dokładnie w tym momencie odnalazłam wzrokiem jasną postać.
- Tutaj!- długowłosa blondynka pomachała w moją stronę, ani na chwilę nie odrywając wzroku od stojącego przed nią płótna.- Nie musisz cały czas biegać.
- A ty nie musisz cały czas stać w miejscu.- odcięłam się dziewczynie, zaglądając jej przez ramię, by zobaczyć jakie to dzieło tym razem wyjdzie spod jej rąk.
- Zgoda.- Laura przytaknęła spokojnie, prawie że szeptem, po czym znów wróciła do maczania pędzla w farbie.
- Dlaczego mnie nie obudziłaś? Przecież wiesz, że miałam próbę ra…- zaczęłam, jednak współlokatorka przerwała mi w pół słowa, nawiązując ze mną tylko przelotny kontakt wzrokowy.
- Wiem.- kiedy mówiła, była całkowicie skupiona na płótnie, sztaludze, pędzlu, farbach i własnej dłoni.- Około szóstej dzwonił telefon, kazano Cię poinformować, że zaczynacie wieczorem. Poza tym…- dodała, uśmiechając się tryumfalnie.- dzięki temu telefonowi wygrałam zakład.
Parsknęłam śmiechem, słysząc dumę w głosie młodej malarki. Może była spokojna i trochę nieśmiała, ale nie potrafiłabym wyobrazić sobie lepszej współlokatorki. Poza tym, znamy się z Laurą od tylu lat, że dziewczyna w moim towarzystwie wyzbyła się jakiejkolwiek fobii przed ludźmi. Potrafimy sobie dogryzać, a w przypadku Laury jest to coś tak rzadkiego, że powinno być uznawane za cud. Poza tym, oby dwie nie potrafimy utrzymać wokół siebie porządku, więc nieźle się dobrałyśmy.
- No widzisz!- westchnęłam z zadowoleniem.- Ty przekazałaś mi ważne informacje, a ja dałam Ci zarobić. Jesteśmy kwita.- puściłam dziewczynie oczko. W odpowiedzi otrzymałam uśmiech i kolejne kiwnięcie na znak zgody. Znów zerknęłam dziewczynie przez ramię.- Na Twoim miejscu użyłabym tutaj więcej granatowego…
- Tak myślisz?- Laura złapała się za podbródek, wpatrując się w drzewa z farby, szeleszczące nad namalowanym stawem.- A nie będzie zbyt mocno kontrastowało w górą? Choć z drugiej strony…
- Dobra, to ja Ci nie przeszkadzam!- rzuciłam na odchodne, podczas krótkiego sprintu w stronę kuchni. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, ale kątem oka dostrzegłam, jak Laura macza pędzel w ciemnoniebieskiej farbie.
***
Tego wieczoru teatr świecił pustkami, choć nie było to nic nadzwyczajnego. Nie bez powodu nazywaliśmy ten, oraz cały następny tydzień „Okresem Próbnym”. Był to czas, w którym nie wystawialiśmy żadnego, nawet najkrótszego i najmniej wymagającego przedstawienia. Przychodziliśmy do teatru tylko po to, by ćwiczyć swoje role do planowanego spektaklu, a ponieważ zaskoczenie jest jedną z naszych najważniejszych broni, nie było nawet mowy o zapraszaniu gości.
- I sam ty biały, jak chusta. Zimny, jakie zimne dłonie! Tutaj połóż, tu na łonie. Przyciśnij mnie, do ust usta!- krzyknęłam, zwracając się w stronę stojącego obok chłopaka.
W jednej ręce trzymałam scenariusz, jednak zerkałam na niego najrzadziej, jak było to możliwe. Prawdę mówiąc, pamiętałam swoją rolę doskonale, jednak tylko do końca tego tygodnia mogliśmy ćwiczyć z tekstem, dlatego wolałam mieć go przy sobie. Poza tym, jeśli nie ja, to ktoś inny będzie miał z niego użytek.
Stojący naprzeciwko mnie chłopak nie miał w ręku żadnej kartki, jednak on nie potrzebował teksu. Jako duch, grał tak zwaną „rolę niemą”, czyli musiał wyrazić wszystkie emocje za pomocą gestów. Mimo to, chociaż nie musiał uczyć się scenariusza na pamięć, jego rola bez wątpienia była jedną z najtrudniejszych.
- Ach, jak tam zimno musi być w grobie! Umarłeś! Tak, dwa lata! Weź mię, ja umrę przy tobie. Nie lubię świata. Źle mnie w złych ludzi tłumie. Płaczę, a oni szydzą; Mówię, nikt nie rozumie; Widzę, a oni nie widzą!
Myślę, że najlepszym streszczeniem spektaklu, do którego się przygotowywaliśmy, byłyby dwa słowa- dziewczyna i duch. Historia, którą przedstawialiśmy na scenie pokazywała życie zrozpaczonej dziewczyny, która po śmierci ukochanego, wciąż widzi przy sobie jego ducha. Mówi do niego, choć nie otrzymuje odpowiedzi. Tak bardzo tęskni za lubym, że gotowa jest pójść w jego ślady… a co na to tłum ludzi, widzący jej rozmowę z martwym? Jedni się boją, inni przypatrują się jej z zaciekawieniem. Wiejski lud znał dobrze i chłopaka i dziewczynę, dlatego wierzy w to, że duch nawet po śmierci potrafi kochać. Najważniejszym momentem w przedstawieniu, jest jednak wkroczenie uczonego, który powołując się na naukę i własne badania, uznaje, że dziewczyna jest szalona, ponieważ on nie widzi wokół niej żadnego ducha.
Dramat, który ćwiczyliśmy jest wszystkim bardzo dobrze znany i wybraliśmy go właśnie z tego powodu. Dużo osób go czytało, jednak zaskakująco niewielu widziało na scenie. Poza tym, cały urok wystawianej przez nas sztuki polegał na tym, że opisane w „Romantyczności” wydarzenia, pokazaliśmy nie w oryginalnym czasie trwania akcji, tylko w czasach współczesnych.
Kiedy tylko ogłoszono koniec dzisiejszej próby i poinformowano, że mimo dzisiejszego opóźnienia, jutro ćwiczymy z samego rana, dopadłam swoją torbę, pospiesznie wpakowując do niej kilka swoich gratów i wielkim susem zeskoczyłam ze sceny. Po slalomie między rzędami siedzeń, wreszcie trafiłam do wyjścia, rzucając reszcie grupy krótkie „do jutra!”. Odpowiedział mi chórek kilku aktorów, którzy również zaczęli się pakować, powoli szykując się do powrotu do domu. Ja jednak nie miałam czasu na wleczenie się, o nie! Obiecałam przecież, że załatwię Engel’owi pracę przy dekoracjach, a teraz był wręcz odpowiedni moment, by porozmawiać z dyrektorem naszego teatru.
Gdy znalazłam właściwe drzwi, wparowałam z impetem do gabinetu, robiąc swoją wersję „wejścia smoka”. Podbiegłam do dużego biurka, stojącego przy oknie, oraz osoby w garniturze, która siedziała na krześle, czytając papiery o nieznanej mi treści.
- Bry!- rzuciłam, wesoło jak zawsze.
Przez chwilę obserwowałam surowy wyraz twarzy dyrektora. Mężczyzna zmrużył oczy, a między jego brwiami pogłębiła się zmarszczka. Jednak, kiedy tylko oderwał wzrok od dokumentów i zobaczył kto zawitał do jego gabinetu, jego oblicze natychmiast złagodniało, a na twarzy zatańczył uśmiech. Nawet, jeśli nasz dyrektor był zwolennikiem dyscypliny, to znał swoich aktorów, jak własną kieszeń. Skoro zauważył, że osobą, która krzyknęła do niego „bry”, zamiast powiedzieć „dzień dobry, panie Blake”, byłam ja, nie potrafił się zdenerwować. Przecież jestem Ramph, a to znaczy, że mogę bezkarnie mówić „bry!” oraz „doberek” komukolwiek zechcę.
- Ramphilla!- tak, w zamian za to, dyrektor również mógł zapomnieć o moim nazwisku.- Jak tam praca nad „Romantycznością”?- spytał, kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Duch jest wspaniały! Dean naprawdę dobrze wypadł w niemej roli.- zaczęłam opowiadać jak wyglądał przebieg próbnego przedstawienia, a kiedy skończyłam, spotkałam się z aprobata ze strony Pana Blake’a, wyrażoną poprzez skinienie głowy.- Ale zaraz, zaraz, ja przecież nie po to przyszłam!- zauważyłam, w porę przypominając sobie o celu mojej wizyty. Dyrektor uniósł jedną brew, przyglądając mi się z lekkim rozbawieniem.
- Słucham zatem. Czy coś się stało?
- Można tak powiedzieć.- powstrzymałam się od machnięcia ręką, starając się wyglądać najpoważniej, jak tylko było to możliwe. Albo chociaż poważniej, niż zazwyczaj.- Jestem tutaj, by omówić z Panem kwestię scenografii.- zaczęłam, a sam fakt, że zwróciłam się do kogokolwiek per. Pan, sprawił, że dyrektor również potraktował sprawę poważnie.- Wiem, że jeszcze nie wszystko jest gotowe , a ja znam osobę, która świetnie nadałaby się do pomocy.
Na razie nie powiedziałam niczego więcej, nie chciałam, abym brzmiała tak, jakbym się narzucała. Poza tym, dyrektor nie lubił, kiedy ktoś zawalał go na raz potokiem słów, jeśli wcześniej nie prosił o żaden opis, dlatego stałam przed jego biurkiem i cierpliwie czekałam, aż mężczyzna odezwie się pierwszy.
- Ten Twój znajomy… mówiłaś, że jak ma na imię?
Uśmiechnęłam się promiennie, zadowolona z wykonanej roboty.
- Engel, Panie Blake. Ma na imię Engel.
***
Było zbyt późno, bym zdążyła do domu na kolację, dlatego wstąpiłam po drodze do pobliskiej piekarni. Właśnie skończyłam jeść kupioną bułkę, kiedy mój wzrok przykuła pewna postać, jednak z daleka nie byłam pewna, czy to rzeczywiście ciemnooki chłopak.
- Hej, Engel!- zawołałam do niego z drugiej strony ulicy, a kiedy ten odwrócił się na dźwięk swojego imienia, zadowolona podbiegłam ku niemu.
Przebiegłam przez jezdnię, ignorując trąbiący na mnie autobus i przeklinającego kierowcę. Kiedy tylko znalazłam się przy przyjacielu, ten otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak w porę udało mi się go ubiec (co było moją specjalnością).
- Właśnie wróciłam z teatru.- wydusiłam z siebie, trochę sapiąc przez tą ciągłą bieganinę.- Rozmawiałam z dyrektorem.- kiedy uspokoiłam oddech, a serce znów biło mi w normalnym rytmie, wyprostowałam się i spojrzałam na chłopaka, uśmiechając się dumnie.- I wiedz, że właśnie stoję przed kimś, kto będzie pomagać nam w scenografii.
Od Nariel CD. Erik'a
-Co ty wyrabiasz idiotko tu są ludzie! –Krzyknął ktoś nad moją głową . Przestraszyłam się i poczułam jakbym znowu byłam mała a siostra ganiła mnie za coś, więc po policzkach pociekły mi łzy . Zaczęłam się kurczyć i to w zastraszającym tępię nieznajomy nade mną wygląda na zdziwionego….
-Elik, Elik pobawmy się! –Rzucam się na niego . Unika mnie, jednak po kilku próbach zostaje złapany w uścisk małych rączek.
wtorek, 28 czerwca 2016
Od Erika CD. Nariel
Od Vestarii CD. Venom'a
- Nie odezwiesz się ani słowem? - spytał w końcu Venom. Poczułam ukłucie satysfakcji. Jestem twardsza od niego. Choć niewiele, bo sama ledwo wytrzymałam tę ciszę. Przez chwilę nawet planowałam coś powiedzieć, ale na szczęście się rozmyśliłam. Niech pocierpi. Potrząsnęłam głową przy okazji zrzucając sobie grzywkę na oko i wróciłam do leżenia nieruchomo i w absolutnej ciszy. Bezruch jest dobry. Nie pozwala przeciwnikowi dostrzec twojego stanu. Co za tym idzie może nieprawidłowo cię ocenić, a to przeważnie działa na twoją korzyść. To też zasada Mordowni. Jedna z wielu niezapisanych reguł tego zamkniętego półświatka.
- Vest... Zaczynam się o ciebie martwić... - zaczął tamten, ale prychnęłam na niego.
- Najpierw mnie dusisz, a potem dziwisz się, że nie chcę mówić... - rzuciłam cicho nadal oszczędzając gardło. Pewnie poboli parę dni.
Basior zrobił zdziwioną minę.
- Duszę...? Aaaa... Nie pamiętam tego.
- Nienawidzę cię.
- To już wiemy. Masz mi coś jeszcze do przekazania?
Znowu się zamknęłam. Po co ja w ogóle się odzywałam? Nie powinnam dawać mu tej satysfakcji. Rozciągnęłam skrzydła wprawiając je w niewielkie drgania. Nie wygodnie tak z nimi leżeć, ale nie zamierzam zmieniać pozycji. Poza tym nudziło mnie tępe przyglądanie się basiorowi, który tak właściwie niczego ciekawego nie robił. Przydałoby trochę się pobawić. Znów skupiłam się na umyśle basiora i sięgnęłam do niego swoim. Poczułam się przy tym tak, jakbym wkładała dłoń w wartki strumień. Zanurzyłam się głębiej szukając jego najgorszych lęków. O tak. Chciałam mu zesłać iluzję jego koszmarów. Wartki strumień jego myśli w miarę mojego wnikania coraz głębiej ciemniał i zwalniał. Jeszcze tylko trochę... Jeszcze odrobinę... Przypadkiem trąciłam nie to co trzeba i zamiast kurczowo uczepić się najmroczniejszych myśli mojego prześladowcy zostałam gwałtownie wyrzucona na powierzchnię. Wzdrygnęłam się odruchowo nabierając haust powietrza. Zmarszczyłam brwi. Super... Moja głowa... Potrząsnęłam głową usiłując pozbyć się dzwonienia w uszach, czym dodatkowo pogorszyłam sobie sprawę. Westchnęłam cicho ignorując pytające spojrzenie Venom'a i przeniosłam wzrok na wodę w rzece. Nadal pilnowałam czy aby basior nie spróbuje zrobić mi krzywdy, jednak moją uwagę częściowo przykuła leniwie płynąca rzeka. Jakieś migotliwe, błękitne wodorosty łagodnie falowały unoszone prądem, w pobliżu przepłynęła czterooka rybka w czerwono-złote paski. Pozostałość po Apokalipsie. Ogólnie było bardzo spokojnie. A jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju. Znów się nie udało wywołać koszmaru. Będę musiała zacząć ćwiczyć...
<Venom?>
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Od Raven'a CD. Toxic'a
Od Lizzy CD. Ehrendila
Od Ehrendila CD. Lizzy
niedziela, 26 czerwca 2016
Od Nirvany CD. Zero
Od Ehrendila CD. Sorrow
- Poproszę - odpowiedziała Sorrow uśmiechając się uroczo.
- A nie powinnaś czasem wypić jakiejś herbaty z miodem i cytryną? To zrobiłoby ci lepiej niż kakao.
- Chcę kakałka.
- No dobrze, już dobrze - zaśmiałem się - Za drugim razem usłyszałem... Zaraz ci przyniosę.
Ledwo wypowiedziałem te słowa gdy do moich uczu dotarł odgłos małych pazurków uderzających w drewniany parkiet i drugi, takich nieco większych pazurów. Rozejrzałem się w poszukiwaniu źródła owych dźwięków. Jednak ono znalazło mnie pierwsze i przybrało postać wiewiórki wspinającej się po nogawce moich spodni. Po krótkiej chwili wiewiórka zajmowała już miejsce na moim ramieniu wtulając pyszczek w mój policzek. Pod nogami natomiast dumnie kołysząc ogonem przechadzał się Echo - nasz wielki kot. Jakby tego było mało do pokoju wleciał jeszcze ptaszek o imieniu Pumpkin, a w oknie pojawił się łeb Wędrowca.
- Zaczekajcie wszyscy. Zajmę się wami po kolei - zarządziłem idąc do kuchi odprowadzony chichotem swojej dziewczyny. Najpierw zajmę się Sorrow. To najważniejsze. Sprawnie rozpaliłem ogień i wstawiłem na niego naczynię z mlekiem. W międzyczasie wyciągnąłem już kubek i wszystko co było mi potrzebne do przygotowania napoju. Na szczęście weganinem nie jestem. Gdybym był kakao leżałoby poza dostępnymi mi napojami. Jednak ja jestem elfem. Wychodzę z założenia, że zwierzęta, w zamian za opiekę oddają nam to co mogą, bez uszczerbku na zdrowiu. Czyli wystarczy nie marnować jedzenia i doceniać każdy posiłek. Nic trudnego. Tymczasem mleko zdążyło już się zagrzać. Zgoniłem wiewiórkę ze stołu i wlałem mleko do przygotowanego kubka. Zaniosłem kakao Sorrow.
- Proszę, kwiatuszku. -postawiłem na stoliku obok łóżka kubek i nachyliłem się do dziewczyny poprawiając na niej kołdrę. Pocałowałem ją w czoło.
- Gdybyś czegoś potrzebowała koniecznie daj mi znać - poprosiłem prostując się. Wróciłem do kuchni po garść mieszanki orzechów i kawałków owoców, które już wcześniej przygotowałem dla Ezreala. Teraz tylko nasypałem trochę do niewielkiej miseczki i zostawiłem ją na stole razem z bardzo zadowoloną wiewiórką. Pogłaskałem Echo po głowie i podrapałem go za uchem, a potem pod brodą. Wielki kot postanowił jednak wcisnąć się pod przykrycie razem z Sorrow, więc dałem mu spokój. Pumpkin w tym czasie zdążył już podkraść wiewiórce kilka orzechów, co oczywiście nie wywołało nic dobrego. Tak że wiewiórkę musiałem złapać w powietrzu, posadzić ją na stole i dosypać jej jedzenia, a potem wygonić ptaszka za okno. Został mi tylko Wędrowiec. Otworzyłem drzwi wpuszczając majestatyczne stworzenie do domu. Tak jak się spodziewałem biały jeleń zajął miejsce między łóżkiem, a stołem i położył się. Wziąłem koc i nakryłem nim grzbiet zwierzęcia. Upewniłem się dwa razy, że już nikt nic ode mnie nie chce. Doniosłem Sorrow więcej kakaa i wyniosłem się do sali treningowej. Ćwiczyłem tak samo jak zawsze. Jeden utarty ciąg ćwiczeń, który po kolei rozciąga i wzmacnia każde partie mięśni. Porzucałem jeszcze nożami do celu z typową mi precyzją i urządziłem sobie mały sparring z workiem treningowym.
Zanim się obejrzałem minęło kilka godzin. Wróciłem do pokoju w którym wszystkich zostawiłem. Zastałem tam uroczy widok. Wędrowiec nadal leżał na ziemi, a obok niego zwinięty w kłębek spał Echo, na którym z kolei spał nie kto inny jak Ezreal. Uśmiechnąłem się przenosząc wzrok na Sorrow. Na co mi dzieci? Mam taką rozczulającą bandę zwierzaków, które kocham i za którą w ogień bym wskoczył.
- Ehrendil...? Położysz się tu ze mną? - spytała Sorrow.
- Ćwiczyłem - zauważyłem - Najpierw chciałbym się umyć. Będzie przyjemniej.
- Mhm... Tylko nie za długo.
- Naiher el nun...
Zabrałem ręcznik, czyste ubrania i ruszyłem do łazienki. W miarę szybko zmyłem z siebie pot. Z myciem włosów zawsze mi dłużej schodzi... Bądźmy szczerzy. Z włosami sięgającymi do kolan kiedyś miałem pseudonim "Roszpunek". Nienawidziłem go i lepiej, żeby został on nadal w przeszłości. Wyszedłem spod prysznica i ubrałem ha siebie lużne spodnie. Całkiem na boso wyszedłem z łazienki i udałem się prosto do dziewczyny po drodze jeszcze znajdując chwilkę na przytulenie do siebie Wędrowca. W końcu usiadłem na łóżku obok dziewczyny niedbale machając grzebieniem.
- Pomożesz mi? - spytałem.
- Jasne. -dziewczyna wyjęła mi z ręki grzebień. Po nieco dłuższej chwili moje włosy były już rozczesane i zaplecione w pojedynczy długi warkocz. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością do dziewczyny i ułożyłem na łóżku obok niej. Objąłem ją tak, jakbym własnym ciałem starał się osłonić ją przed wszystkim co może jej zagrozić, a ona wtuliła się w moją nagą pierś. Uścisnąłem ją jeszcze lekko.
- Może chodźmy spać? - zaproponowałem.
- Okej - ziewnęła i zamknęła oczy nieświadomie bawiąc się końcówką mojego warkocza. Uśmiechnąłem się również zamykając oczy. Bądź co bądź wstaję przecież o świcie...
sobota, 25 czerwca 2016
Od Kayli CD. Nazgar
Odpadłam z uśmiechem. Cisza jest nawet dobra, pozwala ci się skoncentrować nad otoczeniem a nie tylko osobami z którymi gadasz. Z reszta nie jest to zdecydowane ze każda osoba musi lubić rozmawiać z innymi. Jeżeli nie chce to trzeba zaakceptować jej decyzje a nie zmuszać do czynu przeciwnego. W naszym spacerze w którym wędrowałam u boku Nazgar, towarzyszył nam pośpiew ptaków które latały i także siedziały na gałęziach drzew, i trawie. Słońce nas grzało i w ogóle było dosc przyjemnie. Można było czy jak pogoda zmienia sie z wiosny na lato. Kiedy tak wędrowałam dostrzegłam ze Nazgar szła tak jak by wiedziała gdzie. Choć przed chwila mówiła ze za bardzo terenu nie zna. Było to bardzo podejrzane. Jeszcze dziwniej sie zrobiło kiedy poczułam chłód obok mnie. Na początku myślałam ze to wiatr, ale po chwili było to dziwne uczucie jak by tam cos było.
-Nazgar, czy ty tez masz to dziwne uczucie?
Wiem ze nie przepada za rozmowami i pytaniami ale to co tu się działo ani troche mnie się nie podobało. Tak jak by to miejsce było nawiedzone. Moje myśli były pełne pytań i rozmyśleń co to, ale postanowiły poczekać na to co Nazgar ma do powiedzenia.
Od Venom'a CD. Vestarii
-Gdzie leziesz?
Zapytałem powoli podchodząc do dziewczyny na co ta parzyła na mnie morderczo. I powoli się oddalała.
-Odwal się ode mnie do cholery!
Warknęła przez ramie nie zatrzymując się. Jakoś dziwnie mi było patrzeć jak Vest która przed chwila była tak pewna siebie. Teraz się wlekła nie wiadomo gdzie.
-Zabije mnie
Mamrotałem pod nosem po czym podeszłam do dziewczyny. W brew jej woli pomogłem jej. Ta zaś wszystko robiła by ja puściłem ale próbowałem to zróżnicować.
-Weź przestań i powiedz gdzie idziesz, to pomogę
-Ta jasne, a potem kurwa mnie zabijesz! Dostaw mnie pojebie!
Przewróciłem oczami i wciąż próbując pomóc dziewczynę westchnąłem.
czwartek, 23 czerwca 2016
Od Engel'a CD. Ramphilli
Od Toxic'a CD. Raven'a
-To ze niby jesteś 'perfekcyjny' nie oznacza ze wszystko dostaniesz
Przecedziłam przez żeby, w tym samym czasie co odwróciłem się plecami do czerwono-okiego. Kontynuowałem podróż tym tunelem, ciagle powstrzymując moje zmysły od reagowania na okoliczności w których byliśmy. Idąc przed siebie robiłem wszystko by tylko ignorować słowa 'aniołka', tylko po to by w końcu musz znaleść wyjście. To była chyba najdłuższa podróż która kiedykolwiek przeżyłem. Dość ze ten chciał mi rozwalić nerwy do reszty, to jeszcze musiałem się powstrzymywać zmysł węchu z większości od reagowania na te straszne okoliczności w których w tym monecie byłem. Kiedy juz minęło jakies pare minut. Zaczęło się przejście powietrza aż stało się pokojem. Zapach zgnilizny i grzyba nie był juz tak intensywny. Tutaj pachniało prędzej dymem, co mnie lekko zdziwiło. Do czasu gdy znów miałem szczęście uruchomić machinie tego co sobie zamieszkał w tym domku lata temu. Ku mojemu zdziwieniu otwarł się sofie prosto przede mną. Następnie ujrzałem ławę wypływająca z tego otwarcia na co odskoczyłam od zagrożenia prawie wpadając na Raven'a. A żeby tego było mało dostrzegłem jak ściany powoli zaczęły się przesuwać w środek pomieszczenia mając w narzut nas zmiażdżyć.
Od Sorrow CD. Ehrendila
W drodze powrotnej nie napotkaliśmy żadnych przeszkód. Przemierzaliśmy las w dość cieplej pójdzie. Niestety moja odpornośc nie jest wiele warta, wiec tak czy siak juz mam przeziębienie. Przez JEDEN zimny prysznic. Zaczynało mnie o męczyć. Na szczęście tym razem miałam kogoś kto by o mnie zadbał. Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam na partnera. Wyglądał lekko zaniepokojony i rozbawiony w tym samym czasie.
-Nie mogę się doczekać aż wyzdrowieje i pójdziemy po pływać
Powiedziałam zadowolona wiedząc ze jezioro będzie niedługo wystarczajaco ciepłe by można było w nim pływać. Niestety po tym pięknym zdaniu musiało mnie odwiedzić następne kichnięcie w towarzystwie kszypania.
-Lepiej wyzdrowiej, a potem myśl o zabawie
Powiedział lekko rozbawiony Ehrendil patrząc na mnie jak na niewinne stworzonko. Jak juz dotarliśmy do celu od razu pozbyłam się zbędnych ubrań i w koszulce i bieliźnie powędrowałam do łóżka.
-Ehreendiil~ a możesz zrobić kakauko?
Zapytałam przykryta po brodę, robiąc szczenięce oczka.
<Ehrendil? Sry ze bez sensu i ze tak późno. Postaram sie powrócić z nieaktywności.>
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Od Ramphilli CD. Engel'a
Od Lizzy CD. Ehrendila
- No cześć mordko! Co u ciebie?- spytałam radośnie wilczą czaszkę, którą oczywiście musiałam trzymać, bo niestety ten idiota nie mógł sobie znaleźć reszty ciała.
- W końcu świeże powietrze! Jak mogłaś trzymać mnie w tej zapyziałej torbie przez tyle czasu! Obiecałaś mi nową! Nie będę żyć w takich warunkach!- krzyczał mój pustogłowy przyjaciel tym jego śmiesznym, sztucznie niskim głosem, kłapiąc szczęką
- Spokojnie, bo ci się śrubki obluzują, załatwię ci tą głupią torbę okej? - westchnęłam- co ja mam teraz zrobić Łepek? Głupi długouchy nie chce mi dać ŻADNEJ broni, a wiesz że jej potrzebuję!
- Oh, a więc to tak. Nie mam zamiaru ci pomagać dopóki nie dostanę mojej torby! I już ci mówiłem że masz zapomnieć o tej sprawie. Kiedy to było? 93 życia temu! DZIEWIĘĆDZIESIĄT TRZ.. - nie zdążył dokończyć bo rzuciłam nim gdzieś między drzewa.
- Auć! Co do... - rozległ się głos- zdecydowanie nie Łepkowy. Najwyraźniej ktoś oberwał od tego pustego czerepa! Haha! Chociaż do czegoś się przydał! Podniosłam się z ziemi, otrzepując się z trawy i reszty brudu i ruszyłam w stronę z której dochodził głos. Okazało się że ofiarą tego jakże niefortunnego zbiegu wydarzeń była dziewczyna długouchego, który swoją drogą właśnie stał obok niej, najwyraźniej pytając czy nic jej nie jest. Na mój widok oczywiście natychmiastowo spochmurniał (lekko mówiąc)
- Znowu ty? - ah, ten chłód w jego głosie. Zignorowałam dość oczywiste pytanie, ruszając do Łepka, który leżał w krzakach, nie chciałam nim trafić w coś tak twardego, mogło mu się coś stać.
- Przepraszam mordko, wiesz że nie wolno ci mówić o TYM. Nie gniewaj się ok? Dostaniesz swoją nową torbę - moja biedna mordka nie odpowiedziała, patrząc na mnie oczodołami z lekkim wyrzutem, miał połamaną szczękę. Odwróciłam się do parki, która była odpowiedzialna za popsucie Łepka - I coście narobili?! Łepek nie może mówić! I jak ja mam to naprawić?!
<Ehrendil? Sorrow? Sorry że długo i trochę bez sensu, no ale wersja nr 1 przepadła bezpowrotnie>
sobota, 18 czerwca 2016
Od Raven'a CD. Lilith
- A wiesz kto może ma? Proszę! Ja muszę ten mecz obejrzeć!
- Pytaj gospodarza tej gospody. Andre być może ci pomoże. Jak nie to powiedz, że Ravi bardzo prosi o to, by ci pomóc. Być może wtedy dasz mi w końcu spokój.
- Wykluczone. Za fajnie się ciebie wkurza - zaśmiała się - Ale dzięki za pomoc!
Odwróciła się i w podskokach rzuciła się na dół schodów. Pokręciłem głową zirytowany i zatrzasnąłem drzwi. Zamknąłem je na klucz na wypadek gdyby Lilith jednak wróciła. Tylko co by tu teraz porobić... Nie znoszę się nudzić...
Westchnąłem podchodząc do drzwi. Otworzyłem je, wyszedłem na korytarz i znów je zamknąłem zabierając ze sobą klucz. Po cichu zszedłem po schodach w dół odruchowo przeczesując wzrokiem towarzystwo. Andre jednak telewizor posiadał. Pomiędzy paroma ludźmi podskakując radośnie i jedząc pizzę siedziała wgapiona w telewizor Lilith. Reszta ludzi zdawała się nie wykazywać aż takiego entuzjazmu od czasu do czasu zerkając na dziewczynę z pewnym niepokojem. Czyli wszystko gra... Gospodarz pozdrowił mnie skinieniem głowy na co ja bez wahania mu odpowiedziałem. I on i Esmee traktują mnie jak własnego syna i nigdy o nic nie pytają. Jedyni ludzie których szanuję w tym chorym świecie.Teraz jednak cicho przeszedłem przez salę i wyszedłem na zewnątrz. Było chłodno, lecz nie zimno.Wiał delikatny wiaterek, a w powietrzu unosiła się woń kwiatów z pobliskiego parku. Wcisnąłem ręce w kieszenie spodni i poszedłem sobie w dół ulicy. Zobaczmy jakie niespodzianki przygotowało dla mnie miasto tej nocy...
<Lilith? Mistrzunio szukania kłopotów w akcji xD>
czwartek, 16 czerwca 2016
Od Lilith CD. Raven'a
-No cześć! Bo wiesz, dzisiaj jest ten mecz i w ogóle, a ja mam pizze! I mogłabym obejrzeć to u ciebie?? Plis! Popatrzyłam na niego wzrokiem szczeniaka.
<Raven? To całe Euro uderzyło mi do głowy xd>
wtorek, 14 czerwca 2016
Od Vestarii CD. Maylo
- Ale ja świetnie sobie sam poradzę! - zaprotestowało to małe coś.
- Ja mam ciekawsze rzeczy do roboty niż niańczenie bachorów! - dodałam - Sam se go adoptuj, a nie mi dzieciaka sprzedajesz.
- Uważaj na język Vest. Zapominasz kto tu rządzi. - upomniał mnie Zero. W odpowiedzi pokazałam mu środkowy palec.
- Wal się dupku. - odwróciłam się i odeszłam. Mam w dupie to, że Alpha i tak dalej. Może sobie mnie nawet wywalić. Nie dbam o to. Za sobą usłyszałam szybkie kroki dzieciaka.
- Czego smarkaczu? - rzuciłam przez ramię.
- Zwolnij, bo nie nadążam - zarządał - Jestem Maylo. A Zero powiedział, że mam za tobą iść.
- Sukinsyn... - wymamrotałam - Nie chce mieć z tobą nic do czynienia, jasne?! Nie dotykasz moich rzeczy, nie szlajasz sie mi po domu, nie gadasz bez sensu, nie zawracasz mi głowy głupotami, nie bawisz się moimi zabawkami i nic ode mnie nie chcesz, jasne? - spytałam wściekła.
- Dobrze, dobrze... Czyli jednak pozwolisz mi u siebie mieszkać?
- Cholera jasna... Już łamiesz zasady. Niby co mam innego zrobić, co?! No co?!
- Nie wiem...
Korzystając z faktu, iż posiadałam ręce wyciągnęłam telefon i wysłałam do Rey bardzo 'łzawego' SMS'a opisującego jak bardzo nie chcę być niańką. Potem schowałam telefon do kieszeni.
- Fajny numer. Skąd go masz? - zamrugałam starając się ogarnąć o co pyta bachor.
- O czym pieprzysz?
- O tym. - wskazał mój nadgarstek. Przycisnęłam rękę do uda ukrywając tatuaż przed wzrokiem.
- Nie interesuj się dzieciaku. - rzuciłam oschle.
- Jak chcesz 24601.
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Nigdy tak do mnie nie mów! - warknęłam na Maylo. Chłopak podniósł do góry ręce.
- Wyluzuj...
- Nie.
- Bo?
- Bo nie.
Tymczasem dotarłam do swojej zasyfionej jaskini. Wlazłam do środka i rozejrzałam się. Wszędzie walały się moje ubrania, resztki jedzenia, papiery i ogólny syf.
- Tak mieszkamy? - spytał chłopak.
- A co? Wille byś chciał?!
Od Maylo DO Vestarii
-Co cie tu sprowadza mały?
Usłyszałem głos człowieka. Ustąpiłem warczenie, ale w ciąż nie czułem że mogę mu zaufać.
-A co cie?
Próbowałem chociaż trochę brzmieć groźnie. Najwyraźniej mi nie wyszło, bo słyszałem jak on się zaczął chichrać.
-Bo jesteś na terenach mojej watachy, wilków apokalipsy. Wiec albo dołączasz, albo musisz opuścić to miejsce.
Słyszałem juz to kilka razy sprzymierzając przez tereny innych watach. Ale nazwa tej mnie się spodobała więc zgodziłem się na dołączenie, przez przytakniecie na propozycje.
-Wiec witam cie w Watasze Apokalipsy!
Wystawił rękę do mnie by się przywitać. Widząc to zmieniłem sie w człowieka i ledwo teraz dostrzegłem jaki on był wielki. Ale nie reagując na to wielkie fizycznie odwzajemniłem jego gest.
-Nazywam się Maylo
Dodałem na co on się uśmiechnął i dodał:
-Jestem Zero
Kiedy tak sobie obok niego stałem to byłem co najmniej 50cm niższy. Na mój wiek i tak nie jestem wysoki, ale on?! To jest coś.
-Byłoby to nie bardzo odpowiedzialne..
Usłyszałem tylko urywek tego co on, chyba Zero, mamrotał pod nosem. Następnie się odwrócił w bok. Nic nie zrozumiałem. Widząc to co on z jego punktu widzenia dostrzegłem jakaś postać.
-Ej Vest! Weź tu podejdź!
-Czego zaś chcesz?!
Usłyszałem zdrażniony głos dziewczyny która wbrew własnej woli zbliżała się w naszym kierunku.
-Masz się zając tym dzieckiem
-Ze co?!
Prawie ze krzyknęliśmy obojga. A juz myślałem ze docenia fakt ze jestem samodzielny. Spojrzałem na ruda dziewczynę która spoglądała na mnie z nienawiedzeniem. Z tego co widzę to czeka mnie ciekawe życie.
<Vest?>
