Na polanę weszły cztery czarne postaci. Były nienaturalnie wysokie, ale efekt ten nie rzucał się w oczy, przez nieludzko wykrzywione sylwetki odziane w czarne, podarte szmaty. Twarze mieli ukryte w cieniu kapturów i nawet ja nie widziałem szczegółów. Postaci zbliżyły się do ogniska nie wydając żadnych dźwięków. Skrzywiłem się czując mdły odór rozkładu. Nie miałem szans ich usłyszeć. Co innego z wyczuciem ich. Otworzyłem usta, żeby nie oddychać przez nos. Trochę pomogło. Jedna z postaci wydobyła ze szmat kończynę wyglądającą jak obleczone skórą kości z długimi cienkimi szponami w miejscu palców. Przeciągnęła nimi po śniegu w miejscu gdzie siedziała wcześniej Alis, zostawiając w śniegu długie bruzdy. W tym czasie druga z postaci przyjrzała się miejscu gdzie został ślad po mnie. Pozostała dwójka już szła pod drzewo na którym siedziałem.
- A oto i Łowcy Koszmaru - mruknąłem wspinając się na wyższą gałąź i podałem dziewczynie rękę, żeby ją do siebie wciągnąć.
- Co? - spytała. Przymknąłem oczy starając się zignorować jej przyspieszone bicie serca.
- Łowcy Koszmaru - powtórzyłem - Nie chcesz ich znać.
- Pewnie tak.
Podsadziłem dziewczynę do następnej gałęzi i po chwili siedziałem obok niej. Cholera. Kończy nam się miejsce do uciekania.
Weszliśmy tak wysoko jak tylko się dało. Tutaj drzewo, chłostane lodowatym wiatrem, kołysało się na boki. Zacisnąłem dłonie na gałęzi pod sobą, żeby nie zlecieć na dół. W razie czego byłem gotowy chwycić też Alis.
- To co teraz? - spytała cicho patrząc w dół. Podążyłem wzrokiem za jej spojrzeniem. Jedna z postaci już odkryła gdzie należy uderzyć, żeby znaleźć swój cel. W powietrzu rozniósł się nieprzyjemny skrzeczący dźwięk. Zaraz zlecą się wszystkie... I przewrócą to drzewo z nami. A z dołu nie uciekniemy. Odchyliłem głowę do tyłu. Ten smród... Jak mam myśleć w takich warunkach? Myśl Azeroth. Po prostu się stąd ulotnijcie i będzie po sprawie. Tylko jak?
- Możemy polecieć.
- Ale wiesz, że nie mam skrzydeł?
- Ja mam. To wystarczy.
Zdjąłem swoją skórzaną kurtkę i podałem ją dziewczynie.
- Ubieraj. Tam będzie jeszcze zimniej niż tutaj.
- A ty nie zmarzniesz? - spytała ubierając się.
- Zmarznę. Ale inaczej się stąd nie ruszymy do cholery - warknąłem ściągając koszulę.
- Co ty robisz? - popatrzyła na mnie jak na chorego psychicznie. Przeszedł mnie dreszcz. Rozłożyłem skrzydła.
- Uwierz mi, że to jedyne wyjście. Przypilnuj mi koszuli - wcisnąłem ubranie w ręce dziewczyny - I trzymaj się mocno.
Balansując na gałęzi wziąłem dziewczynę na ręce i odbiłem się od drzewa. Spadliśmy jakieś dwa metry zanim udało mi się w miarę ustabilizować lot. Z takimi skrzydłami to i bez dodatkowego obciążenia jest dość trudne.
- Chyba nam się udało - rzuciłem drżąc - Ale daleko nie polecimy,
- Czuję - odpowiedziała - Zachorujesz na 1000%
- Zdziwisz się, jeśli tak się nie stanie?
- Oczywiście.
Mocniejszy podmuch wiatru rzucił mną na lewo, ale utrzymałem w miarę stabilny tor lotu. Czułem się jakby w skórę wbijało mi się miliony cholernie lodowatych igieł. Po kilku minutach wylądowałem niedaleko ludzkiego miasta.
- Dlaczego tutaj? - spytała dziewczyna. Wyciągnąłem w jej stronę rękę.
- Najpierw ubrania, potem pytania.
Już kompletnie ubrany wytrzepałem z włosów kryształki lodu.
- No więc? Dlaczego?
- Tu nas nie złapią - wzruszyłem ramionami - Poza tym idę do domu się rozgrzać.
- Mieszkasz tam? - spytała zdziwiona
- To właśnie powiedziałem. A ty masz jakieś plany?
- Sama nie wiem...
- Radziłbym poczekać kilka dni. Bo przypadkiem trafiliśmy na czarną listę Łowców, a oni jeszcze nam nie odpuścili. Ale rób co chcesz - machnąłem niedbale ręką i odwróciłem się, żeby odejść do siebie.
<Alis?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz