Mimowolnie uniosłam jedną brew, kiedy to przez chwilę przyglądałam się chłopakowi, biegnącemu tuż obok mnie. Muszę przyznać, że nie byłam do końca pewna, co do jego odczuć dotyczących zniszczonego aparatu. Bo nawet jeśli w bardzo przekonujący sposób oświadczył dobrodusznie, że nic mu nie jest i nic wielkiego się nie stało, to chyba sam nie był do końca przekonany co do szczerości swych słów. Mnie również nie przekonał całkowicie. Poza tym, zwrot „straciłem przyjaciela” nie brzmiał zbyt pozytywnie, a prawie na pewno nie był on sarkastyczny.
Takie, w każdym bądź razie, odniosłam wrażenie. Równie dobrze mogły to być tylko wyobrażenia niebieskowłosej wariatki, która przez swą naturę mola książkowego i przedawkowanie przedstawień teatralnych zaczęła doszukiwać się u ludzi i wilków ukrytych emocji oraz przekazów, które wcale nie musiały się tam znajdować. Właściwie to można powiedzieć, że w tamtym momencie istniały dwie Ramphillie, a każda z nich widziała, myślała, oraz uważała za słuszne coś (czasem nawet zupełnie) innego. Miała również różne odczucia, choć całe szczęście nie miało to nic wspólnego z rozdwojeniem jaźni (a na moje szczęście pisanie o sobie samej nie jest zaliczane do objawów tej choroby). Nazwałabym to czymś podobnym do dualizmu osobowości: Pierwsza część mnie, ta bardziej współczująca, martwiła się o sytuację z aparatem i miała nadzieję, że Engel’owi szybko przejdzie i pozbiera się raz dwa, albo sam, albo z pomocą przyjaciół. Wcale nie wykluczałam też możliwości uzbierania wspólnymi silami na nowy polaroid i chociaż pomysł ten wpadł mi do głowy dosłownie przed chwilą, wcale nie wydawał się taki zły.
Z kolei druga Ramphilla, ta aktorka i książę scen małych teatrów, wciąż zacięcie próbowała odgadnąć prawdziwe uczucia, jakie (w moim mniemaniu) tak naprawdę kotłowały się w Engel’u. Jednak przede wszystkim zastanawiała się nad tym, jak to jest możliwe, że po tylu latach naśladowania i określania cudzych myśli, nie potrafiła rozszyfrować uczuć chłopaka. Nie ukrywam, że w tej drugiej Ramphilli krył się tylko i wyłącznie zachwyt i radość z obserwacji cudzych (być może ukrytych) zdolności aktorskich, podczas gdy tą pierwszą część mnie dręczyło poczucie winy. Czasem głupio jest mi przyznać się do tego przed innymi, oraz przed samą sobą, ale zazwyczaj bardziej utożsamiałam się z tą drugą częścią mnie. Bez niej w otaczającym nas świecie czułabym się szara i nudna, a przecież są to dwa czynniki, od których zawsze uciekałam jak najdalej. Mimo wszystko, chociaż ta pierwsza Ramph była przeze mnie trochę mniej lubiana, nigdy nie próbowałam jej stłumić, ani zgasić. Nie wspominając już o tym, że wyparcie się tej części mnie byłoby nie tylko ogromną stratą, ale także niezwykle żałosnym uczynkiem.
Poza tym, nawet jeśli mogłam podzielić swoje uczucia na dwie części, koniec końców, po zrobieniu burzy mózgów i uzgodnieniu wszystkich za i przeciw, wysnułam jeden, niezwykle istotny wniosek. Engel zdecydowanie nie chciał zgrywać poszkodowanego, a jeśli czuł na sercu ciężar, to nie miał zamiaru się nad sobą użalać. Najwyraźniej był jedną z tych osób, które wiedziały, że narzekanie na niektóre rzeczy w niczym nie pomaga, co bardzo mi się podobało, gdyż sama taką teorię wyznawałam. Jak to zwykła mawiać moja babcia, gdy jeszcze byłam szczeniakiem: „Możesz płakać i żałować, możesz skomleć i uciekać z podkulonym ogonem, możesz się wściekać ile chcesz, ale nic nie poradzisz na to, na co nic nie poradzisz.” Tak, babcia Gwendollia była bardzo mądrą staruszką i lubiła uczyć nas podobnych powiedzeń. Zazwyczaj przeprowadzała dla nas swoje „lekcje” wieczorami, kiedy wraz z rodzeństwem i młodszym kuzynostwem siadaliśmy przy ognisku, pod rozgwieżdżonym niebem, które o tej porze dnia mieniło się naprawdę wspaniałymi odcieniami czerni i granatu, wsłuchując się… wróć! Ja przecież nie o tym miała opowiadać, a znów rozgadałam się o niczym! Ale skoro już przy tym jesteśmy, tylko dodam, że szybkie rozkojarzenie się również jest cechą tej drugiej Ramph, choć to już chyba zdążyliście zauważyć.
Ledwie wzięłam do ręki kubek lemoniady, który podał mi Engel, a twarz chłopaka już zginęła wśród tłumu. Zupełnie, jakby otaczające nas osoby i wilki (z początku odrobinę zdziwiło mnie, że istot, które potrafią zmieniać swoją formę jest aż tak dużo) specjalnie usiłowały zrobić wszystko, bym straciła go z oczu. Żeby było jasne, nie jestem osobą nieotwartą na innych, uwielbiam rozmawiać i bardzo daleko mi do postawy aspołecznej. Jednak czasem chyba zbyt szybko przywiązuję się do niektórych, dlatego też w tamtym momencie byłam skupiona przede wszystkim na znalezieniu jedynej znajomej osoby, którą chwilowo „pożarły” wilki.
Mijałam po drodze wiele stoisk i stołów. Widziałam dania zarówno mięsne, jak i wegetariańskie, a sama myśl o tym, że drapieżca może nie jeść mięsa wydała mi się naprawdę niesamowita i wzbudziła we mnie podziw, którego nie miałam zamiaru ukrywać. Jednak przyjęcie nie składało się tylko i wyłącznie z jedzenia różnorodnych potraw. Organizowano przeróżne zabawy, gry i dziwy, których nawet ja nie potrafiłam nazwać. Atrakcji było tak wiele, że w pewnym momencie zapomniałam nawet o stosunkowo dużej ilości członków, jakie mieściła Wataha Apokalipsy. Poza tym, zabawnie było obserwować jak zwierzęta tego samego gatunku potrafią się od siebie różnić. Niektórzy byli niekorowanymi królami i królowymi zabaw i najwyraźniej dokładnie po to przyszli świętować Dzień Wiosny, podczas, gdy inni zadowolili się samym jedzeniem (aczkolwiek byli i tacy, którzy ani jednego, ani drugiego nie tknęli). Jedni trzymali się z boku i byli albo zbyt nieśmiali, albo za bardzo ponurzy, by znaleźć sobie towarzystwo, a drudzy aż lgnęli do niego, niczym pszczoły do miodu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że Wataha Apokalipsy, jaką było mi dane ujrzeć na pewno nie stanowiła kompletnego stada. Jestem wręcz przekonana, że wśród nas znalazło się przynajmniej kilka osób, które nie przepadają za podobnymi imprezami i najzwyczajniej w świecie są albo zbyt nieśmiałe, albo zbyt dumne, lub sztywne, by się tutaj pojawić. Czy mi to przeszkadzało? A gdzieżby! Nic z tych rzeczy! Im nas więcej, tym weselej, nawet jeśli nie każdy jest skory do rozmów i żartów. Poza tym taka ilość wilków nawet nie dorastała mojej rodzinnej watasze do pięt, więc w moim przypadku na pewno nie można było mówić o czuciu się małym, lub przytłoczonym przez tłum.
- I jak Ci się podoba?- usłyszałam tuż przy prawym uchu.Odwróciłam się z uśmiechem, sama nie wiem, czy to dlatego, że znałam doskonale ten głos, czy to dlatego, że właśnie znalazłam swoją zgubę.
- Engel!- krzyknęłam z takim entuzjazmem, jakbyśmy byli starymi kumplami, którzy po latach rozłąki przez przypadek wpadli na siebie w parku, sklepie spożywczym, albo też innym, zupełnie przypadkowym miejscu.- Nie masz pojęcia ile Cię szukałam! Chyba zdążyłam przebiec calutki teren co najmniej dwa razy.- rozejrzałam się szybko dookoła, potwierdzając swą wypowiedź machnięciem ręki wzdłuż horyzontu.
- Poważnie? Mógłbym powiedzieć to samo.- szatyn zaśmiał się cicho, również przyglądając się części terenu watahy, na którym zdecydowano przygotować przyjęcie- Ale skoro już się znaleźliśmy, wiedz, że nie wykręcisz się od zatańczenia ze mną.- Engel uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Jeżeli sobie poradzę.
- Jak to?- chłopak nawet nie starał się ukryć zdziwienia.- Czyżby nasze złośliwe książątko nie radziło sobie nawet z prostymi krokami?- zrozumiałam zaczepkę i jakaś malutka cząstka mnie wyczuła w pytaniu nutkę wyzwania, co sprawiło, że uśmiechnęłam się szerzej.
- O proste kroki niech się pan nie martwi, nawet ja sobie z nimi poradzę.- zapewniłam towarzysza, a mój głos chyba od dawna nie brzmiał aż tak pewnie siebie.
- A więc umowa stoi.- Engel podszedł bliżej.- Pytanie tylko, czy panienka zna również damskie kroki.- dodał złośliwie, na co tylko parsknęłam śmiechem.
- O to również możesz być spokojny.
Engel podszedł do mnie, a ja poczułam jego rękę na swojej dłoni. Było to zupełnie naturalne, inaczej nie dało się zacząć tańczyć w towarzystwie drugiej osoby, jednak mojemu podstępnemu organizmowi najwyraźniej zebrało się na psikusy i nim się zorientowałam, nieświadomie puściłam w stronę chłopaka strużkę prądu. Zbyt małą, by mogła wyrządzić jakąkolwiek krzywdę, jednak na tyle odpowiednią, by dało się ją poczuć. Ciemnooki gwałtownie cofnął rękę, potrząsając ją przez chwilę, tak by odzyskać czucie w palcach. Z początku myślałam, że będzie na mnie zły, dlatego zdziwił mnie uśmiech na jego ustach.
- No proszę, a ja zastanawiałem się nad Twoim żywiołem…- odparł bez najmniejszego cienia złości.- Właściwie to chciałem w tym momencie poruszyć ten temat.
- Najwyraźniej czyny uprzedziły pytanie.- na mojej twarzy pojawił się zadowolony grymas złośliwego chochlika.- Przepraszam, niby jestem wilkiem elektryczności, ale nie panuję nad tym całkowicie.- wyjaśniłam chyba najszybciej, jak tylko było to możliwe.
- Właśnie zauważyłem. Mimo to, czuję się, jakbym dostał od kogoś kosza.- zauważył Engel, po czym oboje zgodnie parsknęliśmy śmiechem.
Zauważyłam wyciągniętą w moją stronę dłoń, którą przyjęłam bez chwili wahania. Engel przyglądał się moim palcom tylko przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy aby na pewno ponownie nie stanie się ofiarą drobnych piorunów. Jednak ponieważ nic takiego nie miało miejsca, znów mogliśmy być pewni siebie.
- Widzisz?- zwróciłam się w stronę chłopaka.- Zdarza się tylko czasami. Choć nie ukrywam, że zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie.- przyznałam, śmiejąc się pod nosem.
< Engel? Także ten, no. Wcale nie spóźnione to opko i w ogóle... taki ninjapush, o!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz