Uwielbiam takie ranki, kiedy za oknem świat leży w otoczeniu białego puchu, a ja nie muszę wychodzić na zewnątrz, tylko spokojniutko, przy ciepłym kominku i cichym akompaniamencie miłej dla ucha muzyki klasycznej, mogę zagłębić się w lekturze i nie zwracać uwagi na otaczający mnie świat. To dopiero jest szczęście. A przynajmniej byłoby. Shit. Zapomniałam. Alis poprosiła mnie, bym kupiła jej jakiś arkusz do rysowania mapy gwiazd (istnieje coś takiego!?), a ja, nie wiem jakim cudem, się zgodziłam. No trudno. Pora więc pożegnać się ze Szczęściem i wracać do rzeczywistości. Z ciężkim sercem podniosłam się z wygodnego fotela, dokończyłam cytrynową herbatę i zerknęłam w kierunku szafy. Zdecydowałam się na stylowy, czarny płaszczyk, czerwoną czapkę i szalik, z myślą, że nie będę musiała biegać ani, ogólnie, uprawiać sportów. Ot zwyczajne wyjście na miasto. Dlatego też na stopy wsunęłam wysokie kozaki na lekkim obcasie. Pieniądze miałam w kieszeni, więc wystarczyło już tylko wyruszyć w jakże męczącą podróż do miasta. Ostatni raz spojrzałam na niedokończoną książkę, a ciche westchnięcie idealnie podsumowało mój ból. Moje 'szczęście' się dopiero zaczynało. Wychodząc zbyt dynamicznie otworzyłam drzwi i przy okazji walnęłam nimi kogoś.
-O mój Boże, nic ci nie jest!? - wyrwało mi się i kucając przy nieznanej mi osobie zastanawiałam się jak jej pomóc. Usłyszałam stłumiony jęk i szelest materiału, gdy podnosił się do pozycji półleżącej.
<Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz