czwartek, 31 marca 2016

Od Ramphilli CD. Engel'a - Święto

Obrzuciłam chłopaka bystrym spojrzeniem, po czym uśmiechnęłam się przebiegle, odchrząkując teatralnie, w między czasie z przesadnym oddaniem poprawiając sobie włosy.
-Czyżbyś właśnie prosił mnie o przysługę?- spytałam, próbując naśladować drwiący ton, jakim, w moim mniemaniu, zwykły posługiwać się czarne charaktery. Właściwie, była to rola, którą odgrywałam chyba najczęściej w swoim życiu. Aczkolwiek, ten specyficzny (i, nie oszukujmy się, najłagodniejszy) rodzaj „złych postaci”, który nie obejmował ani ponurych spojrzeń mordercy, ani śmiechu psychopaty, a zaledwie złośliwy uśmiech i kilka drwin.
-Przysług? Zdaje mi się, że to właśnie ja oferuję wam pomoc.- Engel uniósł jedną brew, przyglądając mi się z lekkim rozbawieniem. Zupełnie, jakby właśnie zastanawiał się, z której to choinki się urwałam.
-Jak zwał, tak zwał.- machnęłam niedbale ręką, po czym, znów poprawiwszy teatralnie włosy, dodałam, ponownie wczuwając się w rolę.- Widzę jednak, iż musisz znajdować się w naprawdę ciężkim położeniu, skoro jesteś gotów zapomnieć o swej dumie i godności artysty, błagając na kolanach…
-Błagając na czym?!- Engel zaśmiał się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Za chwilę jednak dostrzegłam w jego brązowych oczach dziwny błysk, kiedy uśmiech na jego twarzy zmienił się w przebiegły grymas.- Rad jestem, że masz na względzie mą godność, jednak pragnę zauważyć, iż owa umowa byłaby niczym innym, jak współpracą, a więc dostarczyłaby obustronnych korzyści.- wyjaśnił, przedrzeźniając mnie i sposób, w jaki mówiłam.- W takim wypadku ciężko jest mówić o przysłudze, czyż nie mam racji? A może przyznanie się do błędu byłoby dla Ciebie zbyt ciężkie, o złośliwe książątko?- Engel kontynuował swoją przemową, ja zaś powstrzymywałam się od wybuchnięcia śmiechem. Z resztą, sądząc po minie chłopaka, on też nieźle się przy tym bawił.
-Zbyt ciężkie? Dla mnie?- przyłożyłam dłoń do klatki piersiowej, a konkretnie, do miejsca, w którym każdy może najwyraźniej poczuć bicie swojego serca, by móc lepiej przedstawić zaskoczenie.- Nic z tych rzeczy!
-A więc mam rozumieć, że jednak przyznajesz się do błędu, tak?
-A w życiu! Nie ma żadnego błędu!
-No tak, jak mógłbym zapomnieć.- chłopak zauważył z udawanym przejęciem.- Przecież książę nigdy nie robi błędów…- to ostatnie stwierdzenie było tak przepełnione sarkazmem, że gdybyśmy go rozpuścili i wlali do naczynia, ten, pod wpływem zbyt dużej ilości, zacząłby się z niego wylewać. Niemniej, trzeba było to wszystko jakoś podchwycić! Jak przedstawienie, to na całego i nie wolno go skończyć, nim kurtyna nie opadnie, zasłaniając scenę.
-Oczywiście, że nie!- potwierdziłam z zadowoleniem jednym skinieniem głowy.
-I zgaduję, że dalej utrzymujesz, iż to wszystko jest przysługą?- Engel uniósł jedną brew, przyglądając mi się z powątpiewaniem. Szczerze, miałam naprawdę wielką nadzieję, że w tym momencie wiedział o mojej grze. W rzeczywistości przecież wcale tak nie myślałam. Przydałaby nam się pomoc, zwłaszcza kogoś tak zdolnego, bowiem do tej pory sami nie tylko pisaliśmy scenariusze i odgrywaliśmy role, ale także zajmowaliśmy się kostiumami, odpowiednim oświetleniem i dekoracją sceny. Byliśmy dość biednym teatrem, jeśli mam przedstawić naszą trupę z tej strony, ale przynajmniej zdolnym, a dla mnie od zawsze to liczyło się najbardziej. Poza tym, dzięki temu, że nie mamy wypchanych portfeli, nie ulegliśmy zarazie obecnego wieku, gorszej od samej apokalipsy- komercji.
-Dokładnie, nie potrzebujemy pomocy…- odpowiedziałam prędko, choć głos na chwilę zawisł mi między sylabami. Engel zrobił krok w moją stronę, co zmusiło mnie do minimalnego cofnięcia się, a przez to (na moje nieszczęście), zahaczenia nogą o korzeń, bądź cokolwiek, co rosło za mną. Zachwiałam się odrobinę, a chwilę później poczułam cudzą dłoń na swym przedramieniu.
-I ko tu nie potrzebuje pomocy?- chłopak posłał mi rozbawione spojrzenie. Ucieszyłam się w duchu, bowiem była to dla mnie oznaka, że nie brał moich wcześniejszych słów na poważnie.
Uśmiechnęłam się złośliwie, bez problemu podciągając się o własnych siłach, po czym odpowiedziałam na jego pierwsze pytanie, jakie zadał mi na początku. Tym razem, szczerze i bez żadnego grania.
-Jeśli tylko z nami wytrzymasz, chętnie skorzystamy z oferty. Dzięki.- to dodałam już zupełnie swobodnie.- Poważnie przyda nam się scenograf.
Engel, najwyraźniej nie mogą się powstrzymać od uwagi, zauważył z odrobiną drwiny w głosie.
-I co, takie trudne to było?
Już miałam odpowiedzieć naszykowaną na szybko złośliwą uwagą, gdy do moich uszu dotarły radosne dźwięki, które od razu przypomniały mi o zabawie z okazji Święta Wiosny.
-Słyszysz?- zagaiłam, odwracając głowę w kierunku hałasów. Engel zrobił to samo, najwyraźniej również wyłapując dźwięki.- Choć!- krzyknęłam w stronę chłopaka, po czym bezceremonialnie złapałam go za rękę i niemalże pociągnęłam za sobą w kierunku polany. Biegliśmy tak dosłownie przez chwilę, gdyż nie minęło kilka sekund, a zrównaliśmy kroku.

<Engel? Sorki, że tak długo zwlekałam. Wenus brakus mnie dopadł *^*>

Od Raven'a CD. Lilith - Święto

- A co jest złego w przesiedzeniu całej nocy barze? - spytałem retorycznie racząc się dobrym, czerwonym winem.
- Może to, że jest nudne? - podsunęła nawet na sekundę nie siedząc w jednej pozycji.
- Śmiertelnicy... - wymamrotałem. Z nimi zawsze są tylko problemy.
- Co tam mruczysz?
- 'Fantastyczna dzisiaj pogoda' - skłamałem upijając następy łyk wina.
- Też tak sądzę. Odpowiesz na moje pytanie?
Zmarszczyłem brwi. O co ona mogła zapytać? A, no tak...
- Potem możemy potańczyć. Ewentualnie zostawię cię gdzieś i będę patrzył jak robisz z siebie pośmiewisko.
- Aleś ty miły...
- Tylko dla tych wyjątkowych cukiereczku - odpowiedziałem fałszywie słodkim głosem dopijając wino.

<Lilith?>

Od Raven'a CD. Alissy

Skrzywiłem się słysząc swoje imię.
- Raven - poprawiłem ją.
- Nie prawda. Wyraźnie słyszałam, że jesteś Azeroth. Więc co masz mi do powiedzenia na ten temat?
- Uwierzysz jeśli powiem, że zwyczajnie uderzył się w głowę o raz za mocno i coś mu się pomieszało? - spytałem z niemal nadzieją.
- Ymmm... Nie. Musisz się bardziej wysilić.
- Wiedziałem - mruknąłem pod nosem - Nie zamierzam nic ci mówić. Możesz już sobie iść.
- Nie bez wyjaśnień.
Przewróciłem oczami czując coraz większą irytację. Cóż za głupiutka i nieostrożna waderka, która na siłę pcha się tam gdzie jej nie chcą... Wszyscy śmiertelnicy są tacy sami. Prychnąłem i potrząsnąłem głową sfrustrowany.
- Zostaw mnie.
- Odpowiedź mi Azeroth - zażądała.
Z nadludzką prędkością zerwałem się na nogi i zacząłem chodzić po dachu wte i z powrotem. W końcu przystanąłem mierząc dziewczynę groźnym spojrzeniem.
- Nigdy więcej tak do mnie nie mów - wycedziłem przez zęby mimo wszystko siląc się na spokojny ton. Chociaż sam ie wiedziałem czemu.
- Wytłumacz mi dlaczego - poprosiła.
Podszedłem do krawędzi dachu i spojrzałem w dół. Tylko trzy piętra. Nie najgorzej.
- Nie mam takiego zamiaru. - odparłem stając na murku tuż przy samym brzegu dachu.
- Ty chyba nie skoczysz, prawda? - spytała niepewnie. Rzuciłem na nią okiem przez ramię.
- To patrz. - Skoczyłem tak jakbym wskakiwał do wody głową w dół.
- Nie! - usłyszałem jeszcze.
Zanim moja twarz zderzyła się z ziemią zmieniłem postać na mgłę i bezpiecznie zmaterializowałem się stojąc pewnie na nogach. Poprawiłem ubranie i czując na sobie wzrok dziewczyny bezszelestnie ruszyłem w dół ulicy. Zostało mi jeszcze jakieś 2 może 3 godziny do wschodu słońca.

<Alis?>

środa, 30 marca 2016

Od Alissy CD. Raven'a

Niemal sparaliżowana patrzyłam  jak chłopak uderza swojego, jak wywnioskowałam, brata.  Widziałam spojrzenia ludzi, gdy wściekły Raven- a raczej Azeroth- wychodził. Przestraszone spojrzenia. W sumie trudno się dziwić- cios wyglądał boleśnie. Zastanawiałam się czy iść za nim, czy dać mu najpierw trochę ochłonąć. Miałam milion pytań, ale uznałam, że lepiej będzie chwilę zaczekać. W końcu postanowiłam podejść do blondyna, który już prawie doszedł do siebie.
-Umm… Jesteś bratem Ravena, prawda?
-Masz na myśli Azerotha? Tak, prawda-odpowiedział z uśmieszkiem.
-Jestem Revenlock. A ty to…?
-Alis- przedstawiłam się.- Więc… czym go tak wkurzyłeś?- Revenlock się zamyślił.
-To długa historia, stare dzieje… A zresztą niech braciszek sam ci opowie!
-Tylko że właśnie polazł sobie w diabły- zauważyłam, patrząc w kierunku drzwi.
- No prooszę!- Spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym „I co ja mam z tobą zrobić?”.
-Naprawdę uważam, że sam powinien ci przekazać tyle ile będzie chciał. Poza tym, na co ci ta informacja?
-Zwykła, ludzka ciekawość.- Revenlock się roześmiał.
-Mało przekonujący argument.- Dobra, spróbujmy inaczej.
-To chociaż pomóż mi go znaleźć- poprosiłam, patrząc błagalnie.
-Ale zdajesz sobie sprawę jak on zareaguje jeśli mnie zobaczy?- Zaklęłam pod nosem. O tym nie pomyślałam.
-To może przynajmniej masz jakiś pomysł gdzie on mógłby pójść?- Ostatnia deska ratunku…
-No raczej nie bardzo… Bóg wie gdzie go poniosło- stwierdził. Noż kurde!
-W takim razie poradzę sobie sama. Żegnaj, Revenlock.- Obróciłam się i ruszyłam do drzwi.
-Miło było cię poznać!- usłyszałam zanim je zamknęłam. Hm… Gdzie on mógł pójść… Rozglądałam się uważnie, sprawdzałam każdą uliczkę. Przeszłam w ten sposób chyba połowę miasta, ale po Ravenie nie było śladu. Zaczęłam się wkurzać.
-No gdzie cię wcięło?!- krzyknęłam sfrustrowana, wyżywając się na jakimś niewinnym kamieniu. Westchnęłam zrezygnowana i postanowiłam wrócić do gospody. Gdy już wydawało mi się, że jestem niedaleko, wylądowałam w jakimś zaułku, którego na pewno wcześniej nie mijałam. Zmarszczyłam brwi.
-Znowu się zgubiłam…? –pomyślałam na głos. Nagle moją uwagę przyciągnął jakiś błysk bieli na dachu. Hmm… ? A to ciekawe…  Zaczęłam kombinować jak się wspiąć na ten dach. Sama nie wiem, jak tego dokonałam, ale z pomocą rynny i okien jakoś się udało. Na szczęście wysiłek się opłacił- Raven jak gdyby nigdy nic siedział sobie na dachu.
-Ty!- krzyknęłam. Patrzył na mnie nieco zaskoczony.
-Co ty… sobie... wyo… brażasz… ?!- wysapałam, z trudnością łapiąc oddech.
-No proszę, znalazłaś mnie- rzucił. Usiadłam koło niego, dysząc ciężko.
-Oczywiście! Mnie się tak łatwo nie pozbędziesz. Nie bez wyjaśnień- powiedziałam gdy już mogłam normalnie oddychać.
-Jesteś prawie tak samo uparta jak mój brat.
-Tak, tak, to już wiemy… A teraz opowiadaj, panie Azeroth. Bo jak nie, to przysięgam, że zrzucę cię z tego dachu- "zagroziłam", dobrze wiedząc, że i tak nigdy bym tego nie zrobiła.

<Raven?>

Kayla

''Choć ja krzyczę pełnym głosem, to i tak mnie nikt nie słyszy''


Imię: Kayla
Skróty: Kay
Przezwisko: Sky, Indianka, jeżeli coś wymyślisz to nie ma problemu
Głos: To jest jeden z niewielu przypadków losu, który nie otrzymał daru używania głosu
Płeć: Wadera
Wiek: 3,5 lat
Charakter: Jest to bardzo wesoła wadera. Najcześciej jest w dobrym humorze i próbuje się nim dzielić z innymi osobami. Niestety jest to dość trudne kiedy brakuje jej głosu. Częścią jej osobowości jest też fakt że jest bardzo cierpliwa, i nigdy kogoś nie pośpiesza. Choć to czekanie ma trwać wieki, to poczeka i jeszcze podziękuje osobie że na nia zwróciła uwagę. Próbuje pomóc każdemu kto potrzebuje pomocy, choć nie wiele może zrobić, to pomoże ile sie tylko da. Oczywiście tez próbuje zrzucać jak naj mniej problemów i obowiązków na inne osoby, chociaż wie że sama sobie nie poradzi. To że umie sie komunikować za pomocą telepatii, dla niej znaczy że brak głosu dostał jej dany nie bez powodu, przez co to szanuje i używa jej zdolności do rozmawiania jak najmniej. Jeżeli sie znajdzie w centrum uwagi, to jej to nie przeszkadza, w ręcz przeciwnie! Lubi kiedy jest dostrzegana przez inncyh, i ma możliwośc ze wszystkimi sie komunikować. Nie zapomnijmy że każdemu zdarzają się dni kiedy wolą być sami i rozmyślać o prywatnych rzeczach, oczywiście te dni Kayli też się zdarzają, tylko nie tak często, podczas tych dni uważa że brak głosu jest przydatny. Takie dni kończą się tak szybko jak zaczynaja, co sprawia jest bardzo mało. Najwiecej radości czerpie w tedy kiedy jest w śród młodszych osób i ma możliwość ich nauczenia czegoś nowego, lub pomóc im w dalszej nauce. Zawsze jest pełna motywacji, a jak zacznie coś robić to wykona zadanie jak najlepiej tylko potrafi, i nigdy nie dostawia po sobie czego co jest w połowie skończone.

Cechy szczególne: Jej sierść jest koloru suchego piasku, a na grzbiecie ma brązowe znamię. Nawet pyszczek wyglada na brudny bo jest pokryty ciemnym brązem. Uszy ma lekko dłuższe od wilka i mały kawałek prawego ucha jest odcięty. Na głowie, jak i na łapach i nad ogonem znajdują się pióra o barwach bieli i ciemnego brązu. Jej oczy w przeciwieństwie do ciała są koloru zimnego niebieskiego, przypominającego nas o odcieniu lodu.
Status: Omega
Stanowisko: Opiekun szczeniąt
Partner: Jeżeli innej osobie nie przeszkadza partnerstwo z osobą bez głosu, to możliwe że się na nie zgodzi
Rodzina: Miała kochaną matkę, która opuściła ten świat, przez koniec swych długich lat
Przyjaciele: Z chęcią by chciała znaleść przyjaciół, którzy by zaakceptowali jej niemowę
Rasa: Wilk Słońca
Żywioł: Umysł
Moce:
-Możliwośc używania łatwych zaklęć, otrzymała od swych przodków Wilków Słońca. Także i ona potrafi używać magię, ale w małych ilościach i tylko na zaklęciami które mają dobre intencje, lub są po to by pomóc.
-Jej żywioł umożliwia spełnienia jednego z jej marzeń, tym czymś jest mowa. A skoro gadamy o mocach to tutaj jest opisana moc telepatii. Nie tylko pozwala dzielić się myślami z innymi, lecz także pozwala je czytać.
-Telekineza lub psychokineza, to następna moc pozwalająca jej przenosić rożne przedmioty i osoby za pomocom myśli.
-Moce umysłu dają jej możliwośc kontrolowania innych osób, oczywiście nie może to trwać długo. Otóż ta moc wymaga dużo energii.
-Teleportacja to też moc którą zawdzięcza swym przodkom. Jak i też dziękuje swemu żywiołowi za możliwośc uwspanialenia tej mocy, do tego stopnia że może teleportować się gdzie tylko chce bez względy na obszar. Oczywiście tą moc może używać tylko dwa razy dziennie, i jeżeli teleportuje się z kimś to obszar jest określony, jak i też użyteczność tej mocy na jeden raz za dnia.
Inne:
-Kayla nie potrafi mowić wiec używa swych mocy by komunikować się za pomocą telepatii, ale nawet w tedy nie słyszą jej głosu, tylko głos swej podświadomości. Otóż ona sama nie zna brzmienia swego głosu, co uniemożliwia go wytworzenie w głowach innych osobników.
-W rzeczywistości Kay nie jest wilkiem, ani lisem. Lecz hybrydą obu tych wielce znanych nam ras.
-Bycie hybrydą sprawia że jest o wiele mniejsza od przeciętnego wilka
Lubi:
-Jak jest ciepło i na niebie swieci słońce, przez co lato jest jej ulubioną porą roku
-Być w śród osób które są jej bliscy, i spędzać z nimi najwięcej czasu
-Kiedy dzieje się coś ciekawego
-Spoglądać w ogień, i siedzieć w okol ogniska
Nie lubi:
-Ciemności i nocy, boi się tych owych rzeczy
-Kiedy ludzie ja przezywają lub są dla niej wredni bo nie umie gadać
-Być świadoma tego ze nigdy nie usłyszy swego własnego głosu
-Wody, przez to że raz by się o mały włos i utopiła
Historia: [Link]
Sterujący: Mini84
Galeria:

Ekwipunek: Pióro które uwarzą że daje jej szczęście, otrzymała je od swej matki
Sakwa: 140 ZM
Umiejętności: Szybkość: 32
                       Siła: 10
                       Zwinność: 33
                       Wytrzymałość: 25
Punkty Awansu: 50 / 200
Upomnienia: 0/3

wtorek, 29 marca 2016

Od Lilith CD. Raven'a - Święto

Przez chwilę stałam jeszcze zastanawiając się jak można nie lubić hot dogów ale dałam za wygraną i ruszyłam za nim. Wino to w sumie dobrzy pomysł, po alkoholu ludzie są bardziej zabawowi i towarzyscy a jemu by się to przydało. Usiadłam na stołku przy barze i rozejrzałam się dookoła. Ludzie bawili się i tańczyli, było dużo fajnych konkursów i innych... Niestety jestem osobą z typu tych które nie potrafią za długo usiedzieć w jednym miejscu więc postanowiłam spróbować jeszcze raz.
-Jest tu jakakolwiek zabawa na którą udało by mi się Ciebie wyciągnąć czy chcesz tu siedzieć caaaałą noc. Zapytałam.

<Raven?>

poniedziałek, 28 marca 2016

Od Raven'a CD. Alissy

Revenlock. Po 70 latach znowu mnie znalazł. Nie wyglądał dużo starzej, ale na jego nieszczęście przybywa mu latek i to widać. Cóż... Ponad 1700 lat jednak zrobiło swoje. Ale to nie jest miejsce, ani powód do takich refleksji. Podszedłem do niego i zacisnąłem dłoń na jego ramieniu.
- Wyjaśnisz mi co ty tu, do cholery, robisz? - warknąłem do niego. Uśmiechnął się do mnie wesoło.
- Też tęskniłem braciszku...
- Daj mi spokój! - wrzasnąłem przy okazji zwracając na nas uwagę całej okolicy - Ostatnio jasno dałem ci do zrozumienia, że dopóki nie zdechniesz nie chcę cię widzieć na oczy. Więc zabieraj się z mojego kawałka świata i zjeżdżaj z powrotem do Cennetu!
- Ty się nigdy nie zmienisz co? - spytał strząsając moja rękę ze swojego ramienia i wstał. Zakląłem pod nosem. Był ode mnie wyższy o pół głowy i nieco szerszy w barkach. Zawsze wyglądałem przy nim jakoś mizerniej niż w rzeczywistości.
- Nigdy... Nie... Zamierzam... Się... Zmieniać - wycedziłem - Zrozum to w końcu idioto!
Zacisnąłem zęby kiedy ostry ból przeszył moje dziąsła i szczękę. Oto i kły. Z dziką radością rozerwałbym temu typowi gardło i patrzył jak powoli się wykrwawia i topi we własnej krwi. Zmrużyłem oczy racząc się tą cudowną wizją.
- Azeroth... Uspokój się - zaczął powoli. Posłałem mu spojrzenie które wręcz ociekało furią. Właśnie Alis i reszta mieli szansę poznać moje imię. Będę musiał teraz elegancko kłamać tamtej dziewczynie.
- Nie nazywaj mnie tak nigdy więcej - odpowiedziałem zaciskając dłonie w pięści.
- Dlaczego by nie Azeroth? Tak masz na imię. - odpowiedział spokojnie z lekkim uśmieszkiem na ustach.
- Zamilcz - uderzyłem go pięścią w żołądek. Skrzywił się i zgiął w pół z dość głośnym stęknięciem. Pozwoliłem żeby na dosłownie na sekundę na mojej twarzy wykwitł wyraz satysfakcji i po chwili znowu został zastąpiony wściekłością. Zmierzyłem wzrokiem ludzi dookoła i przepchnąłem się do wyjścia, co bardzo trudne nie było zważywszy na to, że chętnie schodzili mi z drogi. Wypadłem na ulicę i szybkim krokiem skierowałem się do pobliskiego zaułka i wspiąłem na dach. Wystawiłem twarz do podmuchu lodowatego powietrza. Moja kurtka załopotała na wietrze. I dobrze. Skoro Lock nie wyjedzie to ja to zrobię. Pozostaje pytanie gdzie? Westchnąłem i usiadłem opierając się o komin. Dlaczego znowu mnie to spotkało? Czy ja nie mogę w spokoju pobyć w jednym miejscu więcej niż miesiąc?

<Alis?>

sobota, 26 marca 2016

Od Alissy DO Kogoś- Święto

Siedziałam w moim mieszkaniu, pogrążona w lekturze, gdy nagle usłyszałam odległe dźwięki muzyki. Jakaś impreza…? Ach, no tak! Przecież dziś pierwszy dzień wiosny- przypomniałam sobie. Nikt mnie nie zaprosił, a samej mi się nie chciało iść, więc uznałam, że zostanę w domu. Wróciłam do książki. Po chwili jednak zaczęłam się zastanawiać… A w sumie co mi szkodzi się zabawić? Najwyżej po prostu do kogoś dołączę. Przejrzałam szafę. Zdecydowałam się na zwiewną białą sukienkę i balerinki. Włosy związałam w kucyk i przewiązałam wstążką. Tak wystrojona, ruszyłam na imprezę. Nagle w tłumie dostrzegłam znajomą twarz.

-Cześć!- przywitałam się.

<Ktoś?>

Od Alissy CD. Raven'a

Westchnęłam.
-No cóż, chyba nie mam za wielkiego wyboru, nie?- Raven tylko wzruszył ramionami.
-Zawsze możesz dać się złapać Łowcom, ale nie polecam- rzucił. Ruszyłam więc za nim. Niezbyt często bywam w ludzkim mieście. Rozglądałam się po sklepach i kamieniczkach. Parę rozpoznałam, ale większość była mi obca.
-Kurczę, sporo tu tych sklepów- zauważyłam niezwykle inteligentnie.
-Nigdy tu nie byłaś?
-Byłam, ale zawsze tylko w konkretnych celach i w sumie to nie znam tego miejsca- odpowiedziałam. Chłopak się zamyślił.
-Łowcy raczej nie powinni tutaj zaglądać, więc jak chcesz możemy pozwiedzać. Co prawda za wiele atrakcji nie znajdziesz, ale mogę ci pokazać parę miejsc, które powinny ci się spodobać- zaproponował.
-Serio? Super!- ucieszyłam się. Po chwili dotarliśmy do całkiem przyjemnie urządzonej kawalerki. Chwilę przestępowałam z nogi na nogę. Raven zaczął się rozglądać po mieszkaniu.
-Czego tak szukasz?- spytałam zaciekawiona.
-Pieniędzy- odparł. W końcu stanął przede mną z portfelem w ręce.
-To co, idziemy zwiedzać.- Pisnęłam uradowana. Najpierw zwiedziliśmy sklep z bronią (nie chcieli mi nic sprzedać, ale fajnie było pooglądać), później zaciągnęłam mojego towarzysza do sklepu ze słodyczami (wzięłam batonika, Raven nic nie chciał. Mówiłam mu że tylko idioci i anorektycy nic nie kupują w takim wspaniałym sklepie, ale nie słuchał), a następnie do księgarni (kupiłam książkę o astrologii). Potem weszliśmy do jakiegoś sklepu z ubraniami (oczywiście jak już znalazłam coś ładnego, nie było mojego rozmiaru…). Na końcu poszliśmy do gospody. W środku było całkiem sporo ludzi. Kilkoro z nich siedziało przy barze. Ogólnie było dosyć przytulnie. Spojrzałam na Raven’a. Patrzył w kierunku baru. Coś było ewidentnie nie tak...
-Wszystko w porządku?- zapytałam.
 -Tak, tak…- powiedział, ale czułam, że coś nie gra.
-Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha…- I to najwyraźniej ducha, którego bardzo nie lubił, wnioskując po wkurzonej minie i po tym jak podszedł do złotowłosego faceta, który właśnie coś zamawiał.
-Wyjaśnisz mi co ty tu, do cholery, robisz?
-Też tęskniłem, braciszku…

<Raven? >

Od Engel'a CD. Ramphilli - Święto

Zastanowiłem się nad pytaniem. Jakby elegancko przedstawić kierujące mną wtedy motywy...?
- Ogólnie to moje rodzinne strony były dla mnie za ciasne. Brakowało mi czegoś - zdublowałem słowa Ramph. Trudno się mówi i odpowiada się dalej - Dalekie podróże, odrobina ryzyka... To chyba było to. A przynajmniej dlatego wyjechałem. Potem zepchnąłem to na dalszy plan. Głównie dlatego, że poznałem "przesympatyczną" grupę ludzi, która zwyczajnie wciągnęła mnie w środowisko artystyczne. Poeci, malarze, muzycy, filmowcy i tak dalej. Wszystkich ich no i mnie łączyło jedno, znaczy chcieliśmy jakoś zaistnieć. Tylko jakoś nie bardzo odpowiadały nam powszechnie przyjęte kanony.
- I tak powstała Neo-bohema? - spytała Ramphilla. Zmierzyłem ją lekko zamyślonym spojrzeniem usilnie starając się uporządkować w głowie wszelkie ważne wydarzenia.
- Taaak. Właśnie tak. Ale jako, że nie miałem specjalizacji byłem towarem powszechnie wykorzystywanym. Pomagałem chyba każdemu i przy okazji się czegoś uczyłem. No i masz... Projekt "Artysta Uniwersalny" zakończony sukcesem.
Zaśmiałem się lekko. Na drzewie niedaleko usiadła mała sówka. Była wprost urocza. Uśmiechnąłem się grzebiąc w torbie w poszukiwaniu polaroida. Ołówki, szkicownik, zdjęcie Ramph, długopis... Kurcze... Gorzej zawalone są chyba tylko damskie torebki. W końcu kiedy już rozważałem wyrzucenie wszystkiego na ziemię znalazłem to czego szukałem. Wydobyłem aparat z torby i nieco zbliżyłem się do ptaszka. Na tyle, żeby nie spłoszyć małego cudeńka, ale zdobyć dobry kadr. Pstryknąłem zdjęcie przy okazji płosząc sówkę. Po chwili polaroid wyrzucił z siebie gotowe zdjęcie. Chwyciłem je i pomachałem nim szybko, żeby zrobiło się takie jak trzeba. Rzuciłem na nie okiem. Niby zwykła fotografia przedstawiająca puchatą kulkę pierza z dwoma wielkimi bursztynowymi oczami wpatrzonymi w obiektyw na tle pierwszych pączków, ale jak dla mnie miało w sobie to "coś". Usłyszałem śmiech dziewczyny. Przeniosłem wzrok z sówki na zdjęciu na dziewczynę lekko przekrzywiając głowę w niemym pytaniu.
- Musiałeś prawda? - spytała nadal jeszcze rozbawiona.
- Miałem przegapić takie zdjęcie? - pokazałem jej fotografię - Nigdy!
- Oj dobrze, już dobrze... Zrozumiałam - odpowiedziała - Ile tak na oko zajmuje ci spacer? Wliczając przystanki.
- Bardzo śmieszne - prychnąłem sam też się śmiejąc - Uważaj, bo pewnego ranka obudzisz się ze swoją karykaturą wymalowaną na ścianie jaskini.
- To szantaż?
- Bardziej ostrzeżenie - wróciłem do studiowania fotografii jednocześnie grzebiąc w torbie w poszukiwaniu szkicownika i zdjęcia Ramphilli. Już po chwili i sówka i dziewczyna leżały bezpieczne pomiędzy kartkami, a aparat razem z dość grubym zeszytem znikały w odmętach mojej torby.
- Wiesz co było najśmieszniejsze? - spytała w końcu.
- No co? - uniosłem brew.
- Twoje skupienie - odpowiedziała ze złośliwym uśmieszkiem.
- Śmiej się, śmiej... A ja sobie to dorzucę do ogłoszenia.
- Pracy szukasz? - jej uśmieszek zrobił się szerszy.
- Praca jest poniżej poziomu mojej godności. To nie dla mnie, ale zlecenia są całkiem dobre. W sumie przez pewien czas byłem w stanie się z nich utrzymać i jeszcze odłożyć na gorsze czasy. A właśnie? Może tam gdzieś u ciebie jest miejsce, co?
- Chcesz grać? - spytała z autentycznym zdziwieniem.
- Nie będę kradł ci publiki, o złośliwe książątko - zadrwiłem - Ale mogę pomóc przy scenografii o ile nie znajdę nic lepszego - wzruszyłem ramionami.

<Ramphilla?>

Od Zero CD. Nirvany - Święto

- Oficjalnie otwieram obchody Święta Wiosny - powiedziałem zabierając ją na parkiet.
Potańczyliśmy trochę, a potem poszliśmy do szwedzkiego stołu napić się czegoś i ewentualnie zjeść. Chwyciłem za pysznie wyglądające ciasto. Smakowało tak, jak wyglądało. Wybornie.
- Smakuje ci? - spytała Nirvana.
Uśmiechnąłem się do niej ciepło.
- Jest przepyszne.
- Na tyle, że musiałeś sobie zostawić na później? - spytała ze śmiechem. Delikatnie sięgnęła palcem do kącika moich ust i starła trochę czekolady. Ja też się zaśmiałem.
- Najwidoczniej. Masz ochotę się czegoś napić?
- A ty?
Przyjrzałem się dostępnym rodzajom napojów.
- Co powiesz na oranżadę?
- Brzmi dobrze.
Już po chwili podawałem dziewczynie kubek.
- To teraz chodźmy sobie usiąść - powiedziałem wskazując na poduszki na ziemi.

<Nirvana?>

Azazel

.:G:. Before The Shadows Fall by FuriDeamon"Nie pomyl nieba z gwiazdami, odbitymi nocą na powierzchni stawu."


Imię: Azazel
Skróty: Aza, albo Zel, choć niewielu osobom pozwala tak do siebie mówić… wątpię, by póki co ktokolwiek zwracał się do niego w ten sposób.
Przezwisko: Złodziej, Powtórka, Pomyłka, Przeklęty, Zmora, Wąż, Zdradnica (to przezwisko traktuje jak swoje „drugie imię”), Przypadek i wiele innych… piękny początek, prawda?
Głos (zabawne, jak bardzo głos może różnić się od charakteru)
Płeć: basior
Wiek: Dobre pytanie. Za każdym razem, gdy go o to spyta, Azazel odpowiada z kpiącym uśmiechem na ustach, że ma 174 lata, choć wątpię, by była to prawda. A nawet jeśli, to basior naprawdę nieźle się trzyma.
Charakter: Azazel jest wilkiem niezależnym i nieokrzesanym. Wiele rzeczy i decyzji podejmuje samodzielnie, nie pytając się innych o zgodę, ani o opinię. Niektórzy mogą powiedzieć, że wiele rzeczy robi pochopnie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Ale to nie prawda. Przecież każdy z nas chce od życia czegoś innego i zależnie od własnych umiejętności, dostanie inny efekt. Dlatego też wilki mogą do niego mówić: „Co ty robisz?!”, „Aza zastanów się trochę!”, czy też „Chłopie, myślisz w ogóle?!”, ale on i tak nie będzie się słuchać. Przeklęty zawsze ignoruje takie denerwujące uwagi, albo udaje, że ich nie usłyszał. Jest wkurzający i bardzo ciężko go przegadać. Można więc śmiało powiedzieć, że niezły z niego uparciuch. Uwielbia drażnić się z innymi, to jeden z jego sposobów na zabicie czasu. Z kolei naśmiewanie się z innych i wytykanie czyichś błędów to jedno z jego ulubionych „zajęć”. Często łapie innych za słówka i wszystkich poprawia, tylko po to by pokazać im swoją rozległą wiedzę. Nienawidzi zakazów i wszelkich ograniczeń. Właściwie to jest gotów zrobić wszystko by złamać jakieś zasady i udowodnić innym do czego jest zdolny. Azazel żyje własnym życiem i zawsze robi to co mu się podoba. Sam ustala sobie zasady i reguły, nie zastanawiając się co myślą o tym inni. Właściwie to wszyscy „inni” nie zawsze go obchodzą. Zel jest wilkiem towarzyskim, ale lepiej się do niego nie zbliżać i nie zaczynać rozmowy, jeśli nie ma się nic interesującego do powiedzenia. Jest osobą, którą bardzo trudno zaskoczyć, czy też zainteresować. Co prawda, gdy ktoś zacznie z nim rozmawiać, basior zapewne będzie skutecznie udawać zainteresowanego i wiernego słuchacza. Dopiero, gdy coś naprawdę go zaintryguje będzie udawać obojętnego. Nie jest to osoba, której powinno się bezgranicznie ufać. Honor i poświęcenie nigdy nie znalazły miejsca w jego sercu (zakładając oczywiście, że ten kawał mięsa bije jak należy), więc nie liczcie, że w razie kłopotów wyciągnie do was pomocną dłoń. Jedynie czasem zdarza się mu udawać miłego, by dostać to czego potrzebuje. Jeśli ktoś prosi go o pomoc, to niech wie, że jest jego dłużnikiem i wisi mu przysługę.
Jednak, mimo wszystko, Azazel ma też swoją drugą stronę. Jest filozofem i romantykiem (zaskoczeni?). Czasem zdarza się mu odpływać i rozmyślać o ważnych, bądź tych mniej istotnych sprawach i bardzo nie lubi gdy się mu przeszkadza. Na koniec warto dodać, że ten zdradliwy Wąż uwielbia grać z innymi. Bardzo często podczas zawierania nowych znajomości, specjalnie podpuszcza i testuje swoich nowych towarzyszy. Z łatwością oszukuje i kłamie w żywe oczy. Sarkazm i ironia są u niego na porządku dziennym. Ciężko jest go wyprowadzić z równowagi, ale jeśli komuś się to uda, to niech wie, że Przeklęty nie ma zamiaru uciekać. O w życiu! Często sam zaczyna i świadomie prowokuje innych, jakby tylko czekał na rozpoczęcie jakiejś kłótni.
http://img11.deviantart.net/91d5/i/2013/270/5/4/garrett___thief_by_yibingling-d6ny4wn.pngCechy szczególne: Wysoki, dobrze zbudowany wilk o wysportowanej sylwetce. Ma ciemne, gęste futro, gdzieniegdzie z domieszką białych fragmentów, chociażby na pysku, brzuchu i łapach. Czarna, odrobinę za długa grzywka z charakterystycznym białym pasemkiem, czasem opada mu na czoło, zasłaniając jedno ze srebrnych oczu. W wyglądzie Azazela jest coś dziwnego, co sprawia, że wiele wilków nie potrafi o nim zapomnieć, nawet po krótkim spotkaniu i wymianie zaledwie dwóch zdań. Być może ma to coś wspólnego z jego kpiącym, posyłanym w stronę każdego uśmiechem, oraz ostrzegającym, a jednocześnie skrywającym wiele sekretów spojrzeniem stalowych oczu.
Status: Omega
Stanowisko: Skrytobójca (zna się również na Czarnej Magii i przeróżnych sztuczkach)
Partnerka: Ha! Jassssne i co jeszcze?!- w taki sposób można by podsumować ten podpunkt. Azazel nie wyobraża sobie jakiegokolwiek przywiązania do drugiej osoby. Gdyby on chociaż znał takie słowo jak „uczucia”, a wy każecie pisać o miłości! Z resztą bądźmy szczerzy, kto wytrzymałby z nim nerwowo?
Rodzina: Odrzucił ich w niepamięć już dawno temu i szczerze powiedziawszy, oni chyba też woleliby jak najszybciej o nim zapomnieć. Szkoda tylko, że kogoś takiego, jak Azazel nie da się tak łatwo wyrzucić z pamięci.
Przyjaciele: Myślę, że rozsądniej będzie pominąć ten punkt i przejść do następnego.
Rasa: Jedni mówią, że zjawa, drudzy, że demon, choć odpowiedź na to, kim jest w rzeczywistości jest zdecydowanie prostsza. Wilk Snów… aczkolwiek wszelkie pogłoski dotyczące jego pochodzenia wcale mu nie przeszkadzają.
Żywioł: Sny, choć po sposobie, w jakim w większości korzysta ze swojej magii, można równie dobrze powiedzieć, że Koszmary.
Moce: Wszystkie związane z szerokim pojęciem snów i koszmarów, a więc nie tylko zaglądanie do cudzych snów, ale także mieszanie w ich, czasem nawet do tego stopnia, że ofiara po obudzeniu się nie jest w stanie odróżnić rzeczywistości, od wyobraźni. Jest w stanie przemawiać do kogoś podczas snu i zmuszać do różnych rzeczy, choć działa to tylko na wilki o słabej psychice.
Inne:
-Kocha podróżować i włóczyć się gdzie popadnie pod osłoną nocy.
-Gdy nie ma co robić, często leży na trawie i spoglądając w nocne niebo, wymyślając własne gwiazdozbiory.
-Bardzo dobrze gra w karty i jak do tej pory jeszcze nikomu nie udało się go pokonać. Odradzam jednak pojedynkowania się z nim, tym bardziej gry na pieniądze… nie zdziwiłabym się, gdyby Azazel swoje zwycięstwa zawdzięczał oszustwom.
-Może i nie jest typem kobieciarza, choć ma słabość do dziewczyn z charakterem. Mimo to, szczerze wątpię, by kiedykolwiek zależało mu na dłuższym związku.
-To, że czasem zwraca się do wader per „złotko” jest najzwyklejszą ironią, nie podrywem.
-Zdarza mu się napisać własny wiersz, bądź ułożyć krótką powieść. Wszystko zapisuje w swoim skórzanym brulionie i biada temu, kto odważy się mu go zabrać, lub chociażby otworzyć bez pozwolenia.
Lubi: Długie wędrówki i włóczenie się bez celu, wszelkie bitwy słowne oraz rzucanie kąśliwych uwag, to wspaniałe uczucie niezależności, wchodzenie do miejsc, przy których widnieje napis „wstęp wzbroniony”.
Nie lubi: Monotonii, hipokryzji, ani kogokolwiek, kto ma zamiar prawić mu kazania na temat tego, co wolno, a co jest zabronione.
Historia: [Link]
Sterujący: Annabeth
Galeria: -

Ekwipunek: Na własność nie posiada zupełnie nic, tylko czas i udeptaną przez siebie ścieżkę. Poza tym, to co Twoje, w każdej chwili może należeć do niego…
Sakwa: 140 ZM
Umiejętności: Szybkość:40
                     Siła: 25
                     Zwinność: 35
                    Wytrzymałość:20
Punkty Awansu: 40/200
Upomnienia: 0/3

Od Ramphilli CD. Engel'a

Gdy usłyszała pytanie, zerknęłam niepewnie w stronę Engel’a, po czym, nie mogąc się powstrzymać, parsknęłam śmiechem. Przez tą nasza rozmowę zdążyłam już zapomnieć o papierach, stanowiących zawartość mojego plecaka, oraz roli, która będzie wymagała ode mnie mówienia „mógłbym”, „poszedłem” oraz „chciałbym”. Nie żeby przypomnienie mi o tych rzeczach było złe (właściwie to wręcz przeciwnie), ale po prostu bawi mnie to, z jaką łatwością potrafimy czasem zapomnieć o tych, zdawałoby się, najistotniejszych szych rzeczach, wymagających szczególnej uwagi, kosztem beztroskiej codzienności.
-Faceta.- wyjaśniłam, tłumaczyć tym jednym słowem powód mojej wcześniejszej reakcji. Chłopak uniósł jedną brew, ciężko powiedzieć, czy w geście rozbawienia, czy też niedowierzania, więc sprostowałam.- Gram młodego księcia. Wczoraj nie było mnie na spotkani, na którym reszta ustalała role, więc poprosiłam kumpli, by wybrali coś dla mnie…
-Przyjaźń to podstawa.- dorzucił Engel, niby to swobodnym tonem, choć wiedziałam, że z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Najwyraźniej miał już jako takie wyobrażenie co do relacji, jaka łączy większość aktorów z mojego teatru, choć nie sądzę, by wyobrażenia te były nietrafne. Właściwie to nasza przyjaźń opiera się przede wszystkim na drobnych, nieszkodliwych złośliwościach.
Wywróciłam oczami, z udawanym oburzeniem, choć przyłapałam się na tym, że również się uśmiecham.
-A śmiej się ile wlezie.- rzuciłam oskarżycielskim tonem, krzyżując ręce na piersi.- Ale mogę zapewnić, że będę najlepszym księciem, jakiego kiedykolwiek widziałeś na scenie.- dodałam dumnie.
-W to nie wątpię.- chłopak zaśmiał się, po czym dodał, uśmiechając się szelmowsko.- To było zaproszenie?
-CO? A w życiu, mowy nie ma!- odpowiedziałam od razu, niemalże machinalnie, próbując jak najszybciej wybrnąć z tyj sytuacji, co najwyraźniej jeszcze bardziej rozbawiło Engel’a. Poważnie, nie mam pojęcia czemu, ale czasem w moich wypowiedziach i reakcjach jest coś dziwnego, co wywołuje u wielu wilków i ludzi uśmiech. Zauważyłam to już jakiś czas temu, choć jeszcze nie odkryłam, czym to może być.
-Skoro taka wola księcia…- chłopak uśmiechnął się złośliwie.
-Ej!- ostrzegłam z udawanym oburzeniem, choć nie mogąc się już dłużej powstrzymać, zaśmiałam się szczerze rozbawiona.
-Hej, Ramph… czy aktorstwo zawsze było tym, co chciałaś robić w życiu?- trochę zaskoczyła mnie ta nagła zmiana tematu.
-Słucham?
-Nic, po prostu rzadko spotyka się osoby, które w młodym wieku z takim zaangażowaniem podchodzą do gry w teatrze.- wyjaśnił, a ja musiałam na chwilę zajrzeć do swoich wspomnień, by doszukać się momentu, w którym odnalazłam swoje powołanie.
-Cóż… właściwie to można powiedzieć, że od małego szczeniaka występowałam z rodzeństwem i kuzynami na „scenie”. Co prawda, były to zwykłe amatorskie improwizacje, ale dobrze się przy tym bawiliśmy.- uśmiechnęłam się na wspomnienie tych szczenięcych czasów, kiedy żyłam jeszcze w rodzinnej watasze. Każdy dzień był wówczas kolejną przygodą… była z nas naprawdę pokręcona gromadka, choć obiecaliśmy sobie nie tęsknić za sobą.- Ale to nie była jedyna rzecz, jaką się zajmowałam. Gdy znalazłam się w mieście, pracowałam trochę w sklepie muzycznym. Później poznałam kilka osób, z którymi przez krótki czas grałam w zespole rock’owym, ale to chyba nie było „to coś”. Po prostu czegoś mi w nich brakowało, wiesz o co mi chodzi?
Engel pokiwał w zamyśleniu głową.
-Chyba wiem. I co było potem?
Zastanowiłam się przez chwilę.
-Potem..? Pamięta, ze gdy BLAST… to jest, nasz zespół się rozpadł, poszłam do teatru, obejrzeć przedstawienie. Właściwie to chyba znalazłam się tam zupełnie przypadkiem.- dodałam, zastanawiając się nad motywem moich ówczesnych działań.- W każdym bądź razie, po przedstawieniu poszłam porozmawiać z aktorami, a ci z początku wzięli mnie za chłopaka. Musiałam więc wyjaśnić im jak najszybciej, że jestem dziewczyną… i tak się poznaliśmy.- Uśmiechnęłam się, słysząc cichy śmiech Engel’a.
-To właśnie po tym zaproponowali Ci granie z nimi w teatrze?- zagaił.
-Nie, ale niewiele później. No i tak dotarliśmy do obecnego miejsca, koniec historii.
-Hm… ciekawe.- stwierdził chłopak, przyglądając mi się przez chwilę swymi brązowymi oczami.- Nie sądziłem, że miałaś też do czynienia ze światem muzyki.
-Cóż, nie mam wielkiego doświadczenia i na pewno wiele mi do szanownego pana brakuje. Proszę zostać moim mistrzem- rzuciłam złośliwie, po czym dodałam.- A co z Tobą?
-Co ze mną?- jak echo powtórzył Engel
-Zawsze chciałeś być wielofunkcyjnym artystą? Czy po prostu przez ten czas szukałeś dla siebie miejsca na świecie?

<Engel?>

czwartek, 24 marca 2016

Od Leny CD Venom'a - Święto

Okej... Powoli.. Właśnie żywa, oddychająca istota spytała mnie czy pójdę z nią na zabawę? Są dwie opcje. Albo to znowu jakiś głupi i dość dziwny żart, albo wszechświat zmierza ku zagładzie. Venom jednak nie wygląda mi na osobę, która robiłaby takie żarty, nawet przyznał mi się do homoseksualizmu żeby mnie przekonać, choć i tak w życiu bym nie uwierzyła że ktokolwiek próbuje mnie wyciągnąć na randkę.
- N-no skoro tak stawiasz s-sprawę... Chyba n-nie mam wyjścia- westchnęłam uśmiechając się na widok rozradowanego Venoma. - A-ale ostrzegam, n-nie jestem r-rozrywkową osobą i n-najpewniej będziesz się ze mną n-nudzić.
- Aj tam. Fajnie będzie. To o której się spotykamy?
- M-może za godzinę?- zaproponowałam
- Super! Zobaczysz że będzie fajnie!- gdy Venom wyszedł zastanawiałam się chwilę co zrobić. Jest już dość ciepło więc nie będę musiała siedzieć w wilczej postaci. Jako że nie jestem w posiadaniu żadnych bardziej eleganckich ubrań, założyłam dżinsy, białą bluzkę na krótkim rękawku i moją ulubioną brązową bluzę. Teraz tylko wystarczy trochę poczekać na Venoma, kto wie może faktycznie będzie fajnie?

<Venom?>

Od Nirvany CD. Zero - Święto

- Oczywiście, że pójdziemy - uśmiechnęłam się przytulając mamę na pożegnanie.
Upewniłam się jeszcze, że wszystko z nią w porządku i wyszliśmy z jej domku.
Szliśmy w stronę naszej jaskini gdy nagle zobaczyłam tą piękną polankę... ,,Wiążemy z Zerem z nią pewne wspomnienia'' - powiedziałam w swojej głowie uśmiechając się sama do siebie. Gdy doszliśmy do naszej jaskini spojrzałam mu w oczy i pocałowałam go mocniej, zamruczał widocznie zadowolony.
- Zero, to ja pójdę się przebrać i wybierzemy się na polanę? - zapytałam
- Dobrze, ja poczekam - uśmiechnął się puszczając mi oczko.
Weszłam do jaskini i zaczęłam przeglądać moje sukienki, wybrałam jedną z nich, była bardzo ładna a prezentowała się tak

Zdecydowałam, że nałożę na nią czarną narzutkę i ubiorę buty na nie wysokim obcasie. Byłam gotowa więc wyszłam na zewnątrz widząc tam Zera. Uśmiechnęłam się i poszliśmy potańczyć.
W tle rozlegała się przyjemna dla uszu muzyka i można było tam zauważyć parę osób z naszej watahy.
Złapałam zera za rękę i uśmiechnęłam się szczerze.

<Zero?>

Od Nirvany - Święto Wiosny

Rano jak zawsze wstałam i trzeba było zacząć przygotowywać poczęstunek, którego przygotowanie było moim obowiązkiem, a ja postawiłam sobie za cel zrobienie tortu i zdobycie napoi oraz innych dań. Zabrałam się do pracy,która raczej była monotonna ale sprawiała mi przyjemność. Na pierwszy ogień poszedł tort, upiekłam trzy warstwy biszkoptu i pokryłam go czekoladą oraz kolorowym lukrem a na czubku można było dostrzec dość okazałą wilczą głowę z kwiatami z sierści. Efekt był bardzo zachęcający. Przyszedł czas na napoje, uszykowałam kilka kartonów soku, a także alkoholi. Jednymi z głównych trunków było wino białe wytrawne, czerwone półwytrawne oraz sake i parę likierów o smakach pistacjowych, kokosowych i innych. Jeśli chodzi o inne przekąski to przygotowałam chipsy i przygotowałam kiełbaski na grilla. Po paru godzinach byłam wyrobiona i zmęczona padłam na kanapę zdecydowana usnąć.

środa, 23 marca 2016

Od Zero CD. Toxic'a

To wszystko było dziwne... Bardzo dziwne i wbrew logice. No bo jak ze spalonego pokoju trafiłem do wymiaru snów? To musiał być wymiar snów. No bo przecież nigdzie na świecie nie ma idealnie płaskiej szarej ziemi, kłębów nieprzeniknionej białej mgły i gigantycznej szklanej ściany. No i Toxic za lekko zniekształcającą obraz przezroczystą taflą.Niczym dwoje tragicznie rozdzielonych kochanków, pomyślałem i parsknąłem śmiechem. W sumie to była reakcja jak każda inna  tym momencie. Nic nie przypasuje do tej sytuacji. Kiedy w końcu opanowałem nagły atak śmiechu i podniosłem wzrok napotkałem zdziwione spojrzenie Toxic'a. Machnąłem ręką dając mu do zrozumienia, że to nic.
Nagle stało się coś dziwnego. Chłopak gwałtownie się odwrócił i odbiegł. Popatrzyłem za nim zaskoczony. Coś się stało... Chyba...
- ZERO! - usłyszałem przerażony kobiecy wrzask. Brzmiał okropnie, ale bardzo znajomo. Przez chwilę tylko stałem w miejscu mrugając tępo i starając się połączyć wątki ze sobą. Krzyk się powtórzył, a mnie nagle oświeciło.
- Nirvana... - szepnąłem - Nirvanka... Nirvana!
Zerwałem się do biegu w kierunku skąd dobiegał dźwięk. Co ona tu do licha robi?! Biegłem tak szybko jak tylko się dało, parę razy o mało co się nie przewracając. Nagle ni stąd ni zowąd na ziemi przede mną pojawiła się kłoda. Nawet gdybym chciał zareagować nie miałem jak. Potknąłem się i runąłem jak długi na ziemię. Zakląłem pod nosem. Co mi jeszcze przeszkodzi.
- Zero...! - znowu usłyszałem jej głos. Tym razem brzmiało jakby szlochała. Zerwałem się z ziemi i z nową siłą pobiegłem.
Po kilku minutach znalazłem ją klęczącą wśród mgły. Była cała poraniona, a ubrania miała podarte. Klęknąłem obok niej i delikatnie ją objąłem.
- Zero... Przyszedłeś - wtuliła się we mnie łkając.
- Przecież nie mógłbym nie przyjść- odpowiedziałem delikatnie ją głaszcząc. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy lekko się kołysząc.
- Wszystko będzie dobrze Nir... - powiedziałem w końcu - Wyjdziemy z tego.
I wtedy stało się coś dziwnego. Nirvana zaczęła się zmieniać. I nie miało to nic wspólnego z jej stresującymi mnie przemianami w wilkołaka. Najpierw zrobiła się niewyraźna, a potem dosłownie przeniknęła mi przez ręce i ostatecznie zniknęła. Zostałem sam. Całkiem poważnie zaiepokojony i jeszcze bardziej zdezorientowany. Ciekawe czy Toxic też ma takie przygody...

<Toxic?>

Od Raven'a CD. Lilith - Święto

Stanąłem przed trudnym pytaniem natury filozoficzno-egzystencjalnej. 'Zjeść kilo hot dogów, czy jak to się tam zwało, i wymiotować pod stół... Czy też może znosić tą całą Lily przez resztę nocy. Oto jest pytanie.' Szybki bilans strat i korzyści... Dobra. Wytrzymam z nią. Nie będę niepotrzebnie sobie szkodził.
- Zapomnij.
- Ale ja chcę...
- A ja nie chcę. W zasadzie wcale nie musisz za mną łazić.
- Znasz tu kogoś? - spytała lekko zawiedziona - Chcesz do iego iść, tak?
Rozejrzałem się dookoła.
- Na moje nieszczęście nie.
- No to idziemy jeść hot dogi - nagle odzyskała całą radość.
- Nie!
- Ale... No ale dlaczego by nie? Nie lubisz hot dogów?
Zacisnąłem dłonie w pięści. Za dużo pytań.
- Litości... - mruknąłem - Idziemy najpierw napić się wina.
Bo na trzeźwo chyba nie zdzierżę, pomyślałem ponuro idąc w stronę stołu z napojami.

<Lilith?>

Od Lilith CD. Raven'a

Super! Jednak kogoś znalazłam! Co prawda mój nowy "przyjaciel" chyba nie za bardzo za mną przepada ale cóż! Może da radę to zmienić. Niektórzy na mój widok pierwsze co robili to wyciągali krzyże ale to tylko w tedy gdy zapomniałam zmienić się w człowieka i jako cień przeparadowałam przez miasto z nożem w ręce. Więc chyba mogło być gorzej.
-Tak w ogóle to Lily jestem. A ty? Zapytałam szczerząc się.
Mój towarzysz burkną tylko coś niezrozumiałego pod nosem co chyba znaczyło że nie jestem godna posiadania tej informacji.
Po jakimś czasie dotarliśmy na polanę. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy było stoisko z hot dogami! Zawody w jedzeniu hot dogów na czas! Toż to genialne!
-Ej zobacz to! Krzyknęłam pokazując palcem na przedmiot mojego zainteresowania. -Pościgasz się ze mną w jedzeniu hotdogów na czas? Prooosze!
-Chyba śnisz...Warkną Chłopak.
-No weź! Obiecuję że jak ze mną wygrasz to dam Ci spokój i pójdę grzecznie do domu. Zrobiłam minę proszącego kotka.

<Raven?>

wtorek, 22 marca 2016

Od Raven'a CD. Lilith - Święto

Gdyby nie moje białe włosy i praktycznie idealnie mleczna karnacja był bym niewidzialny w ciemności. Niestety nie jestem. I dzięki temu w moją stronę właśnie teraz idzie kobieta w czerni i bieli. Cóż... Wygląda mi na niezbyt skomplikowaną osobistość. Pozory mogą mylić. Zwłaszcza, że z niewyjaśnionych przyczyn nie mogę przeczytać jej aury.
- No heeeej! - zaczęła.
- Buonasera - mruknąłem.
Że też ze wszystkich wader musiałem trafić na tę? Cały świat przeciwko mnie. Jak zawsze.
- Co?
Przewróciłem oczami.
- Nic.
- Aleś ty milutki. Idziesz może na to całe... No to... Święto? - spytała całkiem zadowolona z siebie.
- Właśnie się rozmyśliłem - oznajmiłem odwracając się.
- Ej! ty też tam idziesz! Możemy pójść razem - chwyciła mnie za przedramię. Warknąłem na nią.
- O tak... O tym marzę...
- No to się cieszę. Idziemy! - zaczęła mnie ciągnąć w stronę polany. A ja zacząłem już obmyślać krwawą i bolesną zemstę.

<Lilith?>

Od Engel'a CD. Ramphilli - Święto

- Nie... To nie będzie konieczne. Zapisz mi to w nutach - zaśmiałem się wyciągając z torby aparat. Szybko upewniłem się, że wszystko gra i zrobiłem zdjęcie. Udało mi się uchwycić Ramph w momencie gdy kończyła wkładać wszystkie kartki do plecaka.
- Hej!
- Spokojnie mademoiselle, ja nie potrafię robić brzydkich zdjęć. - pokazałem jej zrobione zdjęcie - Dasz mi autograf?
- A po co ci to zdjęcie?
- Chciałbym zapamiętać kogo zaprosiłem - wyszczerzyłem się do niej wrzucając aparat do torby i zamykając ją.
Dziewczyna posłała mi rozbawione spojrzenie.
- Ty jesteś aktorką, prawda? - spytałem mimo że byłem pewny odpowiedzi. Widać po niej. No przynajmniej ja to widzę. Jestem pewny, że tamte kartki były scenariuszem.
- Tak... A ty to...?
- Artysta - odpowiedziałem
- To pojęcie dość ogólne. Możesz konkretniej?
- To trochę zajmie... - ostrzegłem - A więc tak... Jak miałaś szansę zobaczyć jestem fotografem. Malarzem, rzeźbiarzem, rysownikiem... Szkicuję i koloruję. Kiedyś miałem okazję projektować, a potem szyć ubrania. Nieobca mi obsługa kamery i tworzenie filmu. Jestem muzykiem, umiem śpiewać, czasami bawię się w DJ albo montuję swoje kawałki. Piszę wiersze, piosenki czy cokolwiek sobie wymarzysz. Jeśli dasz mi sprzęt zrobię ci tatuaż. Mogę uczynić z ciebie profesjonalną cospaly'erkę i przebrać za dowolną postać. I coś jeszcze...? A tak. Mam na kącie kilka sztuk na deskach teatru. No i mogę się zajmować charakteryzacją czy scenografią.
Uśmiechnąłem się widząc lekko skrywane zdziwienie na twarzy dziewczyny.
- Gdzie się takie osoby chowają?
- W Neo-Bohemie - odpowiedziałem - Witam u progu artystów nowej generacji. Mogłaś kiedyś usłyszeć o tym nurcie artystycznym.
- Chyba coś mi się obiło o uszy. Należysz do nich?
- Jestem jednym z jej siedmiu założycieli - pochwaliłem się - Przejdziemy się?
- Mhm... Będziesz się jeszcze musiał sporo tłumaczyć.
Zaśmiałem się.
- Co tylko chcesz - odpowiedziałem - Ale musisz mi zdradzić teraz coś o sobie.
- No dobrze. O czym chcesz usłyszeć? - spytała idąc w przypadkowym kierunku. Podążyłem za nią.
- O wszystkim. Zacznijmy od tego co teraz grasz.

<Ramph?>

Od Ramphilli CD. Engel'a - Święto

Siedziałam sama na niewielkiej skalnej półce, tuż przy mojej jaskini. Obok siebie położyłam ciemny plecak w wojskowe plamy, o odcieniach zgniłych owoców i przemoczonej trawy, na kolanach zaś trzymałam scenariusz i kilka rękopisów. Nie było mnie wczoraj na spotkaniu, podczas którego rozdzielaliśmy role, dlatego wieczorem poprosiłam Dean’a ( kolegę z teatru) o przekazanie pozostałym, aby wybrali coś dla mnie i przysłali scenariusz, wraz z rozpiską ról. Zgodnie z umową, papiery dostałam dziś rano, jednak na moje nieszczęście odczytanie szlaczków nastawianych przez Dean’a (bo pismem nazwać tego nie można) graniczy z cudem. A uwierzcie mi, w cieniu, gdzie połowa liter jest niewidoczna, a drugą połowę muszę zgadywać, czytanie nie należy do najprostszych czynności. Zapewne, gdyby nie smużka światła, padająca na półkę przez małą szczelinę, z czystym sumieniem rzuciłabym to wszystko w ch*lerę. Co prawda sam scenariusz pisany był już przez kogoś innego, więc nie będę mieć najmniejszego problemu z czytaniem, nawet przy tak słabym świetle. Ale na co komu cały tekst, skoro nie zna się granej roli?
Przeglądałam listę imion, nie wiem który już raz z rzędu, by znaleźć krzaczki, które chociaż odrobinę przypominałyby kształtem „Ramphilla”. Trzymałam kartkę tuż przy twarzy, by łatwiej rozszyfrować ten drobny, tajemniczy kod, a przez głowę przeszła mi myśl, że jeśli kiedyś oślepnę, przynajmniej będę wiedziała komu mam się odwdzięczyć. Jednak, gdy w końcu odnalazłam swoje imię i odczytałam przydzieloną mi rolę, pożałowałam tego, że tak bardzo się spieszyłam, by ją poznać.
-Co to znaczy „książę”?! parsknęłam cicho śmiechem, choć szczerze powiedziawszy, w tamtym momencie nie do końca wiedziałam, jak mam na to zareagować. Powierz kumplom wybór roli, dopasują do Ciebie postać faceta.
Wywróciłam oczami, zastanawiając się czy kiedykolwiek zrobiłam światu coś na tyle złego, by los tak mnie ukarał. No dobra, przesadzam. To nie była znowu tak wielka kara… raczej jeden z najbardziej perfidnych i kreatywnych żartów, jaki póki co ekipa z teatru mi wywinęła. Ale jeśli za tym wszystkim stał Dean, dopilnuję, żeby w następnej sztuce grał on kobietę. Z drugiej strony, męska rola może być całkiem ciekawym doświadczeniem.
Z moich rozmyślań nagle wyrywa mnie czyjś głos:
-Ymmm… Cześć Ramph…- zdawał się dobiegać z oddali, choć mam świadomość tego, że w rzeczywistości rozmówca stał blisko mnie. To moje myśli zawsze płyną gdzieś daleko.
-Engel?- spytałam się niepewnie, przyglądając się chłopakowi z lekko przekrzywioną głową. Pamiętałam jego rysy z naszego wcześniejszego spotkania, jednak na co dzień widywałam tylu przypadkowych przechodniów, że czasem ich imiona i twarze mieszały mi się w głowie, powoli zlewając w całość, dlatego wolałam się upewnić, czy stojący obok chłopak był tym, kim mi się wydawał. Ku mojej uldze, ciemnowłosy pokiwał na znak potwierdzenia. Przyznam, że ucieszyłam się na widok kogoś znajomego. No, może nie byliśmy sobie na tyle bliscy, by nazywać siebie przyjaciółmi… przecież spotkaliśmy się kiedyś przez przypadek i to tylko raz, a przez ten czas chyba więcej śpiewaliśmy, niż rozmawialiśmy, ale wszystko może się jeszcze zmienić, prawda? Poza tym, na dobrą sprawę każde towarzystwo jest milsze od spędzania czasu z zapisanymi kartkami.
Już chciałam odezwać się pierwsza, by spytać się chłopaka co go tutaj sprowadza, gdy ten ubiegł mnie jeszcze zanim otworzyłam usta (a muszę przyznać, że nie jest to łatwa sztuka).
On chciał… chciał wybrać się na zabawę? Ze mną? Zrobiłam wielkie oczy, przyglądając się badawczo Engel’owi, a mojej uwadze nie umknął fakt, iż chłopak zaczął bawić się rzemykiem na nadgarstku. Na chwilę z moich ust zniknął uśmiech, lecz tylko po to, by po chwili znów się na nich pojawić. Miałam wrażenie, że basior był nieco skrępowany, co sprawiło, że sama zaczynałam czuć się niezręcznie. Nie lubiłam, gdy ludzie wokół mnie, reagowali w taki sposób, więc postanowiłam jak najszybciej rozluźnić atmosferę. Zaraz jednak coś do mnie dotarło… zabawa… chwila, czy to przypadkiem nie było…
-Święto wiosny! To j u ż ?!- zdziwiłam się i zaczęłam w myślach liczyć dni miesiąca. Ch*lera jasna, faktycznie! Chyba przez ten cały teatr zaczynam tracić poczucie czasu.- Rany, jak ten czas szybko leci.- odparłam, łapiąc się jedną ręką za swoje krótkie włosy.
Engel roześmiał się, widząc moją reakcję, co zdecydowanie rozluźniło atmosferę.
-To jak?- chłopak ponowił pytanie, choć jego ton był już znacznie pewniejszy siebie.
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, właśnie w tym momencie dotarło do mnie, że naprawdę zostałam zaproszona i to wszystko nie było tylko grą. Zapewne, gdybym nie grała w tylu przedstawieniach i nie nauczyła się przez ten czas nieświadomie panować nad niektórymi odruchami, mogłabym się odrobinę zarumienić. Cóż, jeśli naprawdę chciał mnie zaprosić, to czemu miałabym się nie zgodzić? Poza tym, wydaje mi się, że możemy mieć kilka wspólnych tematów, a znalezienie bratniej duszy w tym wielkim świecie, wcale nie jest takie łatwe. Poza tym, jeśli w watasze organizowana jest zabawa, dlaczego mielibyśmy ją przegapić?
-Z przyjemnością.- uśmiechnęłam się, choć przypominało to bardziej wyszczerz małego złodzieja, który pod osłoną nocy obrabował czyjś dom i nie został nakryty, niż miły uśmiech dziewczyny, jednak nic na to nie poradzę.- Mamy przypieczętować umowę krwią?- zażartowałam i zabrałam się za pakowanie rękopisów do plecaka.

<Engel? Przyznam, że nie wiedziałam jak skończyć :P>

Od Ehrendila DO Sorrow - Święto

Święto Pierwszego Dnia Wiosny. Pamiętam jeszcze podobne zabawy w swoim domu. Cztery razy do roku, z okazji zmiany pory roku organizowane były huczne zabawy. Pamiętam, że jako dziecko razem z Erytreą czekaliśmy cały dzień szykując się i niecierpliwiąc. Byle by tylko pod wieczór dosłownie pobiec do pałacowych ogrodów. A tam zawsze czekały długie stoły pełne owoców, warzyw i wszelkich innych dobroci. Zawsze grała wspaniała muzyka. A te dekoracje... Powiedzmy szczerze - nigdzie takich nie ma. Nie istnieje też inne państwo w całości porośnięte puszczą. Nasze Królestwo jest po prostu wyjątkowe. I tak już pozostanie na wieki. Ja też jestem wieczny. Ale w sumie czy to jest ważne? Nie, nie jest. Nigdy nie było i nigdy nie będzie.

Ale do rzeczy... Święto jest tutaj, a nie w Królestwie, a ja mam przecież dziewczynę. Cóż... Jest między nami jakieś 240 lat różnicy, ale raczej to nie przeszkadza. Będę nieskromny mówiąc, że w zasadzie nadal mam ciało 19-latka, ale taka prawda. Zacznę się powoli starzeć dopiero za jakieś 600 lat. Dużo czasu mam. A Sorrow nie. I dlatego muszę zadbać, żeby miała wszystko czego będzie chcieć. Z tą zabawą włącznie. Tylko najpierw muszę ją dobudzić jakoś. Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
- Hej Sorrow... - potrząsnąłem nią lekko.
- Mmmmm.... - mruknęła otulając się kołdrą i odwracając plecami do mnie.
- Sorrow - nachyliłem się nad nią. Moje włosy spadły mi na twarz i przy okazji na nią wyraźnie ją łaskocząc.
- Daj mi spaaaaać... - mruknęła.
- Ale naleśniki ci wystygną - odpowiedziałem - Z owocami i czekoladą.
- Naleśniki?! - zerwała się z łóżka przy okazji zaplątując się w moje włosy. Ona straciła równowagę i runęła na ziemię, a ja pociągnięty, zaraz za nią.
- I tobie również dzień dobry kochana - mruknąłem śmiejąc się.
- Tak, tak... Gdzie te naleśniki? - spytała wstając.
Rozłożyłem się wygodniej na podłodze.
- W kuchni, a gdzieżby indziej? Smacznego.
- Dziękuję, a ty?
- Ja już jadłem.
Odprowadziłem ją wzrokiem nadal wylegując się na drewnianym parkiecie. Dopiero po chwili wstałem i poszedłem za nią.
- Masz do wieczora czas, żeby się przygotować.
- Mhm... A na co? - spytała jedząc śniadanie.
Nalałem sobie soku z jabłek i oparłem się o krzesło na przeciwko.
- Idziemy na zabawę - mrugnąłem do niej upijając łyk soku.
- Naprawdę?
- Oczywiście. Dla ciebie wszystko - dopiłem sok i odstawiłem szklankę do zlewu - Jakby co idę na salę treningową. Znajdziesz mnie w części poświęconej siłowni - oznajmiłem wychodząc z kuchni.

<Sorrow?>

Od Lilith DO Kogoś - Święto

Ostatnio usłyszałam że w naszej watasze szykuje się zabawa! Kocham takie akcje ale nie mam z kim iść...To takie smutne że wciągu mojego jak na mnie dość długiego pobytu tutaj nie zdążyłam sięz nikim z bardzo zakolegować...No ale cóż! Pójdę sama może kogoś spotkam po drodze! Ubrałam moją ulubioną czarno-białą bluzę i ruszyłam. W oddali zobaczyłam czyjąś sylwetkę. Pewnie ruszyłam w tym kierunku by się przywitać.

<Ktoś?>

Od Raven'a CD. Toxic'a

- Tylko pogratulować ci szczęścia. No jak nic za cel postawiłeś uwalenie mojej kurtki... Ty wiesz w ogóle ile w tych czasach kosztuje dobra skórzana kurtka szanowanego projektanta? - narzekałem zirytowany - Więcej niż twoje marne życie, śmiertelniku. Więcej niż cokolwiek co widziałeś. Najchętniej skręciłbym ci kark za pakowanie mnie w kłopoty.
- Dalej. Zrób to - mruknął tamten chodząc od ściany do ściany pewnie szukając jakiś tajemnych przejść.
- Uwierz, że mnie to kusi, ale średnio mi się chce wylecieć z następnej watahy - warknąłem na niego.
- Przyznaj, że nie umiałbyś mnie zabić. Jestem na to zbyt uroczy.
- Mylisz się - rzuciłem szczerząc kły.
- Fajne masz te siekacze. Służą do czegoś więcej niż straszenia dzieci?
- Taaak. Do rozrywania tych co mi się stawiają - wycedziłem podchodząc do niego i przyciskając go do brudnej, wilgotnej ściany tego śmierdzącego zatęchłym powietrzem więzienia.
- Blefujesz - odpowiedział tamten uśmiechając się do mnie.
Chwyciłem przód jego ubrania i jedną ręką uniosłem go w powietrze nadal przyciskając go do ściany. Zmrużyłem oczy zastanawiając się czy jestem w stanie trwale go nie uszkodzić. Zaryzykujmy co? Będzie bardzo zabawnie. Nachyliłem się lekko do niego i jednym z kłów rozpłatałem skórę na jego szyi. Nie tak głęboko, żeby od razu się wykrwawił, ale wystarczająco, żeby popłynęło dużo krwi. Oblizałem się. Nie. Byle czego się nie pije. Jeszcze bardziej sfrustrowany niż wcześniej puściłem go z lekką satysfakcją patrząc jak uderza w ziemię. A potem podszedłem do ściany po drugiej stronie i wcisnąłem jeden, teoretycznie ukryty przycisk. Otworzyły się drzwi.
- Ja nigdy nie żartuję - rzuciłem przez ramię i przeszedłem przez próg zamykając za sobą drzwi.

<Toxic?>

poniedziałek, 21 marca 2016

Od Venom'a CD Leny

Widać po waderze było że się stresuje, i kłamie. Trochu mi było jej żal, że jest tak wstydliwa. No ale nic na to nie poradzę. Osobiśćie jestem strasznym ekstrowertykiem, więc dla mnie to wszystko inaczej wygląda.
-Więc.. może ci pomudz w poszukiwaniu tego co szukasz..?
Zaproponowałem miękkim głosem by znów jej nie przestraszyć. A co jak mi ucieknie? Czuł bym się w tedy jak jakiś potwór.
-N-no nie w-wiem..
-Nie buj się, nie uznam cię za wariatkę
Dodałem z uśmiechem. Bo jeżeli jest tą wariatką to przynajmniej nie bedzie mi z nią. Oczywiśćie byłem ciekaw czego tak na prawde szuka, ale z tym pytaniem jeszcze chwilkę może sobie poczekam.

<Lena?>

Od Toxic'a CD Zero

-Kolorowych Koszmarów...
Odpowiedziałem Zerowi i wyruszyłem wykonać co zamierzałem. Zacząłem przeszukiwać pomieszczenie, kture praktycznie było spalone, z nadzieją że moge coś znaleść. Miałem przeczucie że szukałem już kilka godzin, i ani śladu żadnego wyjśćia. Skoro się sam zacząłem robić śpiący na widok Zera, postanowiłem też skożystać z okazji. Zmieniłem się w wilka i jak naj delikatniej jak potrafiłem, wślizgnąłem się pod Zera futro tak żeby mi było miekko. No i był bym dość bespieczny. Więc jak już się ładnie ułożyłem, i udało mi się Zera nie obudzić, to postanowiłem zamknąć oczy.
-Kolorowych..
Wymamrotałem po czym od razu zasnąłem.

Ten sen był dziwny, wydawał się taki realny. No ale podejrzewałem że to sen jak każdy inny, do momentu gdy w nim spotkałem Zera. Myślałem że to po prostu moja wyobraźnia go stworzyła, ale nie. To był on we własnej osobie. Jedyne co nas dzieliło od przywitania się, lub pogadania ze sobą, była wielka szklana ściana, ktura przy okazji powstrzymywała dźwięki.

<Zero?>

Od Leny CD Venom'a

Od kilkunastu minut odmrażam sobie pysk w śniegu. Szukanie czegokolwiek w ten sposób to katorga. Do tego tutaj nic nie ma! Biorąc pod uwagę ile anomalii wystąpiło w tym regionie powinnam mieć na pęczki wszystkich możliwych korzeni, larw i innych mniej lub bardziej ohydnych rzeczy. A tu nic.
- Głupie, lubiące zimno, kryjące się pod śniegiem, niemożliwe do znalezienia...- mamrotałam w śnieg, aż do momentu kiedy usłyszałam czyiś głos.
- Cześć - wyskoczyłam chyba na metr w górę, co przynajmniej jak na mnie jest niezłym osiągnięciem, po czym odruchowo cofnęłam się od źródła głosu, przy okazji o mało nie wywracając się o własny ogon (nie lada wyczyn, zwłaszcza że z reguły gdy chodzę nie dotykam nim nawet ziemi)
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć, jestem Venom, a ty?- właścicielem głosu okazał się czarno-biały basior, uśmiechający się do mnie przyjaźnie.
- Ym... J-ja.. - zaczęłam dukać, zezując na mój nos gdzie zostało jeszcze trochę śniegu- j-jestem E-elena...- odpowiedziałam strącając łapą pozostałości śniegu
- Miło cię poznać Elena. Co robisz? Zgubiłaś coś?
- N-nie... ym... Szu-szukałam... - szybko, szybko wymyśl coś...nikt nie lubi dziwaków pamiętasz?- przebiśniegów! T-tak, dookładnie. Przebiśniegów... - brawo. Walnęłam się mentalnie w głowę. Przekonujący ze mnie kłamca...

<Venom?>

Od Venom'a DO Leny - Święto

Otrzymując wiadomość, o tym że jest święto wiosny, to postanowiłem wziąć w nim udział. A skoro jest (zazwyczaj) weselej kiedy się z kimś idzie, to postanowiłem kogoś ze sobą zabrać. Zacząłem się zastanawiać kogo. No oczywiście nie trwało to długo nim do głowy mi przyszła Lena. Wiem że ona wstydliwa jest i w ogóle, ale każdy raz na jakiś czas musi się stać trochu socjalnym. Wyszedłem z mojego mieszkanka (jaskinia) i przybrałem kierunek jaskini Lenki.

Nie wiele chwili później dociera do celu. Wiem że Lenka to pewnie się od razu nie zgodzi jak ją zaproszę, więc mam w zanadrzu taki dziwny plan. Który powinien zadziałać. Kiedy już ją znalazłem to bez wahania zacząłem gadać.
-Cześć
-H..Hej?
-Pójdziesz ze mną na to święto?
Pierwszy krok do celu: bądź konkretny i wiedz czym jest cel. Nr dwa: przekonaj ją by się zgodziła. No i trzy: Zabawa!
-N..no nie w..wiem
-Weź się zgódź.. Przecież i tak nie mam zamiaru cię poderwać
Wadera dziwnie na mnie spojrzała, nie pewna o co mi się rozchodzi.
-Bo wiesz.. jaki to ma sens dla geja podrywać dziewczynę?
Zapytałem z uśmiechem i dość retorycznie. Dziewczyna też się lekko i dość nie pewnie uśmiechnęła.
-To skoro ci oświadczyłem me gejostwo, i obiecałem nic ci nie zrobić.. to może się zgodzisz?
Wiem że to pewnie dziwnie zabrzmiało. Ale co mi tam. Ważne jest to czy w końcu się zgodzi czy nie. Nawet się zmuszę do błagania na kolanach, jeżeli to będzie potrzebne!

<Lenka?>

Od Vestarii CD. Venom'a

Uśmiechnęłam się do niego uroczo.
- Wal się.
- Cieszę się, że się ze mną zgadzasz.
Prychnęłam na niego krzyżując ręce na klatce piersiowej z miną obrażonego dziecka. Czemu o ie może mi dać spokoju? Utknęłam na tym cholernym drzewie tylko dlatego, że jakiś upośledzony niedorozwój blokuje mi zejście. Wprost cudownie.
- Długo tu jeszcze posiedzimy? - spytał tamten.
Przewróciłam oczami uparcie milcząc. Nie odezwę się do niego dopóki nie wymyślę stosownej obelgi. Nie i koniec.
- No? Pytam czy długo tu posiedzimy?
Nie odzywaj się Vest, nie odzywaj się Vest, nie odzyw...
- Hallo? Odpowiesz?
Jemu zaraz się znudzi. Pewnie tak.
- Ziemia do Vest? Jesteś tam w ogóle?!
- Daj mi spokój odjebańcu! - wrzasnęłam na całe gardło wściekła.
- Dobra, dobra... To długo tu jeszcze posiedzimy?
W ciągu tylko minuty zużyłam większość znanych sobie (w większości bardzo kreatywnych) wulgaryzmów. I wszystkie rzucone były w basiora. Na koniec całej tej szopki zeskoczyłam chłopakowi na głowę. Szybko się pozbierałam i odbiegłam w przypadkowym kierunku. Byle dalej od niego.

<Venom?>

Od Toxic'a CD Raven'a

Słyszałem jak Raven zbliżał się w moją stronę. Nie odpowiedziałem jeszcze na jego pytanie, bo miałem nadzieję że znajdę coś ciekawszego od samej szafy ze starymi księgami.
-Nie jeszcze nic nie znalazłem
W końcu odpowiedziałem kiedy towarzysz znajdował się obok mnie. W ten postanowiłem wyciągnąć jedną z ksiąg, następnie usłyszałem coś co przypominało uruchomienie jakiegoś starego mechanizmu. Nie całe dwie sekundy później podłoga pode mną i Raven'em się zapadła. Zlecieliśmy na dno czegoś co przypominało jakąś studnie. Jedyną różnicą było to, że to wody nie było i jest kwadratowa nie okrągła.
-Normalnie wspaniałe to twoje znalezisko..
Usłyszałem od Raven'a, który powstał z ziemi i otrzepał (ponownie) swą kurtkę z kurzu. Ja też wstałem i zacząłem się rozglądać za jakimś wyjściem.

<Raven?>

Od Engel'a DO Ramphilli - Święto

A więc dzisiaj Święto Dnia Wiosny, tak? Wypadałoby jednak mieć towarzystwo, bo samemu raczej ciężko się bawić. Nie potrzeba mi przez cały czas, bo zgodziłem się pograć jakieś piosenki czy ewentualnie pośpiewać. To nieważne. Kolejny występ. Jeden z wielu i taki sam jak inne mimo że nie ma dwóch identycznych wystąpień. I tu się wkrada paradoks bycia artystą. Niczego nie da się powtórzyć, a mimo to za każdym razem jest tak samo. Trudno opisać to uczucie. Jest takie intrygujące i cudowne, a jednak niedostępne dla wszystkich. Chciałbym mieć z kim o tym porozmawiać. Tak po prostu. Grałem nie raz po teatrach czy w musicalach, śpiewałem na recitalach, grałem koncerty, miałem własne wystawy w galerii sztuk, a nawet wieczorki poezji. I nie ma tu nikogo z kim mógłbym porozmawiać. Nikogo kto by się na tym znał. Może jedyna osoba którą tu poznałem poza Alphą się nada? Ramphilla wygląda obiecująco. W sumie... Święto to dobry pretekst, żeby ją poznać bliżej. Okaże się czy jest mi bratnią duszą czy nie. Tylko najpierw muszę ją znaleźć...
Jak zwykle starannie przygotowany do pokazania się światu i uzbrojony w polaroida wyszedłem z jaskini. Nigdy nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja do zrobienia dobrego zdjęcia. Ale nie odbiegając od tematu, bo w tej materii jestem mistrzem... W końcu ją znalazłem. Po wykonaniu kilku zdjęć i przy okazji zabłądzeniu dobre 5 razy w końcu znalazłem ją przy jej jaskini.
- Ymmm... Cześć Ramph... - mruknąłem czując jak lekko się rumienię.
- Engel? - spytała przyglądając mi się.
- Tak, to ja. Yhh... Mogę o coś spytać? - odczekałem chwilę i nie doczekawszy się protestu kontynuowałem - No to ten... No... Czy ty... Czy chciałabyś się wybrać ze mną na tą zabawę...?- spytałem bawiąc się rzemykiem na swoim nadgarstku.

< Ramphilla?>

Od Venoma CD Vestarii

Skoro mi nie pozwala wejść na drzewo, to postanowiłem się położyć pod nim. Zmieniłem się w człowieka i oparłem plecami o pień drzewa.
-Skoro nie mogę wejść, to poczekam aż sobie zejdziesz
Poinformowałem dziewczynę, której najwyraźniej się ten plan nie podobał. Bo słyszałem jak mamrota coś pod nosem, nie zadowolona. Siedziałem sobie tak przez pół dnia. Dziewczyna w ciąż siedziała na drzewie, a słońce powoli zaczęło zachodzić.
-Piękne niebo, nie uważasz?
Zapytałem patrząc w górę, kierując wzrok na dziewczynę. Ta spojrzała na niebo następnie miała zamiar mi coś powiedzieć, przynajmniej tak to wyglądało.

<Vest?>

Od Zero CD. Nirvany - Święto

- Bo wiesz... Skoro już wszystko w porządku, tamci faceci już się tu nie pojawią, a twojej mamie nic nie jest, z czego bardzo się cieszę - uśmiechnąłem się do kobiet - Może dałabyś mi zaprosić się na Święto w naszej watasze? Wiesz... Pierwszy Dzień Wiosny mamy i pomyślałem, że moglibyśmy... Znaczy wiem, że sytuacja jest średnio sprzyjająca, ale może moglibyśmy wyskoczyć na zabawę, co? - potarłem dłonią kark. Czułem się dość głupio. Bez wyraźnego powodu, ale mimo wszystko głupio. Spojrzałem na Nir, a potem na jej mamę i znowu na nią.
- To jak będzie najdroższa? Pójdziemy potańczyć?

<Nirvana?>

niedziela, 20 marca 2016

Od Nirvany CD. Zero

Odwróciłam się do niego napięcie.
- Chodzi o moją mamę...ma kłopoty - stwierdziłam szykując się do biegu.
Dotarliśmy do jej domu, weszłam tam nie czekając ani chwili.
Usłyszałam jej krzyk,przerażona wbiegłam do pokoju i spostrzegłam jakiś dwóch mężczyzn nacinających jej skórę. Odwrócili się w moją stronę, Zero wdał się w bójkę z jednym z nich a ja skoczyłam na drugiego zmieniając się w wilkołaka...sprawa wydała się bardziej skomplikowana gdy odkryłam, że on także posiada umiejętność przemiany. Był moich rozmiarów, byłam w sporych tarapatach, rzuciliśmy się na siebie po kolei raniąc sobie plecy za pomocą pazurów, rzuciłam go na ziemię dusząc go łapą, mogłam zadać ostateczny cios oślepiając go jednak powstrzymał mnie od tego Zero, z boku stała strzelba ze środkami usypiającymi, którymi uśpił go Zero. Odwróciłam się, i podbiegłam do mojej matki patrząc na nią ze łzami w oczach. Zero uklęknął przy niej a ja zabrałam się za szukanie opatrunków.
- Zero, ci goście załatwieni na 3,4 godziny...trzeba ich stąd wynieść - stwierdziłam biorąc wodę utlenioną i bandaże.
- Tak...ja mogę się tym zająć - powiedział poważnie.
- Dzięki - uśmiechnęłam się delikatnie nadal przejęta tą całą sytuacją.
Usiadłam obok mamy i zaczęłam delikatnie ją opatrywać.
- Nirvana...uratowałaś mnie dziecko - powiedziała moja matką uśmiechając się ze zmęczonym wyrazem twarzy.
Po opatrzeniu jej usiadłam obok pilnując jej, jakbym czuła dalsze niebezpieczeństwo...ale może,może mi się wydaje?
Po chwili do domu wparował Zero wyraźnie chcąc mi coś powiedzieć.
<Zero?>

Od Zero - Święto Wiosny (Przygotowania)

Jutro zaczynamy zabawę. Kto jest za to odpowiedzialny? Oczywiście, że ja z Nirvanką. Czyli technicznie rzecz biorąc oznacza to mniej więcej tyle, że już dzień wcześniej musieliśmy wstać bladym świtem, żeby wszystko przygotować. Muzyka, dekoracje, jedzenie i cała reszta... Ponad ludzkie siły jeśli miałbym to skomentować. No, ale przecież ktoś musi to zrobić. A skoro Nirvana obiecała zorganizować na jutro jedzenie i napoje, ja w magiczny sposób zorganizuję całą resztę. Łatwe to to nie będzie, ale podobno jestem cudotwórcą. A skoro mogę wysadzić na raz pół polany to upiększyć ją jakoś też powinienem umieć, prawda? Ale zacznijmy od czegoś prostego.

Zatrzymałem się pośrodku polany zastanawiając się co ja właściwie zamierzam zrobić. Może najlepiej przygotować najpierw teren pod wszystko. Bo roztapiający się śnieg nie wygląda zachęcająco. Rozmokła ziemia raczej też nie. Westchnąłem. Ciekawe czy umiem stworzyć swoje własne słońce...

Umiem. Nad polaną przez cały tydzień będzie świeciła kolorowa kula energii, która przy okazji podgrzeje atmosferę. Poza tym na boku stoją wielkie, ciężkie stoły z jasnego drewna przykryte jasnozielonym bieżnikiem. No i wazony z magicznie wyhodowanymi (dziękuję Elfie) kwiatami. I oczywiście dookoła na drzewach porozwieszane były kolorowe serpentyny. Gdzieniegdzie walały się różnokolorowe balony i ogólnie zadbałem o ładne ozdóbki. Był też wydzielony parkiet i miejsce dla muzyków, których ktoś z watahy miał załatwić. Ogółem rzecz biorąc wyglądało mi to na wielką dyskotekę. Więc już po chwili na ziemi leżały zielone poduszki i koce, żeby było gdzie siedzieć. Nie wiem jak reszta watahy, ale ja mam zamiar przesiedzieć tu calutki tydzień. Może z przerwami na sen, ale i tak. No bo przecież już wszystko gotowe i nie wiem jak reszcie ale mnie się podoba. A pierwszego dnia o północy odbędzie się gigantyczny pokaz fajerwerków.

Od Ramphilli - Historia

-Serce ustało, pierś już lodowata. Ścięły się usta i oczy zawarły. Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata! Cóż to za człowiek? Umarły.- w tym miejscu pozwoliłam sobie na zrobienie krótkiej pauzy. Nie tylko po to, by wreszcie móc odetchnąć, lecz przede wszystkim, aby nadać mojej wypowiedzi jeszcze więcej dramatycznego brzmienia, sprawić, by poruszony widz wyobraził sobie opisywanego przeze mnie upiora.
Obrzuciłam szybkim spojrzeniem gości teatru, wszystkich i każdego z osobna. Przyglądałam się na tyle długo, by móc wyczytać z ich twarzy poruszenie, mieszające się z zaciekawieniem, lecz na tyle krótko, aby nikt nie spostrzegł, że się na niego gapię, oraz zbyt długo przeciągam pauzę. Dlatego też po sekundzie, która zdawała się ciągnąc w nieskończoność, wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam, wkładając całe swe serce w grę aktorską, powstrzymując się przy tym od nawet najdrobniejszego uśmiechu.
-Patrz! Duch nadziei życie mu nadaje. Gwiazda pamięci promyków użycza. Umarły wraca na młodości kraje, szukać lubego oblicza. Pierś znów tchnęła, lecz pierś lodowata! Usta i oczy stanęły otworem. Na świecie znowu, ale nie dla świata! Czymże ten człowiek? Upiorem.- wciąż odgrywałam swój monolog z takim samym zaangażowaniem, co jakiś czas robiąc swoje słynne „dramatyczne pauzy”, jednak już nie zerkałam w kierunku widowni. Gdybym bez przerwy tak robiła, grałabym tylko zwykłą aktorkę, która doskonale zdaje sobie sprawę z obecności obserwującej ją widowni.
Jeśli chciałam, by ludzie uwierzyli w to, co robię, musiałam zapomnieć o ich obecności. Jeśli zacznę być kimś, kto widzi upiora, sprawię, że widownia również go dostrzeże i poczuje się nie jak część przedstawienia, ale jak część kreowanego przeze mnie świata. A przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Jeśli mam być szczera, zawsze wolałam grać w komediach. Lubiłam rozśmieszać widza, grając na scenie wraz z moimi przyjaciółmi i znajomymi z teatru. Oni również uważali, że do tego typu sztuk nadaję się najlepiej. Jednak widzowie nie mieli o tym pojęcia. W tamtej chwili nie było ważne to, czy lubię grać dramaty, czy nie, ważne było to, abyśmy wypadli jak najlepiej, dlatego jedyne, o czym musiałam myśleć, to o spotkanym przeze mnie upiorze. Jeśli będę go widziała, zobaczą go również goście. Poza tym, na dłuższą metę nie ważne było dla mnie co gram. Oczywiście, sens przedstawienia oraz bohaterowie byli istotni, jednak tym, co liczyło się dla mnie najbardziej była sama gra, nic więcej.
Człowiek przez całe swoje życie szuka swego powołania. Czegoś, co kocha robić i wie, że jest w tym dobry. Jedni je znajdują, drudzy umierają niespełnieni. Jeśli o mnie chodzi, znalazłam swoje powołanie stosunkowo dawno temu, możliwe, że było to jeszcze wtedy, gdy byłam tylko ciekawym świata szczeniakiem. Miałam zamiar rozpocząć historię od tych właśnie słów, jednak jak zwykle zaczęłam opowiadać od środka. No nic, trzeba więc to jakiś nadrobić…
Historia, którą mam wam do powiedzenia nie jest specjalnie ciekawa, czy skomplikowana. Właściwie to obejdzie się bez wielkich wybuchów i zaskakujących zwrotów akcji. Nie mam żadnych traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, nie jestem też typem spod ciemnej gwiazdy. Właściwie to na pierwszy rzut oka nie wyróżniam się niczym specjalnym, jednak nazwanie mnie zwykłą, szarą osobą to zbrodnia.
Urodziłam się w watasze, zamieszkiwaną tylko i wyłącznie przez członków mojej rodziny. Nie znałam swojego ojca (jak większość szczeniąt, swoją drogą, byliśmy dość dziwną rodzinką), jednak w przeciwieństwie do innych dzieciaków, również nigdy nie widziałam swojej matki. Czy mi to przeszkadzało? Nie, bo dlaczego by miało? Opiekowała się nami babcia… mówiąc „nami” mam na myśli mnie, oraz resztę zgrai, jaką stanowiło moje rodzeństwo. Miałam (mam nadal) trzech braci- dwóch starszych i jednego brata bliźniaka, oraz dwie siostry- jedną starszą, drugą młodszą, a więc nie mogłam narzekać na nudę. Poza tym, oprócz nas byli jeszcze kuzyni, wujkowie, ciotki, oraz rodzice naszych młodszych krewnych, a także ich dziadkowie… chaos totalny, nie żartuję! Mimo wszystko, żyliśmy razem w zgodzie, dobrze się dogadywaliśmy i nie raz wspieraliśmy w trudnych chwilach. A ponieważ każdy członek naszej rodziny był typem lekkoducha, nic dziwnego, że w końcu zdecydowałam się ruszyć w świat. Postanowienie to narodziło się w mojej głowie z dnia na dzień i nie było spowodowane żadną traumą, albo potrzebą buntowania się przeciwko całemu światu (choć iskierkę buntowniczki miałam, zamki od zamkniętych drzwi same się przecież nie otwierały). Uwielbiałam przekomarzanie się z dorosłymi członkami rodziny, włóczenie się z rodzeństwem, oraz szukanie przygód z rówieśnikami, jednak czegoś mi po prostu brakowało. Chciałam zwiedzić świat, zrobić coś samodzielnie, wyrwać się z rutyny! Pragnęłam poznać nowe osoby, żyć wieczną przygodą! Dlatego następnego dnia po prostu pożegnałam się z rodziną. Wszyscy życzyli mi szczęścia, nikt nie płakał, ani nie próbował mnie zatrzymywać. Dorośli dali mi kilka rad, siostry wyściskały za wszystkie czasy, zaś bracia i kuzyni sprzedali mi tyle kopniaków na szczęście, że później przez pół dnia nie mogłam usiedzieć. A co było potem?
Choć byłam tylko roztrzepaną dziewczyną z ADHD, nawet ja wiedziałam, że będę musiała z czegoś żyć, jeśli zamierzałam wydeptać przed sobą własną ścieżkę. Już od dawna zrozumiałam, że tym, co tak naprawdę mnie interesuje jest sztuka, dlatego szukałam czegoś właśnie w tym kierunku. Przez jakiś czas pracowałam w sklepie muzycznym, aby zarobić pierwszy grosze. To właśnie tam poznałam Glena, Phester’a i Jack’a, z którymi niedługo później zdecydowaliśmy się założyć zespół rock’owy- BLAST. Nie byliśmy bardzo znani, choć na tyle, by wystarczyło nam na życie, a przecież niczego więcej nie potrzebowałam. Poza tym, spędzaliśmy razem naprawdę dużo czasu i bez przerwy wędrowaliśmy, co jak najbardziej mi odpowiadało. Zespół był naprawdę zabawnym doświadczeniem, choć kiedy zdecydowaliśmy się rozstać żadne z nas nie przejmowało się tym aż tak bardzo. Koniec BLAST nie był bowiem końcem naszej przyjaźni, a przecież za każdym razem, kiedy w naszym życiu zamyka się jakiś rozdział, po chwili otwiera się kolejny. Tak też stało się w naszym przypadku. Glen zaczął interesować się malarstwem i o ile mnie pamięć nie myli, za niespełna miesiąc będzie mieć w mieście swoją własną wystawę… Phester uczy dzieciaki w szkole muzycznej grać na perkusji, zaś Jack wyruszył w podróż, więc teraz równie dobrze może znajdować się na drugim końcu świata. A ja?
Ja wylądowałam w teatrze, choć idąc tamtej nocy na przedstawienie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Nie pamiętam dobrze co wtedy grali. W głowie zostało mi tylko wspomnienie dotyczące samych aktorów, którzy po skończeniu sztuki zeszli ze sceny. Pamiętam, jaka byłam wówczas oczarowana ich występem. Kiedy siedziałam na scenie, miałam wrażenie, jakby rzucono na mnie urok, którego mogłam pozbyć się tylko w jeden sposób. Dlatego też po skończeniu przedstawienia pobiegłam za kulisy, by móc spotkać choć część z aktorów. Poszłam tam z zamiarem porozmawiania z którymś z nich, słowo. Nie miałam pojęcia o tym, jak sprawy potoczą się później.
Właściwie to poznaliśmy się przypadkiem. Kiedy w końcu znalazłam się za kulisami, nieliczna grupa, która występowała tamtego dnia przez pomyłkę wzięła mnie za chłopaka. Pamiętam ich zakłopotany śmiech, gdy szybko sprostowałam pomyłkę co do mojej płci. Tak właśnie się poznaliśmy. Grupa zaproponowała mi spędzenie razem reszty dnia, aby, jak to oni ujęli, wynagrodzić mi wzięcie mnie za chłopaka. Szczerze powiedziawszy to nie byłam na nich zła, rozbawili mnie tą pomyłką, jednak nawiązanie znajomości w nowym rozdziale bez przyjaciół, wydawało mi się świetnym pomysłem. Pamiętam dokładnie każdą minutę tamtego wieczoru, choć najlepiej zachował mi się w pamięci zdziwienie, malowane na ich twarzy, gdy opowiedziałam ich trochę o swoim wcześniejszym życiu. Nie tylko o zespole, ale i o pracy w sklepie muzycznym, rozpoczęciu wędrówki, oraz o przedstawieniach, w których brałam udział za czasów, gdy żyłam jeszcze wśród rodziny. Nie mam pojęcia, czy to kwestia szczęścia, czy woli Losu, ale dokładnie w tamtym momencie zaproponowano mi dołączenie do ich trupy aktorskiej. Brakowało im jednej osoby, a wybór kogoś kto miał już wcześniej do czynienia z występowaniem na scenie wydawał się im najlepszy z możliwych. Co więc zrobiłam? Zgodziłam się bez wahania! Miałam wówczas wrażenie, że nowy rozdział w moim życiu zaczyna nabierać kształtów i wyraźniejszych kolorów. Czułam się podobnie, jak podczas tego pamiętnego momentu, w którym zdecydowałam się ze starymi przyjaciółmi założyć BLAST. Z tą różnicą, że przyjmując zaproszenie do trupy aktorskiej byłam zdecydowanie bardziej podekscytowana i zaangażowana. Zespół był w porządku, jednak szybko odkryłam, że to granie i występowanie na scenie z najbliższymi daje mi najwięcej szczęścia.
I tak oto minęły kolejne miesiące mojego życia, kiedy to dotarliśmy do punktu, w którym zaczęłam swoją opowieść. Dalej gram na scenie, jako jedna z najlepszych aktorów w naszej gromadzie. Swoją drogą, to dzięki Apokalipsie staliśmy się bardziej rozpoznawalni. Zaczęliśmy grać spektakle, których tematyka dotyczyła właśnie tego wydarzenia, co sprawiło, że coraz więcej widzów pojawiało się na naszych przedstawieniach.
Teraz jestem członkinią Watahy Apokalipsy, choć mimo tego nie potrafię zrezygnować z aktorstwa i w dalszym ciągu występuję z resztą paczki na scenie. Chyba właśnie to odróżniało BLAST od teatru- z rozpadem zespołu potrafiłam się pogodzić i potraktować ten moment, jak zamknięcie pewnego rozdziału w życiu. Jednak z porzuceniem aktorstwa nie byłabym w stanie się pogodzić. Za bardzo zżyłam się z resztą ekipy, ze sceną, oraz z czytaniem scenariuszy po nocach, abym mogła tak po prostu to wszystko zostawić. Myślę, że reszta z nas myśli w podobny sposób.
I to tyle. Być może kiedyś wyruszę w kolejną podróż i otworzę nowy rozdział, jednak póki co dobrze jest mi żyć obecną historią. Myślę, że opowiedziałam wam wszystko, co zamierzałam. A nawet jeśli o czymś zapomniałam, najwyraźniej nie było to na tyle istotne, by o tym mówić.
Ludzie mawiają, że historia nie ma końca i będzie się toczyć nieustannie, nawet jeśli skończymy o niej opowiadać. Coś w tym jest. Przecież nawet jeśli w tym momencie napiszę „koniec”, nie będzie to znaczyć, że w mym życiu już nic się nie wydarzy. Czeka na mnie niejedna przygoda, choć o tym, czym będą póki co żadne z nas się nie dowie i nie sądzę, bym mogła o tym napisać. Sami więc widzicie, pisanie zakończeń mija się z celem, jednak wbrew sobie i swoim przekonaniom, muszę w końcu postawić tą kropkę. Więc to by było na tyle. Koniec, kropka.

sobota, 19 marca 2016

Od Mtu DO Ramphilli

Zmęczony ziewnąłem. Przeciągnąłem i rozglądnąłem. Wokół spały omegi, których było chyba najwięcej z całej watahy. Było ciemno. Wyszedłem i spojrzałem w gwiazdy. Były śliczne. Rozglądnąłem się w poszukiwaniu niebezpieczeństwa. Był tylko argal. Poluje na wszystko co się rusza, co dla mnie daje małe szanse na przeżycie. Zdaje mi się jednak, że na smoka nie będzie polował. Tak też zrobiłem, zmieniłem się w smoka i rozłożyłem skrzydła by pokazać mu, że jestem większy. Cóż, argala to nie przestraszyło i oblizał się wpatrując we mnie, po czym przykucnął i wziął rozbieg. Zmieniłem się w kruka by wtopić się w tło i zgrabnie odleciałem. Z góry widziałem cały teren watahy. Gdy niebezpieczeństwo minęło ponownie przysiadłem na ziemię. Zmieniłem się w wilka i zauważyłem Ramphillę. W tym świetle wydawała się jeszcze śliczniejsza.
- Witaj. - Przywitałem się z uśmiechem.
<Ramphilla?>

piątek, 18 marca 2016

Od Raven'a - "9" (EVENT)

Takim jak ja zawsze mało wrażeń. To by tłumaczyło dlaczego w tym momencie siedzę sobie w towarzystwie dwóch kamiennych gargulców na dachu jakiejś tam katedry. Skąd wiem, że katedry? Usłyszało się to i owo od ludzi w mieście. Poza tym czuję mrowienie w skroniach - jasny sygnał, że nie jestem mile widziany na ziemi świętej. Lecz to bez znaczenia. Rzuciłem okiem na jasny księżyc w pełni, a potem na niewielką grupkę ludzi w dole. Jakaś ładna kobieta odłączyła się od reszty. Będzie pyszna. Jestem pewny, że mi będzie smakować. Już niemal czuję smak jej krwi. Wstałem balansując na wąskiej półce pomiędzy dwiema rzeźbami po raz ostatni zapamiętując położenie swojej kolacji. Zimny wiatr szarpał moimi włosami i rozpiętą kurtką. Swobodnie zrobiłem krok w przód i runąłem ku ziemi. W połowie odległości od ziemi zmieniłem się w kruka i opadłem łagodnie w stronę zaułka w którym zniknęła dziewczyna. Jeszcze nad ziemią z powrotem stałem się człowiekiem i wylądowałem w lekkim przysiadzie. Poprawiłem kurtkę i lekkim krokiem ruszyłem w ciemność. Ale kobieta zniknęła, jakby jej tu nigdy nie było. Dziwne. Zmarszczyłem brwi obracając się w okół własnej osi, żeby wypatrzeć jakiekolwiek wskazówki. Nic. Martwa cisza, żadnych zapachów. Po prostu nic. Czyżbym widział duchy? W sumie możliwe. Wzruszyłem ramionami kierując się w stronę rynku. Jak nie ta to inna. Żaden problem. Noc jeszcze długa, whisky już było, więc trzeba sobie jakąś inną rozrywkę zorganizować.

Okazało się, że trafiłem na "Noc znikających ludzi", bo rynek również był pusty. Jedyny ślad po mojej dzisiejszej kolacji stanowiła cały plik kartek przybity do tablicy ogłoszeń na boku. Westchnąłem cicho. Do jutra pochodzę sobie głodny, ale mogę chociaż sprawdzić co nowego. Zlecenie zabójstwa... Cóż. Tym raczej powinna się zająć tutejsza Gildia Łowców o ile się dobrze orientuję. Chociaż nie... Po głębszej analizie tekstu stwierdzam, że to Zero jest organizatorem przedsięwzięcia. Czyli może być ciekawie. Na chybił trafił wyrwałem kartkę z pliku. Dziewiątka. Cudnie. Lubię tę liczbę. Przyjrzałem się informacjom. Złe Ziemie (co nie jest żadnym zaskoczeniem), bestia o skórze z kamienia i potrafiąca pluć lawą. Będzie wesoło.
- Ibraahil - mruknąłem.
Uśmiechnąłem się czując przy boku znajomy ciężar miecza i nucąc ruszyłem w świat prosto na poszukiwanie "9". Swoją drogą śmiesznie tak: Zabiję Dziewięć dla Zero. Może nasz Alpha liczy, że jego też ktoś zdejmie dla nagrody. Dobry sposób na samobójstwo.

Dotarłszy do celu w postaci Złych Ziemi uznałem, iż nie mam zielonego pojęcia co dalej. A Dziewięć trzeba wytropić. Wcisnąłem ręce do kieszeni idąc w przypadkowym kierunku. Liczę na swoje niesamowite, wręcz legendarne szczęście do przyciągania kłopotów. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem już niedługo to czego szukam w tym martwym kraju samo znajdzie mnie.

Miałem rację. Jak zawsze. W moją stronę w pełnym szale z prędkością cwałującego konia i z lawą na pysku biegła wielka sterta kamieni. Mimo wszystko smukła i elegancka, ale jednak żywa sterta kamieni znana mi jako Dziewięć. Rzuciłem się na bok mijając rozpędzone stworzenie o włos. Wyciągnąłem miecz i z lekkim uśmiechem ustawiłem się przodem do, po raz kolejny szarżującej na mnie, Dziewiątki. Odbiłem się od ziemi, żeby przelecieć ponad bestią. Już w powietrzu pchnąłem miecz w stronę Dziewiątki. Sypnęły iskry, ale poza płytką szramą nic innego nie zdziałałem. Nie wziąłem pod uwagę ogona, który w momencie w którym miałem bezpiecznie wylądować owinął się w okół mojej kostki. Uderzyłem w ziemię sunąc za Dziewięć po kamieniach. Kopnąłem kamienny sznur oplatający moją nogę, ale potwór pewnie nawet tego nie poczuł. Ja natomiast bardzo dotkliwie czułem każdy wybój na swojej drodze i każdy kamień i każdą nierówność. Jutro nie wstanę z łóżka, to pewne.
- Calefacto - warknąłem.
Bestia zawyła plując dookoła lawą, kiedy koniec jej ogona nagle się rozpuścił.

Przez kilka cennych sekund usiłowałem zmusić się do rozruszania obolałych mięśni. Dopiero rozwścieczony ryk Dziewiątki przywrócił mi motywację. Potem sobie może na jakiś masaż wyskoczę. Teraz muszę pokonać stos kamieni. Martwe drzewo w zasięgu wzroku, jakieś głazy, gałąź na ziemi... Plan. Potrzebny mi plan. Zerwałem się do biegu w stronę drzewa. Wskoczyłem na nie i przywarłem do gałęzi mniej więcej w połowie wysokości. Myśl Azeroth... Co możesz zrobić? Z tego co wiem, to coś słabo skręca. Nagle drzewo zatrzęsło się i przechyliło na bok. Rzuciłem okiem w dół na dwa rozpalone punkty wpatrujące się we mnie z furią.Dziewięć opierał się przednimi łapami o zwęglone drzewo. Chyba się nie polubiliśmy. Drzewo przechyliło się jeszcze bardziej. Zaraz runie i stracę kryjówkę. Chyba mam już plan. Drzewo pode mną zatrzeszczało i zaczęło chylić się ku ziemi. Zeskoczyłem na Dziewięć tak, że wylądowałem na nim jak na koniu. Syknąłem cicho. Nawet nie będę udawał, że mnie nie zabolało. Wbiłem palce pod wystające płytki z grzbietu bestii kiedy wierzgnęła usiłując mnie zrzucić. Zakląłem pod nosem. A miało być tak prosto... W końcu przesunąłem się bliżej łba Dziewiątki próbując nad tą bestią zapanować. Z całej siły szarpnąłem w lewo zmieniając tor biegu Dziewięć. Wprost na stos głazów. Liczę na to, że tamte są twardsze niż mój przeciwnik. W końcu udało mi się zmusić potwora do uderzenia głową w kamień. Na szczęście pękło jedno i drugie. Zsunąłem się na ziemię i zebrałem z ziemi kilka ostrych odłamków. A potem utykając lekko i cały obolały ruszyłem prosto do watahy. Obym tylko zdążył przed wschodem słońca...