Takim jak ja zawsze mało wrażeń. To by tłumaczyło dlaczego w tym momencie siedzę sobie w towarzystwie dwóch kamiennych gargulców na dachu jakiejś tam katedry. Skąd wiem, że katedry? Usłyszało się to i owo od ludzi w mieście. Poza tym czuję mrowienie w skroniach - jasny sygnał, że nie jestem mile widziany na ziemi świętej. Lecz to bez znaczenia. Rzuciłem okiem na jasny księżyc w pełni, a potem na niewielką grupkę ludzi w dole. Jakaś ładna kobieta odłączyła się od reszty. Będzie pyszna. Jestem pewny, że mi będzie smakować. Już niemal czuję smak jej krwi. Wstałem balansując na wąskiej półce pomiędzy dwiema rzeźbami po raz ostatni zapamiętując położenie swojej kolacji. Zimny wiatr szarpał moimi włosami i rozpiętą kurtką. Swobodnie zrobiłem krok w przód i runąłem ku ziemi. W połowie odległości od ziemi zmieniłem się w kruka i opadłem łagodnie w stronę zaułka w którym zniknęła dziewczyna. Jeszcze nad ziemią z powrotem stałem się człowiekiem i wylądowałem w lekkim przysiadzie. Poprawiłem kurtkę i lekkim krokiem ruszyłem w ciemność. Ale kobieta zniknęła, jakby jej tu nigdy nie było. Dziwne. Zmarszczyłem brwi obracając się w okół własnej osi, żeby wypatrzeć jakiekolwiek wskazówki. Nic. Martwa cisza, żadnych zapachów. Po prostu nic. Czyżbym widział duchy? W sumie możliwe. Wzruszyłem ramionami kierując się w stronę rynku. Jak nie ta to inna. Żaden problem. Noc jeszcze długa, whisky już było, więc trzeba sobie jakąś inną rozrywkę zorganizować.
Okazało się, że trafiłem na "Noc znikających ludzi", bo rynek również był pusty. Jedyny ślad po mojej dzisiejszej kolacji stanowiła cały plik kartek przybity do tablicy ogłoszeń na boku. Westchnąłem cicho. Do jutra pochodzę sobie głodny, ale mogę chociaż sprawdzić co nowego. Zlecenie zabójstwa... Cóż. Tym raczej powinna się zająć tutejsza Gildia Łowców o ile się dobrze orientuję. Chociaż nie... Po głębszej analizie tekstu stwierdzam, że to Zero jest organizatorem przedsięwzięcia. Czyli może być ciekawie. Na chybił trafił wyrwałem kartkę z pliku. Dziewiątka. Cudnie. Lubię tę liczbę. Przyjrzałem się informacjom. Złe Ziemie (co nie jest żadnym zaskoczeniem), bestia o skórze z kamienia i potrafiąca pluć lawą. Będzie wesoło.
- Ibraahil - mruknąłem.
Uśmiechnąłem się czując przy boku znajomy ciężar miecza i nucąc ruszyłem w świat prosto na poszukiwanie "9". Swoją drogą śmiesznie tak: Zabiję Dziewięć dla Zero. Może nasz Alpha liczy, że jego też ktoś zdejmie dla nagrody. Dobry sposób na samobójstwo.
Dotarłszy do celu w postaci Złych Ziemi uznałem, iż nie mam zielonego pojęcia co dalej. A Dziewięć trzeba wytropić. Wcisnąłem ręce do kieszeni idąc w przypadkowym kierunku. Liczę na swoje niesamowite, wręcz legendarne szczęście do przyciągania kłopotów. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem już niedługo to czego szukam w tym martwym kraju samo znajdzie mnie.
Miałem rację. Jak zawsze. W moją stronę w pełnym szale z prędkością cwałującego konia i z lawą na pysku biegła wielka sterta kamieni. Mimo wszystko smukła i elegancka, ale jednak żywa sterta kamieni znana mi jako Dziewięć. Rzuciłem się na bok mijając rozpędzone stworzenie o włos. Wyciągnąłem miecz i z lekkim uśmiechem ustawiłem się przodem do, po raz kolejny szarżującej na mnie, Dziewiątki. Odbiłem się od ziemi, żeby przelecieć ponad bestią. Już w powietrzu pchnąłem miecz w stronę Dziewiątki. Sypnęły iskry, ale poza płytką szramą nic innego nie zdziałałem. Nie wziąłem pod uwagę ogona, który w momencie w którym miałem bezpiecznie wylądować owinął się w okół mojej kostki. Uderzyłem w ziemię sunąc za Dziewięć po kamieniach. Kopnąłem kamienny sznur oplatający moją nogę, ale potwór pewnie nawet tego nie poczuł. Ja natomiast bardzo dotkliwie czułem każdy wybój na swojej drodze i każdy kamień i każdą nierówność. Jutro nie wstanę z łóżka, to pewne.
- Calefacto - warknąłem.
Bestia zawyła plując dookoła lawą, kiedy koniec jej ogona nagle się rozpuścił.
Przez kilka cennych sekund usiłowałem zmusić się do rozruszania obolałych mięśni. Dopiero rozwścieczony ryk Dziewiątki przywrócił mi motywację. Potem sobie może na jakiś masaż wyskoczę. Teraz muszę pokonać stos kamieni. Martwe drzewo w zasięgu wzroku, jakieś głazy, gałąź na ziemi... Plan. Potrzebny mi plan. Zerwałem się do biegu w stronę drzewa. Wskoczyłem na nie i przywarłem do gałęzi mniej więcej w połowie wysokości. Myśl Azeroth... Co możesz zrobić? Z tego co wiem, to coś słabo skręca. Nagle drzewo zatrzęsło się i przechyliło na bok. Rzuciłem okiem w dół na dwa rozpalone punkty wpatrujące się we mnie z furią.Dziewięć opierał się przednimi łapami o zwęglone drzewo. Chyba się nie polubiliśmy. Drzewo przechyliło się jeszcze bardziej. Zaraz runie i stracę kryjówkę. Chyba mam już plan. Drzewo pode mną zatrzeszczało i zaczęło chylić się ku ziemi. Zeskoczyłem na Dziewięć tak, że wylądowałem na nim jak na koniu. Syknąłem cicho. Nawet nie będę udawał, że mnie nie zabolało. Wbiłem palce pod wystające płytki z grzbietu bestii kiedy wierzgnęła usiłując mnie zrzucić. Zakląłem pod nosem. A miało być tak prosto... W końcu przesunąłem się bliżej łba Dziewiątki próbując nad tą bestią zapanować. Z całej siły szarpnąłem w lewo zmieniając tor biegu Dziewięć. Wprost na stos głazów. Liczę na to, że tamte są twardsze niż mój przeciwnik. W końcu udało mi się zmusić potwora do uderzenia głową w kamień. Na szczęście pękło jedno i drugie. Zsunąłem się na ziemię i zebrałem z ziemi kilka ostrych odłamków. A potem utykając lekko i cały obolały ruszyłem prosto do watahy. Obym tylko zdążył przed wschodem słońca...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz