Rozbudzony przez wnerwiające podśpiewywanie ptaszków otworzył zmęczone powieki, pozwoliwszy wpaść światłu prosto w jego krwiste oczy wypełnione jeszcze snem. Po całej skalnej półce, na której nocował walała się tona kartek z liczbami, znakami i gryzmołami rozpoznawalnymi tylko dla tego lenia zwanego przez wszystkich Twelve. Jak zwykle jutrzenka nie pozwalała mu porządnie się wyspać po całej nocy liczenia, dodawania, odejmowania, pierwiastkowania i kij wie czego jeszcze. Oczywiście mógł sobie zrobić dwunastogodzinną przerwę na sen, bo chyba noc jest od spania, nie? Ale oczywiście stwierdził, że najlepiej skrócić odpoczynek do dwóch godzin, a resztę przesiedzieć nad piórem i kartkami papieru. Zdrowie mu się zacznie łamać, o ile już się nie łamie. Właściwie to tylko odliczać jego dni do zgonu w piachu. Mało mu brakuje.
Leniwie wyciągnął się aż do granic elastyczności jego ciała i powoli zebrał latające papierki. Wsadził wszystkie swoje akcesoria naukowe do naramiennej torby, którą zgarnął uciekając z akademii. Dzięki Bogu nie trafił na żadnego naukowca, przynajmniej żyjącego. Inaczej znowu wylądowałby za kratami izolatki. Prawie nabawił się klaustrofobii i o mało nie oszalał. Mogli się nad nim zlitować i przynajmniej jakiegoś fikusa mu tam postawić, żeby nie był taki samotny. Co z tego, że zacząłby gadać z kwiatkami? Miałby kumpla pośród tych czterech, żelaznych ścian.
Martwym, sztywnym krokiem wyszedł na zewnątrz jaskini. Rozprostował ogromne skrzydła, po czym ruszył truchtem przed siebie. Miał w zamiarze znaleźć jakieś spokojne, ciche miejsce odpowiednie do pracy, bo nienawidził hałasu i zbyt głośnych rozmów. To potwornie irytujące, kiedy próbujesz się skupić na prawidłowym podaniu wyniku. A tu z lewej, prawej, dołu i góry nadają jakieś stworzenia, wilki, ludzie, ptaki i inne popaprańce. Inni nie rozumieją jak ważna dla zagorzałego matematyka jest cisza. Albo to matematycy nie rozumieją jak ważny jest kontakt głosowy dla innych.
Twelve skręcił w prawo na rozstaju dróg i zamyślony wpadł na kogoś.
- Przepraszam - mruknął lakonicznie. Nie należał do rozmownych stworzeń, więc nie ciągnęło go do wyjaśniania, że się zamyślił, nie uważał, nie zauważył i innych dupereli. Grunt, że przeprosił. Uznał, że już po problemie więc okrążył ów przeszkodę kierując się tam, gdzie łapy go poniosą.
<Ktoś ma ochotę popisać? C: >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz