- Miałem okazję poczuć... To naprawdę elektryzujące informacje - zaśmiałem się całkiem szczerze. Jak to jest, że czuję się jakbym znał Ramph przez całe życie? To dziwne, ale podoba mi się. Dobrze jest mieć kogoś znajomego w tym świecie obcych twarzy. Co nie oznacza, że stronię od ludzi. Wręcz przeciwnie, co widać na przykładzie tej osóbki z którą właśnie sobie tańczę. Nigdy nie miałem problemów z zawieraniem znajomości. Gorzej było z utrzymaniem kontaktu, no ale przecież nie ze wszystkimi się dogaduję.
- Hej, Engel?
- Tak elektryczne książątko?
- Bardzo śmieszne... - prychnęła śmiejąc się - A ty jakiego żywiołu jesteś?
Zmarszczyłem brwi. No to mamy problem.
- Żadnego. Znaczy... Podobno magia. Ale nic z tego nie wynika. Nie umiem korzystać ze swoich umiejętności - spuściłem wzrok.
- Nie przejmuj się. Nadrabiasz talentami - odparła tamta nadal ciesząc się chwilą.
Więc i ja się nie przejmowałem. Widać moje magiczne "kalectwo" nie jest aż tak bardzo problematyczne. Inni reagowali ostrzej, a tu proszę. Taka niespodzianka.
Kiedy piosenka się skończyła puściłem Ramphillę.
- No to co teraz? - spytała.
- Bo ja wiem? Idziemy sobie usiąść i opracować szczegółowy plan zwiedzania tego przybytku rozmaitości?
- Może być - stwierdziła dziewczyna - Ale ja wybieram miejsce!
No więc poszedłem za nią z niewymuszonym uśmiechem. Chociaż nadal było mi gdzieś tam ciężko z powodu polaroida. Aktualnie jednak wyrzuciłem z głowy wszelkie myśli o tym. Później. Na to będzie czas później. Ramphilla wybrała nam rozłożony na ziemi koc nieco na uboczu, ale nadal blisko wszystkich. Bardzo dobrze. Rozłożyłem się na tym kocu z premedytacją zajmując jego większą część.
- Przesuń się - zażądała dziewczyna szturchając mnie lekko w bok.
- Nie-e. Nie ma mowy - odpowiedziałem zamykając oczy.
- A ponoć to ja jestem złośliwa - westchnęła dziewczyna.
- Bo jesteś. Ale w tym momencie ja znacznie bardziej - wyszczerzyłem się.
Ramphilla jednak nie należała do tych co to się szybko poddają. Wręcz przeciwnie, męczyła mnie tak długo, aż w końcu zmusiła mnie do udostępnienia jej koca. Z bardzo zadowoloną z siebie miną usiadła sobie obok mnie.
- Zadowolona? - spytałem opierając się na łokciach i patrząc na nią.
- Nawet nie masz pojęcia jak - odparła - A teraz planujmy.
Roześmiałem się chyba po raz setny tego dnia.
- Plan jest prosty. Próbujemy wszystkiego co nam się spodoba - stwierdziłem. - Teraz próbuję czy koce są wygodne.
Tym razem to Ramph się zaśmiała.
- To ja z tobą.
- Ależ proszę bardzo - posłałem jej uśmiech.
Wygodne koce. Kiedy już skończyliśmy próbować leżenia na kocu postanowiliśmy przejść się i pozwiedzać trochę. Tym razem na spokojnie. Tu coś skubnąłem ze stołu, tam coś podkradłem z talerza. Wszystko to pod żartobliwymi docinkami Ramph. Innych atrakcji też popróbowaliśmy. Dobrym przykładem będzie chyba to, że wygrałem ogromnego pluszaka w rzucaniu piłeczkami do celu i z dobroci swego serca podarowałem go Ramphilli.
- Niech ci przypomina kto cię pokonał w piłeczkach - stwierdziłem wręczając jej wielkiego puchatego miśka.
- O jeden rzut się nie liczy - zaprotestowała.
- A widzisz... Ja mam miśka, a ty nie. To był bardzo znaczący rzut - odpowiedziałem. Na co ona odebrała mi wygraną.
- Już nie masz zabawki - zaśmiała się. Bardzo dobrze. Niech ma mojego misia. U mnie i tak nie mam na niego miejsca.
I tak się bawiliśmy na różnych straganach aż do północy. Gdy niebo rozświetliły fajerwerki. Zagwizdałem z uznaniem podziwiając niesamowite twory. Odruchowo sięgnąłem do torby po aparat, żeby uwiecznić zjawisko. nie codziennie mam w końcu taką szansę, prawda? Jednak kiedy moja dłoń dotknęła części polaroida boleśnie uświadomiłem sobie co przegapię. Z nieszczęśliwą miną zamknąłem torbę upewniając się, że Ramph jest zbyt zajęta oglądaniem nocnego nieba, by zauważyć mój chwilowy spadek formy. Może mi się zdawało, ale chyba zdała sobie sprawę z sytuacji. Miałem wręcz nadzieję, że faktycznie tylko mi się zdawało. Byłoby wtedy bardzo dobrze. Znów zawiesiłem wzrok na pokazie. Wcześniejszego nastroju póki co jeszcze w pełni nie odzyskałem, ale czy byłbym "artystą uniwersalnym" gdybym nie potrafił grać? Przykleiłem do twarzy uśmiech, rozluźniłem mięśnie i przyjąłem typową dla siebie luźną pozę. Przykrywka godna Angel'a. Angel'a... To takie zabawne. Z mojego imienia zmieniłem tylko jedną literkę. W dodatku na inną samogłoskę, a tak mało ludzi się domyśla tego, że Engel i Angel to jedna osoba. Jednak w świecie artystów pseudonimy są ważne. Możesz nazywać się Józio Rózio Brzęczyszczykiewicz i być obiektem powszechnych drwin, a jednak kiedy twój pseudonim będzie brzmiał na przykład Midnight Ghost nikt raczej się nie zaśmieje. I na tym polega prawdziwa magia. Jesteś tym, kim chcesz być dla świata, kim dla świata jest twój pseudonim.
Z rozmyślań wyrwało mnie to, że cały pokaz się już skończył i cała polana pogrążyła się w ciemności. Mnie nadal przed oczami skakały kolorowe plamki. Jednak stopniowo ktoś zaczął zapalać pochodnie i inne źródła światła.
- Hej Ramph... - zacząłem - Chcesz już iść?
- A ty?
- Mam jutro... Właściwie dzisiaj rozmowę o zlecenie... - przyznałem. Na śmierć o tym zapomniałem. Na szczęście refleksja o pseudonimach wydobyła z mojej pamięci tę cenną informację, a wypadałoby wyglądać w miarę przytomnie, kiedy stara się o zdobycie tymczasowego źródła utrzymania - Będę musiał się powoli zbierać...
<Ramphilla? >
Nie ma to jak stara, dobra wojna o koc XD
OdpowiedzUsuńNo, a jak inaczej? XD
OdpowiedzUsuń