Siedząc na grubszej gałęzi, w pełnym skupieniu obserwowałem moją przyszłą ofiarę. Już od dłuższego czasu nie natrafiło się nic lepszego, a tu proszę. Nieopodal pasła się młoda sarna. Spory kawał łańcucha poszybował w jej kierunku oplatając się dookoła jej szyi. Przez chwilę próbowała się oswobodzić wierzgając i tarzając się po ziemi, ale niewiele jej to dało. Zeskoczyłem na ziemie dopiero kiedy miałem pewność, że zwierzak leży trupem. Pociągnąłem za sobą łańcuch nadal opleciony dookoła zwłok, nawet nie trudząc się by zrobić to używając własnej siły. Skierowałem się do swojej tymczasowej jaskini
*
Padał deszcz a strugi wody wpadały prosto do jaskini. Rozpaliłem tu małe ognisko, ale pewnie zaraz zgaśnie... Opierając głowę na łapach wpatrywałem się w płomienie. Musiałem się osuszyć bo ulewa złapała mnie już kiedy chciałem wracać, a droga nie należała do krótkich.
Wstałem powoli zmieniając się w ludzką postać i ściągnąłem kawał sarniego uda z ognia. Jednak niezaspokojony od tygodnia apetyt nagle został zastąpiony chęcią wymiotowania. Zdecydowanie nie mam ochoty jeść. Wyskubałem kilka małych kawałków mięsa, które z trudem przechodziły przez gardło. Ale trudno. Nie mam zamiaru jeszcze umierać a już na pewno nie z głodu. A kto wie kiedy trafi się następne żarcie?
W końcu położyłem się na wilgotnej ziemi z powrotem zmieniając swoją formę.
*
Pierwsze z czego zdałem sobie sprawę to to że ognisko wygasło. Chyba niedawno bo nadal czuć było dym drapiący w nozdrza. Ale nie to mnie obudziło. Podniosłem łeb próbując ogarnąć czas, miejsce i okoliczności w których się tu znalazłem. Kiedy już uporządkowałem sobie wszystko w głowie zdecydowałem się rozejrzeć za tym irytującym, ciągłym mlaskaniem. Tylko to nie pasowało do niczego. W drugim kącie siedział jakiś wilk, chyba basior, pewności nie mam, i w najlepsze pałaszował MOJĄ sarnę.
Kiedy tylko zauważył, że się na niego gapie chwycił mięso w zęby i wybiegł. Nawet nie miałem ochoty za nim biec a z resztą i tak bym go nie dogonił, był zdecydowanie za szybki. W końcu postanowiłem wyjść i się przewietrzyć. Nie dany mi był jednak spokój bo przed jaskinią stał kolejny basior. Wielki basior.
-Sorry, tak się składa że już nie mam więcej sarenek...-rzuciłem i minąłem gościa, ale byłem pewien, że gapi się na mnie wyczekująco.
-Coś nie tak....?
-Jesteś na terenach mojej watahy. Co tu robisz?
-Dobra, dobra. Jak chcesz to mogę stąd iść choćby teraz. Nie musisz udawać miłego
-Czyli nie jesteś zbłąkaną duszyczką i nie chcesz dołączyć?
-A co bym z tego miał?
-Teoretycznie...nic.
-No ok. To gdzie mogę się ulokować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz