środa, 13 lipca 2016

Caireann


http://pre14.deviantart.net/db8a/th/pre/f/2013/083/b/b/chat_pose_by_capukat-d5z3m6t.png
"Życie jest zbyt krótkie by bać się spróbować"

Imię: Caireann (Kajren).
Skróty: Cai, Ann, Reann... Z tych sensownych to chyba tyle, ale kto co woli.
Przezwisko: Nie widzi sensu posługiwania się przezwiskami, co w sumie nie wyklucza nadania jej jakiegoś. Z własnej woli dopuszcza Bard bądź Kobieta-bard gdyż odnosi się to do wykonywanego przez nią zawodu.
Głos
Płeć: Wadera
Wiek: Ma pełne 2 lata.
Charakter: Wadera jest otwarta na świat i żyjące na nim istoty. Wygląd zewnętrzny nie ma dla niej znaczenia, bo już nie raz spotykała ludzi, wilki czy inne istoty o „brzydkich twarzach” lecz pięknym wnętrzu. To niepoprawna optymistka dla której nawet gdy wszystko idzie źle to tylko krótki wstęp do większego szczęścia. Co w sumie nie oznacza, że Ann jest naiwna. To inteligentna osóbka, która nie da się oszukać. Wykombinuje najbardziej opłacalną z możliwości i uparcie osiągnie co chce. Nie cofnie się przed niczym – we wszystkim musi się sprawdzić. Jak coś jej wyjdzie, to bardzo dobrze, jeśli nie – trudno się mówi i leci się dalej. Caireann sprawia wrażenie wiecznie szczęśliwej. Pośmieje się, pożartuje, powygłupia się. Uśmiech prawie nie schodzi z jej twarzy. Oczywiście zdarzają jej się dni kiedy nie ma humoru i siedzi sama. Lubi towarzystwo i bardzo łatwo nawiązuje kontakty z innymi. Mimo to potrafi wyczuć kiedy nie jest mile widziana i ma dać sobie spokój. Na ogół bez trudu przychodzi jej określenie w jakim mniej więcej nastroju jest jej rozmówca oraz jakie ma o niej zdanie. Prawdę powiedziawszy akurat to drugie ją nie obchodzi. Nigdy nie przejmowała się tym jak jest postrzegana. W końcu nie każdy musi ją lubić. Dziewczyna nie należy do delikatnych księżniczek, które zdane są na łaskę swojego księcia z bajki. Nic z tych rzeczy. W życiu nie założyła spódnicy czy sukienki. Najlepiej jej kiedy traktuje się ją na równi z mężczyznami. Nie trzeba jej wyręczać. Przytrzymasz takiej drzwi, żeby mogła przejść jak dama – popatrzy na ciebie jak na wariata i spyta czy aby na pewno dobrze się czujesz. Cai jest prostą dziewczyną i nie ma czasu, ani ochoty bawić się w jakieś gierki. To nie dla niej. To całkiem roztrzepana istota z nieuleczalnym ADHD. Wulkan energii nie zdolny usiedzieć bezczynnie w jednym miejscu dłużej niż 3 minuty. Beztroska duszyczka, która wiedzie bezproblemowe życie. Dziś jest tu, jutro tam, pojutrze już zupełnie gdzie indziej. Nocuje tam gdzie jej się uda, czasem na ulicy, czasem na gałęzi albo na kanapie miłego człowieka. Je to co znajdzie, bądź kupi. Wyznaje prostą zasadę: „Żyj tak, jakby jutra miało nie być”. Nie znosi nudy. Na ogół jednak ma masę pomysłów na to jak jej zapobiec. Jest zakochana w świecie. Każdy jej spacer kończy się tym, że dziewczyna zachwyca się okolicą jakby wszystko widziała po raz pierwszy w życiu. Ludzkie miasta, lasy... Dla niej bez znaczenia. Liczy się tylko piękno otaczającej ją krainy. Najbardziej jednak upodobała sobie karczmy, tawerny, bądź gospody. Tam właściwie bywa najczęściej ze względu na to co robi. Jest bardem. Kocha przekazywać ludziom niesamowite historie w postaci ballad. Obserwowanie ludzi i chłonięcie atmosfery miejsc w których przebywa uważa za najcudowniejsze hobby. Uwielbia zbierać pamiątki, które potem przypominają jej tych, których poznała. Caireann jest bardzo pomocna i nigdy nie zostawia nikogo w potrzebie. W gruncie rzeczy to w końcu całkiem miła osóbka.
Cechy szczególne: Ann znacznie wyróżnia się wyglądem. Ma dość długą beżową sierść z brązowymi znaczeniami na łapach. Jej oczy mają barwę zachodzącego słońca, jednak nie to skupia uwagę na głowie wadery. Caireann ma znacznie większe uszy niż to zwykle bywa, ale nie przeszkadza jej to. Trudno przecież narzekać na to, że ma się bardzo dobry słuch. Wadera ma długie miedziane włosy związane w schludny warkocz. To samo tyczy się jej ogona. Poza tym ma lekką, nijak niekrępującą ruchów zbroję i coś na wzór bordowej peleryny. Nosi przy sobie miecz. Jej niecodzienny strój wynika z tego, że gdy zamienia się w człowieka wszystko to nadal ma na siebie. Jako dziewczyna Caireann jest dość drobną istotką. Na twarzy pod prawym okiem ma brzydką bliznę – pamiątkę po pewnym nieprzyjemnym incydencie. Nie przeszkadza jej ona zbytnio.
Stanowisko: Muzyk
Partner: Nie ma i nie wiadomo czy będzie mieć.
Rodzina: Rodzice już nie żyją, jej siostra wiedzie spokojny żywot krawcowej, a brat opiekuje się rodzinną farmą.
Przyjaciele: Zbyt dużo ich było by wszystkich wymienić.
Rasa: Wilk Światła
Żywioł: Ogień
Moce: Nigdy nie czuła się w obowiązku uczyć się co potrafi z tytułu swoich mocy. Umie tylko to co jej było do szczęścia potrzebne. Rozpali ogień, stworzy kulkę światła która rozjaśni ciemności. Takie zwykłe przydatne sztuczki. Chociaż w chwilach zagrożenia zdarzy jej się zrobić coś czego normalnie by nie zrobiła.
Inne: - Potrafi grać na lirze, gitarze i kilku innych instrumentach.
- Potrafi śpiewać i często to robi. Zwyczajnie sprawia jej to przyjemność.
- Umie walczyć mieczem i strzelać z łuku.
- Pochodzi z watahy, która mieszka na terenie miasta. Wilki te żyją jak ludzie, pracują jak ludzie, zachowują się jak ludzie, ale mają swoje własne praktyki i tajne spotkania.
- Zna wiele piosenek. Ballady, szanty, kubryki... Wszystkie które może później przedstawić ludziom.
Lubi: - Kocha świat. Jego barwy, zapachy, dźwięki... Wszystko ją fascynuje.
- Uwielbia kolor czerwony, a jej ulubionymi kwiatami są irysy.
- Lubi ludzi.
Nie lubi: - Caireann utrzymuje, że nie ma rzeczy której ona by nie lubiła. Jednak są poszczególne jednostki, które ją od siebie odpychają.
- Trochę przeszkadza jej samotność.
Historia: [LINK]
Sterujący: Apocalypse Rider
Galeria: -

Ekwipunek: Ma torbę. Zwykłą, szarą podniszczoną torbę, a w niej wszystko co potrzebne. Na przykład świecę albo zeszyt i coś do pisania.
Sakwa: 130 ZM
Umiejętności: Szybkość: 30
                     Siła: 10
                     Zwinność: 30
                    Wytrzymałość: 30
Punkty Awansu: 30 / 200
Upomnienia: 0/3

niedziela, 10 lipca 2016

Od Lilith CD. Raven'a

Mecz dobiegł końca! Niestety nasi przegrali …Smutno, nie dostaniemy się do finałów… No cóż! Czas by znaleźć sobie kolejne zajęcie. Pierwsze co mi przyszło na myśl to, to czym zajmuję się od paru dni czyli… Wkurzanie Ravena!! Ruszyła w kierunku jego pokoju i zapukałam do drzwi. Odpowiedziała mi głucha cisza… Pewnie sobie gdzieś poszedł… I co ja teraz ze sobą zrobię!? Po chwili rozmyślań postanowiłam się gdzieś przejść, bo przecież nie będę siedzieć pod drzwiami i czekać. W mieście jest dużo fajnych rzeczy więc na pewno znajdę sobie coś do roboty! Szłam uliczkami rozświetlonego przez latarnie, nocnego miasta. Przeszłam koło sklepu zoologicznego z chomikami na wystawie. Hmmm ciekawe czy jak bym kupiła właścicielce domu u której wynajmowałam pokój, to urocze stworzonko to odżałowała by zagłodzonego psa… Chyba raczej nie… Ruszyłam dalej. W pewnym Momocie moją uwagę przykuły światła z oddali. Podeszłam bliżej i zobaczyłam WIEEELKIEE wesołe miasteczko!!!! Ale zajebiaszcze!! Szybko podbiegłam do grubego ekspedienta przy kasie.
- Bilet normalny 7 ZM, ulgowy 5 ZM, osoby poniżej osiemnastu lat tylko pod opieką dorosłych. Rzucił znudzonym głosem.
-Dobra! To ja poproszę normalny! Uśmiechnęłam się szeroko.
-Dowód osobisty, proszę. Powiedział.
-Dowód? Ale… Ja mam osiemnaście lat… Naprawdę! Próbowałam przekonać gościa ponieważ ten cały dowód zgubiłam już dawno i nie mam zielonego pojęcia gdzie on może być…
- Albo dowód albo przyjdź z osobą dorosłą. Warknął po czym krzyknął ‘’następny’’ dając mi do zrozumienia, że mnie nie wpuści… Z żalem odeszłam od kasy i usiadłam na ławce rozglądając się. W oddali zobaczyłam jakiegoś białowłosego chłopaka …Czekaj… Czy to jest-!?Wstałam i biegiem ruszyłam w tym kierunku. On, przynajmniej tak mi się zdaję, jest dorosły i powinien mieć dowód!

<Raven? Wreszcie wróciłam z obozu i mam Internet!!!>

czwartek, 7 lipca 2016

Od Ehrendila - "4" (EVENT cz.2)


- 1200 – ogromny mężczyzna o twarzy oszpeconej sporą blizną wręcz wypluł tę liczbę.
- Tylko...? – spytałem sam oceniając to co przyniosłem. Na moje oko łup był sporo więcej warty.
- Jak ci się nie podoba to zabieraj się stąd. – otrzymałem w odpowiedzi. Westchnąłem ciężko.
- Niechaj i tak będzie...  – wyciągnąłem rękę po pieniądze. Po chwili woreczek z zapewne kilka razy przeliczoną sumą spoczywał w mojej dłoni.  Wrzuciłem pieniądze do torby i spokojnym krokiem postanowiłem się przejść po całej piwnicy. Nie po darmo panuje przecież plotka, że można tu kupić wszystko czego tylko dusza zapragnie. Bełty, pociski, wszelkiej maści trucizny, broń biała, miotana, palna, miażdżąca, jedzenie, pancerze... Wszystko tu jest. Rynek Księżyca Łowcy musi być doskonale zaopatrzony, by blisko setka łowców miała się gdzie zbroić. Jednak dzisiaj jakoś specjalnie się nie rozglądałem. Nie potrzebowałem niczego. Owszem zarobiłem trochę grosza, ale nie jestem typem elfa co to wydaje na nikomu niepotrzebne rzeczy.
Po obejściu wszystkich możliwych stoisk trafiłem pod wielką stojącą w kącie tablicę. Ranking Gildii Łowców. Od pozycji na tejże tablicy zależy właściwie wszystko. To czy dostaniemy pokój na piętrze Księżyca Łowców i jaki on będzie, to w jakiej kolejności dostaniemy jedzenie i cała masa innych rzeczy. Ogarnąłem wzrokiem samą górę tabeli. Kiedyś właśnie tam byłem. Na pierwszym miejscu gdzie teraz mieści się niejaki „Ferran Mayderen”. Odszukałem swoje nazwisko. Pozycja 12 z 98. Mogłoby się to wydawać wspaniałym wynikiem, ale to ranking ludzi. Elfy z założenia są lepsze niż ludzie pod wieloma fizycznymi względami. Dla mnie numer 12 oznacza tyle, że 11 ludzi jest lepszych ode mnie. Bolesna prawda zważywszy na to, że kiedyś byłem numerem 1, później trafiłem na niższe pozycje, a potem poznałem Sorrow. Parsknąłem śmiechem uświadamiając sobie, że dzięki niej musiałem przejść pół tabeli by trafić na obecne miejsce. Nie mogę o niej nic złego powiedzieć. Dzielnie mi pomaga zawsze kiedy potrzeba i bardzo stara się nie pogrążać mnie bardziej, a ja to doceniam. Zwyczajnie brakuje mi po prostu czasu na to by polować dostatecznie dużo. W końcu dzielę czas między kilkugodzinne treningi, a spędzanie czasu ze swoją kobietą, logiczne więc, że dużo więcej nie dam rady zrobić przy dobie trwającej tylko 24 godziny.
Na raz moją uwagę przykuł człowiek grzebiący w pliku kartek przywieszonych do brzegu tablicy. Czyżby Wielkie Łowy? Cudowne zjawisko, gdy większość Łowców danego regionu zbiera się by pokonać bestię zbyt potężną do zwalczenia w pojedynkę. Oczywiście jest to dobrze punktowane w rankingu i idealnie wygląda w spisie. Mam już na koncie z trzy udziały w Wielkich Łowach i chętnie wpisałbym się na kolejne. Nieważne czego by dotyczyły. Mężczyzna ewidentnie zdobył przydatne informacje na temat tego, że nie jest mu pisane dołączyć do wydarzenia, bo odszedł z niczym, a ja spokojnie zająłem jego miejsce przesuwając wzrokiem po niewielkich literkach. To jednak nie Wielkie Łowy, a jedynie drobne zlecenie. Nie powinno zająć zbyt wiele czasu, a dodatkowe punkty rankingowe zawsze są mile widziane. Przekartkowałem plik. Trzech numerków brakowało, na kolejnym widniał wielki czerwony napis „REZERWACJA”, pozostałe jako tako wyglądały. Zdarzało mi się polować na dużo gorsze bestie. W końcu wybrałem swojego przeciwnika. Padło na numer 4. Wydawało się, że niewielu zwróciło na niego uwagę. Kartka wyglądała na nową w porównaniu z resztą. Wyrwałem ją z pliku i jeszcze raz przestudiowałem. Niech będzie. Wcisnąłem kartkę do kieszeni i wyszedłem z piwnicy po drodze żegnając się z Becky.  Przeszedłem przez miasto znosząc kolejne fale niezbyt przychylnych spojrzeń i rzucanych ukradkiem uwag i wydostałem się poza mury miejskie. Tam czekał już na mnie wezwany wcześniej Wędrowiec. Biały jeleń stojąc w niemal idealnym bezruchu na skraju lasu zdążył ściągnąć na siebie uwagę niewielkiego tłumku bawiących się niedaleko dzieci. Wiadomo... Nie codziennie widzi się taką istotę. Skórę mojego towarzysza pokrywały srebrzyste podobne do roślin wzory, rozłożyste poroże wyglądało niemal jak złoto. Od całej postaci zwierzęcia biła wręcz duma, która sprawiła, że dzieci mimo iż zbite w ciasną grupkę trzymały się na stosowną odległość. Zagwizdałem cicho zwracając uwagę swojego jakże nietypowego wierzchowca. Wędrowiec ruszył więc w moją stronę, a dzieci rozstąpiły się na boki niczym biblijne Morze Czerwone. Na każdej twarzy bez wyjątku malowały się w różnym stopniu zachwyt i fascynacja. Wyciągnąłem dłoń w stronę jelenia czekając aż podejdzie na dobrą odległość.
- Witaj przyjacielu – uśmiechnąłem się gładząc krótką sierść na pysku swojego towarzysza. Prychnął cicho trącając nosem moją dłoń. Całą tę scenę podziwiała oczywiście banda dzieci, ale były tak cichutko, że trudno było pamiętać o ich obecności. Przeszedłem pod porożem jelenia, oparłem dłonie na jego grzbiecie i podciągnąłem się sadowiąc się na nim. Żadnej uzdy czy siodła nie potrzebowałem. Ktoś kto w wieku 10 lat jeździł konno lepiej niż zawodowi jeźdźcy nie musi się martwić podobnymi rzeczami. Zresztą od tamtego czasu minęło równo 236 lat, więc miałem szansę jeszcze udoskonalić tę zdolność. Szturchnąłem łydkami boki wierzchowca by ruszył z miejsca a potem poprowadziłem go w stronę Złych Ziemi – największego terenu łowieckiego w tej części świata. Pozdrowiłem dzieci unosząc dłoń do góry i pogoniłem Wędrowca do biegu. Dziecięca ciekawość zawsze wywoływała uśmiech na mojej twarzy. No chyba, że dziecko było wścibskie i złośliwe. W takiej sytuacji bachora z miłą chęcią bym wypatroszył. Jednak te dzieci który podziwiały Wędrowca nie były wścibskie. Nie podchodziły do niego za blisko i nie dotykały go, nie zadawały mi pytań, nic z tych rzeczy. Po prostu chłonęły zjawisko ze świadomością, że być może więcej już nie zobaczą niczego podobnego mojemu białemu jeleniowi. Na świecie nie istnieje inny taki sam przypadek. Więź zaufania – yawë jak zwykł określać takie przypadki złączenia zwierzęcia z elfem mój lud – za każdym razem działa inaczej. Odmienia wygląd zwierzęcia, wzmacnia go i obdarza życiem tak długim jak długo żył będzie złączony więzią elf, a co ważniejsze przypisuje mu obdarzone pradawną mocą imię. Yawë nie oddaje zwierzęcia na własność. To bardziej obustronny pakt wymagający wzajemnego szacunku, zaufania i pomocy. Ja otaczam swą opieką Wędrowca on w zamian będzie mnie bronić i użyczać mi swego grzbietu oraz będzie słuchać moich słów. Jesteśmy złączeni trwałą, nierozerwalną więzią. Dwa umysły połączone nicią zrozumienia głębszego niż wszystkie znane ludziom relacje. Doskonale wiem jak czuje się mój towarzysz nawet nie będąc blisko niego, a on w podobny sposób wyczuwa moje emocje i intencje. Dlatego teraz lekko pochylony dla równowagi nad szyją Wędrowca zupełnie nie muszę się przejmować kierunkiem jazdy. On doskonale wie gdzie ma się udać.
Tak jak mówiłem Wędrowiec wiedział. Przekraczając granicę Złych Ziemi zwolnił i niespiesznym krokiem ruszył przed siebie umożliwiając mi tym samym rozglądanie się dookoła w poszukiwaniu tropu. Jednak nie podobało mu się to miejsce. Złe Ziemie otaczała złowroga aura bólu i śmierci. Nic dobrego stąd nie wyjdzie. Logicznym więc, że Wędrowcowi się nie podoba. Nie zamierzam go zmuszać do przebywania tu.
- Letta – rzuciłem krótko i nie czekając aż mój towarzysz się zatrzyma zeskoczyłem na ziemię. Pogładziłem szyję jelenia w niemym podziękowaniu, a potem wskazałem mu drogę powrotną. Wolałbym, żeby nic mu się nie stało. I tak sporo zaoszczędziłem na czasie, nie potrzeba mi od niego więcej. Odprowadziłem wzrokiem oddalającego się jelenia dopóki ten nie zniknął mi z oczu, a potem odwróciłem się w stronę martwej krainy i ostrożnym krokiem ruszyłem przed siebie. Owszem, bywam tu często i wiem co może mnie tu spotkać. Moja ostrożność jest motywowana raczej świadomością i doświadczeniem niż strachem przed nieznanym czy przed istotami zamieszkującymi tę ziemię.  Łowca Potworów który się ich boi? Niedoczekanie ludzkie. Strach jest dobry, to oczywiście prawda. W odpowiednich ilościach przynosi więcej dobrego niż złego. Pomaga ocenić zagrożenie, podpowiada czy to co próbuje się osiągnąć nie jest błędem... Strach towarzyszy zawsze niezależnie od tego kim się jest. Ale oprócz tego jest też odwaga. I tutaj jak ulał pasuje pewien cytat: „Od­wa­ga to pa­nowa­nie nad strachem, a nie brak strachu.” niejakiego pana Twaina. Miał człowiek całkiem sporo racji.
Cicho i sprawnie na lekko ugiętych nogach przemierzałem wypaloną słońcem i smaganą gorącym wiatrem równinę. Ziemia była sucha i spękana w niepokojącym brunatnym kolorze gdzieniegdzie usłana większymi, bądź mniejszymi kamieniami. Po całej równinie rozrzucone były głazy, od czasu do czasu widziałem zwęglony kikut drzewa sterczącego pionowo w górę. Czarne włócznie wymierzone w ciężkie, krwawe niebo. Przeskoczyłem nad jedną z wielu szczelin. Niektóre z nich były wąskie, inne wymagały ode mnie oddania naprawdę długiego skoku, jedne płytkie nie miały przede mną tajemnic, kolejne wrzynały się w ziemię, a ich dna ginęły w nieprzeniknionej ciemności. Gdzieś niedaleko leżało martwe ciało. Było na wpół zjedzone i zbyt okaleczone bym mógł chociaż spróbować się domyślić czym owe truchło było gdy jeszcze żyło. Po równinie po raz kolejny przetoczył się ostry, niosący kurz i drobne kamyczki wiatr. Szarpnął połami mojego płaszcza, zdmuchnął na twarz luźne srebrne kosmyki włosów, zagwizdał w uszach, sypnął piaskiem w oczy i ruszył w dalszą wędrówkę poprzez opustoszałą krainę. Zatrzymałem się odruchowo odgarniając włosy z twarzy. Przerzuciłem warkocz przez ramię i osłoniłem nos i usta chustką. Poruszyłem ramionami poprawiając ułożenie kuszy na moich plecach, sprawdziłem miecz przypięty do mojego pasa, upewniłem się, że sztylety sprytnie poukrywane w różnych miejscach mojego stroju same z siebie nie wypadną i rozejrzałem się dookoła. Chciałbym wiedzieć gdzie mam iść. Ziemia jest zbyt sucha na to bym zadawał sobie trud szukania śladów. W okolicy nie było nic takiego czego mógłbym użyć na swoją korzyść. Tylko świst wiatru dzwoniący mi w uszach. Zamknąłem oczy wsłuchując się w niego. Wiatr może mi być sprzymierzeńcem. Odpowie na moje pytanie jeśli zechce. „Gdzie jesteś Czwórko?”. Wiatr zamilkł zostawiając mnie samego. Zmarszczyłem brwi czekając na dalszy rozwój wypadków. Już miałem się poddać, przestać słuchać i zwyczajnie pobiec dalej licząc na szczęście, gdy dotarło do mnie słabe echo zirytowanego warknięcia. Odwróciłem się w odpowiednią stronę i kierowany ledwie słyszalnymi powarkiwaniami ruszyłem przed siebie.
A oto i on. Zatrzymałem się i położyłem na ziemi podpełzając do krawędzi skalnej wyrwy w ziemi. W dziurze pode mną leniwie kołysząc zakończonym kolcem jadowym ogonem przechadzał się mój cel. Wykorzystałem chwilową przewagę by dokładniej się przyjrzeć. Bestia nie grzeszyła rozmiarami i idę o zakład, że była szybka. Zwinna pewnie też, lecz to tylko domysły. Miała dwie identyczne głowy, które zdawały się znacznie poszerzać jej kąt widzenia. Na każdej niemal okrągłej czaszce błyszczały po dwa czerwone ślepia, z dolnej szczęki wystawały dość okazałe zęby. Łapy potwora był nadzwyczajnie chude i przypominały raczej kości obleczone skórą niż kończyny zdolne utrzymać żywe stworzenie lecz po sposobie w jaki bestia stawiała kroki jasno widziałem, że pozory mylą. Potwór przystosowany był do skoków i szybkości. Świadczył o tym długi, silny ogon zakończony ostrym końcem. Podobne do ogona dwa kolce wyrastały z łopatek potwora. Poza tym grzbiet bestii pokrywał kostne wypustki i coś co do złudzenia przypominało kamienie. Dokładnie na środku grzbietu i po bokach potwór miał coś na wzór dziury przez którą widziałem jego wnętrze. Ciekawe... Sięgnąłem do pleców i zdjąłem kuszę. Nałożyłem bełt, precyzyjnie wymierzyłem i strzeliłem. Bełt z cichym świstem przeciął powietrze i zagłębił się w boku bestii w nieprzyjemnym plaśnięciem. Ta zaskoczona zawyła obracając się. Zapewne usiłowała namierzyć tego, który ma czelność zakłócać jej spokój. Powinna zaraz paść... Wychyliłem głowę z uwagą obserwując potwora. Coś mi się nie zgadzało. Czy piekielny pomiot nie powinien krwawić? Bestia znów się odwróciła. Tam gdzie był mój bełt nie było nawet śladu po tym co utkwiło w potworze. Zupełnie jakby się rozpuściło... Tak nie powinno się stać. Przekrzywiłem głowę zastanawiając się. Dlaczego bełt się rozpuścił? I to w ciele? Bestia rozbiła jeszcze kilka obrotów znacząc ziemię czarnym śladem. Niebezpieczny dotyk. Potwór musi być pokryty swego rodzaju kwasem, zapewne jest też jadowity. Zapowiada się nader interesująca potyczka. Dla pewności wystrzeliłem jeszcze raz znów celując w potencjalnie najsłabszy punkt potwora. Poderwałem się z ziemi i przeniosłem się na drugą stronę wyrwy. Bestia mnie zauważyła i ruszyła w moją stronę rozpędzając się, a potem skacząc na ścianę dziury. Na moje szczęście zawisła uczepiona przednimi łapami krawędzi. Dwa kolce na łopatkach poruszyły się gotowe do ataku. Posłałem potworze drwiący uśmieszek i wyciągnąłem miecz. Zamachnąłem się celując w łapy i odrąbałem całe przypominające krótkie szpony palce. Dopiero teraz ziemię splamiła czarna, dymiąca krew. Spojrzałem na swój miecz sprawdzając czy aby nie zaczął się rozpuszczać. Na szczęście był cały. W końcu nie jest zwykłym mieczem. Pochodzi jeszcze z kuźni Królestwa. Wiecznie ostry, tak samo trwały jak w dniu wykucia oręż z elfie stali wzmocnionej dodatkowo siatką czarów. Nie ma prawa ulec żadnemu przeciwnikowi prócz samej Matki Natury. Okrążyłem dziurę nie spuszczając wzroku z rannego potwora. Czwórka obracał się wolniej niż ja rozlewając dookoła coraz to więcej krwi która z sykiem natychmiast wnikała w ziemię. Znów strzeliłem do bestii. Może jej to nie zrani, ale na pewno rozproszy. Rozwścieczy na tyle, by znów mimo ran zaatakowała. Taki jest mój plan. Wykończę ją cierpliwością. Nie zeskoczę do dziury ryzykując życiem. Zaczekam aż nadarzy się okazja i znów ją okaleczę. Aż do skutku. Nikt nie powiedział, że walka ma przypominać starcie tytanów. Nikt nie określił, że mam się z wrzaskiem rzucać na wroga na oślep krojąc mieczem. Ten pojedynek wygra strategia. Spokojna, jasna myśl będąca znacznie potężniejszą bronią niż niektórzy są w stanie przypuścić. Nie każdą potyczkę wygrywa się siłą, czasem klucz do sukcesu kryje się w umiejętności myślenia. Wystrzeliłem ponownie tym razem obierając za cel jedno z oczu. Udało się je trwale uszkodzić mimo iż bełt po dosłownie paru sekundach przestał istnieć. Teraz już potwór krwawił także z pustego oczodołu jednej z głów. Wszystko idzie ku dobremu. Potwór przestał chodzić. Widocznie okaleczone kończyny musiały sprawiać mu ból potęgowany dodatkowo urazem głowy. Wydobyłem z kieszeni sztylet ważąc go w dłoni. Gdybym jakimś cudem znalazł się tuż nad nim tak by móc trafić w górę czaszki dokładnie tam gdzie zauważyłem coś jakby dziurę podobną do tej którą oddychają delfiny... Mniej więcej określiłem szerokość dziury. Nieco za daleko bym mógł to przeskoczyć, ale może znajdę sobie węższy punkt. Po raz któryś przemierzyłem teren dookoła dziury, ale niestety aż takiego szczęścia nie miałem. Chociaż może uda się zmusić bestię do podejścia. Zagwizdałem zwracając jej uwagę. Potwór zawarczał nisko wbijając we mnie wściekłe spojrzenie trzech oczu. Podrzuciłem sztylet i złapałem go szykując się do rzutu. Pochyliłem się lekko nad krawędzią znów gwiżdżąc. Nie podobał mu się ten wysoki dźwięk. Ruszył się po raz kolejny nacierając na ścianę. Rzuciłem sztyletem chybiając o włos. Sztylet musnął czaszkę rozpędzonej bestii i utknął między wypustkami na jej kręgosłupie. Westchnąłem żegnając się ze stratą. Potworowi jakoś udało się uczepić ściany i pomagając sobie kolcami wspiął się po ścianie, a potem wydostał się na zewnątrz. Czyli wtedy zwyczajnie źle wymierzył... Odskoczyłem przed ciosem ogona, który prawdopodobnie zwaliłby mnie z nóg i znów strzeliłem do bestii. Wszystkie bełty zmarnuję zanim coś osiągnę. Ten potwór nie miał w zwyczaju ryczeć. Przez cały czas tylko warczał. Nawet teraz stojąc bokiem do mnie i uderzając ogonem na lewo i prawo z jego gardła wydobywał się ten sam jednostajny, grzmiący dźwięk. Chwyciłem miecz. Potwór jakoś nie palił się do bezpośredniego ataku. Ranny czy nie nadal sprawiał wrażenie przyczajonego zabójcy czekającego na dogodny moment do ataku. Pewnie już byłoby po wszystkim, gdyby nie fakt, że nie wolno mi zaryzykować dotknięcia skóry bestii. Nagle bestia zerwała się do szarży na mnie szybciej niż byłbym w stanie ją o to posądzić. Kolce wysunięte do przodu zabłysnęły groźnie gdy bardziej wiedziony impulsem niż logiką wyskoczyłem w powietrze. Ledwie mi się udało przeskoczyć nad nią. Było blisko. Bardzo blisko. Czwórka też to wiedział gdyż zamiast warknięcia wydał z siebie coś bardziej przypominającego mruknięcie. Obydwoje jesteśmy szybcy i doskonale o tym wiemy. Oboje wiemy, też, że wyścigu na dystans z pewnością bym nie wygrał. Więc trzeba tę walkę zakończyć szybko. Potwór znów natarł. Tym razem tylko zszedłem mu z drogi mieczem rozpłatując cały bok potwora. Ogon bestii niemal musnął czubek mojej głowy. Znów za blisko. Wyprostowałem się patrząc jak bestia z żałosnym skowytem przewraca się na zdrowy bok. Znów spróbowała wstać, lecz wbiłem miecz w ranę przyszpilając potwora do ziemi. Tym razem naprawdę zaryczał niemal wstrząsając ziemią i niebem. Leżący przeciwnik to martwy przeciwnik. Wygrzebałem z torby buteleczkę z Flamma Ferax i wyszarpnąłem miecz z potwora. Cisnąłem buteleczkę, która roztrzaskała się o bok natychmiast podpalając bestię. Cała równina słyszała ostatnie wrzaski płonącej Czwórki. Dlaczego nie użyłem tego magicznego ognia już wcześniej? Flamma Ferax ma wiele zastosowań. By użyć go w taki sposób potrzebowałem sporo krwi. Gaz zamknięty w buteleczce wszedł w reakcję z krwią bestii błyskawicznie przenosząc ogień z butelki na żywe ciało. Bestia płonęła cała. Nie tylko z zewnątrz. Ogień trawił również jej wnętrzności. Tak oto zakończyłem tę walkę. Nie była ani długa, ani spektakularna. Niby po co miałbym walczyć na pokaz skoro i tak nikt nie widział tej potyczki? Jaki byłby sens popisywać się umiejętnościami przed skazanym na porażkę przeciwnikiem? Nonsens. Nie każdej mojej walce muszą towarzyszyć fajerwerki, ani wybuchy. Nie musi ciągnąć się w nieskończoność, nie potrzeba mi gradu ciosów. Walka może być też taka jak ta – całkiem nijaka. Ważny jest tylko wynik. Znów wygrałem. Z ciała potwora zostały tylko prochy powoli roznoszone przez wiatr, płytki niegdyś sterczące z jego kręgosłupa i mój na wpół rozpuszczony sztylet. Lubię zbierać pamiątki. Prochy zebrałem do niewielkiej buteleczki i porządnie ją zakorkowałem, parę do złudzenia przypominających kamień płytek zawinąłem w kawałek materiału i schowałem wszystko do torby. To już koniec polowania. Mogę wracać. Po drodze wstąpię jeszcze tylko do Księżyca Łowcy po to co mi się należy, a potem na spokojnie mogę iść z Sorrow na spacer. Uśmiechnąłem się do swoich planów i nie spiesząc się zbytnio ruszyłem w drogę powrotną.

środa, 6 lipca 2016

Od Azazela - "2" (EVENT cz.2)

To właśnie wtedy polanę przeszył ogłuszający ryk. Przypominał wrzask wielu istot, których głosy po jakimś czasie zlały się w jeden groźny warkot, wypełniający pustą, trawiastą przestrzeń dookoła nas.
Wtedy ujrzałem go po raz pierwszy. Stałem u jednego krańca polany, kiedy po jej drugiej stronie zobaczyłem parę ślepi, niczym dwa ogniki iskrzących się w mroku lasu. Nie minęła chwila, a do pierwszej pary dołączyły jeszcze dwie kolejne, choć te, mniejsze i wijące się bez przerwy w ciemnościach, znacznie ciężej było wypatrzyć.
Wyszedłem na otwartą przestrzeń, przyglądając się uważnie zakrwawionym pyskom bestii. Widziałem złotą grzywę, ozdabiającą największą z głów, oraz parę rogów, wijących się na dwóch pomniejszych głowach, o długich, smoczych szyjach. Widziałem też cztery, masywne nogi i parę czarnych, jak smoła skrzydeł. Za bestią, niczym jadowity wąż, wił się długi ogon, zakończony czymś, co z daleka przypominało kolec z trucizną.
Uśmiechnąłem się, kiedy trzy pary płomiennych oczu spoczęły na mnie. Z wszystkich paszczy wydobył się ryk, kiedy potwór ruszył w moją stronę. Widzicie? To było właśnie ślepe działanie pod wpływem instynktów, o którym wcześniej wspominałem.
Odczekałem jeszcze kilka chwil, aby trzygłowa bestia znalazła się dostatecznie blisko, po czym gwałtownie uskoczyłem w bok. Tak wielkie i ciężkie zwierzęta może i były silne, jednak wszystkie miały jeden słaby punkt, jakim była bardzo mała zwinność… albo też jej całkowity brak. Potwór nie był w stanie od razu zawrócić, co dało mi kilkanaście dodatkowych sekund. Kiedy biegłem, poczułem, jak moją skórę powoli porasta sierść, uszy i pysk wydłużają się, zaś zęby stają się coraz ostrzejszymi, wilczymi kłami.
Gdy do mych uszu dotarł rozwścieczony warkot jednej z głów, nie odwracając się za siebie rozłożyłem skrzydła i po kilku uderzeniach łap o mokrą nawierzchnię, oderwałem się od ziemi. Poczułem, jak chłodne, nocne powietrze targa mi futro, jak wiatr świszczy mi w uszach jedną ze swych długich, wysokich melodii. Nie minęła chwila, kiedy zagłuszył go ryk potwora, który za moim przykładem postanowił wzbić się w przestworza.
Być może popełniłem błąd, odrywając się od ziemi. Bestia okazała się świetnym lotnikiem, bo chociaż nie testowałem jego zwinności w przestworzach, to silna i ogromna para skrzydeł zdecydowanie lepiej radziła sobie z prędkością, niż moje opierzone skrzydła nietoperza. Pocieszałem się w duchu, że jestem w stanie nadrobić tą stratę kilkoma sztuczkami, a ponadto…
- K*rwa mać!- warknąłem, kiedy w ostatniej chwili udało mi się uniknąć pokąsania przez trujące żądło potwora.
Mało brakowało, a skończyłbym, jak mój poprzednik.- pomyślałem, a przed oczami ukazał mi się obraz konającego mężczyzny, zapluwającego się spienioną śliną, na przemian kaszlącego krwią. Widziałem, jak jego ciało skręca się i drga, jak tuż przed śmiercią wykazuje ostatnie oznaki życia. Wizja ta, choć wydawała się niesamowicie rzeczywista, w mgnieniu oka została wypędzona z mojego umysłu, kiedy jedna z wężowych głów „Dwójki” pomknęła w moją stronę z rozdziawioną szeroko paszczą.
- A piep**cie się wszyscy!- warknąłem, nurkując gwałtownie w dół.
Ponownie rozłożyłem pierzaste skrzydła, lecz teraz to ja znajdowałem się za lecącą bestią. Działając bardziej pod wpływem impulsu, niż zdrowego rozsądku, wbiłem się kłami w jedną ze smoczych szyi. Odpowiedział mi żałosny ryk pozostałych dwóch głów, gdyż ta zaatakowana nie była już w stanie wydobyć z siebie żadnego, nawet najcichszego dźwięku. Wyglądało to trochę tak, jakby potwór miał trzy życia i stracił dopiero jedno z nich. Zostały więc jeszcze dwa, a mi właśnie przyszedł do głowy pomysł, jak najskuteczniej byłoby się ich pozbyć.
Pomyślałem o sile swojego przeciwnika, o tym jak szarżował w moją stronę na polanie. Przypomniałem sobie również o jego braku zwinności i nie najlepszym radzeniu sobie z ostrymi zakrętami, a także o tym, że jeszcze nie testowałem jego sprawności w przestworzach.
Mimo protestów potwora, który groził mi, bez przerwy wymachując trującym ogonem, zdołałem wgryźć się w jedno z ogromnych skrzydeł. Cienka błona, rozstawiona między kośćmi okazała się mniej wytrzymała, niż sądziłem. Nie minęła chwila, a bestia straciła równowagę i pomknęła w kierunku ziemi. Z dziurawym skrzydłem nie sposób było latać, nawet jeśli to drugie pozostawało sprawne. Poza tym, ciężar stwora zdecydowanie przekreślił jego szanse na dłuższe pozostanie w przestworzach.
Złożyłem skrzydła, a w następnej chwili już pikowałem w dół, podążając za spadającą, trzy… dwugłową bestią. Myślę, że najbardziej makabrycznym widokiem nie było jego nieuniknione spotkanie z twardą nawierzchnią, a wcześniej zaatakowana przeze mnie głowa, która teraz miotała się bezwładnie w te i we w te, niczym flaga na wietrze. Przyznaję, że ten widok okazał się zabawniejszy niż sądziłem i myślę, że gdyby nie okoliczności, parsknąłbym drwiącym śmiechem. Mimo wszystko, poczułem jak na usta wkrada mi się jeden z moich słynnych, złośliwych grymasów, kiedy ogromne cielsko bestii zderzyło się z twardym gruntem.
W ostatniej chwili udało mi się wyrównać lot, a następnie znaleźć się na mokrej trawie, zaledwie kilkanaście kroków od potwora.
- Dolor.- syknąłem, kiedy bestia, mimo bolesnego upadku, próbowała podnieść się i znów stanąć na równe nogi.
W jednej chwili, pod wpływem zaklęcia, całą polanę wstrząsnął ryk bestii. Dźwięk ten był wręcz nieporównywalny do jej wcześniejszego, agresywnego warkotu. Teraz przypominał lament torturowanego szczeniaka, który jedyne, co był w stanie zrobić, to zwijać się z bólu i liczyć na cudzą pomoc.
Jednak dookoła nie było nikogo, tylko nasza dwójka. Ja i bestia. Bestia i ja. Choć w tamtym momencie, to mi było bliżej do potwora.
Jeszcze przez kilka sekund obserwowałem, jak zaklęcie „Ból” wykręca szyje potwora, łamie mu ocalałe po upadku kości i wygina kończyny pod nienaturalnym kontem.
- Satis.- powiedziałem po chwili i chociaż świszczący wiatr porywał każde moje słowo, czar „Dość” zadziałał bezbłędnie, jak samo jak poprzedni.
Kiedy Dwójka przestała się ruszać, podszedłem do jej martwego cielska. Wraz ze zmniejszającym się dystansem między nami, sierść pokrywająca moje wilcze ciało stawała się coraz krótsza, aż w końcu całkowicie zniknęła. Uszy i pysk powróciły do ludzkich kształtów, zniknął ogon, złożyły się czarne skrzydła. Jedynie ostre zęby pozostały podobne do tych wilczych, choć te ludzkie z pewnością nie były tak wielkie i okazałe.
- To chyba koniec naszej wspólnej przygody, co?- rzuciłem do martwego stwora, klepiąc go po lwim pysku.
Posłałem przelotne spojrzenie zmasakrowanej przeze mnie głowie, a w oczy od razu rzucił mi się brak jednego z rogów. Zauważyłem go kilka kroków dalej i bez zastanowienia chwyciłem powykręcaną kość w rękę. Nie żebym był bardzo sentymentalny, ale od czasu do czasu lubiłem zabierać niewielkie „trofea” po dobrze wykonanej robocie. Przypominały mi o tym ilu nic nieznaczących robali pozbyłem się z tego świata.
Chwyciłem róg w jedną rękę i odwróciłem się plecami do bestii. Czułem na sobie jej lepką krew, jednak w tamtym momencie nie przejmowałem się zbytnio swoim wyglądem. Przecież dookoła nie było nikogo, kto mógłby pisnąć, stanąć jak słup soli, albo zemdleć z przerażenia, na mój widok.
Ruszyłem w stronę gąszczu leśnych drzew, zostawiając za sobą cielsko martwego potwora, tak, jak wcześniej zostawiłem zwłoki tamtego mężczyzny. Księżyc, oraz towarzyszące mu gwiazdy- jedyni świadkowie całego zdarzenia, spoglądali na mnie ze stoickim spokojem, oświetlając mi drogę.

Od Azazela - "2" (EVENT cz.1)

Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, które ludzki umysł jest zdolny do siebie dopuścić. Wręcz przeciwnie! Wszystko wskazuje na to, iż w miarę jak ciemność rośnie, zatruwając powoli nasze sera i umysły, a świat dookoła staje się coraz mroczniejszy i złowieszczy, organizm człowieka jeszcze bardziej upodabnia się do gąbki. Nieświadomie wchłania te wszystkie toksyny i zarazy, które istnieją wśród nas od zawsze, choć nauka nigdy nie potrafiła nam ich wyjaśnić, ani zdefiniować. Mówiąc prościej, im ciemność dookoła staje się coraz głębsza, owa głębia znajdująca się w nas samych zaczyna rosnąć wykładniczo- Osoba, która raz została skażana, staje się bardziej podatna na skażone środowisko, przy okazji wpuszczając mrok nawet w te oświetlone zakamarki świata, pociągając na dno kolejnych niewinnych. Zaistniałej w nas grozy nie da się tak po prostu wypędzić, a wydrążona w sercu głębia jest dziurą bez dna- nie do zasypania, nie do zakrycia, nie do ukrycia przed bystrym wzrokiem.
To jedno z surowych praw natury, którego ma obowiązek przestrzegać każda z wyznaczonych przez nią istot. Wilki łączą się w watahy, konie biegają w stadach, ryby pływają w ławicach, smoki tworzą gromy, zaś gęsi przemierzają niebo kluczem. I tak, jak wilk bez powodów nie napadnie drugiego wilka, a ryba nie pożre pobratymca z ławicy, tak koszmar będzie współpracować z drugim koszmarem, mnożąc się i dzieląc. A kiedy staje się on dość czarny i głęboki, groza zaczyna rodzić kolejną grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne złe czyny, których część stanowią rozmyślne, a część zupełnie przypadkowe i odruchowe działania. Jednak nie zależnie od źródła, ani intencji, w końcu wszystko pochłonie ciemność.
Najniebezpieczniejszym pytaniem pozostaje jednak ile dokładnie grozy jest w stanie pochłonąć i, co ważniejsze, znieść przeciętny umysł, aby wciąż zachować niezłomną łączność z rzeczywistością. Myślę, że w głowie każdego istnieje pewna granica, elastyczny wyznacznik, do którego zbliżamy się w miarę pochłaniania kolejnych lęków. Bo chociaż same granice grozy nie istnieją w umysłach, to czerwona linia, którą przekraczamy pod wpływem zbyt dużej ilości strachu egzystuje, zmieniając rzeczywistość w absurd. Możliwe, że to właśnie w tej chwili zdrowy umysł zaczyna ratować się przed upadkiem, albo też załamywać i niczym szmaciana lalka, opadać bezwładnie w ciemność. Jeśli zdołasz się podciągnąć i wrócić do rzeczywistości, możliwe, że wygrzebiesz się z bagna, w które wcześniej wlazłeś. Natomiast, jeśli poddasz się całkowicie i dotkniesz dna głębi, wtedy…
… Wtedy tworzą się potwory.
Nie ważne kim wcześniej byłeś- człowiekiem, wilkiem, czy może jeszcze innym gatunkiem, pod wpływem rosnącego chaosu zmieniasz się w bestię. Przestajesz trzeźwo myśleć, działasz ślepo pod wodzą instynktów, a wszystko, co widzisz na swojej drodze wydaje się wytworem szaleńca, choć tak naprawdę jedynym absurdem jesteś ty sam…
Kiedy tak o tym myślę, powraca mi poczucie humoru.

Klęczałem na mokrej ziemi, zewsząd otoczony rozłożystymi koronami drzew. Pochyliłem się nad zakrwawionym mężczyzną, starając się wyciągnąć od niego jak najwięcej, nim Żniwiarz pochwyci go w ramiona.
- Jak on wyglądał?- powtórzyłem nie wiem który już raz z rzędu, starając się brzmieć jak najuprzejmiej, choć powoli trafiłem cierpliwość.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że osobę zaatakowaną przez potwora, którą od śmierci dzielą minuty, może sekundy, mało obchodzi moja udawana uprzejmość, jednak w tamtym momencie wydawała się rozsądniejszym zachowaniem, niż każde inne posunięcie, do którego byłem zdolny.
- Y… gwy…- z gardła zakrwawionego wydobył się pomruk, przypominający bulgoczącą wodę. Nieznajomy poderwał się gwałtownie do góry, a kiedy kaszlał z jego ust wylatywały coraz liczniejsze krople krwi.- Trzy głowy…- powtórzył wyraźniej, zwracając twarz w moją stronę, jakby dopiero teraz naprawdę zdał sobie sprawę z mojej obecności.
Skinąłem głową, przyglądając się powoli konającemu. Znalazłem go leżącego wśród leśnych drzew nie więcej, niż dwie, może trzy minuty temu i od tego momentu jego stan wciąż się pogarszał. Już na samym początku nie było niczego, co mogłem dla niego zrobić, choć i tak zależało mi tylko i wyłącznie na informacjach o potworze, który go zaatakował.
- Skrzydła… jak dwa cienie.- kontynuował mężczyzna, choć ból wykrzywiał mu twarz w okropnym grymasie. Słyszałem, jak jęknął, kiedy kładł głowę z powrotem na ziemi.- I jeszcze… jaaaa…d- dodał, a jego oczy, choć wciąż skierowane były w moją stronę, zdawały się patrzeć gdzieś bardzo daleko.
Kiedy je zamknął, wstałem, wzdychając ze zrezygnowania. Wytarłem dłonie o spodnie, do których poprzylepiały się mokre od deszczu kępy trawy. Ruszyłem przed siebie, ostatni raz oglądając się za siebie, w stronę zaatakowanego. Nie zdołałem jednak zrobić jednego kroku, kiedy poczułem, jak zimna ręka chwyta mnie za kostkę. Nie, „chwyta” to zbyt mocne określenie, jego sine, pozbawione czucia palce zdołały się jedynie otrzeć o nogawkę spodni.
- Pomścij mnie…- wydobyło się z gardła umierającego mężczyzny.- Zabij go… za m.. nieee.
Spojrzałem nieznajomemu głęboko w oczy, a z mojego gardła wydobyło się cyniczne parsknięcie. Pokręciłem przecząco głową, bardziej z niedowierzania, niż w geście sprzeciwu.
- Nie robię tego dla Ciebie.- rzuciłem, uśmiechając się nieprzyjemnie.- Z resztą, tobie i tak nic już nie pomoże.- dodałem, kiedy ranny ponownie zamknął oczy. Tym razem na wieczność.
Kiedy powoli oddalałem się od zmarłego, kątem oka zauważyłem białą, pieniącą się ślinę, wypływającą mu z ust i spływającą po brodzie na strzępy zakrwawionego ubrania.
Przynajmniej nie kłamał w sprawie trucizny.- pomyślałem, zostawiając nieznane mi z imienia zwłoki mężczyzny daleko za sobą.
Skoro został zaatakowany niedawno, bestia wciąż musiała grasować gdzieś w okolicy, a sądząc po ranach na jego ciele, do małych z pewnością nie należała. Wytropienie większej bestii będzie znacznie łatwiejsze, jednak przecież nie miałem zamiaru poprzestać na znalezieniu potwora.
Kiedy otaczające mnie drzewa zaczęły powoli znikać, zatrzymałem się u schyłku niewielkiej polany. Zimny wiatr dmuchnął mi prosto w twarz, odgarniając z czoła srebrno-czarne pasma włosów. Powiew niósł ze sobą silny zapach krwi i zgnilizny. Usłyszałem nad sobą krakanie, a kiedy spojrzałem w górę, moim oczom ukazała się chmara kruków, wron i jeszcze jakiegoś niezidentyfikowanego, czarnego ptactwa, sunąca po bezchmurnym niebie.
Czułem, że byłem już blisko.
I jestem pewien, że on również to czuł.

Ciąg dalszy nastąpi...

Od Nirvany CD. Zero

Poszłam spać, trochę niezręcznie wyszło ale jakoś tak dzisiaj wyszło.
Wtulona w niego obudziłam się nad ranem. Wstałam i zostawiłam mu karteczkę z napisem ,,Idę coś upolować, Kocham Cię ~ Nir" i zamieniając się w wilka wyszłam z jaskini. Powitał mnie kolejny słoneczny dzień w leśnym zaciszu. Promyki wschodzącego słońca opromieniały mój pysk a ptaki spokojnie ćwierkały dodając mi przyjemności w spacerze na łąkę pełną smacznej zwierzyny. Gdy dotarłam już na miejsce poczułam, że ktoś tu jeszcze jest, odwróciłam się gwałtownie...za mną stał Zero. Uśmiechnęłam się. Postanowiłam zrezygnować z polowania więc postanowiłam się udać nad rzekę, połapać ryby.
- Idziesz ze mną Zero? - zapytałam
- Pewnie - odpowiedział śmiało.
Ruszyliśmy w stronę rzeki rozmawiając.

<Zero?>

wtorek, 5 lipca 2016

Od Zero CD. Nirvany

- Łaskoczesz mnie - mruknąłem. Bądźmy szczerzy moja piżama jest dość skąpa. W sumie prawdę powiedziawszy na ogół nocą nie mam na sobie absolutnie nic. Takie przyzwyczajenie z czasów kiedy żyłem sobie całkiem samiutki. Wtedy raczej nie musiałem się niczym przejmować, więc po co miałem robić sobie problemy kombinowaniem jakiegoś stroju do spania? Zresztą tak jest wygodniej.
- A co ja poradzę...? - odpowiedziała mi Nirvana - Jak ci przeszkadza to się ubierz.
- No, aż tak, źle to nie ma - odparłem śmiejąc się lekko.
- Mhm... - mruknęła tylko. Pogłaskałem ją dłonią po plecach.
- Tak się zastanawiam... Naprawdę idziemy już spać? - spytałem w końcu.
- No... A co? - dziewczyna podniosła głowę patrząc na mnie.
- Jeszcze wcześnie, jest... - zacząłem uśmiechając się przebiegle - Światło zgaszone, nikogo w pobliżu nie ma, jesteśmy w łóżku...
- Wiem do czego zmierzasz - przerwała mi - Dzisiaj nie, dobrze?
- Yhh... Niech ci będzie - wymamrotałem z lekka rozczarowany. Zapadła cisza, a po chwili Nir już spała, więc ja też nie miałem innego wyjścia jak iść spać.

<Nir?>

poniedziałek, 4 lipca 2016

Od Raven'a CD. Alissy

A więc przeprasza, tak? Całkiem miło, ale raczej nadal jestem zły, a jedno "Przepraszam" wiele nie zmienia. Są rzeczy które mimo wielu lat nadal bolą mnie tak samo. To koszmary, które odbierają mi spokojny sen, nękają przez stulecia i nie znikają. Nigdy. Po otwarciu oczu one nadal istnieją boleśnie uświadamiając mi, że ten koszmar już nigdy się nie skończy. Właśnie tak wygląda rzeczywistość. Mroczna czeluść w którą wpadłem lata temu, a z której nie ma powrotu. Wieki krwi, śmierci i ciągłego ryzyka. Można by pokochać to co mi dano. Tylko czy anioł jest w stanie pogodzić się z tym, że został demonem? Czy na świecie istnieje siła, która zmusiłaby anioła (nawet Upadłego) do tego by czerpał przyjemność z własnego wygnania z Edenu? Właśnie to jest ta brutalna rzeczywistość mojego świata. Z dala od szczęścia, bezpieczeństwa, miłości... Z dala od wszystkiego. Mógłbym oczywiście wyjść na słońce, którego de facto nie oglądałem od ponad 1000 lat, mógłbym spojrzeć w jego jasną tarczę, mógłbym poczuć dotyk promieni na twarzy. Mógłbym... Gdybym chciał oślepnąć i umrzeć. Dopóki tego nie planuję, nie ma co liczyć na porzucenie drapieżnych szponów życia w ciemności. Póki co nadal będę rozdrapywać swoją przeszłość. To kim byłem, a kim jestem... Dwa światy. Mam zaledwie imitację życia, które mógłbym wieść. Nigdy nie zamierzam się z tym godzić. Będę uparcie trwać w bezsilnej wściekłości, przeklinając każdą chwilę która doprowadziła mnie do chwili obecnej. Będę pamiętać wszystkie wyssane z krwi truchła które po sobie zostawiłem. Nie, nie wiem na kim się mszczę. Osoby za to odpowiedzialne już nie żyją. Własnoręcznie wycisnąłem życie z istot dzięki którym mam to, co mam. Więc dlaczego nadal świat musi cierpieć? Może dlatego, że i ja cierpię. W każdej cholernej sekundzie, swojego cholernego życia. Czy tylko ja mam mieć tak nieprzeciętnego pecha? Mogę przecież zrujnować po drodze inne życia.
- Więc...? Przyjmiesz moje przeprosiny? - z moich rozmyślań wyrwał mnie głos dziewczyny. Zabawne jak szybko tracę kontakt z realnym światem uciekając w ten jakże fascynująco ciemny labirynt jakim stał się mój umysł. Zmierzyłem Alis chłodnym wzrokiem analizując wszystko po raz kolejny. Wyglądała jakby moje milczenie ją męczyło. Gdybym zechciał zobaczyć aurę którą emanuje, zapewne jej niepewność by mnie poraziła. Naprawdę jej źle z tą sytuacją... Zamknąłem oczy opierając głowę o ścianę za sobą. Odetchnąłem głęboko.
- Być może - odparłem obojętnie. Doskonale umiem udawać obojętność. To zawsze dobre wyjście. Nikt cię nie przejrzy, jeśli nie dasz mu żadnego znaku. Lepiej budzić respekt niż litość. Zdecydowanie wolę zostać nieprzewidywalnym mordercą za jakiego uważa mnie znakomita większość ludzi z którymi miałem do czynienia. Bywa to dość wygodne.
- To tak...? Czy nie...?  -spytała. Otworzyłem oczy posyłając Alis zirytowane spojrzenie.
- Niech stracę... Oczywiście Alisso - odpowiedziałem wyraźnie akcentując jej imię. Naturalnie znam jej pełne imię. Takie informacje są czasem przydatne. Teraz z lekkim rozbawieniem obserwowałem jak oddycha z ulgą. Odepchnąłem się od ściany i ruszyłem w dół ulicą. Którędy do stajni? Zapewne gdzieś na obrzeżach miasta. Przynajmniej z logicznego punktu widzenia. 
- Hej...?! A gdzie ty...? - nie dokończyła pytania - Wybacz... Miało już nie być pytań - stwierdziła zrównując się ze mną. A więc to tak? Będzie nadal za mną chodzić, co? No to zobaczymy kiedy jej się znudzi. Ja tam mogę być bardzo cierpliwy.
Nadal utrzymując perfekcyjnie odarty z emocji wyraz twarzy zerknąłem kątem oka zerknąłem an dziewczynę. Wyraźnie było widać, że dziewczyna wręcz marzy o przerwaniu panującej wszędzie cichy. Wyglądała jakby toczyła wewnętrzną walkę z samą sobą. Mógłbym się założyć, że chciała zadać mi jedno z wielu krążących jej po głowie pytań. Niestety nie miałem nastroju na dyskusje, a tym bardziej nie na rozmowy o niczym. Odpowiadało mi milczenie.
W pewnym momencie poczułem zapach siana i koni. Bingo! Stanąłem w miejscu starając się zlokalizować kierunek z którego niesie się woń. Jedna z tych przyjemniejszych dla mnie, jeśli miałbym to skomentować.W końcu ustaliłem źródło zapachu i podjąłem marsz w tamtą stronę.
- Dobra... Gdzie my tak właściwie idziemy? - spytała w końcu.
- Do stajni - oznajmiłem krótko. W odpowiedzi otrzymałem zdziwione spojrzenie dziewczyny. Widać nie tego się po mnie spodziewała. Nieobliczalny, niezwykle pociągający demon... No dobrze, może przesadziłem. Choć z drugiej strony, pewnie znajdzie się z dwie czy trzy osóbki gotowe poprzeć moje słowa.
- Ymmm... Do stajni. Ale... Po co? - nadal nie rozumiała. Czy to aż tak dziwne? Ponoć wszyscy mamy jakieś hobby.
- A niby po co się chodzi do stajni? - przewróciłem oczami przekraczając bramy celu swojej wędrówki. Jeszcze tylko wyłamać parę zamków i będę mógł sobie pojeździć.
Przeszedłem się po placu zaznajamiając się z rozmieszczeniem budynków. Siodlarnia mi potrzebna, ale za nim to wypadałoby jeszcze konia wybrać. Obstawiam największy budynek. Podszedłem więc do sporych drzwi spróbowałem je otworzyć. Oczywiście, że były zamknięte. Przyłożyłem do zamka otwartą dłoń szykując się do skorzystania ze swojej starej sztuczki. Ileż to razy mi się przydawała?
- Apertus - warknąłem. Drzwi odskoczyły od mojej ręki i otworzyły się, a ja bardzo zadowolony z siebie ruszyłem na poszukiwanie wierzchowca.

<Alis?>

niedziela, 3 lipca 2016

Od Lizzy CD. Ehrendila

- YYYGH!- wyjęłam zza paska saksę i zaczęłam dziabać te rośliny. W międzyczasie zakochana para zaczęła się oddaliać. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt, że długouchy był baardzo zadowolony z siebie. Heh, taki z niego miłośnik roślinek, a zmusił mnie bym je pocięła. Roślinki też żyją i też mają uczucia (wiem co mówię). Pewnie specjalnie zrobił jakąś śpiewaną magię żeby te durne pnącza były trudne do przecięcia.- A gdzie frajerze byłeś jak trzeba było pochować trupy z masakry co? Teraz takiś sprytny, Łepka pod kupą chwastu schować... No przecież!- palnęłam się w czoło. To są rośliny! Dobra, tego chyba nie zrypię... Położyłam dłoń na roślinie, nie spodoba jej się to...
- Pretensje do długouchego, on was tu postawił- poczułam znajome mrowienie, które towarzyszy cofaniu czasu i pozwoliłam mu przejść przez moją dłoń, prosto do kupy zielska. Wystarczyłoby cofnąć o pół sekundy, ale gdzie w tym fun? Więc cofnęłam się dokładnie o 2 minuty i 28 sekund..
- ...abawy z Łepkiem.- rzucił długouchy odwracając się na pięcie, z uśmiechem obserwowałam jak po sekundzie dociera do niego, że coś jest nie tak. Nie wiem co pierwsze do niego dotarło, czy smród rozkładu, czy może jednak zdążył spostrzec, że z przed chwilą silnych i zdrowych roślinek została teraz zielono-brązowa paćka, trochę jakby niektóre fragmenty rośliny już zaczęły więdnąć, inne przypominały wyglądem świeże pędy, jeszcze inne wyglądały jakby zostały wysuszone na wiór lub zaczęły gnić od namiaru wody. Wygląda to dość... niepokojąco-ciekawie. Tak się zazwyczaj dzieje z żywymi obiektami które próbuję cofnąć w czasie (no, z roślinami. Zwierzęta wyglądają... Zazwyczaj normalnie, ale ich mózg przypomina zapewne taką właśnie paćkę). Bez słowa, i zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać rozpoczęłam proces dekapitacji trupa. Zaschnięta powłoka (będąca kiedyś chyba skórą wilka) wydawała dźwięki drących szmat, a smród stał się jeszcze gorszy. Długouchemu ewidentnie zrobiło się bardzo niedobrze. Słabeusz. Ja tylko zacisnęłam zęby i wciągałam powietrze przez usta, niewiele to pomagało i miałam wrażenie, że ten smród osiada mi się na języku, ale już sobie z tym radziłam. Po chwili z triumfem podniosłam odcięty łeb i pokazałam go parce
- Tadaa! Nieźle co?- wyszczerzyłam się
- Jeśli tak pięknie poradziłaś sobie z pnączami, zapewne możesz się teraz sama pozbyć tego truchła. - stwierdził Ehrendil (naprawdę, prostszego imienia nie mógł sobie sprawić?) bez większego entuzjazmu. - Chodźmy Sorrow- długouchy złapał swoją dziewczynę za rękę i znowu gdzieś pociągnął, jak najdalej ode mnie oczywiście. Pfff, aż taka straszna w tym życiu nie jestem. No ale cóż, później może podrzucę im kawałek zwłok na pamiątkę albo coś, a teraz....
- No, Łepek, trza znaleźć te żuki... Jak ty je tam nazywałeś? Dermestes maculatus, co nie?- nie dostałam odpowiedzi, w zasadzie to nawet dobrze, bo pewnie nieźle Łepkowi teraz wali z pyska. 
 
<Ehrendil? nie maaam pomysłów i wgl... :3>

Od Azazela - Historia

„Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać.” Kto powiedział te słowa? Szczerze wątpię, aby wielu znanych ludzi poświęcało aż tyle uwagi pojęciu historii świata, całej ludzkości, tym bardziej pojedynczych jednostek… jednak jestem pewien, że te słowa nie należą do mnie. Musiałem je więc kiedyś gdzieś przeczytać, ewentualnie usłyszeć przypadkiem podobny cytat. Nie, druga opcja nie wchodzi w grę. Żaden z moich znajomych nie ma aż tak nudnego życia, by bawić się w tworzenie cytatów i mott życiowych. 
Kto zatem powiedział te słowa? Czy to był Stephen King? Zdaje mi się, że w powieści „Joyland” wspominał coś o historii… Nie, on mówił, że jest ona zbiorowym i dziedzicznym g*wnem rodzaju ludzkiego. To kto w takim razie… może Winston Churchill? Chyba tak… nie mam aż tak dobrej pamięci do cytatów, a tym bardziej do nazwisk ich autorów. Poprzestańmy jednak na Churchillu i dajmy sobie spokój z tymi podchodami. Po co więc je zacząłem? Cóż, to nie autor jest tutaj ważny, a wypowiedziane przez niego słowa, które akurat bardzo dobrze zapadły mi w pamięci. Dlaczego więc wcześniej zależało mi na przypomnieniu sobie tego jednego nazwiska? Odpowiem pytaniem na pytanie, a dlaczego miałoby mi na tym nie zależeć? Chciałem sobie je przypomnieć, ponieważ taki właśnie miałem kaprys. 
Znacie pewnie takie powiedzenie, że ciekawość jest rzeczą ludzką? Ja co prawda człowiekiem nie jestem i, całe szczęście, prędko się to nie zmieni, ale skoro mówią, że człowiek człowiekowi wilkiem, to czemu ciekawość nie mogłaby być również rzeczą wilczą? Aczkolwiek jest wielu takich, którzy uważają, że do wilka również bardzo mi daleko i odkąd pamiętam, okrzykują mnie demonem, pomiotem diabła, najgorszą zmorą… Nie żeby bardzo mi to przeszkadzało, właściwie to nawet podoba mi się sposób, w jaki jesteśmy w stanie tworzyć przeróżne historie, tylko dzięki własnym, niczym nie potwierdzonym przypuszczeniom. I wyglądowi, oczywiście. Wszyscy uwielbiamy od czasu do czasu ocenić napotkaną książkę po okładce, czyż nie mam racji? Chociaż w moim przypadku taka ocena jest zdecydowanie najtrafniejsza i gdybyście kiedykolwiek wpadli na tak absurdalny pomysł, jak poznanie prawdziwego mnie… cóż, aparycja jest wręcz idealnym odzwierciedleniem charakteru. Dlatego właśnie uważam, że z przysłowiami, jest jak z przykazaniami- nie należy się nimi kierować… a przynajmniej, nie kiedy spotyka się na swej drodze Diabła.
Ten wpis został przeze mnie zatytułowany, jako „historia”, choć szczerze mówiąc, wątpię aby tytuł miał cokolwiek wspólnego z tym, co właśnie opisuję. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami, które jestem skłonny wam wymienić i to nie tylko dla zabicia czasu. Nauczyłem się, że jeżeli dobrowolnie damy ludziom najmniejszy palec, nie powinni prosić o ten większy… a myśl o pochwyceniu ręki nawet im przez głowę nie przejdzie. Prawda jest taka, że nie tylko nie lubię mówić o sobie, ale nawet nie zamierzam podawać nikomu zbyt wielu szczegółów z mojego życia. Dlaczego? Cóż, moja historia nie jest może specjalnie ciekawa, ani długa, dlatego nie widzę sensu, by robić z niej coś wielkiego, jednak sama myśl o pozostaniu tajemniczym wilkiem bez historii, albo jeszcze lepiej- z nieodkrytą przez nikogo historią, ukształtowała się w moim umyśle już jakiś czas temu i muszę przyznać, że całkiem przypadła mi do gustu. Nie jest może najwspanialszym obrazem, jaki kiedykolwiek stworzył mój umysł, ale to zdecydowanie lepsze od podawania gdzie dokładnie się urodziłem, kto się mą zajmował, jak wyglądało moje życie w stadzie i dlaczego mnie z niego wyrzucono. Choć nie… ten fragment mojej historii akurat mogę wam opowiedzieć. Przede wszystkim dla zabicia czasu, jaki nam dano, ale głównie po ty, aby Was ostrzec. Nie jestem empatyczną osobą, jednak na ten drobny gest mogę się zdobyć, jeśli dzięki niemu zrozumiecie i zdacie sobie sprawę z tego, czy chcecie, czy nie chcecie mieć ze mną do czynienia. Nie uważam się za największe zło tego świata, jednak niektórym z Was radziłbym z marszu wybrać tą drugą opcję, choć wybór w ostateczności należy tylko do was i ja nie mam ani uprawnień, ani nawet zamiaru, by maczać w nim palce. Mogę za to z łatwością zadecydować, czy wybrana przez Was opcja będzie dobra, czy zła… i jak bardzo opłakane skutki przyniesie. Jednak, aby Was całkowicie do siebie nie zniechęcić, pragnę napomknąć, że nawet ktoś taki, jak ja potrafi być w miarę możliwości uprzejmy. Właściwie to wszystko zależy od trzech czynników: Mnie samego, Ciebie i tego kim jesteś, oraz od kaprysu Losu, który zawsze jest gotów podłożyć nam pod nogi najokropniejszą z przeszkód. Mimo wszystko, są takie chwile, kiedy nawet Los ma lepsze dni, chociaż mamy w zwyczaju dostrzegać je z lekkim opóźnieniem, zaledwie kilka sekund po tym, aż Niebo z powrotem przepoczwarzy się w Piekło. A je już zdecydowanie trudniej znieść. Poza tym, w męczarniach z reguły najdłużej wyczekujemy cudów.
Urodziłem się… jakiś czas temu w pewnej niewielkiej watasze… Tak, zacząłem opowiadać swoją historię, chociaż wcześniej zarzekałem się, że tego nie zrobię, dokładnie. Mam jednak nadzieję, że pamiętacie pewne słowa, które wcześniej napisałem. Czasem, jeśli dobrowolnie damy komuś palec, osoba ta nie będzie myślała o kolejnych i najzwyczajniej w świecie postanowiłem skorzystać z tej strategii. Poza tym, nie mam zamiaru podawać Wam nazwy watahy, opisywać terenu, który zajmowała, nawet nie podam kierunku, który potrzebny byłby do jej zlokalizowania. Opowiem najmniej, jak jest to możliwe, ale mimo wszystko c o ś jednak opowiem. Na czym to ja skończyłem? Ach tak, już pamiętam…
Stado, do którego przynależałem nie było specjalnie duże. Naszych terenów nie zamieszkiwała nie wiadomo jak liczna ilość członków, jednak nie powiem, by bardzo mi to przeszkadzało. Nawet lubiłem znać pozostałe wilki, jeśli nie z charakteru, to chociażby z imion, lub wyglądu. Nie dorastałem sam, ponieważ oprócz rodziców miałem jeszcze czwórkę rodzeństwa. Nie powiem, że dogadywaliśmy się świetnie, a już na pewno nie byliśmy idealną rodziną z obrazka, jednak dało się z nimi wytrzymać. Niektórzy członkowie rodziny nawet przypadli mi do gustu, choć myślę, że z perspektywy czasu byłoby lepiej, i dla nich i dla mnie, gdybyśmy nie mieli ze sobą nic wspólnego.
Kiedy dokładnie zacząłem interesować się Czarną Magią? Cóż, na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, nawet gdybym bardzo chciał. Po szczerości zdradzę Wam jednak, że nawet, gdybym znał na nie odpowiedź, pewnie i tak bym się nią nie podzielił. Mimo wszystko, to nie data jest tutaj najważniejsza, ale te dwa, wypowiedziane przeze mnie słowa. Czarna Magia. Radzę wam je zapamiętać, bo jeszcze nie raz się tutaj pojawią, a ja co jakiś czas będę do nich wracać. 
Oczywiście nie wyglądało to tak, że zacząłem uprawiać ten rodzaj czarów z dnia na dzień. Nie od razu pchnąłem siebie na złą drogę, o nie! Z początku było dość… normalnie… sztywno… szaro… nudno… Dzień ciągnął się za dniem, a za nim wlókł się kolejny, kolejny i jeszcze następny. Tygodnie, a następnie miesiące powoli zlewały się w jedną, niesamowicie długą całość, a my mieliśmy tego dość. Naprawdę nienawidziliśmy monotonii, a mówiąc „my” mam na myśli mnie, oraz część rodzeństwa. Po prostu postanowiliśmy wyrwać się z rutyny i to chyba w ten najdziwniejszy i najniebezpieczniejszy sposób, stawiając łapy w samym sercu diabelskiej ziemi. Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, oczywiście, choć mój starszy brat zawsze mawiał: „To jest Piekło. Wiem to, ponieważ tu jestem. Wiem to, ponieważ to my jesteśmy Piekłem.”, jednak nigdy nie zdarzyło nam się sprawdzić, czy te słowa są prawdziwe. Choć myślę, że nasza rodzinna wataha bez wahania powiedziałaby, że to, co im uczyniliśmy zasługiwało na miano Tartaru. 
Wracając do tematu, nie byliśmy pierwszymi wilkami w naszej rodzinie, które sięgnęły po zakazane zaklęcia, przemoc i oszustwa. Nie wiem, czy charakter i predyspozycje są w stanie w jakimś stopniu przejść, jeśli nie z pokolenia na pokolenie, to chociaż ukazać się u późniejszych przodków. To, co miało miejsce w mojej rodzinie mogłoby zostać uznane za zwykły przypadek, ot niefortunny zbieg okoliczności. A mimo to, ja i moje rodzeństwo nie byliśmy pierwszymi wśród korzeni naszego drzewa genealogicznego, którzy stali się… t a c y . 
Osobiście uważam, że pewnych cech nabywa się z wiekiem. Wiele naszych obecnych umiejętności zależy przecież od tego gdzie dorastaliśmy, czym się zajmowaliśmy przez większą część naszego życia, a nawet od tego, co nas ciekawiło za szczenięcych lat. Musimy mieć jednak świadomość, że istnieją też pewne cechy, których nie jesteśmy w stanie po prostu posiąść. Dostajemy je w momencie, w którym przychodzimy na świat, a może i jeszcze wcześniej? Rodzimy się z nimi, towarzyszą nam one podczas otwierania oczu, stawiania pierwszych kroków, dorastania i stopniowego odkrywania świata, kawałek po kawałku. Cechą, właściwie cechami, które co jakiś czas przekazywały sobie pokolenia mojej rodziny, była pewna zdolność manipulacji w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie objawiała się ona u każdego, jednak u tych, którzy zostali nią obdarowani, ukazywała się ona pod najrozmaitszymi postaciami. Przykładowo, mój najstarszy brat, Carrick, rozkochał się w wojsku. Od kiedy pamiętam wdawał się w bójki, które z wiekiem były coraz bardziej zajadłe i brutalniejsze. W bardzo szybkim czasie awansował, obecnie prowadzi własne, mordercze treningi… i tutaj właśnie ujawnia się jego zdolność manipulacji. Jest w stanie sprać każdego na kwaśne jabłko, bez chwili wahania wymierzyć własną sprawiedliwość, a jednak potrafi wydawać rozkazy, które nie zależnie od swojego szaleństwa, zawsze zostają wykonane. Moja bliźniaczka, Gwenllian, jako pierwsza ubrudziła się w Czarnej Magii. Ona również potrafiła wymuszać posłuszeństwo, choć w przeciwieństwie do Carrick’a, jej zdolności nie działały na żywych, a na tych, którzy już dawno opuścili ten świat. Potrafiła przywołać najgorsze zmory i kazać zrobić im dosłownie wszystko, o co poprosiła. Owszem, siostra była niezrównoważona, nawet przez myśl by mi nie przeszło, aby temu zaprzeczyć, jednak chyba właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy. Co do pozostałej dwójki z rodzeństwa, starsza Liesel umarła w wieku kilku lat, jako już dorosła wadera, jednak za życia była największą (i bez wątpienia najdoskonalszą) oszustką, jaką kiedykolwiek poznałem. Nie powiem wam czym dokładnie się zajmowała, ona również kochała tajemnice i to jestem w stanie dla niej zrobić, kiedy nie ma już jej wśród nas- sprawić, by stała się sekretem. Musicie jednak wiedzieć, że dzięki staraniom Gwenllian, nasza siostra powróciła do „życia”, pod postacią nocnej mary, która czasem towarzyszy mojej bliźniaczce, to taka ciekawostka. Jeśli chodzi o naszego najmłodszego brata, Lukasa, był on jedynym, którego odtrąciliśmy i jedynym, którego zaakceptowali nasi rodzice, oraz reszta stada. Gardził nie tylko przemocą i magią, ale także ryzykiem, niesubordynacją i rozrywką. Szczerze powiedziawszy, mało mnie obchodzi, co się z nim teraz dzieje. Nie żeby kiedykolwiek miało to dla mnie jakieś znaczenie.Mam nadzieję, że opis mojego rodzeństwa pomoże wam wyobrazić sobie zasadę, o której mówiłem. W naszej rodzinie od pokoleń pojawiali się Czarni Magowie, oszuści, złodzieje i Przeklęci, jednak to, czy się nim stałeś, czy nie, w dużej mierze zależało od predyspozycji. Posiadali ją moi pradziadkowie od strony ojca. Nie mieli jej rodzice matki, ani moi rodzice. U części kuzynostwa pojawiało się pojedynczo. Nie miał ich mój brat. Nasza czwórka, a i owszem.
Jeśli o mnie chodzi, można śmiało powiedzieć, że zdolności manipulacji, jakie odziedziczyłem są bardzo… nieokreślone, choć ja wole używać słowa „wszechstronne”. W przeciwieństwie do starszego brata, ja wolę ranić słowem, niż pięścią, choć talentu do tego drugiego raczej nie można mi odmówić. W końcu to właśnie Carrick mnie uczył, a on z pewnością nie jedno umiał. Potrafię oszukiwać, umiem grać, podobnie, jak bliźniaczka rozkochałem się w Czarnej Magii i bardzo lubię od czasu do czasu używać kilku zaklęć. Te zdolności nie są jednak moim największym umiejętnościami, choć o tych nie mam zamiaru pisać. Jak już wcześniej wspomniałem, lubię tajemnice, podobnie jak nasza Liesel. 
To, co później działo się z nami łatwo można sobie wyobrazić. Wataha się nas bała, po prostu. Nie chodzi tutaj tylko o to, że byliśmy nie godni zaufania, nie odznaczaliśmy się lojalnością, a także poczuciem pewnej hierarchii w stadzie, która wyraźnie nakazywała robienie pewnych rzeczy, zabraniając wykonywanie pozostałych. Z początku owszem, budziliśmy tylko brak zaufania, jednak z czasem zmieniał się od w niepewność, a ta w respekt i pierwszy stopień lęku, który z łatwością wyewoluował w strach. To nie wataha się nas pozbyła, to my ich porzuciliśmy i muszę przyznać, że był to jeden z nielicznych gestów dobroci, na jakie się odważyliśmy. A co było dalej? Rozstaliśmy się ze sobą, choć przez kilkanaście miesięcy wędrowaliśmy razem. Sama Apokalipsa nie dotknęła nas w wielkim stopniu, już i tak byliśmy dostatecznie skażeni. Po jakimś czasie, każde z nas obrało w końcu własną drogę i podąża nią do tej pory. 
Takim oto sposobem trafiłem do Watahy Apokalipsy, cały czas idąc przez siebie, bez konkretnie obranego celu. Nie wiem jeszcze na jak długo tutaj zostanę, choć fakt, że ktoś zdecydował się przyjąć kogoś takiego, jak ja jest doprawdy zadziwiający. 
Myślę, że moja opowieść kończy się w tym miejscu. Dowiedzieliście się o mnie niewiele, a nie mogę zagwarantować, że te fragmenty, które wam podałem nie są zmyślone. Mimo wszystko, w każdej opowieści znajduje się to małe ziarnko prawdy. To, co na pewno nie jest kłamstwem to moja osobowość, umiejętności, a także okrzykiwanie mnie demonem. To nie rodzice, ani rodzeństwo, nie dziadkowie, ani nie przywódcy rodzinnej watahy nadali mi obecne imię. Zrobili to ludzie i wilki. Ci, których nękałem. Ci sami, którzy nazwali mnie Diabłem.
Mam na imię Azazel, to również musicie wiedzieć, a mówią, że to, co ma imię jest mniej straszne.