niedziela, 20 marca 2016

Od Ramphilli - Historia

-Serce ustało, pierś już lodowata. Ścięły się usta i oczy zawarły. Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata! Cóż to za człowiek? Umarły.- w tym miejscu pozwoliłam sobie na zrobienie krótkiej pauzy. Nie tylko po to, by wreszcie móc odetchnąć, lecz przede wszystkim, aby nadać mojej wypowiedzi jeszcze więcej dramatycznego brzmienia, sprawić, by poruszony widz wyobraził sobie opisywanego przeze mnie upiora.
Obrzuciłam szybkim spojrzeniem gości teatru, wszystkich i każdego z osobna. Przyglądałam się na tyle długo, by móc wyczytać z ich twarzy poruszenie, mieszające się z zaciekawieniem, lecz na tyle krótko, aby nikt nie spostrzegł, że się na niego gapię, oraz zbyt długo przeciągam pauzę. Dlatego też po sekundzie, która zdawała się ciągnąc w nieskończoność, wzięłam głęboki oddech i kontynuowałam, wkładając całe swe serce w grę aktorską, powstrzymując się przy tym od nawet najdrobniejszego uśmiechu.
-Patrz! Duch nadziei życie mu nadaje. Gwiazda pamięci promyków użycza. Umarły wraca na młodości kraje, szukać lubego oblicza. Pierś znów tchnęła, lecz pierś lodowata! Usta i oczy stanęły otworem. Na świecie znowu, ale nie dla świata! Czymże ten człowiek? Upiorem.- wciąż odgrywałam swój monolog z takim samym zaangażowaniem, co jakiś czas robiąc swoje słynne „dramatyczne pauzy”, jednak już nie zerkałam w kierunku widowni. Gdybym bez przerwy tak robiła, grałabym tylko zwykłą aktorkę, która doskonale zdaje sobie sprawę z obecności obserwującej ją widowni.
Jeśli chciałam, by ludzie uwierzyli w to, co robię, musiałam zapomnieć o ich obecności. Jeśli zacznę być kimś, kto widzi upiora, sprawię, że widownia również go dostrzeże i poczuje się nie jak część przedstawienia, ale jak część kreowanego przeze mnie świata. A przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Jeśli mam być szczera, zawsze wolałam grać w komediach. Lubiłam rozśmieszać widza, grając na scenie wraz z moimi przyjaciółmi i znajomymi z teatru. Oni również uważali, że do tego typu sztuk nadaję się najlepiej. Jednak widzowie nie mieli o tym pojęcia. W tamtej chwili nie było ważne to, czy lubię grać dramaty, czy nie, ważne było to, abyśmy wypadli jak najlepiej, dlatego jedyne, o czym musiałam myśleć, to o spotkanym przeze mnie upiorze. Jeśli będę go widziała, zobaczą go również goście. Poza tym, na dłuższą metę nie ważne było dla mnie co gram. Oczywiście, sens przedstawienia oraz bohaterowie byli istotni, jednak tym, co liczyło się dla mnie najbardziej była sama gra, nic więcej.
Człowiek przez całe swoje życie szuka swego powołania. Czegoś, co kocha robić i wie, że jest w tym dobry. Jedni je znajdują, drudzy umierają niespełnieni. Jeśli o mnie chodzi, znalazłam swoje powołanie stosunkowo dawno temu, możliwe, że było to jeszcze wtedy, gdy byłam tylko ciekawym świata szczeniakiem. Miałam zamiar rozpocząć historię od tych właśnie słów, jednak jak zwykle zaczęłam opowiadać od środka. No nic, trzeba więc to jakiś nadrobić…
Historia, którą mam wam do powiedzenia nie jest specjalnie ciekawa, czy skomplikowana. Właściwie to obejdzie się bez wielkich wybuchów i zaskakujących zwrotów akcji. Nie mam żadnych traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, nie jestem też typem spod ciemnej gwiazdy. Właściwie to na pierwszy rzut oka nie wyróżniam się niczym specjalnym, jednak nazwanie mnie zwykłą, szarą osobą to zbrodnia.
Urodziłam się w watasze, zamieszkiwaną tylko i wyłącznie przez członków mojej rodziny. Nie znałam swojego ojca (jak większość szczeniąt, swoją drogą, byliśmy dość dziwną rodzinką), jednak w przeciwieństwie do innych dzieciaków, również nigdy nie widziałam swojej matki. Czy mi to przeszkadzało? Nie, bo dlaczego by miało? Opiekowała się nami babcia… mówiąc „nami” mam na myśli mnie, oraz resztę zgrai, jaką stanowiło moje rodzeństwo. Miałam (mam nadal) trzech braci- dwóch starszych i jednego brata bliźniaka, oraz dwie siostry- jedną starszą, drugą młodszą, a więc nie mogłam narzekać na nudę. Poza tym, oprócz nas byli jeszcze kuzyni, wujkowie, ciotki, oraz rodzice naszych młodszych krewnych, a także ich dziadkowie… chaos totalny, nie żartuję! Mimo wszystko, żyliśmy razem w zgodzie, dobrze się dogadywaliśmy i nie raz wspieraliśmy w trudnych chwilach. A ponieważ każdy członek naszej rodziny był typem lekkoducha, nic dziwnego, że w końcu zdecydowałam się ruszyć w świat. Postanowienie to narodziło się w mojej głowie z dnia na dzień i nie było spowodowane żadną traumą, albo potrzebą buntowania się przeciwko całemu światu (choć iskierkę buntowniczki miałam, zamki od zamkniętych drzwi same się przecież nie otwierały). Uwielbiałam przekomarzanie się z dorosłymi członkami rodziny, włóczenie się z rodzeństwem, oraz szukanie przygód z rówieśnikami, jednak czegoś mi po prostu brakowało. Chciałam zwiedzić świat, zrobić coś samodzielnie, wyrwać się z rutyny! Pragnęłam poznać nowe osoby, żyć wieczną przygodą! Dlatego następnego dnia po prostu pożegnałam się z rodziną. Wszyscy życzyli mi szczęścia, nikt nie płakał, ani nie próbował mnie zatrzymywać. Dorośli dali mi kilka rad, siostry wyściskały za wszystkie czasy, zaś bracia i kuzyni sprzedali mi tyle kopniaków na szczęście, że później przez pół dnia nie mogłam usiedzieć. A co było potem?
Choć byłam tylko roztrzepaną dziewczyną z ADHD, nawet ja wiedziałam, że będę musiała z czegoś żyć, jeśli zamierzałam wydeptać przed sobą własną ścieżkę. Już od dawna zrozumiałam, że tym, co tak naprawdę mnie interesuje jest sztuka, dlatego szukałam czegoś właśnie w tym kierunku. Przez jakiś czas pracowałam w sklepie muzycznym, aby zarobić pierwszy grosze. To właśnie tam poznałam Glena, Phester’a i Jack’a, z którymi niedługo później zdecydowaliśmy się założyć zespół rock’owy- BLAST. Nie byliśmy bardzo znani, choć na tyle, by wystarczyło nam na życie, a przecież niczego więcej nie potrzebowałam. Poza tym, spędzaliśmy razem naprawdę dużo czasu i bez przerwy wędrowaliśmy, co jak najbardziej mi odpowiadało. Zespół był naprawdę zabawnym doświadczeniem, choć kiedy zdecydowaliśmy się rozstać żadne z nas nie przejmowało się tym aż tak bardzo. Koniec BLAST nie był bowiem końcem naszej przyjaźni, a przecież za każdym razem, kiedy w naszym życiu zamyka się jakiś rozdział, po chwili otwiera się kolejny. Tak też stało się w naszym przypadku. Glen zaczął interesować się malarstwem i o ile mnie pamięć nie myli, za niespełna miesiąc będzie mieć w mieście swoją własną wystawę… Phester uczy dzieciaki w szkole muzycznej grać na perkusji, zaś Jack wyruszył w podróż, więc teraz równie dobrze może znajdować się na drugim końcu świata. A ja?
Ja wylądowałam w teatrze, choć idąc tamtej nocy na przedstawienie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Nie pamiętam dobrze co wtedy grali. W głowie zostało mi tylko wspomnienie dotyczące samych aktorów, którzy po skończeniu sztuki zeszli ze sceny. Pamiętam, jaka byłam wówczas oczarowana ich występem. Kiedy siedziałam na scenie, miałam wrażenie, jakby rzucono na mnie urok, którego mogłam pozbyć się tylko w jeden sposób. Dlatego też po skończeniu przedstawienia pobiegłam za kulisy, by móc spotkać choć część z aktorów. Poszłam tam z zamiarem porozmawiania z którymś z nich, słowo. Nie miałam pojęcia o tym, jak sprawy potoczą się później.
Właściwie to poznaliśmy się przypadkiem. Kiedy w końcu znalazłam się za kulisami, nieliczna grupa, która występowała tamtego dnia przez pomyłkę wzięła mnie za chłopaka. Pamiętam ich zakłopotany śmiech, gdy szybko sprostowałam pomyłkę co do mojej płci. Tak właśnie się poznaliśmy. Grupa zaproponowała mi spędzenie razem reszty dnia, aby, jak to oni ujęli, wynagrodzić mi wzięcie mnie za chłopaka. Szczerze powiedziawszy to nie byłam na nich zła, rozbawili mnie tą pomyłką, jednak nawiązanie znajomości w nowym rozdziale bez przyjaciół, wydawało mi się świetnym pomysłem. Pamiętam dokładnie każdą minutę tamtego wieczoru, choć najlepiej zachował mi się w pamięci zdziwienie, malowane na ich twarzy, gdy opowiedziałam ich trochę o swoim wcześniejszym życiu. Nie tylko o zespole, ale i o pracy w sklepie muzycznym, rozpoczęciu wędrówki, oraz o przedstawieniach, w których brałam udział za czasów, gdy żyłam jeszcze wśród rodziny. Nie mam pojęcia, czy to kwestia szczęścia, czy woli Losu, ale dokładnie w tamtym momencie zaproponowano mi dołączenie do ich trupy aktorskiej. Brakowało im jednej osoby, a wybór kogoś kto miał już wcześniej do czynienia z występowaniem na scenie wydawał się im najlepszy z możliwych. Co więc zrobiłam? Zgodziłam się bez wahania! Miałam wówczas wrażenie, że nowy rozdział w moim życiu zaczyna nabierać kształtów i wyraźniejszych kolorów. Czułam się podobnie, jak podczas tego pamiętnego momentu, w którym zdecydowałam się ze starymi przyjaciółmi założyć BLAST. Z tą różnicą, że przyjmując zaproszenie do trupy aktorskiej byłam zdecydowanie bardziej podekscytowana i zaangażowana. Zespół był w porządku, jednak szybko odkryłam, że to granie i występowanie na scenie z najbliższymi daje mi najwięcej szczęścia.
I tak oto minęły kolejne miesiące mojego życia, kiedy to dotarliśmy do punktu, w którym zaczęłam swoją opowieść. Dalej gram na scenie, jako jedna z najlepszych aktorów w naszej gromadzie. Swoją drogą, to dzięki Apokalipsie staliśmy się bardziej rozpoznawalni. Zaczęliśmy grać spektakle, których tematyka dotyczyła właśnie tego wydarzenia, co sprawiło, że coraz więcej widzów pojawiało się na naszych przedstawieniach.
Teraz jestem członkinią Watahy Apokalipsy, choć mimo tego nie potrafię zrezygnować z aktorstwa i w dalszym ciągu występuję z resztą paczki na scenie. Chyba właśnie to odróżniało BLAST od teatru- z rozpadem zespołu potrafiłam się pogodzić i potraktować ten moment, jak zamknięcie pewnego rozdziału w życiu. Jednak z porzuceniem aktorstwa nie byłabym w stanie się pogodzić. Za bardzo zżyłam się z resztą ekipy, ze sceną, oraz z czytaniem scenariuszy po nocach, abym mogła tak po prostu to wszystko zostawić. Myślę, że reszta z nas myśli w podobny sposób.
I to tyle. Być może kiedyś wyruszę w kolejną podróż i otworzę nowy rozdział, jednak póki co dobrze jest mi żyć obecną historią. Myślę, że opowiedziałam wam wszystko, co zamierzałam. A nawet jeśli o czymś zapomniałam, najwyraźniej nie było to na tyle istotne, by o tym mówić.
Ludzie mawiają, że historia nie ma końca i będzie się toczyć nieustannie, nawet jeśli skończymy o niej opowiadać. Coś w tym jest. Przecież nawet jeśli w tym momencie napiszę „koniec”, nie będzie to znaczyć, że w mym życiu już nic się nie wydarzy. Czeka na mnie niejedna przygoda, choć o tym, czym będą póki co żadne z nas się nie dowie i nie sądzę, bym mogła o tym napisać. Sami więc widzicie, pisanie zakończeń mija się z celem, jednak wbrew sobie i swoim przekonaniom, muszę w końcu postawić tą kropkę. Więc to by było na tyle. Koniec, kropka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz