Stanąłem przed trudnym pytaniem natury filozoficzno-egzystencjalnej. 'Zjeść kilo hot dogów, czy jak to się tam zwało, i wymiotować pod stół... Czy też może znosić tą całą Lily przez resztę nocy. Oto jest pytanie.' Szybki bilans strat i korzyści... Dobra. Wytrzymam z nią. Nie będę niepotrzebnie sobie szkodził.
- Zapomnij.
- Ale ja chcę...
- A ja nie chcę. W zasadzie wcale nie musisz za mną łazić.
- Znasz tu kogoś? - spytała lekko zawiedziona - Chcesz do iego iść, tak?
Rozejrzałem się dookoła.
- Na moje nieszczęście nie.
- No to idziemy jeść hot dogi - nagle odzyskała całą radość.
- Nie!
- Ale... No ale dlaczego by nie? Nie lubisz hot dogów?
Zacisnąłem dłonie w pięści. Za dużo pytań.
- Litości... - mruknąłem - Idziemy najpierw napić się wina.
Bo na trzeźwo chyba nie zdzierżę, pomyślałem ponuro idąc w stronę stołu z napojami.
<Lilith?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz