Siedziałam sama na niewielkiej skalnej półce, tuż przy mojej jaskini.
Obok siebie położyłam ciemny plecak w wojskowe plamy, o odcieniach
zgniłych owoców i przemoczonej trawy, na kolanach zaś trzymałam
scenariusz i kilka rękopisów. Nie było mnie wczoraj na spotkaniu,
podczas którego rozdzielaliśmy role, dlatego wieczorem poprosiłam Dean’a
( kolegę z teatru) o przekazanie pozostałym, aby wybrali coś dla mnie i
przysłali scenariusz, wraz z rozpiską ról. Zgodnie z umową, papiery
dostałam dziś rano, jednak na moje nieszczęście odczytanie szlaczków
nastawianych przez Dean’a (bo pismem nazwać tego nie można) graniczy z
cudem. A uwierzcie mi, w cieniu, gdzie połowa liter jest niewidoczna, a
drugą połowę muszę zgadywać, czytanie nie należy do najprostszych
czynności. Zapewne, gdyby nie smużka światła, padająca na półkę przez
małą szczelinę, z czystym sumieniem rzuciłabym to wszystko w ch*lerę. Co
prawda sam scenariusz pisany był już przez kogoś innego, więc nie będę
mieć najmniejszego problemu z czytaniem, nawet przy tak słabym świetle.
Ale na co komu cały tekst, skoro nie zna się granej roli?
Przeglądałam listę imion, nie wiem który już raz z rzędu, by znaleźć
krzaczki, które chociaż odrobinę przypominałyby kształtem „Ramphilla”.
Trzymałam kartkę tuż przy twarzy, by łatwiej rozszyfrować ten drobny,
tajemniczy kod, a przez głowę przeszła mi myśl, że jeśli kiedyś oślepnę,
przynajmniej będę wiedziała komu mam się odwdzięczyć. Jednak, gdy w
końcu odnalazłam swoje imię i odczytałam przydzieloną mi rolę,
pożałowałam tego, że tak bardzo się spieszyłam, by ją poznać.
-Co to znaczy „książę”?! parsknęłam cicho śmiechem, choć szczerze
powiedziawszy, w tamtym momencie nie do końca wiedziałam, jak mam na to
zareagować. Powierz kumplom wybór roli, dopasują do Ciebie postać
faceta.
Wywróciłam oczami, zastanawiając się czy kiedykolwiek zrobiłam światu
coś na tyle złego, by los tak mnie ukarał. No dobra, przesadzam. To nie
była znowu tak wielka kara… raczej jeden z najbardziej perfidnych i
kreatywnych żartów, jaki póki co ekipa z teatru mi wywinęła. Ale jeśli
za tym wszystkim stał Dean, dopilnuję, żeby w następnej sztuce grał on
kobietę. Z drugiej strony, męska rola może być całkiem ciekawym
doświadczeniem.
Z moich rozmyślań nagle wyrywa mnie czyjś głos:
-Ymmm… Cześć Ramph…- zdawał się dobiegać z oddali, choć mam świadomość
tego, że w rzeczywistości rozmówca stał blisko mnie. To moje myśli
zawsze płyną gdzieś daleko.
-Engel?- spytałam się niepewnie, przyglądając się chłopakowi z lekko
przekrzywioną głową. Pamiętałam jego rysy z naszego wcześniejszego
spotkania, jednak na co dzień widywałam tylu przypadkowych przechodniów,
że czasem ich imiona i twarze mieszały mi się w głowie, powoli zlewając
w całość, dlatego wolałam się upewnić, czy stojący obok chłopak był
tym, kim mi się wydawał. Ku mojej uldze, ciemnowłosy pokiwał na znak
potwierdzenia. Przyznam, że ucieszyłam się na widok kogoś znajomego.
No, może nie byliśmy sobie na tyle bliscy, by nazywać siebie
przyjaciółmi… przecież spotkaliśmy się kiedyś przez przypadek i to tylko
raz, a przez ten czas chyba więcej śpiewaliśmy, niż rozmawialiśmy, ale
wszystko może się jeszcze zmienić, prawda? Poza tym, na dobrą sprawę
każde towarzystwo jest milsze od spędzania czasu z zapisanymi kartkami.
Już chciałam odezwać się pierwsza, by spytać się chłopaka co go tutaj
sprowadza, gdy ten ubiegł mnie jeszcze zanim otworzyłam usta (a muszę
przyznać, że nie jest to łatwa sztuka).
On chciał… chciał wybrać się na zabawę? Ze mną? Zrobiłam wielkie oczy,
przyglądając się badawczo Engel’owi, a mojej uwadze nie umknął fakt, iż
chłopak zaczął bawić się rzemykiem na nadgarstku. Na chwilę z moich ust
zniknął uśmiech, lecz tylko po to, by po chwili znów się na nich
pojawić. Miałam wrażenie, że basior był nieco skrępowany, co sprawiło,
że sama zaczynałam czuć się niezręcznie. Nie lubiłam, gdy ludzie wokół
mnie, reagowali w taki sposób, więc postanowiłam jak najszybciej
rozluźnić atmosferę. Zaraz jednak coś do mnie dotarło… zabawa… chwila,
czy to przypadkiem nie było…
-Święto wiosny! To j u ż ?!- zdziwiłam się i zaczęłam w myślach liczyć
dni miesiąca. Ch*lera jasna, faktycznie! Chyba przez ten cały teatr
zaczynam tracić poczucie czasu.- Rany, jak ten czas szybko leci.-
odparłam, łapiąc się jedną ręką za swoje krótkie włosy.
Engel roześmiał się, widząc moją reakcję, co zdecydowanie rozluźniło atmosferę.
-To jak?- chłopak ponowił pytanie, choć jego ton był już znacznie pewniejszy siebie.
Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, właśnie w tym momencie dotarło do mnie,
że naprawdę zostałam zaproszona i to wszystko nie było tylko grą.
Zapewne, gdybym nie grała w tylu przedstawieniach i nie nauczyła się
przez ten czas nieświadomie panować nad niektórymi odruchami, mogłabym
się odrobinę zarumienić. Cóż, jeśli naprawdę chciał mnie zaprosić, to
czemu miałabym się nie zgodzić? Poza tym, wydaje mi się, że możemy mieć
kilka wspólnych tematów, a znalezienie bratniej duszy w tym wielkim
świecie, wcale nie jest takie łatwe. Poza tym, jeśli w watasze
organizowana jest zabawa, dlaczego mielibyśmy ją przegapić?
-Z przyjemnością.- uśmiechnęłam się, choć przypominało to bardziej
wyszczerz małego złodzieja, który pod osłoną nocy obrabował czyjś dom i
nie został nakryty, niż miły uśmiech dziewczyny, jednak nic na to nie
poradzę.- Mamy przypieczętować umowę krwią?- zażartowałam i zabrałam się
za pakowanie rękopisów do plecaka.
<Engel? Przyznam, że nie wiedziałam jak skończyć :P>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz