środa, 29 czerwca 2016

Od Ramphilli CD. Engel'a

Z reguły tradycja poranków w pewnym jaskrawo niebieskim domku, znajdującym się na obrzeżach miasta, była naprawdę przerażającym doświadczeniem. Chaos rosnący z minuty na minutę, paraliż totalny, poszturchiwania, kolejny do łazienki, oraz przepychanki w kuchni. Zaspani mieszkańcy, robiący hałas z samego rana, budząc tym samym swoich niewyspanych współlokatorów, pomrukiwania i przeklinanie jasnego słońca, oraz braku żaluzji w oknach, narzekanie to na zbyt ciepłą, to na zbyt zimną pogodę, kiedy przychodziło wybrać ubranie na dzisiejszy dzień. Grzanki spalały się w tosterze, czajnik co chwila dawał o sobie znać głośnym gwizdaniem, a zapomniane, podgrzane mleko co chwila stygło, samotnie pozostawione w garnku. Mieszkańcy warczący na siebie nad torebkami herbaty, wkładanymi do kubków, w których były już torebki herbaty, a także kłótnie o to, kto przez przypadek posmarował nie swoją kromkę chleba, lub podwędził komuś talerz.
Najsłynniejsze były jednak wyścigi do stołu, decydowały one bowiem o tym, komu przypadnie dzisiaj zaszczyt jedzenia na krześle, a którzy pechowcy będę musieli zadowolić się kuchennym blatem, parapetem, bądź podpieraniem ściany i śniadaniem na stojąco.
W trakcie posiłku zawsze dzwonił przynajmniej jeden telefon, a wszyscy robiliśmy zakłady, do którego z nas tym razem dobijają się z samego rana. Po kolejnej przepychance w kierunku łazienek, wymienialiśmy się informacjami kto co dzisiaj robi, czy pracuje, o której wraca i którzy z nas zostają w domu, a także najważniejsze- omawialiśmy kwestię kolacji.
Nie wiem, jak reszta zawsze patrzyła na wyścig szczurów, odbywający się w naszym domu każdego dnia, jednak osobiście traktuję je, jak rodzaj konkurencji sportowej. Jest to nasza prywatna szkoła przetrwania, a ja lubię myśleć, że jestem w niej coraz lepsza.
Jednak tego dnia nie musiałam przepychać się w korytarzach, ani biec w kierunku stołu, jak ta wariatka, tocząc zaciętą bitwę o wolne krzesło. Ominęły mnie nie tylko kolejki do lodówki i łazienki, ale przegapiłam też poranne krzyki, jakie towarzyszą nam podczas każdego zakładu, kiedy w godzinach od szóstej, do mniej więcej siódmej trzydzieści dzwonią przypadkowe telefony. Jednak pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła i najbardziej zdziwiła, był fakt, że po raz pierwszy obudziłam się sama z siebie. Żadnego krzyku. Żadnych przekleństw, ani śmiechów. Nic, tylko dzwoniąca w uszach cisza, która powoli zaczęła mnie nie tylko dziwić, ale i niepokoić. Niespotykane było również światło, wpadające przez okno, oświetlające swymi promieniami mój niewielki pokój. Było ciepłe i łagodnie otulało swym delikatnym dotykiem. W niczym nie przypominało tych białych smug porannego słońca, które w każde lato budziło mnie o zbyt wczesnych godzinach, bezlitośnie rażąc w oczy.
Przez jakiś czas leżałam na łóżku w całkowitym bezruchu, wpatrując się w nieokreślony punkt, gdzieś daleko, poza zasięgiem ludzkiego wzroku. Przez uchylone okno wpadał do pokoju zapach farb i skoszonej trawy, co oznaczało, że Laura już zaczęła malować…
Kiedy tak nad tym myślałam, leżąc spokojnie na materacu, powoli dochodziło do mnie ile rzeczy nie pasowało nie tylko do siebie nawzajem, ale przede wszystkim, odstawało od naszych normalnych poranków. Odcień promieni słonecznych mogłam jakoś zignorować. Potrafiłam nawet przymknąć oko na to, że ktoś wpadł na pomysł koszenia trawy przed szóstą, jednak kilka rzeczy bardzo mnie niepokoiło i dalej pozostało bez wyjaśnienia. Nasz dom był na co dzień tak wypełniony ludźmi, że to aż nie możliwe, by nie obudziły mnie krzyki któregoś z nich, nie mówiąc już o tym, że ta panująca wokół cisza była nie tylko nie do zniesienia, ale po prostu dziwnie nie na miejscu. Pozostawała jeszcze kwestia zapachu farby… Laura nie miała w zwyczaju malować wcześniej, niż przed południem, a to oznaczało, że coś się ch*lernie nie zgadzało.
Aby nie wyciągać pochopnych wniosków, wstałam z łóżka i podeszłam do szafy, stojącej na drugim końcu pokoju, odpychając od siebie wszelkie myśli, dotyczące początku dzisiejszego dnia. Otwieraniu drewnianych drzwi, jak zwykle towarzyszyło charakterystyczne skrzypnięcie, przypominające mi po raz kolejny w tym tygodniu, o konieczności naoliwienia zawiasów. Jeśli były zardzewiałe (a na pewno były), to oliwienie było jedynie tymczasowym łagodzeniem objawów, jednak stanowiło zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż wysłuchiwanie jęków starej szafy.
Ponieważ nigdy specjalnie nie przejmowałam się wyglądem, cała sztuka ubierania się polegała właściwie na wyciąganiu przypadkowych ubrań z szafy i zakładaniu na siebie. Kiedyś usłyszałam od koleżanki, z którą od lat dzielę pokój, że jestem idealnym przykładem stylu, który ona określa mianem Artystycznego Nieładu, a ja do tej pory nie wiem, czy miałam odebrać to, jak obelgę, czy komplement. W każdym bądź razie, jeśli o mnie chodzi, równie dobrze mogłabym wyjść z domu w piżamie.
- Lauraaa!- zawołałam, zbiegając po schodach na niższe piętro.
Myślę, że właśnie nastał odpowiedni moment, aby opisać miejsce, w którym mieszkam… albo raczej, mieszkamy, gdyż, jak już się pewnie domyśliliście, nie jestem jedynym z domowników, choć ludzie, z którymi żyję pod jednym dachem w żadnym stopniu nie są ze sobą spokrewnieni. Ja również nie mam nic wspólnego (z genetycznego punktu widzenia) z żadnym z nich, a jednak w pewien sposób udało nam się stworzyć zjednoczone i zżyte ze sobą grono.
Jaskrawo niebieski dom, w którym mieszkamy, składa się z dwóch pięter- pierwsze to parter, zaś wyżej znajduje się pierwsze piętro, pełniące rolę wielkiej sypialni. To właśnie tam znajdują się nasze pokoje, które przez całkiem sporą ilość domowników, niestety nie mogą popisać się zbytnią wielkością. Na górze znajdują się dwie łazienki i sześć maleńkich sypialni, z czego tylko dwie z nich są jednoosobowe, reszta z nas mieszka po dwie osoby w jednym pokoju. Wspomniałam już wcześniej o mojej współlokatorce, jest nią właśnie malująca Laura.
Sam dom, chociaż od zewnątrz już dostatecznie wyróżnia się wśród pozostałych, od środka jest jeszcze bardziej niesamowity. Kiedy po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na remont (a miało to miejsce około miesiąca po przeprowadzce, kiedy udało nam się wspólnymi siłami uzbierać potrzebną sumą pieniędzy), uzgodniliśmy, że każdy z naszej dziesiątki ma dodać coś od siebie. Mógł to być kolor kilku ścian w salonie, kształt stołu w jadalni, firanki na oknach, wygląd kanapy i foteli, albo kolor podłogi na parterze. Dzięki temu pomysłowi, dom stanowi mieszankę sztuki i gustów każdego z nas, będąc kolejnym przykładem Artystycznego Nieładu.
- Laura?- zawołałam, jednak już zupełnie ciszej, kiedy zbiegając na dół nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Omiotłam wzrokiem piętro, po czym zdecydowałam się poszukać na dworze. - Ej, słyszysz? Gdzie jesteś?!- dokładnie w tym momencie odnalazłam wzrokiem jasną postać.
- Tutaj!- długowłosa blondynka pomachała w moją stronę, ani na chwilę nie odrywając wzroku od stojącego przed nią płótna.- Nie musisz cały czas biegać.
- A ty nie musisz cały czas stać w miejscu.- odcięłam się dziewczynie, zaglądając jej przez ramię, by zobaczyć jakie to dzieło tym razem wyjdzie spod jej rąk.
- Zgoda.- Laura przytaknęła spokojnie, prawie że szeptem, po czym znów wróciła do maczania pędzla w farbie.
- Dlaczego mnie nie obudziłaś? Przecież wiesz, że miałam próbę ra…- zaczęłam, jednak współlokatorka przerwała mi w pół słowa, nawiązując ze mną tylko przelotny kontakt wzrokowy.
- Wiem.- kiedy mówiła, była całkowicie skupiona na płótnie, sztaludze, pędzlu, farbach i własnej dłoni.- Około szóstej dzwonił telefon, kazano Cię poinformować, że zaczynacie wieczorem. Poza tym…- dodała, uśmiechając się tryumfalnie.- dzięki temu telefonowi wygrałam zakład.
Parsknęłam śmiechem, słysząc dumę w głosie młodej malarki. Może była spokojna i trochę nieśmiała, ale nie potrafiłabym wyobrazić sobie lepszej współlokatorki. Poza tym, znamy się z Laurą od tylu lat, że dziewczyna w moim towarzystwie wyzbyła się jakiejkolwiek fobii przed ludźmi. Potrafimy sobie dogryzać, a w przypadku Laury jest to coś tak rzadkiego, że powinno być uznawane za cud. Poza tym, oby dwie nie potrafimy utrzymać wokół siebie porządku, więc nieźle się dobrałyśmy.
- No widzisz!- westchnęłam z zadowoleniem.- Ty przekazałaś mi ważne informacje, a ja dałam Ci zarobić. Jesteśmy kwita.- puściłam dziewczynie oczko. W odpowiedzi otrzymałam uśmiech i kolejne kiwnięcie na znak zgody. Znów zerknęłam dziewczynie przez ramię.- Na Twoim miejscu użyłabym tutaj więcej granatowego…
- Tak myślisz?- Laura złapała się za podbródek, wpatrując się w drzewa z farby, szeleszczące nad namalowanym stawem.- A nie będzie zbyt mocno kontrastowało w górą? Choć z drugiej strony…
- Dobra, to ja Ci nie przeszkadzam!- rzuciłam na odchodne, podczas krótkiego sprintu w stronę kuchni. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, ale kątem oka dostrzegłam, jak Laura macza pędzel w ciemnoniebieskiej farbie.

***



Tego wieczoru teatr świecił pustkami, choć nie było to nic nadzwyczajnego. Nie bez powodu nazywaliśmy ten, oraz cały następny tydzień „Okresem Próbnym”. Był to czas, w którym nie wystawialiśmy żadnego, nawet najkrótszego i najmniej wymagającego przedstawienia. Przychodziliśmy do teatru tylko po to, by ćwiczyć swoje role do planowanego spektaklu, a ponieważ zaskoczenie jest jedną z naszych najważniejszych broni, nie było nawet mowy o zapraszaniu gości.
- I sam ty biały, jak chusta. Zimny, jakie zimne dłonie! Tutaj połóż, tu na łonie. Przyciśnij mnie, do ust usta!- krzyknęłam, zwracając się w stronę stojącego obok chłopaka.
W jednej ręce trzymałam scenariusz, jednak zerkałam na niego najrzadziej, jak było to możliwe. Prawdę mówiąc, pamiętałam swoją rolę doskonale, jednak tylko do końca tego tygodnia mogliśmy ćwiczyć z tekstem, dlatego wolałam mieć go przy sobie. Poza tym, jeśli nie ja, to ktoś inny będzie miał z niego użytek.
Stojący naprzeciwko mnie chłopak nie miał w ręku żadnej kartki, jednak on nie potrzebował teksu. Jako duch, grał tak zwaną „rolę niemą”, czyli musiał wyrazić wszystkie emocje za pomocą gestów. Mimo to, chociaż nie musiał uczyć się scenariusza na pamięć, jego rola bez wątpienia była jedną z najtrudniejszych.
- Ach, jak tam zimno musi być w grobie! Umarłeś! Tak, dwa lata! Weź mię, ja umrę przy tobie. Nie lubię świata. Źle mnie w złych ludzi tłumie. Płaczę, a oni szydzą; Mówię, nikt nie rozumie; Widzę, a oni nie widzą!
Myślę, że najlepszym streszczeniem spektaklu, do którego się przygotowywaliśmy, byłyby dwa słowa- dziewczyna i duch. Historia, którą przedstawialiśmy na scenie pokazywała życie zrozpaczonej dziewczyny, która po śmierci ukochanego, wciąż widzi przy sobie jego ducha. Mówi do niego, choć nie otrzymuje odpowiedzi. Tak bardzo tęskni za lubym, że gotowa jest pójść w jego ślady… a co na to tłum ludzi, widzący jej rozmowę z martwym? Jedni się boją, inni przypatrują się jej z zaciekawieniem. Wiejski lud znał dobrze i chłopaka i dziewczynę, dlatego wierzy w to, że duch nawet po śmierci potrafi kochać. Najważniejszym momentem w przedstawieniu, jest jednak wkroczenie uczonego, który powołując się na naukę i własne badania, uznaje, że dziewczyna jest szalona, ponieważ on nie widzi wokół niej żadnego ducha.
Dramat, który ćwiczyliśmy jest wszystkim bardzo dobrze znany i wybraliśmy go właśnie z tego powodu. Dużo osób go czytało, jednak zaskakująco niewielu widziało na scenie. Poza tym, cały urok wystawianej przez nas sztuki polegał na tym, że opisane w „Romantyczności” wydarzenia, pokazaliśmy nie w oryginalnym czasie trwania akcji, tylko w czasach współczesnych.
Kiedy tylko ogłoszono koniec dzisiejszej próby i poinformowano, że mimo dzisiejszego opóźnienia, jutro ćwiczymy z samego rana, dopadłam swoją torbę, pospiesznie wpakowując do niej kilka swoich gratów i wielkim susem zeskoczyłam ze sceny. Po slalomie między rzędami siedzeń, wreszcie trafiłam do wyjścia, rzucając reszcie grupy krótkie „do jutra!”. Odpowiedział mi chórek kilku aktorów, którzy również zaczęli się pakować, powoli szykując się do powrotu do domu. Ja jednak nie miałam czasu na wleczenie się, o nie! Obiecałam przecież, że załatwię Engel’owi pracę przy dekoracjach, a teraz był wręcz odpowiedni moment, by porozmawiać z dyrektorem naszego teatru.
Gdy znalazłam właściwe drzwi, wparowałam z impetem do gabinetu, robiąc swoją wersję „wejścia smoka”. Podbiegłam do dużego biurka, stojącego przy oknie, oraz osoby w garniturze, która siedziała na krześle, czytając papiery o nieznanej mi treści.
- Bry!- rzuciłam, wesoło jak zawsze.
Przez chwilę obserwowałam surowy wyraz twarzy dyrektora. Mężczyzna zmrużył oczy, a między jego brwiami pogłębiła się zmarszczka. Jednak, kiedy tylko oderwał wzrok od dokumentów i zobaczył kto zawitał do jego gabinetu, jego oblicze natychmiast złagodniało, a na twarzy zatańczył uśmiech. Nawet, jeśli nasz dyrektor był zwolennikiem dyscypliny, to znał swoich aktorów, jak własną kieszeń. Skoro zauważył, że osobą, która krzyknęła do niego „bry”, zamiast powiedzieć „dzień dobry, panie Blake”, byłam ja, nie potrafił się zdenerwować. Przecież jestem Ramph, a to znaczy, że mogę bezkarnie mówić „bry!” oraz „doberek” komukolwiek zechcę.
- Ramphilla!- tak, w zamian za to, dyrektor również mógł zapomnieć o moim nazwisku.- Jak tam praca nad „Romantycznością”?- spytał, kiedy uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Duch jest wspaniały! Dean naprawdę dobrze wypadł w niemej roli.- zaczęłam opowiadać jak wyglądał przebieg próbnego przedstawienia, a kiedy skończyłam, spotkałam się z aprobata ze strony Pana Blake’a, wyrażoną poprzez skinienie głowy.- Ale zaraz, zaraz, ja przecież nie po to przyszłam!- zauważyłam, w porę przypominając sobie o celu mojej wizyty. Dyrektor uniósł jedną brew, przyglądając mi się z lekkim rozbawieniem.
- Słucham zatem. Czy coś się stało?
- Można tak powiedzieć.- powstrzymałam się od machnięcia ręką, starając się wyglądać najpoważniej, jak tylko było to możliwe. Albo chociaż poważniej, niż zazwyczaj.- Jestem tutaj, by omówić z Panem kwestię scenografii.- zaczęłam, a sam fakt, że zwróciłam się do kogokolwiek per. Pan, sprawił, że dyrektor również potraktował sprawę poważnie.- Wiem, że jeszcze nie wszystko jest gotowe , a ja znam osobę, która świetnie nadałaby się do pomocy.
Na razie nie powiedziałam niczego więcej, nie chciałam, abym brzmiała tak, jakbym się narzucała. Poza tym, dyrektor nie lubił, kiedy ktoś zawalał go na raz potokiem słów, jeśli wcześniej nie prosił o żaden opis, dlatego stałam przed jego biurkiem i cierpliwie czekałam, aż mężczyzna odezwie się pierwszy.
- Ten Twój znajomy… mówiłaś, że jak ma na imię?
Uśmiechnęłam się promiennie, zadowolona z wykonanej roboty.
- Engel, Panie Blake. Ma na imię Engel.

***

Było zbyt późno, bym zdążyła do domu na kolację, dlatego wstąpiłam po drodze do pobliskiej piekarni. Właśnie skończyłam jeść kupioną bułkę, kiedy mój wzrok przykuła pewna postać, jednak z daleka nie byłam pewna, czy to rzeczywiście ciemnooki chłopak.
- Hej, Engel!- zawołałam do niego z drugiej strony ulicy, a kiedy ten odwrócił się na dźwięk swojego imienia, zadowolona podbiegłam ku niemu.
Przebiegłam przez jezdnię, ignorując trąbiący na mnie autobus i przeklinającego kierowcę. Kiedy tylko znalazłam się przy przyjacielu, ten otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak w porę udało mi się go ubiec (co było moją specjalnością).
- Właśnie wróciłam z teatru.- wydusiłam z siebie, trochę sapiąc przez tą ciągłą bieganinę.- Rozmawiałam z dyrektorem.- kiedy uspokoiłam oddech, a serce znów biło mi w normalnym rytmie, wyprostowałam się i spojrzałam na chłopaka, uśmiechając się dumnie.- I wiedz, że właśnie stoję przed kimś, kto będzie pomagać nam w scenografii.

<Engel? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz