wtorek, 28 czerwca 2016

Od Vestarii CD. Venom'a

Kiedy tylko mnie dotknął poczułam się jakby chwycił mnie paraliż. Przez kilka cennych części sekundy byłam w stanie jedynie wpatrywać się w niego w szoku. Jednak kiedy pierwsze zaskoczenie minęło i już odzyskałam władzę nad swoimi kończynami zaczęłam się wyrywać jeszcze rozpaczliwiej niż wcześniej.
- Puszczaj mnie! PUSZCZAJ! - wrzeszczałam robiąc przy tym możliwie najwięcej hałasu. Żeby ktoś tylko mnie usłyszał... 
Mordownia nie wybiera. Ona zmienia ludzi, niszczy duszę, kreuje nawyki. Jak na przykład ten jakże często przeze mnie wykorzystywany odruch robienia hałasu w chwilach zagrożenia. Hałas zawsze przyciągał strażników, a ci nie ograniczali się w karaniu nas za sianie chaosu. Kreatywni byli, to na pewno. Żeby to raz zdarzyło mi się przewisieć całą nockę powieszona za kostki na placu apelowym, a to i tak była jedna z najłagodniejszych form doprowadzania nas do porządku. Najpopularniejsze poza klasycznym tłuczeniem nas do nieprzytomności było jeszcze przypalanie żelazem czy wybijanie palców, a czasem i całych ramion. Straszliwie lubowali się też w głodzeniu nas nieraz po kilkanaście dni. Rzadko kto przeżywał "dyscyplinarki". Może to i dla tego, że kary odbierały nam wszystkie siły, co w połączeniu z ciągłą ciężką pracą  nikomu nie wychodziło na dobre. Warunki do życia też mieliśmy wesołe. Mieszkając po trzech w ciasnych klitkach, gdzie poza trzypiętrowym łóżkiem nie mieściło się prawie nic poza metalową miską, co noc zmuszani do walczenia z całymi populacjami wszy i pcheł, odganiając od własnego, ciężko zagarniętego żarcia hordy myszy i szczurów, a wreszcie z krótkim, lodowatym prysznicem przysługującym za dobre sprawowanie raz na pół roku raczej nikt nie potrafił zachowywać nadziei. Losy naszej Mordowni nie leżały w interesie nikomu. Grube, obrzydliwie szare mury sięgające wyżej niż sięgaliśmy wzrokiem były jedynym elementem krajobrazu. Sama Mordownia jako jedyny murowany budynek w samym centrum mieściła około 50 000 skazanych i niemal drugie tyle strażników. To jedyne więzienie w którym przetrzymuje się więźniów po to, by powoli ich wykańczać i w ten sposób czynić świat lepszym miejscem. Co ciekawe Mordownia była i nadal jest niezależną twierdzą na wyniszczającym poapokaliptycznym pustkowiu. Wszystko co tam się znajduje, jedzenie, woda, ubrania, narzędzia, nawet broń i wszelkie inne przedmioty bądź meble wyszło z pod naszych rąk. Z pod rąk osadzonych. Tych bitych, głodzonych i zabijanych nieszczęśników, którzy za życie jakie wiedli dostali najgorszą z możliwych kar. Więc tu nasuwa się pytanie. Skoro nie potrafię powiedzieć nawet jednego dobrego słowa o tym cholernym dupsku Szatana, jakim cudem ktoś mojej postury miał prawo przeżyć tam 5 lat? Rekordzista wytrzymał równo 2 dni 4 godziny 36 minut i 12 sekund, z kolei ten po drugiej stronie tabeli żyje tam pewnie po dziś dzień i jak znam starego byka ma się dobrze. Ja wytrwałam tyle z jednego prostego powodu. Nauczyłam się wykorzystywać każdą okazję. Kiedy niepostrzeżenie podkradałam żarcie innym osobą by jakoś napchać swój żołądek, a przypadkiem zostałam przyłapana i groziła mi w najlepszym przypadku śmierć - zaczynałam wrzeszczeć i ganiać po stołówce uciekając przed wszystkim co chce mnie zabić i tym samym ściągając zastępy strażników. Jako winowajca i tak odbywałam karę wraz ze wszystkimi moimi pseudo wspólnikami, ale przynajmniej względnie się najadłam. Inna kwestia, że nie tak prosto mnie złamać. No i miałam Raydeen i Catona,  moich drogich współtowarzyszy niedoli. Razem szeroko znani jako Cudowna Trójka z Mordowni byliśmy nierozerwalną ekipą. Zawsze sobie pomagaliśmy. Tak po prostu wypadało. Ale wracając do chwili obecnej, do Venom'a i jego nieogarniętej chęci stawiania mnie w okropnych sytuacjach i tak dalej...
- Daj mi sobie pomóc - zażądał nadal się ze mną siłując. Kopałam w powietrzu i szarpałam się na boki w rozpaczliwej próbie uwolnienia się.
- NIE! Wypuść mnie! Słyszysz, kurwa?! Puszczaj! - darłam się dalej kompletnie głucha na jego słowa. Nie obchodzi mnie to, że niby che mi pomóc. Nie wierzę mu. Trzecia zasada Mordowni głosi: "Nie ufaj byle komu." To jest dla mnie byle kto. Daleko mu do Rey. Do Cato tym bardziej.
- Dobra! No już, nie szarp się tak. Spokojnie! - odstawił mnie na ziemię.
Porządnie wystraszona zerwałam się z ziemi i potykając się o własne łapy w panice rzuciłam się do ucieczki. Dopiero kiedy znalazłam się w bezpiecznej odległości od Venom'a rzucając mu na przemian wystraszone i pełne groźby spojrzenia warknęłam do niego:
- Nigdy więcej nie waż się mnie dotykać!
Nie. Nie jestem dziwna. Jestem psychopatką po przejściach. Każdy na moim miejscu wyglądałby tak, a nawet gorzej.
- Ty się dobrze czujesz? - spytał zdziwiony. Oczywiście, że nie rozumiał. Trzeba spieprzyć z Mordowni żeby zrozumieć. 
- Nie interesuj się...
Adrenalina. Piękny hormon, który sprawia, że w odpowiedniej chwili robi się rzeczy niemożliwe kiedy indziej. Gorzej kiedy już przestaje być siłą napędową. Moje gardło na nowo ścisnęło się w bólu wywołanym przez tego który niby "chce mi pomóc". Już sobie nie pokrzyczę. Zatrzęsły mi się mięśnie łap i zakręciło mi się w głowie. Widać jeszcze do siebie nie doszłam po tym jakże brutalnym i nagłym odstawieniu tlenu. Chyba jestem cholernie uzależniona. Jak wszyscy.
- Słuchaj. Nie pamiętam co się stało. A widzę po tobie, że coś się zdarzyło. Powiesz mi łaskawie czemu się tak zachowujesz? - spróbował.
Oblizałam się i przełknęłam ślinę krzywiąc się kiedy kolejne mięśnie przełyku poruszyły się pod moją skórą.
- Nie - rzuciłam cicho nie mogąc wydobyć z siebie nic więcej. Nadal obserwowałam swojego dręczyciela szukając w jego gestach sygnału, że pora uciekać. Venom jednak tylko stał nieruchomo przyglądając mi się uważnie. Zupełnie jakby szukał odpowiedzi na swoje pytania w moim płytkim szybkim oddechu, w łapach drżących niczym po ogromnym wysiłku, w dzikim, rozbieganym, choć mimo wszystko czujnym wzroku. Potrząsnęłam skrzydłami i usiadłam zwieszając łeb w dół. Jednym okiem nadal obserwowałam Venom'a, który znów stał się wilkiem. Basior zrobił parę kroków w moją stronę, a ja oczywiście natychmiast się cofnęłam.
- Nie podchodź - wychrypiałam. Nawet mój głos mnie wystawił. Cudownie.
Wilk zrobił zdziwioną minę.
- A może jednak dasz sobie pomóc? Przecież nic ci nie zrobię...
Nie odezwałam się. Po pierwsze z każdym kolejnym słowem gorzej mi się mówiło, po drugie nie widziała sensu strzępić sobie języka na tego niedorozwoja, a po trzecie usiłowałam właśnie wytyczyć w mózgu trasę nad rzekę. Kiedy w końcu po wielu przemyśleniach (taaa... Czasami coś przemyślę) dotyczących najwygodniejszej trasy, przewidywanego czasu trwania podróży, moich teraźniejszych możliwości i problemu z Venom'em wstałam. Basior bezczelnie zmierzył mnie lekko zatroskanym wzrokiem. Gdybym miała teraz palce pozdrowiłabym go tym środkowym. Teraz jednak zadowoliłam się tylko prychnięciem i ruszyłam przed siebie powłócząc łapami.
- Gdzie znów idziesz?
- Byle dalej od ciebie debilu...
Nie odpowiedział mi, ale doskonale słyszałam, że idzie za mną. Przewróciłam oczami. Wprost cudownie. Na szczęście nie powiedział ani słowa przez całą podróż. Nie przyspieszał też, ani nie próbował wciskać się w moją przestrzeń bezpieczeństwa. To chyba jedyna dobra rzecz, którą kiedykolwiek zrobił jak trzeba. W końcu dotarłam nad rzekę, wlazłam do wody tak, że chłodna woda przyjemnie obmywała mi łapy i napiłam się. Moje gardło znów zaprotestowało. Mniej niż wcześniej, co oznaczało, iż jestem na dobrej drodze do odzyskania wcześniejszej sprawności fizycznej i psychicznej. Chociaż to tego drugiego jeszcze dalej niż bliżej. Potem wróciłam na brzeg i położyłam się zwijając się w ciasny kłębek czerwono-czarno-brązowej skrzydlatej sierści. Wbiłam w Venom'a wzrok i uparcie patrzyłam jak powtarza moje ruchy najpierw idąc się napić, a potem jak sadowi się pod drzewem. On też na mnie patrzył. Nie tak ostro jak ja na niego, ale wystarczająco, żeby mnie drażnić. Bardzo chciałam się od niego odwrócić, by już nie mógł wzrokiem wwiercać mi się w moje bursztynowe tęczówki, ale nie potrafiłam się do tego zmusić. Coś mi mówiło żebym mimo wszystko nadal na niego uważała. Poza tym nie zasypia się przy swoim niedoszłym mordercy. Ba! Najlepiej nawet nie spuszczać go z oczu, co w sumie i tak stosuję. Za to cisza która nastała otuliła nas przyprawiając mnie o złudne poczucie spokoju powoli zdawała się dzwonić w uszach. Z każdą chwilą to nieznośnie uczucie się potęgowało.
- Nie odezwiesz się ani słowem? - spytał w końcu Venom. Poczułam ukłucie satysfakcji. Jestem twardsza od niego. Choć niewiele, bo sama ledwo wytrzymałam tę ciszę. Przez chwilę nawet planowałam coś powiedzieć, ale na szczęście się rozmyśliłam. Niech pocierpi. Potrząsnęłam głową przy okazji zrzucając sobie grzywkę na oko i wróciłam do leżenia nieruchomo i w absolutnej ciszy. Bezruch jest dobry. Nie pozwala przeciwnikowi dostrzec twojego stanu. Co za tym idzie może nieprawidłowo cię ocenić, a to przeważnie działa na twoją korzyść. To też zasada Mordowni. Jedna z wielu niezapisanych reguł tego zamkniętego półświatka.
- Vest... Zaczynam się o ciebie martwić... - zaczął tamten, ale prychnęłam na niego.
- Najpierw mnie dusisz, a potem dziwisz się, że nie chcę mówić... - rzuciłam cicho nadal oszczędzając gardło. Pewnie poboli parę dni.
Basior zrobił zdziwioną minę.
- Duszę...? Aaaa... Nie pamiętam tego.
- Nienawidzę cię.
- To już wiemy. Masz mi coś jeszcze do przekazania?
Znowu się zamknęłam. Po co ja w ogóle się odzywałam? Nie powinnam dawać mu tej satysfakcji. Rozciągnęłam skrzydła wprawiając je w niewielkie drgania. Nie wygodnie tak z nimi leżeć, ale nie zamierzam zmieniać pozycji. Poza tym nudziło mnie tępe przyglądanie się basiorowi, który tak właściwie niczego ciekawego nie robił. Przydałoby trochę się pobawić. Znów skupiłam się na umyśle basiora i sięgnęłam do niego swoim. Poczułam się przy tym tak, jakbym wkładała dłoń w wartki strumień. Zanurzyłam się głębiej szukając jego najgorszych lęków. O tak. Chciałam mu zesłać iluzję jego koszmarów. Wartki strumień jego myśli w miarę mojego wnikania coraz głębiej ciemniał i zwalniał. Jeszcze tylko trochę... Jeszcze odrobinę... Przypadkiem trąciłam nie to co trzeba i zamiast kurczowo uczepić się najmroczniejszych myśli mojego prześladowcy zostałam gwałtownie wyrzucona na powierzchnię. Wzdrygnęłam się odruchowo nabierając haust powietrza. Zmarszczyłam brwi. Super... Moja głowa... Potrząsnęłam głową usiłując pozbyć się dzwonienia w uszach, czym dodatkowo pogorszyłam sobie sprawę. Westchnęłam cicho ignorując pytające spojrzenie Venom'a i przeniosłam wzrok na wodę w rzece. Nadal pilnowałam czy aby basior nie spróbuje zrobić mi krzywdy, jednak moją uwagę częściowo przykuła leniwie płynąca rzeka. Jakieś migotliwe, błękitne wodorosty łagodnie falowały unoszone prądem, w pobliżu przepłynęła czterooka rybka w czerwono-złote paski. Pozostałość po Apokalipsie. Ogólnie było bardzo spokojnie. A jednak jedna myśl nie dawała mi spokoju. Znów się nie udało wywołać koszmaru. Będę musiała zacząć ćwiczyć...

<Venom?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz