niedziela, 13 marca 2016
Od Mtu - "3" (EVENT)
Od dawna zastanawiały mnie straszne zwierzęta powstałe po apokalipsie. Były dość ciekawe. Gdy usłyszałem o poszukiwaniach tych stworzeń postanowiłem wykonać to zadanie. Zobaczyłem kilka potworów. Wybrałem 3. Dużo czytałem o gryfach a on je przypominał. Miałem szanse. O świcie wyszedłem. Spakowałem jedzenie, picie, jakieś bandaże i inne ziółka do okładania ran, które dostałem u szamanów i znachorów. Powolnym krokiem zbliżałem się do granicy. Ziemia za nią była zniszczona. Śmierdzący dym unosił się wszędzie. Kichnąłem. Byłem za terenem watahy, zmieniłem się w lwa i ostrożnym krokiem wstąpiłem na ten brzydki teren. Lew, wilk, nieważne! Zawsze ma czuły nos! Fuu! Śmierdziało! Zacząłem kichać. Wyglądać to musiało śmiesznie, ale nie było. Jak zawsze podczas kichania oczy dziwnie się zataczały, więc dużo nie dostrzegałem. W końcu przestałem i wyciągnąłem jakieś ziółka. One przynajmniej ładnie pachniały, ale też za ostro co skutkowało kolejnymi kichnięciami. W końcu, gdy przyzwyczaiłem się do zapachu poszedłem dalej. Myślałem, że będzie tego tu więcej, a jak na razie nie widziałem nikogo. ,,Może kichanie je odstrasza?” - pomyślałem i uśmiechnąłem się do siebie. Nagle przed oczami wyrósł mi potwór. Był to Jeździec Apokalipsy. Natychmiastowo zmieniłem się w geparda i uciekłem. Może i gepardy są szybkie, ale szybko się też męczą. Po jakimś czasie ponownie byłem lwem. Wyczułem kolejny odrażający i ostry zapach. Oczy mi się zatoczyły i kichnąłem. Na szczęście raz. Byłem raczej wrażliwy na ostre zapachy, ale o tym nie wiedziałem. Kolejne brzydactwo pojawiło mi się przed oczami. Była to moja ,,trójka”. Potwór wzleciał i ryknął. Nie było zwinne, ale zaraz mocno ,,odbiło się” ode mnie. Upadłem z hukiem. Chciałem się zmienić, ale mój amulet uległ zniszczeniu. Zostałem lwem aż nie naprawię amuletu. Podniosłem się i zaryczałem. Potwór uniósł się. Zwinnie odbiłem się od ziemi i zrzuciłem go zatapiając kły w jego skrzydle. Złamałem je. To był pierwszy krok do zwycięstwa. Kolejny skok należał do wroga. Zrobiłem zwinny unik. Potwór przebiegł obok mnie, a ja skoczyłem mu na plecy i zacząłem wyrywać skórę. Czerwona ciecz wypłynęła, a ja zeskoczyłem. Potwór się zatoczył, wstrzymałem oddech, niestety odzyskał równowagę. Pewnie rana nie była dostatecznie głęboka. Gdybym go tu zostawił wykrwawiłby się, ale co z dowodem? Może i ciężko ze mną o układ, ale nie zdradzę dobrego przywódcy lub alphy. Skoczyłem do przodu by rozerwać mu gardło, jednak on zamachnął się swoimi łapami i pazurami zrobił mi ranę. Wskoczyłem na uschnięte drzewo. Nie mógł latać, więc jakkolwiek opatrzyłem ranę by się nie wykrwawić, bo krew leciała mi obficie. Zeskoczyłem. Uniosłem wzrok na potwora. Skoczyłem ponownie i ponownie zostałem odparty, ale teraz bez wielkiej rany. Kichnąłem, bo poczułem ten smród. Wskoczyłem mu na plecy i powoli zacząłem się wdrapywać na szyję. Mocno oberwałem, ale pazurami przyczepiłem się do potwora. Ryknąłem i wydarłem mu tchawice. Potwór padł, a ja cały we krwi i ciężko dyszący triumfalnie spoglądałem w dół. Wyrwałem mu serce, a ciało zakopałem, bo nie byłem lwem/wilkiem bez serca. Serce i tchawice (choć brzmi to obrzydzająco) schowałem do szkatułki. Gdy wróciłem na lepsze tereny naprawiłem amulet i przybrałem postać wilka. Wraz z dowodem wróciłem do alph. Pokazałem go i upomniałem się o nagrodę. Tak wyglądała moja przygoda.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz