poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od Scarlett - Historia

Metropolia. Siedlisko mędrców. Wataha Umysłu. Takimi wyrażeniami można określić miejsce, w którym dokładnie 21 lipca o godz. 23:52 urodziła się Scarlett. Wataha znana jest z rozwiniętej technologii i nowoczesności, ponieważ ponad 85% wilków, które tam się osiedliła, były wilkami umysłu. Jako że jej rodzice byli znanymi i cenionymi wynalazcami, mieszkańcy liczyli, że ich dzieci odziedziczą talent i w przyszłości wprowadzą nowe ulepszenia dotyczące technologii.
Wilczyca miała dokładnie roczek, kiedy odkryła swój żywioł. Biegając z rówieśnikami, przewróciła się na wystającą, ostrą część kamienia, a z rany, która powstała, zaczęła powoli sączyć się krew. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że krople krwi, które upadły na ziemię, wyparowywały na ich oczach. Wtedy już wiedziano, że żywiołem Scarlett nie jest umysł, lecz krew. Dopiero później odkryto, że zmarły członek rodziny, rzeczywiście był wilkiem krwi, więc sprawa z jej umiejętnościami została wyjaśniona, lecz w watasze zrobiło się głośno. Nikt nie umiał nauczyć dziewczyny, posługiwania się owym żywiołem jak i zapewnić przyzwoitego nauczania. Los był po jej stronie, gdyż tydzień po wydarzeniu w tym miejscu pojawili się wędrowcy. Przybysze pochodzili z Zakonu Krwi i szukali osób, które mogłyby do nich przystąpić. Mieszkańcy z chęcią ugościli wędrowców, którzy zostali w ich miejscowości jeszcze przez dwa dni. Następnie wyruszyli z wilczycą do zakonu w kierunku południa, a dla Scarlett zaczął się nowy etap życia.
Dotarcie do celu zajęło im niecałe 4 dni marszu z krótkimi przerwami. Już wtedy Scarlett zaczęła kształtować swój charakterek, zmieniając swoimi kaprysami i ogólnie zachowaniem, podróż w piekło. Jako że była jednym z bardziej utalentowanych szczeniaków spośród nowych członków, starsi mrużyli oko na jej wybryki, co oczywiście, denerwowało Scarlett. W końcu zmęczeni stanęli przed celem podróży. Budynek był zbudowany w stylu gotyckim, z ostrymi łukami, wysokim sklepieniem oraz barwnymi witrażami. To tutaj spotkała swojego przyjaciela, czyli chłopaka o kruczoczarnych włosach oraz pięknych, złotych oczach. Jak się później okazało, nazywa się Warren i jest synem założyciela Zakonu Krwi, lecz jego żywiołem nie jest krew jak w przypadku Scarlett, lecz magia. Szybko znaleźli wspólny język i zostali przyjaciółmi. Zabawiał ją różnymi iluzjami, razem się uczyli i wspierali oraz jako jeden z nielicznych ze spokojem znosił jej złe dni. Był dla niej jak brat, chociaż Scarlett pragnęła czegoś więcej. Nauka w zakonie przebiegała stosunkowo gładko. Szybko opanowała podstawową wiedzę – a nawet pragnęła nauczyć się więcej, dlatego dużo czasu spędzała w bibliotece, która do dziś jest jej ulubionym miejscem. Do tej pory nie spotkała się z założycielem Zakonu – Dorianem. Lecz ten dzień musiał kiedyś nadejść. O 17:00 wszystkich członków poproszono o przyjście do sali głównej, by wysłuchać jego przemówienia. To był pierwszy element, za który go znielubiła – była akurat w trakcie pochłaniania bardzo ciekawej lektury(„Alchemia, czyli magia dla uczonych”). Drugą przyczyną było jego karygodne 20-minutowe spóźnienie, kiedy ona sama przyszła z 10 minut wcześniej. Lecz najgorszą częścią był sam monolog. Dorian opowiadał o rzeczach, z którymi Scarlett się nie zgadzała – przeczytawszy tak dużo książek, wyrobiła sobie opinie na pewne tematy. Drażniło ją głównie zdanie 'wszyscy jesteśmy równi', ponieważ uważała, że jednak się różnimy, choćby wiedzą, umiejętnościami itp. W końcu nie każdy może być najlepszy (<---jej słowa). Od tamtego momentu zaczęła układać plan, który miał zawierać dumne opuszczenie dotychczasowego miejsca pobytu (razem z Warrenem, oczywiście) oraz ośmieszenie założyciela zakonu. Stawiła sobie bardzo wysoką poprzeczkę, gdyż miała zamiar osiągnąć, jako jedyna osoba, dwa żywioły i tym samym pokazać, że nie każdy jest tak wyjątkowy jak ona. To był jej pierwszy, poważny plan, który wymagał jeszcze dopracowania. W międzyczasie szkoła zorganizowała pewnego rodzaju zawody, które miały za zadanie sprawdzić umiejętności w terenie, logicznego myślenia oraz radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach. Polegały na przetrwaniu samemu w lesie przez równy miesiąc. Starano się uniknąć wypadków śmiertelnych, dlatego towarzyszyły im utworzone przez wilków magii 'kamerki', które kontrolowały poczynania uczestników i w razie poważnego zagrożenia, wysyłano pomoc. Zdała z wynikiem bardzo dobrym - 86,2 (zaniżyła głównie siła). Tego samego dnia zdarzyło się coś, czego nie zapomni do końca swoich dni. Idąc do biblioteki oddać wcześniej wypożyczone książki na zachodnim dziedzińcu zobaczyła swój obiekt westchnień-Warrena. Jednak nie był sam. Towarzyszyła mu dziewczyna. Jej czerwone jak ogień włosy upięte były w kitkę, na sobie miała skąpą bluzeczkę, odsłaniającą spore atrybuty oraz równie krótkie spodenki spod których wystawały długie, zgrabne nogi. Scarlett nigdy wcześniej jej nie widziała na terenie zakonu, lecz nie to sprawiło, że się zatrzymała. Stała zamurowana, albowiem nieznana jej dziewczyna zawisła na Warrenie i wpiła się w jego usta, a on, wyraźnie zadowolony, objął ją mocno. Objęła go nogami, silne ręce przyjaciela Scarlett podtrzymywały jej pośladki, nadal nie przerywając pocałunków i coraz to odważniejszych i nieprzyzwoitych pieszczot. Wtedy to „dziewczyna Warrena” spojrzała w jej stronę. Scarlett zarumieniła się i szybko odwróciła wzrok, a następnie pobiegła w przeciwnym kierunku. Wieczorem poszła do najbliższego baru, pierwszy raz w życiu upiła się i... no cóż skończyła w łóżku z obcym facetem. I stało się to, czego się obawiała. Pojawiły się mdłości, wymioty, bóle, przestała miesiączkować, a po pewnym czasie brzuch zaczął się powiększać. Miała mieć dziecko z mężczyzną, którego nie znała. Jednak ostatecznie niemowle nie przyszło na świat. Nie była gotowa, by je mieć nie tylko psychicznie, ale też fizycznie, dlatego poroniła. Niby szczęście w nieszczęściu, ale uważała że, należy szanować każdą istotę, nawet tą, które jeszcze nie wyszło na świat-taki mały zarodek. Tydzień po tym odeszła, chcąc zakończyć ten nieszczęśliwy etap swojego życia i zacząć od nowa, zapomnieć o Warrenie, dziecku i tajemniczej dziewczynie.
***
Wesołe głosy słychać było już z daleka. Światło wywodzące się z ciepłego ogniska dawało poczucie bezpieczeństwa i odstraszało noc. Zapach jedzenia podrażnił moje nozdrza, tak, że nogi same pociągnęły mnie w tym kierunku, a mój żołądek jeszcze bardziej zaczął domagać się pożywienia. I tak się tam znalazłam. Na początku nieśmiało zapytałam o jedzenie i – jak wcześniej myślałam- chwilowe schronienie. Zachęcona przez członków tej radosnej gromadki sięgnęłam po sałatkę i zaczęłam łapczywie ją jeść. Ktoś wyciągnął gitarę i zaczął grać , a reszta, lekko pijana, fałszowała, że uszy bolały. Mimo woli uśmiechnęłam się, i przyłączyłam się do zabawy. Nie myślałam że zostanę tam dłużej, ale trudno też było mi opuścić tę watahę. Watahę Apokalipsy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz