Księżyc Łowcy z Gildią Łowców to wspaniałe miejsce. Znaczy się, jedyne do którego mam legalny dostęp, więc co za tym idzie też najlepsze. Można tam posłuchać o tym co nowego w mieście, dobrze zjeść i wyspać się - czyli z całą pewnością nie mogę narzekać. Właśnie teraz tam zmierzam ciągnąc przez biedną dzielnicę miasta wór pełen różnych skór i innych towarów.
- Patrz mamo! Pan z długimi uszami! - podbiegła do mnie malutka dziewczynka i objęła moje nogi. Miała na sobie uroczą różową sukieneczkę i kapelusik w tym samym kolorze. Zwróciła swoje błękitne oczka na moją twarz. Uśmiechnąłem się miło.
- Marion! Nie podchodź! - jakaś elegancka kobieta siłą odciągnęła ode mnie dziecko i zasłoniła je własnym ciałem mierząc mnie groźnym spojrzeniem. Odruchowo sięgnąłem ręką do ucha co tylko pogorszyło sprawę, bo wzrok kobiety stwardniał jeszcze bardziej, więc szybko ją opuściłem i splotłem dłonie za plecami unikając wzroku kobiety.
- Dziwadło - fuknęła tylko - Marion pamiętaj! Nie wolno ci rozmawiać, ani nawet podchodzić do takich jak on - zaczęła strofować córkę nie dbając o to czy to słyszę czy nie - To nie są ludzie i nigdy nimi nie byli. Nigdy takim nie ufaj! To są diabelskie istoty.
- Przepraszam panią - zacząłem ściągając na siebie jej nienawistne spojrzenie - Należę do rasy elfów, Dzieci Natury. Nie mam nic wspólnego z mocami nieczystymi - sprostowałem.
- Widzisz Marion?! Jeszcze ma czelność kłamać prosto w oczy! Jest niebezpieczny! - chwyciła dziecko za rękę i tak szybko odeszła, że malutka dziewczynka o mało co się nie przewróciła.
Westchnąłem i narzuciłem na głowę kaptur chowając swoje uszy przed
wzrokiem ludzi. Boją się mnie. Tak jest zawsze. Oczyszczam świat z
potworów by żyło im się lepiej w zamian dostając wyłącznie przerażone
spojrzenia i całą masę wyzwisk. No ale cóż... Taki los.
Otworzyłem drzwi Księżyca Łowcy i nadal ciągnąć za sobą worek z łupem, odruchowo skierowałem się na schody prowadzące do piwnicy. No i całego centrum handlu. Postawiłem swój worek na krawędzi schodów i odwróciłem się jeszcze, żeby poszukać wzrokiem znajomych twarzy. Przerwała mi seria głuchych łupnięć. Błyskawicznie się odwróciłem, by zauważyć jeszcze jak worek wraz z cenną zawartością obija się o ostatnie schody. Na szczęście się nie rozwiązał. Zbiegłem do niego i szybko otworzyłem sprawdzając w jakim stanie jest zawartość. Nic się trwale nie uszkodziło, a ja mogłem odetchnąć z ulgą.
- Licencję proszę - usłyszałem nieco skrzeczący damski głos. Za krótką ladą siedziała mała, pomarszczona staruszka z okularami na nosie.
- Mnie nie poznajesz, Becky? - spytałem śmiejąc się. Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni płaszcza rzeczony dokument i położyłem go na ladzie.
- Poznaję, poznaję Ehrendilu. Ale wiesz jakie są zasady - zerknęła w kartki nawet nie patrząc na moją licencję. Znała numer na pamięć, więc po chwili znów mogłem schować swoją własność i ruszyć na poszukiwanie pośrednika, który odkupi ode mnie towary.
Ciąg dalszy nastąpi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz