sobota, 26 marca 2016

Od Engel'a CD. Ramphilli - Święto

Zastanowiłem się nad pytaniem. Jakby elegancko przedstawić kierujące mną wtedy motywy...?
- Ogólnie to moje rodzinne strony były dla mnie za ciasne. Brakowało mi czegoś - zdublowałem słowa Ramph. Trudno się mówi i odpowiada się dalej - Dalekie podróże, odrobina ryzyka... To chyba było to. A przynajmniej dlatego wyjechałem. Potem zepchnąłem to na dalszy plan. Głównie dlatego, że poznałem "przesympatyczną" grupę ludzi, która zwyczajnie wciągnęła mnie w środowisko artystyczne. Poeci, malarze, muzycy, filmowcy i tak dalej. Wszystkich ich no i mnie łączyło jedno, znaczy chcieliśmy jakoś zaistnieć. Tylko jakoś nie bardzo odpowiadały nam powszechnie przyjęte kanony.
- I tak powstała Neo-bohema? - spytała Ramphilla. Zmierzyłem ją lekko zamyślonym spojrzeniem usilnie starając się uporządkować w głowie wszelkie ważne wydarzenia.
- Taaak. Właśnie tak. Ale jako, że nie miałem specjalizacji byłem towarem powszechnie wykorzystywanym. Pomagałem chyba każdemu i przy okazji się czegoś uczyłem. No i masz... Projekt "Artysta Uniwersalny" zakończony sukcesem.
Zaśmiałem się lekko. Na drzewie niedaleko usiadła mała sówka. Była wprost urocza. Uśmiechnąłem się grzebiąc w torbie w poszukiwaniu polaroida. Ołówki, szkicownik, zdjęcie Ramph, długopis... Kurcze... Gorzej zawalone są chyba tylko damskie torebki. W końcu kiedy już rozważałem wyrzucenie wszystkiego na ziemię znalazłem to czego szukałem. Wydobyłem aparat z torby i nieco zbliżyłem się do ptaszka. Na tyle, żeby nie spłoszyć małego cudeńka, ale zdobyć dobry kadr. Pstryknąłem zdjęcie przy okazji płosząc sówkę. Po chwili polaroid wyrzucił z siebie gotowe zdjęcie. Chwyciłem je i pomachałem nim szybko, żeby zrobiło się takie jak trzeba. Rzuciłem na nie okiem. Niby zwykła fotografia przedstawiająca puchatą kulkę pierza z dwoma wielkimi bursztynowymi oczami wpatrzonymi w obiektyw na tle pierwszych pączków, ale jak dla mnie miało w sobie to "coś". Usłyszałem śmiech dziewczyny. Przeniosłem wzrok z sówki na zdjęciu na dziewczynę lekko przekrzywiając głowę w niemym pytaniu.
- Musiałeś prawda? - spytała nadal jeszcze rozbawiona.
- Miałem przegapić takie zdjęcie? - pokazałem jej fotografię - Nigdy!
- Oj dobrze, już dobrze... Zrozumiałam - odpowiedziała - Ile tak na oko zajmuje ci spacer? Wliczając przystanki.
- Bardzo śmieszne - prychnąłem sam też się śmiejąc - Uważaj, bo pewnego ranka obudzisz się ze swoją karykaturą wymalowaną na ścianie jaskini.
- To szantaż?
- Bardziej ostrzeżenie - wróciłem do studiowania fotografii jednocześnie grzebiąc w torbie w poszukiwaniu szkicownika i zdjęcia Ramphilli. Już po chwili i sówka i dziewczyna leżały bezpieczne pomiędzy kartkami, a aparat razem z dość grubym zeszytem znikały w odmętach mojej torby.
- Wiesz co było najśmieszniejsze? - spytała w końcu.
- No co? - uniosłem brew.
- Twoje skupienie - odpowiedziała ze złośliwym uśmieszkiem.
- Śmiej się, śmiej... A ja sobie to dorzucę do ogłoszenia.
- Pracy szukasz? - jej uśmieszek zrobił się szerszy.
- Praca jest poniżej poziomu mojej godności. To nie dla mnie, ale zlecenia są całkiem dobre. W sumie przez pewien czas byłem w stanie się z nich utrzymać i jeszcze odłożyć na gorsze czasy. A właśnie? Może tam gdzieś u ciebie jest miejsce, co?
- Chcesz grać? - spytała z autentycznym zdziwieniem.
- Nie będę kradł ci publiki, o złośliwe książątko - zadrwiłem - Ale mogę pomóc przy scenografii o ile nie znajdę nic lepszego - wzruszyłem ramionami.

<Ramphilla?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz