czwartek, 23 czerwca 2016

Od Engel'a CD. Ramphilli

Zerknąłem na kartkę i zacisnąłem dłoń.
- Tak... Dzięki. No to ten... Do wieczora - wymamrotałem nieco nie wyraźnie.
Myślami byłem już zbyt daleko, by być w stanie skupić się na obecnej chwili.
- Pewnie. Cześć! - odpowiedziała Ramphilla.
Zaraz potem zgodnie się odwróciliśmy i pomaszerowaliśmy w swoje strony. Nie mam pojęcia gdzie taka osóbka może mieszkać, ale prawdę powiedziawszy nie chciało mi się nad tym zastanawiać. Dużo bardziej interesujący okazał się mój cień tańczący na chodniku i drzewa w niewielkim parku przez który musiałem przejść. Latarnie nie dawały już tak dużo światła i były rozmieszczone bez porównania rzadziej niż te przy głównej ulicy. Przechodziłem tędy niezliczoną ilość razy o różnych porach dnia i nocy, więc nieco mroczna atmosfera wcale mi nie przeszkadzała. Nie miałem też wrogów, których miałbym się obawiać. Fanów tym bardziej bym się nie spodziewał. Tym bardziej, że takowych nigdy nie posiadłem. Jestem tym typem artysty, który mimo tego, że robi dużo właściwie nigdy nie został doceniony czymś więcej niż tylko wsparciem pieniężnym w najmniejszej możliwej kwocie. Więc przez całe 10 minut mojej drogi do niewielkiego mieszkania w dość uroczej kamienicy nie działo się zupełnie nic. Gdy wspinałem się na trzecie piętro po schodach starając się nie zabić w ciemnościach i nie pobudzić przy tym wszystkich sąsiadów też nic się nie działo. Może poza tym, że naprawdę nie chciałem obudzić pani Byrenie, która mieszkała na przeciwko. Już i tak jej przeszkadza fakt, iż czasami musi słuchać jak gram w środku nocy szykując się do kolejnego występu. Nie chciałbym by znienawidziła mnie jeszcze bardziej. Tak cicho jak tylko było to możliwe wsunąłem klucz do zamka i przekręciłem go. Wszedłem do swojego mieszkania odruchowo zapalając światło. Cicho zamknąłem drzwi i ogarnąłem wzrokiem niewielki korytarz. Gitara stała w kącie tak jak ją zostawiłem gdy wychodziłem. Na szafce nadal leżała teczka z szkicami, na której niedbale rzucone było kilka ołówków i gumka do ścierania. Ogólnie nie jestem zbyt dobry w utrzymywaniu porządku, więc idąc dalej pewnie natknął bym się coraz to nowe rzeczy porzucone w przypadkowych miejscach. Taki już mój urok. Rzuciłem karteczkę z numerem dziewczyny na teczkę ze szkicami i poszedłem do łazienki wziąć szybki prysznic. Rano pewnie nie miałbym na to czasu, a wypadałoby wyglądać jak najlepiej kiedy już stanę przed człowiekiem który zadecyduje o tym czy dostanę pieniądze czy nie. Bądź co bądź rachunki bezlitośnie gonią zupełnie nieczułe na to jak aktualnie mi się powodzi, a ja szczerze powiedziawszy nie mam ochoty wylądować na ulicy z całym dobytkiem. Nie potrzeba mi więcej kłopotów niż już mam. Wychodząc z łazienki zahaczyłem jeszcze o kuchnię. Z szklanką wody w dłoni usiadłem na łóżku wolną ręką zrzucając wszystko co na nim było na ziemię. Kiedyś to być może sprzątnę. Z naciskiem na słowa "być może". Upiłem łyk wody skacząc wzrokiem po wygniecionym, podartym i niezliczoną ilość razy pozginanym ogłoszeniu. Znałem jego treść już niemal na pamięć, więc kolejne czytanie całości zajęło mi aż kilka sekund. Na nowo złożyłem kartkę i odłożyłem ją na szafkę przy łóżku. To już dzisiaj. Jeśli się przyjmę dostanę dobrze opłaconą robotę przy niewielkim pokazie mody. Niby nic takiego, a jednak uważam, że może być ciekawie. No i suma pieniędzy o której mowa w ogłoszeniu skutecznie mnie skusiła. Dawno nie pracowałem w takich warunkach. Przynajmniej jestem prawie pewny, że raczej będę tam osobą z serii "Przynieś, podaj, pozamiataj, zrób to" niż kimś kto po wszystkim zbierze jakieś laury, więc jakkolwiek by to nie było na pewno nie będzie tragicznie. Westchnąłem. Dobrze... Koniec myślenia. Trzeba jeszcze zdążyć się wyspać. Odstawiłem na wpół opróżnioną szklankę na szafkę obok ogłoszenia i położyłem się od razu zagrzebując się w pościeli. Całe moje zasypianie nie trwało jakoś specjalnie długo.

Rano obudził mnie promień światła padający na moją twarz wprost z lekko uchylonego okna. Znów zapomniałem go zasłonić... Przewróciłem się na brzuch naciągając kołdrę na twarz. Jednak zdawało mi się, że zapomniałem o czymś ważnym. Uchyliłem kołdrę jednym okiem patrząc na zegar wiszący na ścianie. 9:45. Zerknąłem po raz kolejny upewniając się, że się nie pomyliłem. A potem jak poparzony wyskoczyłem z łóżka i potykając się na walających się wszędzie rzeczach popędziłem do łazienki. Za 15 minut muszę być już na rozmowie! Nie zdążę...! Zwinąłem po drodze pierwsze lepsze pasujące do siebie ubrania. Padło na czarne, nieco sprane, wytarte jeans'y i intensywnie zielony lekko na mnie opięty T-shirt z wiele mówiącym czarno-białym napisem "Zaufaj mi, jestem artystą" na plecach. Taki śmieszny prezent dostałem kiedyś od przyjaciela z Neo-bohemy. Wpadłem do łazienki w biegu zmieniając koszulkę w której spałem na tę w której mam wyjść i wciągając na tyłek spodnie. Mam już opracowane metody skutecznego wychodzenia z domu pod presją czasu. Nagminnie mi się do zdarza. Odkręciłem kran i przemyłem twarz zimną wodą, żeby się do końca obudzić. Kilkoma wyćwiczonymi ruchami nadałem swoim włosom akceptowane przeze mnie ułożenie, czy raczej jego kompletny brak. Zaraz potem z siłą i prędkością huraganu przebyłem drogę od łazienki, przez pokój do drzwi wyjściowych po drodze wrzucając do torby wszystko co potrzebne. Ubierając swoje nieco już podniszczone trampki rzuciłem okiem na zegar. 9:50. Niezły czas, ale nadal jestem spóźniony. Wyszedłem z domu, zamknąłem drzwi i skacząc po dwa schody zbiegłem na dół.
- Dzień dobry pani Byrenie! - rzuciłem wesoło przeciskając się w drzwiach obok staruszki.
- Uważaj chłopaczku! - rzuciła do moich pleców kiedy lawirując między ludźmi biegłem na przystanek ścigając się z nadjeżdżającym autobusem. Te po Apokalipsie są jakieś dziwne... Nikt nie ma samochodu, bo żadne paliwo nie działa już na silniki. A kilka autobusów po mieście kursuje. Tak jakby zupełnie nic sobie nie robiły z tego, że działają wbrew wszelkiej logice. Chociaż na rękę mi to. W ostatniej chwili wskoczyłem do dusznego autobusu. Tuż za mną drzwi zamknęły się do końca. Rozejrzałem się po autobusie szukając wolnego miejsca. Jedyne takie pozostało obok dziewczyny która chyba chciała zlać się z otoczeniem. A przynajmniej, sądząc z jej czarnego jak noc ubioru, włosach i makijażu w takim samym kolorze i całej masie różnych "mrocznych" dodatków, zdecydowanie nie szukała towarzystwa. Mimo to usiadłem obok od razu wbijając wzrok w ulicę za szybą. Czas goni. Jeszcze tylko... obrzuciłem wzrokiem zegar na przodzie autobusu i wróciłem do wpatrywania się za szybę. 9:52. Mam aż 8 minut i jeszcze nie zjadłem śniadania. Szkoda trochę... Autobus leiwie toczył się przez kolejne ulice nieczuły na to, że mi się spieszy. W pewnym momencie towarzyszka mojej podróży z pogardą zmierzyła moją dłoń, którą nerwowo wybijałem na udzie rytm. Kiedy w końcu trafił się mój przystanek była już 9:58. Wyskoczyłem z autobusu jak poparzony (co i tak jest najłagodniejszym określeniem) i niemal biegiem ruszyłem w stronę dużego budynku po drugiej stronie ulicy.
- Zdążę... - mruknąłem z rozmachem otwierając drzwi. Poprawiłem swój wygląd. Może z przyzwyczajenia, może z poczucia, że każdy szczegół ma teraz znaczenie. Tuż przed samymi drzwiami do gabinetu mojego być może przyszłego pracodawcy przystanąłem i odetchnąłem. To tylko kolejna z wielu takich rozmów. Dam sobie radę... Zapukałem i otworzyłem drzwi. Wewnątrz za wielkim drewnianym biurkiem siedział łysy mężczyzna w garniturze. Pierwszy minus dla mojej osoby za strój... Spojrzałem na zegar na ścianie. 10:01. Nie zdążyłem. Mężczyzna spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem.
- Spóźniłeś się...
- Engel. Jestem Engel - przedstawiłem się. Zapisał to na kartce - To tylko minuta proszę pana...
- Każda minuta ma znaczenie - odparł tamten gromiąc mnie spojrzeniem. Kolejny minus a moje konto... Już nie mam tej roboty.
- Co masz mi do zaoferowania? - spytał niechętnie potwierdzając moje przypuszczenia. Sięgnąłem do torby.
- Mam do pokazania całkiem sporo, proszę pana.

<Ramphilla? Polsatowskie cięcie musiało być xd W następnym odcinku dowiemy się czy mam tę robotę>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz