sobota, 4 czerwca 2016

Od Raven'a CD. Lilith

Uśmiechnąłem się drapieżnie. Co nie wróżyło za dobrze wszelkiej maści żywym stworzeniom. Może pora przypomnieć sobie pewien przesympatyczny tekst, dzięki któremu już nigdy miałem nie zapomnieć kim jestem? Prosta piosenka, a jednak mogłaby uchodzić za muzykę mojej czarnej duszy.
- A może po prostu zróbmy rzeź? - zaproponowałem.
- To też pasuje! Ale musimy być kreatywni!
- Co tylko chcesz - odparłem szczerząc kły. Dosłownie. Z takimi sztyletami mógłbym występować w cyrku z dopiskiem "Hybryda człowieka i tygrysa szablozębego". Dwa długie, śnieżnobiałe, idealnie ostre kły, które gdy miałem zamknięte usta opierały się na mojej dolnej wardze nierzadko ją raniąc. Jakże miło jest być Księciem Ciemności... Na niewielki rynek przede mną i Lilith wybiegła grupka może 14 ludzi. Malutko... Zmrużyłem oczy.
- Dzielimy się na pół. A spróbuj zabić jednego z moich ludzi to gwarantuję, że ty również do nich dołączysz - rzuciłem groźnie - Te łowy należą do mnie.
- Okej, okej. Zrozumiałam. A teraz bawmy się! - rzuciła się na zdezorientowanych ludzi.
' Zabawmy się' Uśmiechnąłem się do siebie jednym prostym czarem paraliżując swoją część ludzi. Niech mi nie uciekają. Mam zamiar zabawić się z każdym z nich bez pośpiechu, nie poganiany przez uciekającą mi hołotę. Przy okazji powtórzmy sobie pioseneczkę pisaną kiedyś dla mojej szanownej, diabelskiej istoty.
"Nagle poczułem się silny jak nikt,
Jakbym ze snu zbudził się dziś.
Skąd to uczucie? Skąd czuję tę moc?
Jakby mi ktoś kajdany zdjął."
Pierwszy człowiek wyswobodzony z mojego czaru z wrzaskiem rzucił się do ucieczki. Rozpłynąłem się w obłoku mgły by dopaść i zmaterializować się tuż przed ofiarą. Młodym mężczyzną, który wyglądał na mój wiek. Jakieś 19 lat... Co prawda już dawno nie mam tylu, a jednak czas jest łaskawy. Mężczyzna odbił się ode mnie i spadł na ziemię. Nadepnąłem na jego piszczel łamiąc ją i tym samym odbierając mu możliwość wstania. Dla zasady zrobiłem to samo z drugą nogą. Cudowny krzyk bólu rozdarł miejską ciszę. Dobrze... Może jeszcze rączki... Obcasem swojego eleganckiego buta zmiażdżyłem kości jego dłoni. Najpierw jednej, później drugiej. Od tego nie umrze, jeszcze. Na sam koniec po prostu butem zmiażdżyłem mu tchawicę posyłając go na tamten świat.
"Jakaś siła mnie wzywa,
Kusi i wabi mnie noc,
Zbudził się we mnie zew krwi
I podchwyciłem już trop!"
Drugi człowiek został przeze mnie uwolniony. Kobieta w podeszłym wieku, która na swoich obcasach daleko nie zabiegła. Wystarczyło tylko dobrze kopnąć i śmiertelniczka z hukiem runęła na bruk ze złamanym obcasem. Rozbiła głowę. Tylko. Chwyciłem jej gęste, pokręcone włosy i podniosłem ją z ziemi. Ah jakże ja kocham ten rozbiegany, przerażony wzrok. Nachyliłem się i niespiesznie zlizałem z jej czoła stróżkę krwi. Słodka. Pysznie. Jednym z kłów rozorałem jej skroń, a potem odchyliłem głowę i z rozmachem wgryzłem się w tę jakże czułą część głowy. Męki kobiety nie trwały zbyt długo, a ja przeżyłem całkiem przyjemny wstrząs. Zew krwi to jedno, zwykłe pragnienie to drugie. Oba są mi nieobce.
"Zmysły wyostrzył nieznany mi głód,
Czuję, że nic nie wstrzyma mnie już.
To jak narodzić się kolejny raz!
I poznać swoje prawdziwe „ja”!"
 Trzeci człowiek obdarzony powtórnie zdolnością ruchu z większym ociąganiem się podjął próbę ucieczki. Przysiągłbym, że widziałem łzy na twarzy starca. On już wiedział. Nikt nie przeżyje. Wyciągnąłem przed siebie dłoń. "Khaareat!" padło z moich ust. A zaraz potem ciemność głębsza niż ta otaczająca wystrzeliła jedną mackopodobną wiązką w stronę starca. Na sekundę przed jego śmiercią zobaczyłem w jego oczach rezygnację i przyzwolenie. Zaraz potem maska zderzyła się z jego twarzą. Kawałki kości i mózgu, a także krew rozprysły się dookoła. Na bruk spadło ciało, którego głowa została zmiażdżona na papkę.
"Być samotnym jak księżyc
I zabłąkanym co noc,
Mroczne na sobie nieść piętno
A jednak wciąż lśniąc!"
"Ibraahil" szepnąłem wyciągając dłoń. Znikąd pojawił się w niej miecz. Elegancki czarny miecz. Przyda mi się. Zwolniłem zaklęcie z czwartego człowieka stojąc dokładnie za nim. Jednak zanim zdążył chociażby drgnąć moje ostrze przebiło go na wylot. Szarpnąłem w górę przepoławiając jego tors. Na tamten świat odszedł zanim jego ciało zdążyło upaść na ziemię.
"Byłem jak zwierze więzione od lat,
I tresowane co dzień!
Dziś jakimś cudem pozbyłem się krat,
Ruszam zgłodniały na żer!"
Kolejny człowiek skończył z głową oddzieloną od ciała. W niebo trysnęła fontanna krwi mocząc mnie całego. Oblizałem się. Spodobał mi się taki deszczyk. Jednak przyznam, iż się nie postarałem. Stać mnie na więcej. Mimo wszystko nie mogłem się powstrzymać. Chcę więcej! Więcej krwi, więcej bólu, więcej! Pozwoliłem sobie na wyszczerz godny psychopaty przechadzając się pomiędzy dwoma pozostałymi ludźmi. Pławiłem się w ich przerażeniu. Zapach ich strachu, zmieszany ze słodko-słoną wonią krwi drażnił moje nozdrza doprowadzając niemal na skraj szaleństwa. Jakże łatwo jest zatracić się w objęciach chaosu lub cudownym upojeniu smakiem krwi.
"Budzi się we mnie pragnienie,
Z duszy wyrywa się krzyk.
Płonę pierwotnym płomieniem,
Potężny jak nikt!"
Z cichym mruczeniem bardzo zadowolonego z siebie demona zatrzymałem się przed przyzwoicie piękną kobietą. Jej urodę szpecił jednak wyraz twarzy, ale i tak wiedziałem, że jest piękna. Mógłbym zrobić z nią teraz bardzo brzydkie rzeczy... Gdyby miało to dla mnie jakiekolwiek znaczenie w tej chwili. A może śmierć od tysiąca cięć? Widziałem kiedyś podobne rzeczy. Bardzo miło to wygląda. Przerzuciłem miecz z ręki do ręki i w upiornej ciszy zbliżyłem się do kobiety nadal szczerząc się jak wariat. Wkrótce potem twarz, szyja, ręce, nogi, brzuch i plecy kobiety pokryły się nacięciami, a ona cała przypominała raczej czerwoną imitację człowieka. Marnotrawstwo, jeśli o mnie chodzi. Ale nich jest z niej jakaś zabawa.
"Splądruje cały świat!
Niosąc wokół strach!
I wiem, że będę żył wiecznie!
A przy mnie sam Szatan będzie stał!"
Ostatni człowiek został nadziany na setki połyskujących, czarnych szpikulców wyglądem przypominającym kryształy. Cudne zaklęcie, które ma aż dwa efekty. Trzy...dwa...jeden. Już. Człowiek stanął w ogniu sypiąc dookoła iskry. Fenomenalne ognisko. A jednak piosenka dobiegła końca. Ludzi też już nie miałem. Koniec zabawy. Wytarłem miecz o najbliższego trupa i odesłałem go skąd przyszedł. A potem odwróciłem się szukając wzrokiem Lilith. Ona też skończyła się już bawić.

<Lilith? Chyba mnie ciut poniosło to mordowanie :3 >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz