środa, 6 lipca 2016

Od Azazela - "2" (EVENT cz.2)

To właśnie wtedy polanę przeszył ogłuszający ryk. Przypominał wrzask wielu istot, których głosy po jakimś czasie zlały się w jeden groźny warkot, wypełniający pustą, trawiastą przestrzeń dookoła nas.
Wtedy ujrzałem go po raz pierwszy. Stałem u jednego krańca polany, kiedy po jej drugiej stronie zobaczyłem parę ślepi, niczym dwa ogniki iskrzących się w mroku lasu. Nie minęła chwila, a do pierwszej pary dołączyły jeszcze dwie kolejne, choć te, mniejsze i wijące się bez przerwy w ciemnościach, znacznie ciężej było wypatrzyć.
Wyszedłem na otwartą przestrzeń, przyglądając się uważnie zakrwawionym pyskom bestii. Widziałem złotą grzywę, ozdabiającą największą z głów, oraz parę rogów, wijących się na dwóch pomniejszych głowach, o długich, smoczych szyjach. Widziałem też cztery, masywne nogi i parę czarnych, jak smoła skrzydeł. Za bestią, niczym jadowity wąż, wił się długi ogon, zakończony czymś, co z daleka przypominało kolec z trucizną.
Uśmiechnąłem się, kiedy trzy pary płomiennych oczu spoczęły na mnie. Z wszystkich paszczy wydobył się ryk, kiedy potwór ruszył w moją stronę. Widzicie? To było właśnie ślepe działanie pod wpływem instynktów, o którym wcześniej wspominałem.
Odczekałem jeszcze kilka chwil, aby trzygłowa bestia znalazła się dostatecznie blisko, po czym gwałtownie uskoczyłem w bok. Tak wielkie i ciężkie zwierzęta może i były silne, jednak wszystkie miały jeden słaby punkt, jakim była bardzo mała zwinność… albo też jej całkowity brak. Potwór nie był w stanie od razu zawrócić, co dało mi kilkanaście dodatkowych sekund. Kiedy biegłem, poczułem, jak moją skórę powoli porasta sierść, uszy i pysk wydłużają się, zaś zęby stają się coraz ostrzejszymi, wilczymi kłami.
Gdy do mych uszu dotarł rozwścieczony warkot jednej z głów, nie odwracając się za siebie rozłożyłem skrzydła i po kilku uderzeniach łap o mokrą nawierzchnię, oderwałem się od ziemi. Poczułem, jak chłodne, nocne powietrze targa mi futro, jak wiatr świszczy mi w uszach jedną ze swych długich, wysokich melodii. Nie minęła chwila, kiedy zagłuszył go ryk potwora, który za moim przykładem postanowił wzbić się w przestworza.
Być może popełniłem błąd, odrywając się od ziemi. Bestia okazała się świetnym lotnikiem, bo chociaż nie testowałem jego zwinności w przestworzach, to silna i ogromna para skrzydeł zdecydowanie lepiej radziła sobie z prędkością, niż moje opierzone skrzydła nietoperza. Pocieszałem się w duchu, że jestem w stanie nadrobić tą stratę kilkoma sztuczkami, a ponadto…
- K*rwa mać!- warknąłem, kiedy w ostatniej chwili udało mi się uniknąć pokąsania przez trujące żądło potwora.
Mało brakowało, a skończyłbym, jak mój poprzednik.- pomyślałem, a przed oczami ukazał mi się obraz konającego mężczyzny, zapluwającego się spienioną śliną, na przemian kaszlącego krwią. Widziałem, jak jego ciało skręca się i drga, jak tuż przed śmiercią wykazuje ostatnie oznaki życia. Wizja ta, choć wydawała się niesamowicie rzeczywista, w mgnieniu oka została wypędzona z mojego umysłu, kiedy jedna z wężowych głów „Dwójki” pomknęła w moją stronę z rozdziawioną szeroko paszczą.
- A piep**cie się wszyscy!- warknąłem, nurkując gwałtownie w dół.
Ponownie rozłożyłem pierzaste skrzydła, lecz teraz to ja znajdowałem się za lecącą bestią. Działając bardziej pod wpływem impulsu, niż zdrowego rozsądku, wbiłem się kłami w jedną ze smoczych szyi. Odpowiedział mi żałosny ryk pozostałych dwóch głów, gdyż ta zaatakowana nie była już w stanie wydobyć z siebie żadnego, nawet najcichszego dźwięku. Wyglądało to trochę tak, jakby potwór miał trzy życia i stracił dopiero jedno z nich. Zostały więc jeszcze dwa, a mi właśnie przyszedł do głowy pomysł, jak najskuteczniej byłoby się ich pozbyć.
Pomyślałem o sile swojego przeciwnika, o tym jak szarżował w moją stronę na polanie. Przypomniałem sobie również o jego braku zwinności i nie najlepszym radzeniu sobie z ostrymi zakrętami, a także o tym, że jeszcze nie testowałem jego sprawności w przestworzach.
Mimo protestów potwora, który groził mi, bez przerwy wymachując trującym ogonem, zdołałem wgryźć się w jedno z ogromnych skrzydeł. Cienka błona, rozstawiona między kośćmi okazała się mniej wytrzymała, niż sądziłem. Nie minęła chwila, a bestia straciła równowagę i pomknęła w kierunku ziemi. Z dziurawym skrzydłem nie sposób było latać, nawet jeśli to drugie pozostawało sprawne. Poza tym, ciężar stwora zdecydowanie przekreślił jego szanse na dłuższe pozostanie w przestworzach.
Złożyłem skrzydła, a w następnej chwili już pikowałem w dół, podążając za spadającą, trzy… dwugłową bestią. Myślę, że najbardziej makabrycznym widokiem nie było jego nieuniknione spotkanie z twardą nawierzchnią, a wcześniej zaatakowana przeze mnie głowa, która teraz miotała się bezwładnie w te i we w te, niczym flaga na wietrze. Przyznaję, że ten widok okazał się zabawniejszy niż sądziłem i myślę, że gdyby nie okoliczności, parsknąłbym drwiącym śmiechem. Mimo wszystko, poczułem jak na usta wkrada mi się jeden z moich słynnych, złośliwych grymasów, kiedy ogromne cielsko bestii zderzyło się z twardym gruntem.
W ostatniej chwili udało mi się wyrównać lot, a następnie znaleźć się na mokrej trawie, zaledwie kilkanaście kroków od potwora.
- Dolor.- syknąłem, kiedy bestia, mimo bolesnego upadku, próbowała podnieść się i znów stanąć na równe nogi.
W jednej chwili, pod wpływem zaklęcia, całą polanę wstrząsnął ryk bestii. Dźwięk ten był wręcz nieporównywalny do jej wcześniejszego, agresywnego warkotu. Teraz przypominał lament torturowanego szczeniaka, który jedyne, co był w stanie zrobić, to zwijać się z bólu i liczyć na cudzą pomoc.
Jednak dookoła nie było nikogo, tylko nasza dwójka. Ja i bestia. Bestia i ja. Choć w tamtym momencie, to mi było bliżej do potwora.
Jeszcze przez kilka sekund obserwowałem, jak zaklęcie „Ból” wykręca szyje potwora, łamie mu ocalałe po upadku kości i wygina kończyny pod nienaturalnym kontem.
- Satis.- powiedziałem po chwili i chociaż świszczący wiatr porywał każde moje słowo, czar „Dość” zadziałał bezbłędnie, jak samo jak poprzedni.
Kiedy Dwójka przestała się ruszać, podszedłem do jej martwego cielska. Wraz ze zmniejszającym się dystansem między nami, sierść pokrywająca moje wilcze ciało stawała się coraz krótsza, aż w końcu całkowicie zniknęła. Uszy i pysk powróciły do ludzkich kształtów, zniknął ogon, złożyły się czarne skrzydła. Jedynie ostre zęby pozostały podobne do tych wilczych, choć te ludzkie z pewnością nie były tak wielkie i okazałe.
- To chyba koniec naszej wspólnej przygody, co?- rzuciłem do martwego stwora, klepiąc go po lwim pysku.
Posłałem przelotne spojrzenie zmasakrowanej przeze mnie głowie, a w oczy od razu rzucił mi się brak jednego z rogów. Zauważyłem go kilka kroków dalej i bez zastanowienia chwyciłem powykręcaną kość w rękę. Nie żebym był bardzo sentymentalny, ale od czasu do czasu lubiłem zabierać niewielkie „trofea” po dobrze wykonanej robocie. Przypominały mi o tym ilu nic nieznaczących robali pozbyłem się z tego świata.
Chwyciłem róg w jedną rękę i odwróciłem się plecami do bestii. Czułem na sobie jej lepką krew, jednak w tamtym momencie nie przejmowałem się zbytnio swoim wyglądem. Przecież dookoła nie było nikogo, kto mógłby pisnąć, stanąć jak słup soli, albo zemdleć z przerażenia, na mój widok.
Ruszyłem w stronę gąszczu leśnych drzew, zostawiając za sobą cielsko martwego potwora, tak, jak wcześniej zostawiłem zwłoki tamtego mężczyzny. Księżyc, oraz towarzyszące mu gwiazdy- jedyni świadkowie całego zdarzenia, spoglądali na mnie ze stoickim spokojem, oświetlając mi drogę.

Od Azazela - "2" (EVENT cz.1)

Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, które ludzki umysł jest zdolny do siebie dopuścić. Wręcz przeciwnie! Wszystko wskazuje na to, iż w miarę jak ciemność rośnie, zatruwając powoli nasze sera i umysły, a świat dookoła staje się coraz mroczniejszy i złowieszczy, organizm człowieka jeszcze bardziej upodabnia się do gąbki. Nieświadomie wchłania te wszystkie toksyny i zarazy, które istnieją wśród nas od zawsze, choć nauka nigdy nie potrafiła nam ich wyjaśnić, ani zdefiniować. Mówiąc prościej, im ciemność dookoła staje się coraz głębsza, owa głębia znajdująca się w nas samych zaczyna rosnąć wykładniczo- Osoba, która raz została skażana, staje się bardziej podatna na skażone środowisko, przy okazji wpuszczając mrok nawet w te oświetlone zakamarki świata, pociągając na dno kolejnych niewinnych. Zaistniałej w nas grozy nie da się tak po prostu wypędzić, a wydrążona w sercu głębia jest dziurą bez dna- nie do zasypania, nie do zakrycia, nie do ukrycia przed bystrym wzrokiem.
To jedno z surowych praw natury, którego ma obowiązek przestrzegać każda z wyznaczonych przez nią istot. Wilki łączą się w watahy, konie biegają w stadach, ryby pływają w ławicach, smoki tworzą gromy, zaś gęsi przemierzają niebo kluczem. I tak, jak wilk bez powodów nie napadnie drugiego wilka, a ryba nie pożre pobratymca z ławicy, tak koszmar będzie współpracować z drugim koszmarem, mnożąc się i dzieląc. A kiedy staje się on dość czarny i głęboki, groza zaczyna rodzić kolejną grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne złe czyny, których część stanowią rozmyślne, a część zupełnie przypadkowe i odruchowe działania. Jednak nie zależnie od źródła, ani intencji, w końcu wszystko pochłonie ciemność.
Najniebezpieczniejszym pytaniem pozostaje jednak ile dokładnie grozy jest w stanie pochłonąć i, co ważniejsze, znieść przeciętny umysł, aby wciąż zachować niezłomną łączność z rzeczywistością. Myślę, że w głowie każdego istnieje pewna granica, elastyczny wyznacznik, do którego zbliżamy się w miarę pochłaniania kolejnych lęków. Bo chociaż same granice grozy nie istnieją w umysłach, to czerwona linia, którą przekraczamy pod wpływem zbyt dużej ilości strachu egzystuje, zmieniając rzeczywistość w absurd. Możliwe, że to właśnie w tej chwili zdrowy umysł zaczyna ratować się przed upadkiem, albo też załamywać i niczym szmaciana lalka, opadać bezwładnie w ciemność. Jeśli zdołasz się podciągnąć i wrócić do rzeczywistości, możliwe, że wygrzebiesz się z bagna, w które wcześniej wlazłeś. Natomiast, jeśli poddasz się całkowicie i dotkniesz dna głębi, wtedy…
… Wtedy tworzą się potwory.
Nie ważne kim wcześniej byłeś- człowiekiem, wilkiem, czy może jeszcze innym gatunkiem, pod wpływem rosnącego chaosu zmieniasz się w bestię. Przestajesz trzeźwo myśleć, działasz ślepo pod wodzą instynktów, a wszystko, co widzisz na swojej drodze wydaje się wytworem szaleńca, choć tak naprawdę jedynym absurdem jesteś ty sam…
Kiedy tak o tym myślę, powraca mi poczucie humoru.

Klęczałem na mokrej ziemi, zewsząd otoczony rozłożystymi koronami drzew. Pochyliłem się nad zakrwawionym mężczyzną, starając się wyciągnąć od niego jak najwięcej, nim Żniwiarz pochwyci go w ramiona.
- Jak on wyglądał?- powtórzyłem nie wiem który już raz z rzędu, starając się brzmieć jak najuprzejmiej, choć powoli trafiłem cierpliwość.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że osobę zaatakowaną przez potwora, którą od śmierci dzielą minuty, może sekundy, mało obchodzi moja udawana uprzejmość, jednak w tamtym momencie wydawała się rozsądniejszym zachowaniem, niż każde inne posunięcie, do którego byłem zdolny.
- Y… gwy…- z gardła zakrwawionego wydobył się pomruk, przypominający bulgoczącą wodę. Nieznajomy poderwał się gwałtownie do góry, a kiedy kaszlał z jego ust wylatywały coraz liczniejsze krople krwi.- Trzy głowy…- powtórzył wyraźniej, zwracając twarz w moją stronę, jakby dopiero teraz naprawdę zdał sobie sprawę z mojej obecności.
Skinąłem głową, przyglądając się powoli konającemu. Znalazłem go leżącego wśród leśnych drzew nie więcej, niż dwie, może trzy minuty temu i od tego momentu jego stan wciąż się pogarszał. Już na samym początku nie było niczego, co mogłem dla niego zrobić, choć i tak zależało mi tylko i wyłącznie na informacjach o potworze, który go zaatakował.
- Skrzydła… jak dwa cienie.- kontynuował mężczyzna, choć ból wykrzywiał mu twarz w okropnym grymasie. Słyszałem, jak jęknął, kiedy kładł głowę z powrotem na ziemi.- I jeszcze… jaaaa…d- dodał, a jego oczy, choć wciąż skierowane były w moją stronę, zdawały się patrzeć gdzieś bardzo daleko.
Kiedy je zamknął, wstałem, wzdychając ze zrezygnowania. Wytarłem dłonie o spodnie, do których poprzylepiały się mokre od deszczu kępy trawy. Ruszyłem przed siebie, ostatni raz oglądając się za siebie, w stronę zaatakowanego. Nie zdołałem jednak zrobić jednego kroku, kiedy poczułem, jak zimna ręka chwyta mnie za kostkę. Nie, „chwyta” to zbyt mocne określenie, jego sine, pozbawione czucia palce zdołały się jedynie otrzeć o nogawkę spodni.
- Pomścij mnie…- wydobyło się z gardła umierającego mężczyzny.- Zabij go… za m.. nieee.
Spojrzałem nieznajomemu głęboko w oczy, a z mojego gardła wydobyło się cyniczne parsknięcie. Pokręciłem przecząco głową, bardziej z niedowierzania, niż w geście sprzeciwu.
- Nie robię tego dla Ciebie.- rzuciłem, uśmiechając się nieprzyjemnie.- Z resztą, tobie i tak nic już nie pomoże.- dodałem, kiedy ranny ponownie zamknął oczy. Tym razem na wieczność.
Kiedy powoli oddalałem się od zmarłego, kątem oka zauważyłem białą, pieniącą się ślinę, wypływającą mu z ust i spływającą po brodzie na strzępy zakrwawionego ubrania.
Przynajmniej nie kłamał w sprawie trucizny.- pomyślałem, zostawiając nieznane mi z imienia zwłoki mężczyzny daleko za sobą.
Skoro został zaatakowany niedawno, bestia wciąż musiała grasować gdzieś w okolicy, a sądząc po ranach na jego ciele, do małych z pewnością nie należała. Wytropienie większej bestii będzie znacznie łatwiejsze, jednak przecież nie miałem zamiaru poprzestać na znalezieniu potwora.
Kiedy otaczające mnie drzewa zaczęły powoli znikać, zatrzymałem się u schyłku niewielkiej polany. Zimny wiatr dmuchnął mi prosto w twarz, odgarniając z czoła srebrno-czarne pasma włosów. Powiew niósł ze sobą silny zapach krwi i zgnilizny. Usłyszałem nad sobą krakanie, a kiedy spojrzałem w górę, moim oczom ukazała się chmara kruków, wron i jeszcze jakiegoś niezidentyfikowanego, czarnego ptactwa, sunąca po bezchmurnym niebie.
Czułem, że byłem już blisko.
I jestem pewien, że on również to czuł.

Ciąg dalszy nastąpi...

Od Nirvany CD. Zero

Poszłam spać, trochę niezręcznie wyszło ale jakoś tak dzisiaj wyszło.
Wtulona w niego obudziłam się nad ranem. Wstałam i zostawiłam mu karteczkę z napisem ,,Idę coś upolować, Kocham Cię ~ Nir" i zamieniając się w wilka wyszłam z jaskini. Powitał mnie kolejny słoneczny dzień w leśnym zaciszu. Promyki wschodzącego słońca opromieniały mój pysk a ptaki spokojnie ćwierkały dodając mi przyjemności w spacerze na łąkę pełną smacznej zwierzyny. Gdy dotarłam już na miejsce poczułam, że ktoś tu jeszcze jest, odwróciłam się gwałtownie...za mną stał Zero. Uśmiechnęłam się. Postanowiłam zrezygnować z polowania więc postanowiłam się udać nad rzekę, połapać ryby.
- Idziesz ze mną Zero? - zapytałam
- Pewnie - odpowiedział śmiało.
Ruszyliśmy w stronę rzeki rozmawiając.

<Zero?>

wtorek, 5 lipca 2016

Od Zero CD. Nirvany

- Łaskoczesz mnie - mruknąłem. Bądźmy szczerzy moja piżama jest dość skąpa. W sumie prawdę powiedziawszy na ogół nocą nie mam na sobie absolutnie nic. Takie przyzwyczajenie z czasów kiedy żyłem sobie całkiem samiutki. Wtedy raczej nie musiałem się niczym przejmować, więc po co miałem robić sobie problemy kombinowaniem jakiegoś stroju do spania? Zresztą tak jest wygodniej.
- A co ja poradzę...? - odpowiedziała mi Nirvana - Jak ci przeszkadza to się ubierz.
- No, aż tak, źle to nie ma - odparłem śmiejąc się lekko.
- Mhm... - mruknęła tylko. Pogłaskałem ją dłonią po plecach.
- Tak się zastanawiam... Naprawdę idziemy już spać? - spytałem w końcu.
- No... A co? - dziewczyna podniosła głowę patrząc na mnie.
- Jeszcze wcześnie, jest... - zacząłem uśmiechając się przebiegle - Światło zgaszone, nikogo w pobliżu nie ma, jesteśmy w łóżku...
- Wiem do czego zmierzasz - przerwała mi - Dzisiaj nie, dobrze?
- Yhh... Niech ci będzie - wymamrotałem z lekka rozczarowany. Zapadła cisza, a po chwili Nir już spała, więc ja też nie miałem innego wyjścia jak iść spać.

<Nir?>

poniedziałek, 4 lipca 2016

Od Raven'a CD. Alissy

A więc przeprasza, tak? Całkiem miło, ale raczej nadal jestem zły, a jedno "Przepraszam" wiele nie zmienia. Są rzeczy które mimo wielu lat nadal bolą mnie tak samo. To koszmary, które odbierają mi spokojny sen, nękają przez stulecia i nie znikają. Nigdy. Po otwarciu oczu one nadal istnieją boleśnie uświadamiając mi, że ten koszmar już nigdy się nie skończy. Właśnie tak wygląda rzeczywistość. Mroczna czeluść w którą wpadłem lata temu, a z której nie ma powrotu. Wieki krwi, śmierci i ciągłego ryzyka. Można by pokochać to co mi dano. Tylko czy anioł jest w stanie pogodzić się z tym, że został demonem? Czy na świecie istnieje siła, która zmusiłaby anioła (nawet Upadłego) do tego by czerpał przyjemność z własnego wygnania z Edenu? Właśnie to jest ta brutalna rzeczywistość mojego świata. Z dala od szczęścia, bezpieczeństwa, miłości... Z dala od wszystkiego. Mógłbym oczywiście wyjść na słońce, którego de facto nie oglądałem od ponad 1000 lat, mógłbym spojrzeć w jego jasną tarczę, mógłbym poczuć dotyk promieni na twarzy. Mógłbym... Gdybym chciał oślepnąć i umrzeć. Dopóki tego nie planuję, nie ma co liczyć na porzucenie drapieżnych szponów życia w ciemności. Póki co nadal będę rozdrapywać swoją przeszłość. To kim byłem, a kim jestem... Dwa światy. Mam zaledwie imitację życia, które mógłbym wieść. Nigdy nie zamierzam się z tym godzić. Będę uparcie trwać w bezsilnej wściekłości, przeklinając każdą chwilę która doprowadziła mnie do chwili obecnej. Będę pamiętać wszystkie wyssane z krwi truchła które po sobie zostawiłem. Nie, nie wiem na kim się mszczę. Osoby za to odpowiedzialne już nie żyją. Własnoręcznie wycisnąłem życie z istot dzięki którym mam to, co mam. Więc dlaczego nadal świat musi cierpieć? Może dlatego, że i ja cierpię. W każdej cholernej sekundzie, swojego cholernego życia. Czy tylko ja mam mieć tak nieprzeciętnego pecha? Mogę przecież zrujnować po drodze inne życia.
- Więc...? Przyjmiesz moje przeprosiny? - z moich rozmyślań wyrwał mnie głos dziewczyny. Zabawne jak szybko tracę kontakt z realnym światem uciekając w ten jakże fascynująco ciemny labirynt jakim stał się mój umysł. Zmierzyłem Alis chłodnym wzrokiem analizując wszystko po raz kolejny. Wyglądała jakby moje milczenie ją męczyło. Gdybym zechciał zobaczyć aurę którą emanuje, zapewne jej niepewność by mnie poraziła. Naprawdę jej źle z tą sytuacją... Zamknąłem oczy opierając głowę o ścianę za sobą. Odetchnąłem głęboko.
- Być może - odparłem obojętnie. Doskonale umiem udawać obojętność. To zawsze dobre wyjście. Nikt cię nie przejrzy, jeśli nie dasz mu żadnego znaku. Lepiej budzić respekt niż litość. Zdecydowanie wolę zostać nieprzewidywalnym mordercą za jakiego uważa mnie znakomita większość ludzi z którymi miałem do czynienia. Bywa to dość wygodne.
- To tak...? Czy nie...?  -spytała. Otworzyłem oczy posyłając Alis zirytowane spojrzenie.
- Niech stracę... Oczywiście Alisso - odpowiedziałem wyraźnie akcentując jej imię. Naturalnie znam jej pełne imię. Takie informacje są czasem przydatne. Teraz z lekkim rozbawieniem obserwowałem jak oddycha z ulgą. Odepchnąłem się od ściany i ruszyłem w dół ulicą. Którędy do stajni? Zapewne gdzieś na obrzeżach miasta. Przynajmniej z logicznego punktu widzenia. 
- Hej...?! A gdzie ty...? - nie dokończyła pytania - Wybacz... Miało już nie być pytań - stwierdziła zrównując się ze mną. A więc to tak? Będzie nadal za mną chodzić, co? No to zobaczymy kiedy jej się znudzi. Ja tam mogę być bardzo cierpliwy.
Nadal utrzymując perfekcyjnie odarty z emocji wyraz twarzy zerknąłem kątem oka zerknąłem an dziewczynę. Wyraźnie było widać, że dziewczyna wręcz marzy o przerwaniu panującej wszędzie cichy. Wyglądała jakby toczyła wewnętrzną walkę z samą sobą. Mógłbym się założyć, że chciała zadać mi jedno z wielu krążących jej po głowie pytań. Niestety nie miałem nastroju na dyskusje, a tym bardziej nie na rozmowy o niczym. Odpowiadało mi milczenie.
W pewnym momencie poczułem zapach siana i koni. Bingo! Stanąłem w miejscu starając się zlokalizować kierunek z którego niesie się woń. Jedna z tych przyjemniejszych dla mnie, jeśli miałbym to skomentować.W końcu ustaliłem źródło zapachu i podjąłem marsz w tamtą stronę.
- Dobra... Gdzie my tak właściwie idziemy? - spytała w końcu.
- Do stajni - oznajmiłem krótko. W odpowiedzi otrzymałem zdziwione spojrzenie dziewczyny. Widać nie tego się po mnie spodziewała. Nieobliczalny, niezwykle pociągający demon... No dobrze, może przesadziłem. Choć z drugiej strony, pewnie znajdzie się z dwie czy trzy osóbki gotowe poprzeć moje słowa.
- Ymmm... Do stajni. Ale... Po co? - nadal nie rozumiała. Czy to aż tak dziwne? Ponoć wszyscy mamy jakieś hobby.
- A niby po co się chodzi do stajni? - przewróciłem oczami przekraczając bramy celu swojej wędrówki. Jeszcze tylko wyłamać parę zamków i będę mógł sobie pojeździć.
Przeszedłem się po placu zaznajamiając się z rozmieszczeniem budynków. Siodlarnia mi potrzebna, ale za nim to wypadałoby jeszcze konia wybrać. Obstawiam największy budynek. Podszedłem więc do sporych drzwi spróbowałem je otworzyć. Oczywiście, że były zamknięte. Przyłożyłem do zamka otwartą dłoń szykując się do skorzystania ze swojej starej sztuczki. Ileż to razy mi się przydawała?
- Apertus - warknąłem. Drzwi odskoczyły od mojej ręki i otworzyły się, a ja bardzo zadowolony z siebie ruszyłem na poszukiwanie wierzchowca.

<Alis?>

niedziela, 3 lipca 2016

Od Lizzy CD. Ehrendila

- YYYGH!- wyjęłam zza paska saksę i zaczęłam dziabać te rośliny. W międzyczasie zakochana para zaczęła się oddaliać. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt, że długouchy był baardzo zadowolony z siebie. Heh, taki z niego miłośnik roślinek, a zmusił mnie bym je pocięła. Roślinki też żyją i też mają uczucia (wiem co mówię). Pewnie specjalnie zrobił jakąś śpiewaną magię żeby te durne pnącza były trudne do przecięcia.- A gdzie frajerze byłeś jak trzeba było pochować trupy z masakry co? Teraz takiś sprytny, Łepka pod kupą chwastu schować... No przecież!- palnęłam się w czoło. To są rośliny! Dobra, tego chyba nie zrypię... Położyłam dłoń na roślinie, nie spodoba jej się to...
- Pretensje do długouchego, on was tu postawił- poczułam znajome mrowienie, które towarzyszy cofaniu czasu i pozwoliłam mu przejść przez moją dłoń, prosto do kupy zielska. Wystarczyłoby cofnąć o pół sekundy, ale gdzie w tym fun? Więc cofnęłam się dokładnie o 2 minuty i 28 sekund..
- ...abawy z Łepkiem.- rzucił długouchy odwracając się na pięcie, z uśmiechem obserwowałam jak po sekundzie dociera do niego, że coś jest nie tak. Nie wiem co pierwsze do niego dotarło, czy smród rozkładu, czy może jednak zdążył spostrzec, że z przed chwilą silnych i zdrowych roślinek została teraz zielono-brązowa paćka, trochę jakby niektóre fragmenty rośliny już zaczęły więdnąć, inne przypominały wyglądem świeże pędy, jeszcze inne wyglądały jakby zostały wysuszone na wiór lub zaczęły gnić od namiaru wody. Wygląda to dość... niepokojąco-ciekawie. Tak się zazwyczaj dzieje z żywymi obiektami które próbuję cofnąć w czasie (no, z roślinami. Zwierzęta wyglądają... Zazwyczaj normalnie, ale ich mózg przypomina zapewne taką właśnie paćkę). Bez słowa, i zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać rozpoczęłam proces dekapitacji trupa. Zaschnięta powłoka (będąca kiedyś chyba skórą wilka) wydawała dźwięki drących szmat, a smród stał się jeszcze gorszy. Długouchemu ewidentnie zrobiło się bardzo niedobrze. Słabeusz. Ja tylko zacisnęłam zęby i wciągałam powietrze przez usta, niewiele to pomagało i miałam wrażenie, że ten smród osiada mi się na języku, ale już sobie z tym radziłam. Po chwili z triumfem podniosłam odcięty łeb i pokazałam go parce
- Tadaa! Nieźle co?- wyszczerzyłam się
- Jeśli tak pięknie poradziłaś sobie z pnączami, zapewne możesz się teraz sama pozbyć tego truchła. - stwierdził Ehrendil (naprawdę, prostszego imienia nie mógł sobie sprawić?) bez większego entuzjazmu. - Chodźmy Sorrow- długouchy złapał swoją dziewczynę za rękę i znowu gdzieś pociągnął, jak najdalej ode mnie oczywiście. Pfff, aż taka straszna w tym życiu nie jestem. No ale cóż, później może podrzucę im kawałek zwłok na pamiątkę albo coś, a teraz....
- No, Łepek, trza znaleźć te żuki... Jak ty je tam nazywałeś? Dermestes maculatus, co nie?- nie dostałam odpowiedzi, w zasadzie to nawet dobrze, bo pewnie nieźle Łepkowi teraz wali z pyska. 
 
<Ehrendil? nie maaam pomysłów i wgl... :3>

Od Azazela - Historia

„Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać.” Kto powiedział te słowa? Szczerze wątpię, aby wielu znanych ludzi poświęcało aż tyle uwagi pojęciu historii świata, całej ludzkości, tym bardziej pojedynczych jednostek… jednak jestem pewien, że te słowa nie należą do mnie. Musiałem je więc kiedyś gdzieś przeczytać, ewentualnie usłyszeć przypadkiem podobny cytat. Nie, druga opcja nie wchodzi w grę. Żaden z moich znajomych nie ma aż tak nudnego życia, by bawić się w tworzenie cytatów i mott życiowych. 
Kto zatem powiedział te słowa? Czy to był Stephen King? Zdaje mi się, że w powieści „Joyland” wspominał coś o historii… Nie, on mówił, że jest ona zbiorowym i dziedzicznym g*wnem rodzaju ludzkiego. To kto w takim razie… może Winston Churchill? Chyba tak… nie mam aż tak dobrej pamięci do cytatów, a tym bardziej do nazwisk ich autorów. Poprzestańmy jednak na Churchillu i dajmy sobie spokój z tymi podchodami. Po co więc je zacząłem? Cóż, to nie autor jest tutaj ważny, a wypowiedziane przez niego słowa, które akurat bardzo dobrze zapadły mi w pamięci. Dlaczego więc wcześniej zależało mi na przypomnieniu sobie tego jednego nazwiska? Odpowiem pytaniem na pytanie, a dlaczego miałoby mi na tym nie zależeć? Chciałem sobie je przypomnieć, ponieważ taki właśnie miałem kaprys. 
Znacie pewnie takie powiedzenie, że ciekawość jest rzeczą ludzką? Ja co prawda człowiekiem nie jestem i, całe szczęście, prędko się to nie zmieni, ale skoro mówią, że człowiek człowiekowi wilkiem, to czemu ciekawość nie mogłaby być również rzeczą wilczą? Aczkolwiek jest wielu takich, którzy uważają, że do wilka również bardzo mi daleko i odkąd pamiętam, okrzykują mnie demonem, pomiotem diabła, najgorszą zmorą… Nie żeby bardzo mi to przeszkadzało, właściwie to nawet podoba mi się sposób, w jaki jesteśmy w stanie tworzyć przeróżne historie, tylko dzięki własnym, niczym nie potwierdzonym przypuszczeniom. I wyglądowi, oczywiście. Wszyscy uwielbiamy od czasu do czasu ocenić napotkaną książkę po okładce, czyż nie mam racji? Chociaż w moim przypadku taka ocena jest zdecydowanie najtrafniejsza i gdybyście kiedykolwiek wpadli na tak absurdalny pomysł, jak poznanie prawdziwego mnie… cóż, aparycja jest wręcz idealnym odzwierciedleniem charakteru. Dlatego właśnie uważam, że z przysłowiami, jest jak z przykazaniami- nie należy się nimi kierować… a przynajmniej, nie kiedy spotyka się na swej drodze Diabła.
Ten wpis został przeze mnie zatytułowany, jako „historia”, choć szczerze mówiąc, wątpię aby tytuł miał cokolwiek wspólnego z tym, co właśnie opisuję. Spowodowane jest to kilkoma czynnikami, które jestem skłonny wam wymienić i to nie tylko dla zabicia czasu. Nauczyłem się, że jeżeli dobrowolnie damy ludziom najmniejszy palec, nie powinni prosić o ten większy… a myśl o pochwyceniu ręki nawet im przez głowę nie przejdzie. Prawda jest taka, że nie tylko nie lubię mówić o sobie, ale nawet nie zamierzam podawać nikomu zbyt wielu szczegółów z mojego życia. Dlaczego? Cóż, moja historia nie jest może specjalnie ciekawa, ani długa, dlatego nie widzę sensu, by robić z niej coś wielkiego, jednak sama myśl o pozostaniu tajemniczym wilkiem bez historii, albo jeszcze lepiej- z nieodkrytą przez nikogo historią, ukształtowała się w moim umyśle już jakiś czas temu i muszę przyznać, że całkiem przypadła mi do gustu. Nie jest może najwspanialszym obrazem, jaki kiedykolwiek stworzył mój umysł, ale to zdecydowanie lepsze od podawania gdzie dokładnie się urodziłem, kto się mą zajmował, jak wyglądało moje życie w stadzie i dlaczego mnie z niego wyrzucono. Choć nie… ten fragment mojej historii akurat mogę wam opowiedzieć. Przede wszystkim dla zabicia czasu, jaki nam dano, ale głównie po ty, aby Was ostrzec. Nie jestem empatyczną osobą, jednak na ten drobny gest mogę się zdobyć, jeśli dzięki niemu zrozumiecie i zdacie sobie sprawę z tego, czy chcecie, czy nie chcecie mieć ze mną do czynienia. Nie uważam się za największe zło tego świata, jednak niektórym z Was radziłbym z marszu wybrać tą drugą opcję, choć wybór w ostateczności należy tylko do was i ja nie mam ani uprawnień, ani nawet zamiaru, by maczać w nim palce. Mogę za to z łatwością zadecydować, czy wybrana przez Was opcja będzie dobra, czy zła… i jak bardzo opłakane skutki przyniesie. Jednak, aby Was całkowicie do siebie nie zniechęcić, pragnę napomknąć, że nawet ktoś taki, jak ja potrafi być w miarę możliwości uprzejmy. Właściwie to wszystko zależy od trzech czynników: Mnie samego, Ciebie i tego kim jesteś, oraz od kaprysu Losu, który zawsze jest gotów podłożyć nam pod nogi najokropniejszą z przeszkód. Mimo wszystko, są takie chwile, kiedy nawet Los ma lepsze dni, chociaż mamy w zwyczaju dostrzegać je z lekkim opóźnieniem, zaledwie kilka sekund po tym, aż Niebo z powrotem przepoczwarzy się w Piekło. A je już zdecydowanie trudniej znieść. Poza tym, w męczarniach z reguły najdłużej wyczekujemy cudów.
Urodziłem się… jakiś czas temu w pewnej niewielkiej watasze… Tak, zacząłem opowiadać swoją historię, chociaż wcześniej zarzekałem się, że tego nie zrobię, dokładnie. Mam jednak nadzieję, że pamiętacie pewne słowa, które wcześniej napisałem. Czasem, jeśli dobrowolnie damy komuś palec, osoba ta nie będzie myślała o kolejnych i najzwyczajniej w świecie postanowiłem skorzystać z tej strategii. Poza tym, nie mam zamiaru podawać Wam nazwy watahy, opisywać terenu, który zajmowała, nawet nie podam kierunku, który potrzebny byłby do jej zlokalizowania. Opowiem najmniej, jak jest to możliwe, ale mimo wszystko c o ś jednak opowiem. Na czym to ja skończyłem? Ach tak, już pamiętam…
Stado, do którego przynależałem nie było specjalnie duże. Naszych terenów nie zamieszkiwała nie wiadomo jak liczna ilość członków, jednak nie powiem, by bardzo mi to przeszkadzało. Nawet lubiłem znać pozostałe wilki, jeśli nie z charakteru, to chociażby z imion, lub wyglądu. Nie dorastałem sam, ponieważ oprócz rodziców miałem jeszcze czwórkę rodzeństwa. Nie powiem, że dogadywaliśmy się świetnie, a już na pewno nie byliśmy idealną rodziną z obrazka, jednak dało się z nimi wytrzymać. Niektórzy członkowie rodziny nawet przypadli mi do gustu, choć myślę, że z perspektywy czasu byłoby lepiej, i dla nich i dla mnie, gdybyśmy nie mieli ze sobą nic wspólnego.
Kiedy dokładnie zacząłem interesować się Czarną Magią? Cóż, na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, nawet gdybym bardzo chciał. Po szczerości zdradzę Wam jednak, że nawet, gdybym znał na nie odpowiedź, pewnie i tak bym się nią nie podzielił. Mimo wszystko, to nie data jest tutaj najważniejsza, ale te dwa, wypowiedziane przeze mnie słowa. Czarna Magia. Radzę wam je zapamiętać, bo jeszcze nie raz się tutaj pojawią, a ja co jakiś czas będę do nich wracać. 
Oczywiście nie wyglądało to tak, że zacząłem uprawiać ten rodzaj czarów z dnia na dzień. Nie od razu pchnąłem siebie na złą drogę, o nie! Z początku było dość… normalnie… sztywno… szaro… nudno… Dzień ciągnął się za dniem, a za nim wlókł się kolejny, kolejny i jeszcze następny. Tygodnie, a następnie miesiące powoli zlewały się w jedną, niesamowicie długą całość, a my mieliśmy tego dość. Naprawdę nienawidziliśmy monotonii, a mówiąc „my” mam na myśli mnie, oraz część rodzeństwa. Po prostu postanowiliśmy wyrwać się z rutyny i to chyba w ten najdziwniejszy i najniebezpieczniejszy sposób, stawiając łapy w samym sercu diabelskiej ziemi. Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, oczywiście, choć mój starszy brat zawsze mawiał: „To jest Piekło. Wiem to, ponieważ tu jestem. Wiem to, ponieważ to my jesteśmy Piekłem.”, jednak nigdy nie zdarzyło nam się sprawdzić, czy te słowa są prawdziwe. Choć myślę, że nasza rodzinna wataha bez wahania powiedziałaby, że to, co im uczyniliśmy zasługiwało na miano Tartaru. 
Wracając do tematu, nie byliśmy pierwszymi wilkami w naszej rodzinie, które sięgnęły po zakazane zaklęcia, przemoc i oszustwa. Nie wiem, czy charakter i predyspozycje są w stanie w jakimś stopniu przejść, jeśli nie z pokolenia na pokolenie, to chociaż ukazać się u późniejszych przodków. To, co miało miejsce w mojej rodzinie mogłoby zostać uznane za zwykły przypadek, ot niefortunny zbieg okoliczności. A mimo to, ja i moje rodzeństwo nie byliśmy pierwszymi wśród korzeni naszego drzewa genealogicznego, którzy stali się… t a c y . 
Osobiście uważam, że pewnych cech nabywa się z wiekiem. Wiele naszych obecnych umiejętności zależy przecież od tego gdzie dorastaliśmy, czym się zajmowaliśmy przez większą część naszego życia, a nawet od tego, co nas ciekawiło za szczenięcych lat. Musimy mieć jednak świadomość, że istnieją też pewne cechy, których nie jesteśmy w stanie po prostu posiąść. Dostajemy je w momencie, w którym przychodzimy na świat, a może i jeszcze wcześniej? Rodzimy się z nimi, towarzyszą nam one podczas otwierania oczu, stawiania pierwszych kroków, dorastania i stopniowego odkrywania świata, kawałek po kawałku. Cechą, właściwie cechami, które co jakiś czas przekazywały sobie pokolenia mojej rodziny, była pewna zdolność manipulacji w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie objawiała się ona u każdego, jednak u tych, którzy zostali nią obdarowani, ukazywała się ona pod najrozmaitszymi postaciami. Przykładowo, mój najstarszy brat, Carrick, rozkochał się w wojsku. Od kiedy pamiętam wdawał się w bójki, które z wiekiem były coraz bardziej zajadłe i brutalniejsze. W bardzo szybkim czasie awansował, obecnie prowadzi własne, mordercze treningi… i tutaj właśnie ujawnia się jego zdolność manipulacji. Jest w stanie sprać każdego na kwaśne jabłko, bez chwili wahania wymierzyć własną sprawiedliwość, a jednak potrafi wydawać rozkazy, które nie zależnie od swojego szaleństwa, zawsze zostają wykonane. Moja bliźniaczka, Gwenllian, jako pierwsza ubrudziła się w Czarnej Magii. Ona również potrafiła wymuszać posłuszeństwo, choć w przeciwieństwie do Carrick’a, jej zdolności nie działały na żywych, a na tych, którzy już dawno opuścili ten świat. Potrafiła przywołać najgorsze zmory i kazać zrobić im dosłownie wszystko, o co poprosiła. Owszem, siostra była niezrównoważona, nawet przez myśl by mi nie przeszło, aby temu zaprzeczyć, jednak chyba właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy. Co do pozostałej dwójki z rodzeństwa, starsza Liesel umarła w wieku kilku lat, jako już dorosła wadera, jednak za życia była największą (i bez wątpienia najdoskonalszą) oszustką, jaką kiedykolwiek poznałem. Nie powiem wam czym dokładnie się zajmowała, ona również kochała tajemnice i to jestem w stanie dla niej zrobić, kiedy nie ma już jej wśród nas- sprawić, by stała się sekretem. Musicie jednak wiedzieć, że dzięki staraniom Gwenllian, nasza siostra powróciła do „życia”, pod postacią nocnej mary, która czasem towarzyszy mojej bliźniaczce, to taka ciekawostka. Jeśli chodzi o naszego najmłodszego brata, Lukasa, był on jedynym, którego odtrąciliśmy i jedynym, którego zaakceptowali nasi rodzice, oraz reszta stada. Gardził nie tylko przemocą i magią, ale także ryzykiem, niesubordynacją i rozrywką. Szczerze powiedziawszy, mało mnie obchodzi, co się z nim teraz dzieje. Nie żeby kiedykolwiek miało to dla mnie jakieś znaczenie.Mam nadzieję, że opis mojego rodzeństwa pomoże wam wyobrazić sobie zasadę, o której mówiłem. W naszej rodzinie od pokoleń pojawiali się Czarni Magowie, oszuści, złodzieje i Przeklęci, jednak to, czy się nim stałeś, czy nie, w dużej mierze zależało od predyspozycji. Posiadali ją moi pradziadkowie od strony ojca. Nie mieli jej rodzice matki, ani moi rodzice. U części kuzynostwa pojawiało się pojedynczo. Nie miał ich mój brat. Nasza czwórka, a i owszem.
Jeśli o mnie chodzi, można śmiało powiedzieć, że zdolności manipulacji, jakie odziedziczyłem są bardzo… nieokreślone, choć ja wole używać słowa „wszechstronne”. W przeciwieństwie do starszego brata, ja wolę ranić słowem, niż pięścią, choć talentu do tego drugiego raczej nie można mi odmówić. W końcu to właśnie Carrick mnie uczył, a on z pewnością nie jedno umiał. Potrafię oszukiwać, umiem grać, podobnie, jak bliźniaczka rozkochałem się w Czarnej Magii i bardzo lubię od czasu do czasu używać kilku zaklęć. Te zdolności nie są jednak moim największym umiejętnościami, choć o tych nie mam zamiaru pisać. Jak już wcześniej wspomniałem, lubię tajemnice, podobnie jak nasza Liesel. 
To, co później działo się z nami łatwo można sobie wyobrazić. Wataha się nas bała, po prostu. Nie chodzi tutaj tylko o to, że byliśmy nie godni zaufania, nie odznaczaliśmy się lojalnością, a także poczuciem pewnej hierarchii w stadzie, która wyraźnie nakazywała robienie pewnych rzeczy, zabraniając wykonywanie pozostałych. Z początku owszem, budziliśmy tylko brak zaufania, jednak z czasem zmieniał się od w niepewność, a ta w respekt i pierwszy stopień lęku, który z łatwością wyewoluował w strach. To nie wataha się nas pozbyła, to my ich porzuciliśmy i muszę przyznać, że był to jeden z nielicznych gestów dobroci, na jakie się odważyliśmy. A co było dalej? Rozstaliśmy się ze sobą, choć przez kilkanaście miesięcy wędrowaliśmy razem. Sama Apokalipsa nie dotknęła nas w wielkim stopniu, już i tak byliśmy dostatecznie skażeni. Po jakimś czasie, każde z nas obrało w końcu własną drogę i podąża nią do tej pory. 
Takim oto sposobem trafiłem do Watahy Apokalipsy, cały czas idąc przez siebie, bez konkretnie obranego celu. Nie wiem jeszcze na jak długo tutaj zostanę, choć fakt, że ktoś zdecydował się przyjąć kogoś takiego, jak ja jest doprawdy zadziwiający. 
Myślę, że moja opowieść kończy się w tym miejscu. Dowiedzieliście się o mnie niewiele, a nie mogę zagwarantować, że te fragmenty, które wam podałem nie są zmyślone. Mimo wszystko, w każdej opowieści znajduje się to małe ziarnko prawdy. To, co na pewno nie jest kłamstwem to moja osobowość, umiejętności, a także okrzykiwanie mnie demonem. To nie rodzice, ani rodzeństwo, nie dziadkowie, ani nie przywódcy rodzinnej watahy nadali mi obecne imię. Zrobili to ludzie i wilki. Ci, których nękałem. Ci sami, którzy nazwali mnie Diabłem.
Mam na imię Azazel, to również musicie wiedzieć, a mówią, że to, co ma imię jest mniej straszne.

sobota, 2 lipca 2016

Od Engel'a CD. Ramphilli

- Cudownie - uśmiechnąłem się szczerze - No to problem z głowy.
- Chcesz mi powiedzieć, że... - dziewczyna uważnie mi się przyglądała lekko przekrzywiając głowę.
- Że aż do tej pory nie miałem pracy - gładko wszedłem jej w słowo na chwileczkę tracąc dobry humor.
- Nie mogło być tak źle. Opowiadaj - zażądała.
To spotkanie było tragedią jakich mało. Perfekcyjna klęska na każdym z możliwych pól. Jestem wręcz idealnym przykładem tego jak nie powinno się rozmawiać o jakiejkolwiek pracy. Pomijając oczywiście fakt minutowego spóźnienia (za które swoją drogą dostałem niezłą burę, ale to już kompletnie inna historia) i beztroskie zignorowanie dress code'u do którego mój niedoszły szef przykładał taką wagę. Gościu miał chyba obsesję na punkcie savoir-vivre'u. Dam głowę, że wytykanie mi kolejnych błędów w moim zachowaniu sprawiało mu złośliwą satysfakcję. Moje zdjęcia nie wywarły na nim zbytniego wrażenia, gdyż jak to stwierdził "zbyt wielką wagę przykładasz do szczegółu, a nie do całości". Czyż czasem  nie o to chodzi w fotografii artystycznej? Przecież zdjęcia raczej powinny pokazywać to co ja uznam, za warte pokazania. Nie jestem jakimś prostym szarym człowieczkiem, który pstryka fotki wszystkiemu nie patrząc na nic. Właśnie takie zdjęcia, o krzywym kadrze i kompozycji którą można zakwalifikować jako w najlepszym przypadku przypadkową świadczą o niskim poziomie fotografa. A ja nie chciałbym być wrzucany do jednego worka turystami i innymi ludźmi, którzy z pięknej sztuki jaką jest fotografia robią coś tak brzydkiego. Nie mniej pogląd człowieka z którym rozmawiałem znacznie różnił się od mojego i niestety w tym przypadku tylko jego zdanie się liczyło. Szkice w ogóle nie były przydatne, choć skomentował je jako "Ładne" po czym jednym gładkim ruchem zrzucił je z blatu biurka robiąc miejsce na nowe rzeczy do przejrzenia. Ja oczywiście natychmiast rzuciłem się na ziemię by zebrać swój dobytek. Oczywiście to także spotkało się z dezaprobatą. Trudny człowiek z tego faceta, który nawet nie zadał sobie trudu przedstawienia mi się. Prawdopodobnie mój przemiły rozmówca zwyczajnie chciał mi udowodnić, że nie zamierza mnie zatrudniać i marnuję sobie i jemu czas. Wszystko, każda jedna rzecz, którą miałem ze sobą została odrzucona. Powody były różne. Czy to dlatego, że jest kompletnie nieprzydatne, czy też ponieważ nie jest dostatecznie dobre, bądź nie takie jak ma być. Szału można dostać. Zwłaszcza gdy na pożegnanie usłyszałem: "To spotkanie było bezcelowe. Od początku nie spełniał pan minimalnych kryteriów. Proszę już iść." Gdyby nie pukanie do drzwi prawdopodobnie miałbym na sumieniu tego człowieka. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby tak się bawić kosztem innych? Nie mogłem nic zrobić przyczynie swojej irytacji, więc oberwało się drzwiom. Trzasnąłem nimi aż zadzwoniło, a potem szybkim krokiem, by uniknąć ewentualnej kary opuściłem budynek. Później włóczyłem się bez celu po mieście starając się wymyślić co dalej. Pewnie dalej bym nie wiedział, gdyby nie Ramph i jej cudowna informacja. Może mam trochę więcej szczęścia niż zakładałem?
- Ojj... Przykro trochę. - stwierdziła w końcu gdy skończyłem jej relacjonować przebieg tego jakże uroczego spotkania - Ale głowa do góry. Będzie tylko lepiej.
- Musi być - zgodziłem się - Nie zamierzam mieszkać na ulicy.
- Jestem pewna, że ktoś by przygarnął taką osobistość jak ty.
- I wytrzymał ze mną nerwowo góra dwie doby, co? - zaśmiałem się.
- Aż tak źle?
- Nawet gorzej...
Teraz to już śmialiśmy się oboje. Znamy się z Ramph tak krótko, a czuję się jakbym znał ją całe życie. Nie często znajduje się takie osoby. Świat jest wielki, a takie właśnie Ramphille to skarb. Po raz kolejny miałem szczęście. Gdybym trafił na taką osóbkę jak ten mój przemiły pan od pracy nie byłoby zbyt ciekawie.
Nagle wpadł mi do głowy niezły plan.
- Hej Ramph? Idziemy na kawę? - i nie czekając na odpowiedź dziewczyny pociągnąłem ją w stronę niewielkiej budki serwującej różnorakie napoje na ciepło i zimno. Nie wiem kto to wymyślił, ale jest szalenie przydatne. Po krótkiej chwili staliśmy już w krótkiej kolejce zastanawiając się którą pozycję z listy wybrać. Ja miałem swój ulubiony typ. Waniliowe cappuccino. Moją uwagę po raz kolejny przykuł jednak urok tego miejsca. Cztery kobiety w jednakowych biało-czarnych fartuszkach z falbankami krzątały się tylko cudem nie wchodząc sobie w drogę na niewielkiej przestrzeni. Maszyna, która na bieżąco podgrzewała wodę buczała cicho w rytm wesołej melodii dobiegającej gdzieś z tyłu. Na półkach obok maszyny stały słoiki pełne różnorakich rodzajów kaw i herbat, każdy opisany starannym, niemal kaligraficznym pismem. Te półki po drugiej stronie zastawione były tymi napojami które do przygotowania nie wymagały wrzątku. Na ladzie oddzielającej nas, klientelę, od miejsca gdzie pracowały kobiety stał wazon pełen świeżych, czerwonych róż, kilka stosików kolorowych kubków o fantazyjnych wzorkach i pojemniczki z cukrem i łyżeczkami. Nad naszymi głowami cicho łopotały na wietrze kolorowe chorągiewki.
- Co podać? - moją uwagę przyciągnął miły głos. Przeniosłem spojrzenie na uśmiechniętą twarz młodej dziewczyny. Albo tak lubi swoją pracę albo niezła z niej aktorka, bo wygląda mi na przeszczęśliwą.
- Cappuccino. Waniliowe - dodałem ubiegając kobietę - A dla ciebie? - zwróciłem się do Ramphilli.
- Może wezmę to samo...? - to było bardziej pytanie niż twierdzenie, ale już po chwili oboje mieliśmy po własnym kolorowym kubeczku z parującym napojem. Zapłaciłem i odeszliśmy od budki. Upiłem łyka cappuccino.
- Pyszne... - stwierdziłem idąc przed siebie zupełnie bez celu. Ramphilla która spacerowała obok mnie też skosztowała napoju. Z jej miny wywnioskowałem, że raczej nie pożałowała wyboru.
- A teraz do rzeczy. Pomagasz nam przy "Romantyczności" - zaczęła - Masz przyjść jutro na 7. rano do teatru, wtedy dowiemy się czego dokładnie oczekuje od ciebie pan Blake.
- Wprost nie mogę się doczekać - odpowiedziałem - Może w końcu ktoś nie wywali mnie na ulicę tak szybko jak to tylko możliwe.
Odpowiedziało mi skinięcie dziewczyny. A więc "Romantyczność". Brzmi całkiem nieźle. W przedstawieniach na deskach teatru najbardziej uwielbiam próby. Ten chaos z początku gdy połowa nie zna jeszcze tekstu i niewielu wie jak ma się zachować na scenie, gdzie podjeść, co zrobić. Krzyki i śmiechy gdy komuś coś nie wyjdzie czy przekręci słowa swojej roli. Te burze mózgów i zacięte dyskusje dotyczące najlepszego z możliwych rozwiązań problemu. Miliony luźnych pomysłów, czasem dobrych, czasem nie, by wszystko było jak najlepiej. Te postępy, które z próby na próbę pokazują coraz pełniejszy obraz przedstawienia. Idealny przykład tego, jak z chaosu powstaje jedna wspólna całość. Aktorzy rozumiejący się bez słów, a znający każdy nawet najmniejszy gest towarzysza. Rodząca się na scenie harmonia, będąca udziałem wielu osób. Ogromna liczba osób zaangażowanych w spektakl, choć nigdy nie pojawiających się na scenie. Cała atmosfera towarzysząca próbom. To właśnie dla takich wydarzeń robię to co robię. Uwielbiam atmosferę prób. Jeszcze z Neo-bohemmą czasem grałem w naszym zaprzyjaźnionym teatrze. Wtedy oprócz prób kochałem jeszcze zjawisko, które zwykliśmy zwać "zakulisy". Było to nic innego jak wpuszczenie widzów na przyjęcie które odbywało się bezpośrednio na scenie i za nią. Wtedy to uchylaliśmy kurtynę tajemnicy nieco bardziej niż zwykle umożliwiając naszym gościom pobieżne zwiedzenie teatru od kulis i poznanie aktorów oraz właśnie całej obsługi. Pomagaliśmy im doświadczyć tego ile osób wspólnymi siłami pracowało na to, by mogli cieszyć oczy spektaklem. Bardzo dobrze to wychodziło. Wtedy też z reguły wracaliśmy obwieszeni kwiatami, pluszakami i innymi podarunkami hojnych ludzi, którzy w ten właśnie sposób postanowili nagrodzić naszą fatygę. Nie wspominając o tym, że był to wyborny moment na zebranie datków na dalszy rozwój teatru i wypłatę. Jedynym warunkiem udanego zbioru był jednak spektakl tak fantastyczny, by ludzie z chęcią przyczynili się do tego by nasz teatr był coraz to lepszym i wracali do niego znów szukając kontaktu z naszą ekipą. Ale to przecież nic trudnego, gdy ma się do dyspozycji wyłącznie ludzi kochających to co robią całym swoim sercem.
- A gdzie leży ten jakże chwalebny budynek w którym takie gwiazdy jak ty, drogie książątko, występują? - spytałem szczerząc się złośliwie nad kubkiem.
- Jestem pewna, że trafisz. Zdaje mi się, że nie ma w mieście zbyt wielu teatrów - odpowiedziała z tą samą dozą drobnej złośliwości.
- Oboje wiemy, że to nie prawda. W tych czasach teatry rosną jak grzyby po deszczu. Chociaż jeżeli wykreślimy te tak okropne, że samo przejście obok nich wywołuje u mnie dreszcz przerażenia faktycznie może być dość łatwo. Poza tym zawsze pozostaje mi namierzenie twojej komórki i śledzenie cię do upadłego.
- Zrobiłbyś tak? - zaśmiała się - Coś nie chce mi się w to wierzyć.
- To, że nie mam hakerskich zdolności nie oznacza, że nie znajdę kogoś kto to dla mnie zrobi.- pokazałem dziewczynie język i znów napiłem się ze swojego kubka. Nawet nie wiem gdzie zniknęło pół jego zawartości.
- Rób co chcesz. Tak czy siak tu masz adres - podała mi karteczkę.
- Utonę w kartkach od ciebie - zażartowałem zabierając kawałek papieru i chowając go do kieszeni.
- Więc zginiesz zaszczytną śmiercią - odgryzła się dziewczyna. Mimo tego, że nasz dialog w sumie oparł się o wzajemnym dogadywaniu sobie, żadne z nas ani myśli się obrazić. Wiadomo przecież, że takie drobne uszczypliwości nie powinny być brane pod uwagę, bo nie są mówione po to, by zranić.
- Wiesz może gdzie idziemy? - zmieniłem temat i dopiłem swoje cappuccino.
- Nie mam zielonego pojęcia... - odparła.
- No to ja mam pomysł. Skoro mieszkam dość blisko możemy wpaść tam na moment, zwinąć coś dobrego do jedzenia i koc i spędzić wieczór w parku. Piszesz się na to?
Dziewczyna lekko się zamyśliła ewidentnie zastanawiając się nad tym, czy poświęci wieczór na użeranie się ze mną czy nie.
- Mogę zabrać gitarę jeśli to pomoże ci podjąć decyzję. - zasugerowałem śmiejąc się. 

<Ramphilla?>

Od Ehrendila CD. Lizzy

- Tyle to widzę - odparła Sorrow - Ale skąd one tu...?
Przekrzywiłem głowę w milczeniu przyglądając się zwłokom. To nie możliwe, aby trup przeleżał tyle na otwartym terenie nie znaleziony przez nikogo. Zwłaszcza, że często tędy przechodzę i raczej żadnych martwych nie widziałem. Coś ewidentnie mi nie pasowało i byłem pewny, że odpowiedzialna za to jest Lizzy. Nie miałem co prawda, żadnych pewnych dowodów na potwierdzenie tego założenia, ale nie trzeba być geniuszem, żeby stwierdzić, że jest w to zamieszana. No bo jeśli nie ona to kto? Tylko w jej otoczeniu dzieją się takie nielogiczne rzeczy.
- Mój Łepek troszeczkę odmłodniał - odparła beztrosko - Czasami tak się dzieje.
- Chcesz powiedzieć, że często ci się to zdarza? - dopytałem. Odmłodniał tak? Ciekawe...
- Nie... To pierwszy raz. - machnęła niedbale ręką bagatelizując sprawę - Przynajmniej jest zabawnie.
- O tak... Bardzo zabawnie - stwierdziła Sorrow. Nie bardzo jej się ta sytuacja podobała. Mnie zresztą też nie.
Nagle wiatr zmienił kierunek i dmuchnął w moją stronę odór rozkładu. Mógłbym porównać to do ciosu w twarz z całkiem przyzwoitą siłą. W każdym bądź razie zachwiałem się rozpaczliwie zasłaniając usta i nos chustką, by chociaż odrobinkę odciąć się od mdlącego zapachu śmierci. Mimo to musiałem się cofnąć. Niech szlag trafi elfie zmysły. Jednak Sorrow też skrzywiła się i lekko cofnęła.
- Ale cuchnie - skomentowałem przenosząc wzrok z trupa na Lizzy - Możesz go łaskawie sprzątnąć tam skąd przyszedł?!
- Przecież nie zmieści do torby - odpowiedziała mi sama ewakuując się na bezpieczną odległość. Czyli ona też nie może tu wytrzymać... Zmrużyłem oczy mamrocząc kilka prostych słów bardzo krótkiej piosenki. Była o wzroście, o słońcu pieszczącym liście, o wietrze, o deszczu, który przynosi życie. Typowa melodia skutkująca nagłym, acz kontrolowanym wzrostem roślin na określonym obszarze. Cicha i czysta, a jakże miła dla ucha. Ziemia wokół truchła poruszyła się. Na powierzchnię wychyliły się wątłe, przywodzące na myśl wijące się węże, roślinki. Jednak w miarę wzrostu wątłe gałązki zmieniały się w masywne, grube pnącza coraz szczelniej zamykające w swoim wnętrzu zwłoki wilka. Lizzy wybuchnęła śmiechem widząc to co robię. Odetchnąłem głęboko. Przecież nie nucę, bo chcę. Inaczej nie zadziała. W końcu żywa mogiła przestała rosnąć, a smród zelżał.
- A jak ja się teraz do Łebka dostanę?! - spytała "właścicielka" owego Łebka.
- Z czasem się dostaniesz... Koniecznie teraz nie musisz - rzuciłem zirytowany. Rany... Dlaczego to ja na nią trafiłem?
- Ale ja może chcę, co długouchy? - spytała podchodząc - Spytałeś mnie czy chcę żebyś schował mi Łebka pod stertą bluszczu?
- Och, litości... Nie długouchy. Mów Ehrendil.
Na twarzy dziewczyny pojawił się bardzo zadowolony z siebie wyraz. Widać, że osiągnęła swój cel i jest z tego tytułu bardzo szczęśliwa. No trudno.
- I tak się nie spytałeś czy możesz - stwierdziła po chwili - W ogóle nie jesteś miły.
- Daj spokój Lizzy... Co ty chcesz osiągnąć? - spytała Sorrow.
- Nic wielkiego - oznajmiła - Nie chcecie się ze mną kolegować?
- No nie bardzo - odpowiedziałem - Mogłabyś już dać mi spokój?
- Ymmmm.... Nie. - zaśmiała się.
Przewróciłem oczami. To akurat było do przewidzenia.
- Ehrendil? - spytała Sorrow - Nie powinniśmy już iść?
- Owszem. Powinniśmy - odpowiedziałem odwracając się.- Bywa Lizzy. Miłej zabawy z Łebkiem.

<Lizzy? Nie umiem w dialogi xd >

piątek, 1 lipca 2016

Od Nirvany CD. Zero

- Zero...jesteś wspaniałą osobą - powiedziałam i odkładając wodę utlenioną na stolik przysiadłam się obok niego. Siedząc tak patrzyłam mu w oczy, zdałam sobie sprawę, że z dnia na dzień coraz bardziej uświadamiam sobie, że chcę pozostać przy nim do końca życia. Położył na mojej dłoni swoją rękę i uśmiechnął się, co po chwili odwzajemniłam. Wstałam i delikatnie siadając mu na kolanach, wpiłam się w jego usta. Uśmiechnął się na chwilę przerywając pocałunek a potem jeszcze namiętniej go oddając. Spojrzałam na niego i powiedziałam :
- Zero, jesteś moim szczęściem
- Ty moim też - odpowiedział uśmiechając się delikatnie.
Wstałam na chwilę, żeby przebrać się w piżamę, podążyłam w stronę sypialni. Przebierając się zauważyłam Zera w drzwiach.
- Ty nikczemniku! - krzyknęłam żartując i szybko włożyłam na siebie ubranie nocne. Zasunęłam szufladę i usiadłam na naszym przytulnym łóżku. Zero spojrzał na mnie i usiadł obok mnie wtulając swoją twarz w moje puszyste włosy. Po chwili postanowił, że również się przebierze. Było już ciemno, jedynym źródłem światła była mała lampeczka na stoliku nocnym, wyłączyłam ją i powoli przykryłam się kołdrą i powoli wtuliłam się w Zera.

<Zero? C: >