sobota, 17 października 2015

Od Ehrendila - Historia

Cóż tu mówić... Urodziłem się w Królestwie. Od siódmego roku życia potrafię posługiwać się nożem, od dziesiątego - strzelać z łuku. Ojciec mnie nie oszczędzał. Należał do Gwardii Królewskiej i dbał o to by jego syn potrafił o siebie zadbać. Matka zmarła krótko po moich 13 urodzinach. Była dobrą kobietą. Naturalnie po jej śmierci nie miał się kto mną zajmować. Ojca pochłaniały obowiązki, a ja zamieszkałem w pałacu. Można powiedzieć, że "przygarnęła" mnie Królowa. Dorastałem z jej córką. Codzienne treningi pochłaniały większość mojego czasu, a noce spędzałem na nauce. Mimo niewielkiej ilości wolnego czasu czułem się w pałacu jak intruz. To nie był mój dom. Postanowiłem odejść. Pójść w świat. Takie rzeczy się zdarzają. Oczywiście bez zawodu byłbym nikim. Więc jestem Łowcą. Poluję na potwory. Apokalipsa mnie ominęła, bo właśnie wtedy cudownym zrządzeniem losu przebywałem pod ziemią. Podziemne miasta zamieszkiwane przez podobne do mnie, lecz nieco inne elfy. Tamte, w przeciwieństwie do mnie, żyją tylko pod ziemią. Niestety, stąd też musiałem odejść. Jakkolwiek piękne były owe miasta nie potrafiłem w nich żyć. Brakowało mi wiatru i tęskniłem za słońcem. Jednak gdy wyszedłem na powierzchnię... Powiedzmy, że dużo się zmieniło w ciągu tych kilku miesięcy...

****

Naciągnąłem kaptur na głowę chowając się przed niechcianymi spojrzeniami. I deszczem. Ulewa trwała już od trzech dni zamieniając drogi w grząskie bagno. Mój czarny płaszcz, teraz ciężki od wody łopotał na wietrze. Ale ja szedłem dalej nie zwracając uwagi na błoto oblepiające moje buty. Przy pasie czułem ciężar miecza. Zabawne jak ten zimny, twardy metal dodawał mi otuchy przed tym co miało się stać. Niejako spartaczyłem robotę. Owszem zabiłem demona terroryzującego miasto. Niestety nie uratowałem pewnej dziewczynki - córki radcy miasta. A teraz mam się spotkać z tym człowiekiem. To nie będzie przyjemne spotkanie...

I miałem rację. Już po kilku minutach uciekałem konno mając za sobą pół miasta strażników. Nie mieli szansy mnie złapać, co nie zwalniało mnie od myślenia. Jedyny plus, że przestało padać. A szybki galop pomógł wysuszyć ubranie. Co prawda nie wiem czyj to koń, ale jest szybki. Odjechałem jeszcze spory kawałek od miasta zanim zatrzymałem konia. Zeskoczyłem na ziemię i przeciągnąłem się. Wyłuskałem z kieszeni kilka złotych monet - moje ostatnie oszczędności - i wsunąłem je do juki przy siodle. Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta... W ten sposób pozbyłem się całego złota. Odesłałem konia z powrotem w stronę miasta. Znajdzie drogę do stajni. Do zachodu słońca szedłem pieszo wzdłuż drogi. A potem oddaliłem się nieco od głównego traktu i rozpaliłem ogień. Chyba mam gdzieś tu jeszcze jakieś jagody... Przeszukałem sporą skórzaną torbę i znalazłem to czego szukałem. A potem zmorzył mnie sen.

Obudził mnie hałas. Ognisko wygasło, a na mnie kropił właśnie chłodny deszcz. Niedaleko mnie zauważyłem parę ślepi. Powoli podniosłem się z ziemi i sięgnąłem po sztylet. Wilk, bo z całą pewnością były to wilcze ślepia, zbliżył się nieco.
- Idź stąd... - syknąłem w stronę zwierzęcia
- Nie - odpowiedział mi damski głos. Przesłyszałem się? Czy ten wilk coś właśnie powiedział?
- No nie patrz na mnie jak na ósmy cud świata - prychnęła wadera
Odwróciłem wzrok. Więc dobrze... Wadera mówiła. Wziąłem głębszy oddech.
Przez resztę nocy rozmawiałem z wilkiem. Shira, bo tak nazywała się owa wadera stwierdziła, że nie zabije mnie przynajmniej na razie. Za to ja zgodziłem się dołączyć do Watahy Apokalipsy. Teraz przynajmniej mam swoją jaskinię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz