Czyli granie dobrego narratora nie wyszło ze względu na brak chęci współpracy drugiego narratora. Ewidentnie wracamy do samotnego trybu życia.
Twelve przytaknął na słowa basiora, po czym zaczął szukać czegoś w swojej torbie. Po kolei wyrzucał dziwne przedmioty typu latające ryby, kotwica statku, nawet tęczowy schab, który znalazł gdzieś po apokalipsie. Poszukiwał nowego pióra, gdyż to, którego używał, złamało się.
- Jak to możliwe, że nie mam żadnego pióra, ołówka ani niczego innego?! - warknął do siebie i w końcu westchnął ciężko, porzucając poszukiwania. Wstał z miękkiego, zielonego mchu. Wolnym ruchem skierował się ścieżką w głąb lasu. Zniknął w cieniach drzew.
Miał zamiar wybrać się do miasta po nowe przybory do pisania. Nie pojmował jak to jest, że ma latające ryby w torbie, a nie znalazł żadnego innego pióra. I skąd się tam te ryby wzięły?! Je też wyniósł z laboratorium? Ech... Bóg jeszcze wie co on tam skrywa.
Minęło może zaledwie dwadzieścia minut spacerku, a znalazł się na skraju lasu. Dalej prowadzi kręta ścieżka aż do miasta, jego dawnego domu. Przybrał pierwotną postać, z którą obudził się po raz pierwszy na tym świecie i zniknął pośród wysokiej trzciny.
<Zero? Wybacz, że takie beznadziejne, spieszyłam się... ;-; >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz