Zapytałam go... i od razu tego pożałowałam. Ten jego drwiący, wręcz prześmiewczy uśmiech, analizowanie mnie, ten ton i sposób jego mówienia...Ugh. Jak on właściwie miał na imię? Ra...dek? Raczej nie, ale czy to istotne? Mamy spędzić ze sobą jeden dzień, a nie całe życie, a ta informacja aktualnie nie jest mi potrzebna.
Ehh.. w sumie mogłabym wybrać się po obiecaną rzecz jutro, ale nie mam ochoty znowu znosić użalań Alis, która stale dopytuje się o ten przedmiot. Odchrząknęłam więc.
- Alis poprosiła mnie bym kupiła jej arkusz do rysowania gwiazd. Ma być podobno w sklepie astronomicznym.- odpowiedziałam w miarę spokojnie, kierując się w stronę wyjścia. Chłopak szedł obok mnie, a na jego twarzy zagościł ten sam uśmiech. Jak ja z nim wytrzymam do końca tej drogi? Przyspieszyłam wyprzedzając go o krok i chwyciłam klamkę od drzwi i tym razem ostrożniej je otworzyłam, mając na uwadze ostatnie wydarzenia.
Pogoda była... znośna łagodnie ujmując. Szare chmury, z których delikatnie sypał śnieg, spokojnie dryfowały po niebie. Ptaki siadały na gałęziach drzew i melodyjnie ćwierkały w promieniach południowego słońca. Biel śniegu wręcz oślepiała mnie, więc pomimo pochmurnego dnia, musiałam mrużyć oczy. Poprawiłam płaszcz i pewnym krokiem poszłam w wyznaczonym kierunku, z moim towarzyszem po prawej stronie. Przeważnie szliśmy w milczeniu, nie było tematu, na który moglibyśmy spokojnie porozmawiać, a opowiadanie historii życia nie leży w mojej naturze i widocznie z nim jest podobnie. Czasem któreś z nas rzuciło uwagę na temat ładnej pogody czy określonego członka watahy, lecz na tym się kończyło. Minęło niecałe 10-15 minut, kiedy niebo zaczęły stopniowo pokrywać ciemniejsze chmury, a śnieg opadał coraz szybciej i coraz gęściej. Nie żebyśmy się tym jakoś bardzo przejęli, prawdę mówiąc, zlekceważyliśmy to co się działo. I to był błąd. Kolejne chwile stawały się coraz gorsze, a my maszerowaliśmy dalej.
Zimowy wiatr z drobinkami śniegu zawiał prosto na moją twarz, rozwiewając i kołtuniąc moje włosy, które rano starannie rozczesywałam. Biały puch sięgał mi teraz aż do łydek, pomimo tego, że niedawno była jeszcze nic nieznacząca warstewka. Nie było widać słońca ukrytego za szarymi, mknącymi chmurami i tylko nieznaczne prześwietlenia jego promieni powodowały, że człowiek nie mylił dnia z nocą. Drzewa ogołocone z liści uginały się pod siłą szalejącego wiatru, lecz nie było na nim żadnych zwierząt. Dodatkowo pojawiła się nieszczęsna mgła, gęsta jak mleko, zasłaniająca tylko pole widoku. Wiem z książek, że śnieżyca może objawić się w najmniej spodziewanym momencie i jest bardzo gwałtowna, lecz nigdy nie przeżyłam tego zjawiska na własnej skórze. Na moich policzkach pojawiły się wyraziste, czerwone wypieki, a z każdym oddechem, z moich ust wydobywał się spory obłoczek pary. Włożyłam ręce do kieszeni, uporczywie szukając rękawiczek. Znalazłszy je, w pośpiechu wsunęłam na dłonie, a czapkę zsunęłam tak, by zakrywała uszy.
-To niemożliwe byśmy szli w taką pogodę, zawracajmy! Przełożymy to na kiedy indziej, co? - protestowałam, a przynajmniej próbowałam.
-Nic nie jest niemożliwe.- mruknął pod nosem a nie doczekawszy się mojej odpowiedzi krzyknął - To już niedaleko! Serio! Chodź, mam ważną sprawę do załatwienia!
"Wariat" pomyślałam." O co mu chodzi? To jest tak ważne, by brnąć dalej przez tę śnieżyce?"Nie wiem co we mnie wstąpiło. Zrobiłam krok do przodu. Drugi. Trzeci. I dalej jakoś poszło. Sunęłam za nim, nawet nie wiedząc co robię. Idiotka ze mnie, trzeba było zostać przy lekturze.
<Raven?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz