To nie było jedno z lepszych polowań. Już od początku szło źle. Jak na złość nie mogłem trafić na nic godnego mojej uwagi. Na tak bezowocnych poszukiwaniach spędziłem cały dzień błądząc wśród osobliwości Złych Ziemi. Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi nie zostało mi nic innego jak powoli zbierać się do domu.
Z wyraźną frustracją kopnąłem jeden z licznych czarnych kamieni. Potoczył się z łoskotem po ziemi i nagle zatrzymał. Przystanąłem. To nietypowe zjawisko rozbudziło moją ciekawość. Przyklęknąłem na ziemi badając co mogło wywołać owe tajemnicze zatrzymanie. Okazało się, że kamień wpadł w stary odcisk lwiej łapy. Rozejrzałem się dookoła szukając potwierdzenia dla swojej teorii. Kawałek dalej na kamieniu wyraźnie rysowały się ślady pazurów. To gryf. Jestem pewny, że tak. Zerwałem się z ziemi w myślach przeliczając wartość zdobyczy i z nową siłą ruszyłem jego tropem.
Okazało się że jego leże znajduje się niedaleko granicy z lasem należącym do watahy. A sądząc po śladach był to dorodny, zdrowy samiec. Wybornie wręcz. Zatrzymałem się u wejścia groty wydobywając z torby niewielką, zakorkowaną buteleczkę z Flamma Ferax - Wiecznym Ogniem. Mimo iż w buteleczce jasnym płomieniem palił się ogień sama buteleczka była chłodna. Przez chwilę stałem w wejściu nasłuchując, a potem ostrożnie zagłębiłem się w mrok groty. Podniosłem wyżej nad głowę Flamma Ferax rozglądając się. Coś trzasnęło mi pod nogami. Spojrzałem w dół. Pod stopami miałem kości. Cała podloga groty była nimi usłana. Starając się na nic nie nadepnąć wszedłem jeszcze głębiej do jaskini.
Dotarłem do sporych rozmiarów komory. Na jej środku na stosie piór i sierści spał gryf. Naprawdę był ogromny. Miał orli łeb i przednie łapy oraz pierzaste skrzydła. Tylna część jego ciała bez wątpienia była lwia. Włącznie z ogonem, którym bestia smargała na prawo i lewo nawet śpiąc. Wysunąłem miecz z pochwy. Czynności towarzyszył cichy syk. I ten nic nieznaczący dźwięk wystarczył, by bestia otworzyła swoje złote lwie ślepia. Spojrzał na mnie kłapiąc dziobem. Wstał z ziemi i przeciągnął się jak kot. Nie miałem nawet cienia szansy skutecznie zaatakować. Nie tutaj... Muszę zwabić go do lasu. Przerwało mi warczenie. Potężna bestia szykowała się do skoku. Cofnąłem się w stronę wyjścia z jaskini. Gryf podąrzył za mną najprawdopodobniej pragnąc pozbyć się intruza. Już po chwili tarasował mi wyjście. To przecież nie tak miało wyglądać... Skoczyłem na niego modląc się, żeby to nie był mój ostatni skok. Ledwo udało mi się drasnąć go gdzieś poniżej łopatki. Szybko wycofałem się poza zasięg szponów. Gryf zaskrzeczał wściekle atakując. Prześlizgnąłem się pod jego łapami i wypadłem na zewnątrz.
Po chwili z groty wyskoczył również gryf. Rzuciłem się w stronę lasu, ale mimo że biegłem ze wszystkich sił nie miałem szansy. Bestia mnie doganiała. Już po chwili biegłem na oślep wymijając drzewa. Gryf nadal był zbyt blisko mnie żebym mógł zaatakować nie ryzykując przy tym swojego życia. Przed sobą zobaczyłem nagły spadek terenu. Wyskoczyłem w powietrze chcąc złapać się gałęzi drzewa, ale nagle poczułem ostre szarpnięcie. Niczym szmaciana lalka przeleciałem w powietrzu i stoczyłem się na sam dół obniżenia. Prosto pod łapy pewnej wadery. Przez chwilę leżałem na wznak lekko oszołomiony czując palący ból w okolicach lędźwi. To jednak był bardzo zły pomysł... Zerwałem się z ziemi sycząc cicho i chwyciłem miecz całkowicie ignorując waderę. Na swojego przeciwnika nie musiałem zbyt długo czekać. Gryf spadł z nieba o mało co mnie nie trafiając. Odskoczyłem i ciąłem na odlew otwierając na szyi bestii rozległą ranę. Zaskoczony gryf cofnął się nieznacznie. Wykorzystałem to. Doskoczyłem do niego wbijając mu miecz w pierś. Gryf padł.
Wyrwałem miecz z ciała bestii i oparłem się na nim. Wszysko mnie bolało. Jednak najbardziej dokuczał mi ten rwący ból w okolicy lędźwi. Sięgnąłem do tyłu, żeby sprawdzić co sprawia mi aż tyle bólu. Skrzywiłem się lekko czując ciepłą krew w miejscu gdzie szpony gryfa rozorały mi plecy. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na zaskoczoną waderę.
- Wybacz najście pani. To był wypadek. - powiedziałem bez emocji. Wyciągnąłem z torby mocną linkę. Związałem nią tylne łapy gryfa i powoli zacząłem ciągnąć truchło w kierunku domu starając się ignorować fakt, że plecy bolą mnie tak bardzo, że aż robiło mi się słabo.
- Wybacz najście pani. To był wypadek. - powiedziałem bez emocji. Wyciągnąłem z torby mocną linkę. Związałem nią tylne łapy gryfa i powoli zacząłem ciągnąć truchło w kierunku domu starając się ignorować fakt, że plecy bolą mnie tak bardzo, że aż robiło mi się słabo.
<Snowbird? Dziwne najście>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz